(Nie)polemika
Drugi tekst pana Gniewoja to dla mnie trudny orzech. Gdy już zdaje mi się, że oto dotarłem na rozkwitłą łąkę wyrosłego bujnie problemu, w pole mojego niedoskonałego poznania wdzierają się zuchwałe elektrony Schrödingera, szyderczo rozmazując rozpaczliwe próby ustalenia klarownego obrazu. Ze wstydem wyznaję, że nie potrafię dociec, cóż takiego chce nam pan Gniewoj powiedzieć. Dlaczego w powodzi interesujących pytań pojawia się najniespodziewaniej chropowate: „Ja twierdzę, że niepostrzeżenie dla nas komuna już osiągnęła swój cel objęcia władzy.‟
Przyjmuję chętnie do wiadomości to pana stanowisko, Panie Gniewoju, byłbym jednak wdzięczny za możliwie wyczerpujące wyjaśnienie, czego to zdanie dotyczy. Czyżby wzorem Francisa Fukuymy chciał Pan w ten sposób obwieścić koniec historii, historii politycznej, ludzkości? – Czy coś w podobnym guście? Jeżeli tak, tym bardziej nalegałbym na rozwinięcie. A jeśli chciał Pan wyrazić stanowisko o nieco mniejszej wadze gatunkowej, tej mianowicie, że komuniści rządzą obecnie i w Pcimiu Dolnym i w Paryżu, i w Berlinie, innych europejskich stolicach – rządzą niepodzielnie, niezależnie od partyjnego szyldu, który akurat firmuje władzę – także należy nam się bodaj kilka zdań objaśnienia.
Póki co, a więc w oczekiwaniu na wyjaśnienia pana Gniewoja, chciałbym zatrzymać się nad inną kwestią, którą pan Gniewoj podnosi, tym razem w zdecydowanie mniej rygorystycznej formie zasadniczo słusznej wątpliwości: „czy to co mamy, to już jest gorbaczowowski wspólny dom, czy może plan podboju Europy został wstrzymany do późniejszej realizacji? Czy sowieciarze wciąż, dla jakichś chyba tylko im znanych przyczyn, czekają i pozwalają Europie powolutku się wędzić w oparach absurdu i dyrektyw niunii?‟
Zasygnalizowany problem hipotetycznej zmiany w sowieckiej strategii uważam za jeden z kluczowych dla wyjaśnienia tego wszystkiego z czym mamy obecnie do czynienia. Trzydzieści lat temu spodziewano się właściwie dwóch rzeczy: upadku komunizmu oraz budowy wspólnego europejskiego domu. Dojście do władzy Jelcyna nie niweczyło (w ocenie zachodnich obserwatorów) ani jednego, ani drugiego. Partia komunistyczna została postawiona w stan oskarżenia, gorbaczowowski projekt europejskiej integracji nie został oficjalnie odrzucony. A jednak dawny zachodnioeuropejski entuzjazm osłabł. Bo choć, przynajmniej w pierwszych kilku latach raczej nie artykułowano niepojących wniosków z obserwacji, dostrzegano zapewne dwa problemy: upadły jakoby gmach komunizmu nie rozpadł się był całkiem bez reszty (co mocno nadwerężyło zachodnie wyobrażenia o sowieckiej demokracji); projekt budowy nowego wspólnego świata wytracił gorbaczowowski impet, a raczej zapadł się w sobie.
Jakkolwiek powyższy, przygotowany ad hoc, opis jest z pewnością daleki od doskonałości, wydaje mi się odzwierciedlać ciekawą wątpliwość zarysowaną w tekście pana Gniewoja. Niewątpliwie tak – gorbaczowowski projekt konwergencji został wstrzymany lub może tylko zamrożony, albo też odrzucony z odrazą – nie zdaje mi się, żebyśmy mogli ustalić stan faktyczny w sposób nie wzbudzający wątpliwości, jednoznacznie. Nie doszło do ideologicznego zlania się w jedno dwóch nie tak znowu odległych od siebie „porządków‟: zachodniego (demokratycznego) i komunistycznego (bolszewickiego). Jedno zdaje się być oczywiste: mimo konwergencyjnego fiaska, bakcyl bolszewizmu, ze zwielokrotnioną mocą, w postaci bardzo różnorodnych mutacji, został skutecznie zaimplementowany na Zachodzie. Dlaczego tak się stało, w jaki sposób osiągnięto podobny efekt, mamy na ten temat jedynie śladowe informacje. Nie wiemy prawie nic na temat fundamentów czy rdzenia tego zjawiska. O ile mi wiadomo, nikt do tej pory nie próbował studiować złożonego obszaru splotów i zależności, ideowych źródeł, przyczyn i mechanizmów, które spowodowały, że z nieśmiałej, okraszanej anegdotą politycznej poprawności wyrodziło się potężne narzędzie walki z nielewomyślnością. Lewitujemy w mrocznej próżni, w której nie sposób namacać konturów problemu. Co w tej sytuacji? Skłaniałbym się ku postulowaniu żmudnych badań raczej, aniżeli pośpiesznemu (i bodaj na wyrost) głoszeniu ex cathedra komunistycznego panowania nad światem.
Dlaczego wstrzymano projekt Gorbaczowa (i czy na pewno wstrzymano)? Nie chodzi, rzecz jasna, o samego Gorbaczowa, który pomimo ekstatycznej popularności w świecie zachodnim, w związku sowieckim stał się ikoną klęski. Czy Jelcyn nie mógł z powodzeniem odegrać roli dublera? Kreacja jego politycznego wizerunku, nad którą pracowano w latach 80., zdaje się sugerować, że mógł. Na partyjnym zjeździe w 1990 roku, wspólnie z Gorbaczowem, wystąpił z oszałamiającym projektem kontrolowanego demontażu związku sowieckiego i zbudowania na tym miejscu czegoś w rodzaju para-demokracji, pozostającej pod kontrolą moczących nogi w pluralistycznej zupie politycznej komunistów. W tym samym 1990 roku rzucił legitymację partyjną. Rok kolejny to nieustające pasmo gigantycznych sukcesów. W świecie, jeśli idzie o osobistą popularność, nie mógł się równać z Gorbaczowem, ale czy to mogło mieć jakiekolwiek znaczenie? W obliczu wiana jakie wnosił do międzynarodowej wspólnoty politycznej? On, pogromca komunistów, burzyciel sowieckiego molocha?
Gorbaczowowski projekt wspólnego europejskiego domu został albo porzucony całkowicie, albo niecierpliwie czeka na swój dziejowy moment. Ideologiczne szaleństwo, jakie opanowało zachodnią część świata jest (tak mi się przynajmniej zdaje) istotnym elementem projektu alternatywnego – dwóch domów, oddzielonych od siebie grubym murem. W jednym jest bogato (jeszcze), wesoło, degrengolada kwitnie. W drugim panuje zamordystyczny niby-porządek. W pierwszym stara judeochrześcijańska cywilizacja chyli się ku upadkowi z niezwykłym przyspieszeniem, w drugim… chciano by wytworzyć najlepsze wrażenie państwa silnego, ale i takiego w którym można żyć wygodnie, dostojnie, spokojnie. Z tego bolszewickiego chcenia nie wynika i wyniknąć nie może nic wiarygodnego, i to jest – znowu tylko być może – kluczowa kwestia z punktu pytania: dlaczego to wszystko trwa tak długo?
Nad tym co powyżej warto się zastanawiać. Z punktu widzenia tematu, który spowodował aktualną polemikę, są to problemy poboczne.
***
W czym tkwi istota polemicznego sporu, w którym tkwimy od kilku tygodni? W mojej ocenie, w nieprzystawalności wątków polemicznych do problemu głównego – walki z bolszewizmem. Zdawało mi się, że problem przedstawiłem w możliwie prosty sposób: czy walka z bolszewizmem jest możliwa? Jakimi środkami można ją prowadzić? Itd., itd. W jedynej próbie ustosunkowania się do tych kwestii zakwestionowano samą obecność bolszewizmu we współczesnym świecie. Cóż… To tak, jak gdyby na moją prośbę o podanie ognia, pan Gniewoj postanowił poddać w wątpliwość istnienie monopolu tytoniowego. Żart? Niech nikogo nie zmyli ponurość tonu, bardzo lubię pożartować, ale czy antycypowane gruzy świata to stosowny anturaż dla kabaretu?
Dotknięty nadczynnością polemiczną mój szanowny redakcyjny towarzysz zareagował oburzeniem. Czy na pewno słusznie? Czy istotnie powinienem po leninowsku zrobić dwa kroki w tył i wespół z panem Gniewojem zagłębić się w rozważaniach nad istnieniem (lub też nieistnieniem) bolszewickiej zarazy we współczesnym świecie? Czy taka mimowolna rejterada od zasadniczego problemu zbliży nas do jego rozwiązania, czy oddali?
Pan Gniewoj stawiając swoją tezę o anihilacji bolszewizmu świadomie lub nieświadomie, celowo lub niecelowo sprowadził problem walki z bolszewizmem na boczne tory polemiki jałowej. W konsekwencji nie zastanawiamy się dzisiaj na łamach Wydawnictwa Podziemnego czy warto, trzeba, czy istnieje możliwość walki z globalną zarazę. W zamian mamy do dyspozycji odrobinę mniej pociągające problemy, wśród nich górujący aktualnie nad całością wątek skansenu: spieramy się mianowicie, czy najludniejsze, trzecie na świecie pod względem powierzchni komunistyczne pseudo-państwo, będące drugą potęgą gospodarczą świata należy uznać za rodzaj muzealnego zabytku czy przeciwnie – za realny byt polityczny. Zastanawiamy się nad tym problemem mając za podstawę definicję zaczerpniętą żywcem z wikipedii.
Najwyraźniej dałem asumpt przypuszczeniu jakobym bagatelizował problem nowych technologii, tak przynajmniej twierdzi pan Gniewoj. Przyznaję, moje stanowisko może wydawać się odrobinę mylące, gdyż rzeczywiście mam owe technologie w najgłębszym z możliwych poważaniu. Niemniej ich zgubnego wpływu na stosunki społeczne, polityczne, ekonomiczne, polityczne i milicyjno-policyjne nigdy nie przyszło mi do głowy lekceważyć. Co więcej, uważam, że cały ten obszar – nowości komunikacyjnych, inwigilacyjnych – powinien być (i oby, będzie!) pierwszym frontem walki z bolszewizmem.
Czym są wszystkie te technologiczne pułapki, jeśli nie po prostu starym i wypróbowanym okiem wielkiego brata? Czy ich zwielokrotniona skuteczność może przerodzić się w nową jakość podglądania, w rodzaj totalitarnej dziurki od klucza? Sądzę, że tak. Takie niebezpieczeństwo istnieje. Zapewne nie za dekadę, dwie, ani za trzy, ale przyjść może taki moment, gdy w wirtualnych chmurach, przepływających ponad szklanymi bunkrami ministerstwa prawdy, zgromadzona będzie cała wiedza na temat każdego pojedynczego człowieka. Z takim ryzykiem powinniśmy się poważnie liczyć, na taką okoliczność starać się przygotować. Nie da się tego dokonać przy pomocy sterty tekstów publicystycznych i przestrzelonych polemik. Czy istnieje szansa, żeby coś w tej materii robić, wola, ochota?
Nie wiem.