Walka z bolszewizmem
Czy jest możliwa? Jakimi środkami? Przez kogo miałaby być prowadzona?
Nie będzie dzielenia włosa na czworo. Przekonywania, że bolszewizm to nie jakieś tam urojone widmo przeszłości, ale zjawisko aktualne, żywe, wielolice, różnokształtne. Nie będzie wsłuchiwania się w głosy mamroczące po kątach, że przewrócić tej obrzydliwości nie sposób. Nie ma na to prozaicznego czasu. Jutro, najpóźniej pojutrze bolszewizm zmieni swoje obecne „liberalne‟ oblicze, a wszelka dyskusja, także możliwość działania – odejdą w niebyt.
Dekady temu Barbara Toporska napisała: „Moim zdaniem, walka jest niemożliwa, więc tym bardziej należy do niej dążyć.‟
Niezależnie od aktualnej sytuacji politycznej, nastrojów, mód, stosunków panujących wokół, walka z komunizmem/bolszewizmem powinna być zawsze nadrzędnym celem. Nieważne, czy jest akurat lepiej czy gorzej na świecie. Czy możemy wojażować bez przeszkód, czy jesteśmy skazani na ciągłe gnicie w absurdalnych oparach peerelu, czy kto wie – nie wolno nam akurat wychodzić poza zonę obozu koncentracyjnego, w którym odsiadujemy karę 30 lat więzienia za wypowiedziane niebacznie wraże wobec systemu słowo. Jeśli idzie o zasadę – o walkę z bolszewizmem – warunki, w jakich egzystujemy, sytuacja polityczna (a raczej ideologiczna), z jaką zmuszeni jesteśmy się borykać, nie są najważniejsze. Myśl o walce nie powinna nas opuszczać nawet w najmniej/najbardziej komfortowym położeniu.
Warunki – i owszem – mają znaczenie, ale tylko w odniesieniu do zagadnienia – co możemy zrobić, co wydaje się potencjalnie możliwe, co nie. Dlatego – sądzę – o warunkach właśnie (tu i teraz), o mniej lub więcej realnych szansach powodzenia jakie stwarzają, należy rozmawiać, warto je dyskutować; a rozważywszy te warunki, szansy, sprzyjające zdarzenia i koincydencje, spożytkować praktycznie.
Znane jest leninowskie powiedzenie: „im gorzej tym lepiej‟. (W rzeczywistości autorem był Czernyszewski, od którego Lenin zapożyczył także swoje słynne: „co robić?‟). Im gorzej wiedzie się na frontach wojny carskiej armii, im podlejsze są warunki życia wywołane przez wojnę, tym lepiej dla rewolucji. Trudno nie zauważyć uniwersalności tej koncepcji. Czy nie zdaje się przydatna również w odniesieniu do – walki z bolszewizmem?
Można przytoczyć liczne argumenty potwierdzające powyższą hipotezę. Bo, pomyślmy przez moment. W jakich okolicznościach, w połowie lat 40. XX wieku lasy zapełniały się antykomunistyczną partyzantką? Antykomunizm budził się i wzrastał w siłę dokładnie wtedy, gdy komuniści nie dawali żyć; gdy mordowali, wsadzali do więzień, torturowali, okłamywali chcących „normalnego‟ życia, na każdym kroku. W jakich okolicznościach poznaniacy chwycili za broń w czerwcu ’56? Gdy pojawiło się podejrzenie, że komunistyczna „władza‟ nie chce wywiązywać się z obietnic. Podobnie było w Budapeszcie, kilka miesięcy później.
A jednak, mnie osobiście te historyczne argumenty nie przekonują. Nie zdają mi się trafne z zasadniczego powodu – antykomunista z przymusu ma nikłe szanse stania się dobrym kontrrewolucjonistą. Podobnie jak zmuszony do pracy niewolnik, będzie wykonywał powierzone mu zadania, ale nigdy nie będzie tego robić dobrze. Z niewolnika (niewolnika historycznej koniunktury) nie wyrośnie dobry wojownik. Nie będzie antybolszewikiem z powołania, a tylko na takich będzie można liczyć w ostatecznym starciu.
Czy nie akurat dzisiaj wyłania się wymarzona sposobność budowy zastępów antybolszewickiej idei? Gdy w wielu sferach przyziemnego bytowania jest po prostu lepiej: lepiej się żyje, zajada, przyodziewa, podróżuje hen, aż na kraniec Europy bez zbytnich ceregieli, a nawet, jakoby, wolności intelektualnej nieco więcej, i Mackiewiczów czytać wolno (bez żadnych ograniczeń) i po Henryka Glassa („Walka z bolszewizmem‟) sięgnąć można nie wychodząc z domu? Czy paradoksalnie chwila historii w jakiej przyszło nam żyć, nie jest czasem wielkiej szansy, której zaprzepaścić nie powinniśmy? Czy nie pora na szukanie antybolszewików nie przywiązanych bez reszty do marności świata?
***
To co poniżej, to ledwie pierwszy głos w dyskusji, którą – oby – udało się zainicjować. Zacznę od powrotu do leninowskiej zasady: „im gorzej, tym lepiej‟, która zdaje się być o wiele starsza od swojego bolszewickiego głosiciela, można jej także przypisać bardziej uniwersalny charakter. Bo czy istotnie, nie krąży ponad dziejami ludzkości jak ponure widmo? Czy nie pojawia się zawsze, gdy przychodzi ochota burzyć ustalony porządek? Czy nie znajdziemy jej po obu stronach ideowej barykady, pośród zwolenników i przeciwników rewolucji? Przyjrzyjmy się jej naturze. Czy nieuchronnym skutkiem jej obecności nie jest deprawacja?
Poza tym, któż to jakoby powiedział, że lepiej oznaczać musi koniecznie gorzej dla sprawy kontrrewolucji? Nikt się nie zgłasza? To i dobrze. Pozwolę sobie z tą, niewypowiedzianą jeszcze przez nikogo tezą nie zgodzić się.
Po pierwsze „lepiej‟ oznacza trudniej, jest zdecydowanie bardziej wymagające. Nie wystarczy prosty impuls oburzenia, odruch niepohamowanej emocji w zderzeniu z uprzykrzoną rzeczywistością. „Lepiej‟ narzuca konieczność głębokiej refleksji, merytorycznego przygotowania się, uruchomienia szarych komórek. Nie może przecież chodzić o to, żeby pod umownym sztandarem antybolszewickiej idei gromadzić stada baranów, wyzbytych wewnętrznej integralności. Nie wolno zniżać się do poziomu Lenina i szajki: wszystkich tych trockich, zinowiewów, bucharinów, dzierżyńskich, cziczerinów; a współcześnie chmary bolszewików spod znaku kremlowsko/brukselskiego sierpa-młota, czy peerelowskich kacyków: kaczyńskich, macierewiczów, tusków, millerów, morawieckich (i kogo tam licho po świecie jeszcze niesie). Owi ćwierć-, pół-, także bolszewicy pełną gębą, wszyscy oni nieodmiennie stosują dwie metody: manipulację masą oraz ideologiczne łgarstwo. W największym skrócie – pierwszym narzędziem ich działania jest nieprawda. Gdyby było inaczej (to znaczy – mówili prawdę) nie mogliby w żadnej mierze polegać na ciemnocie tłumu, grze na najniższych instynktach i emocjach. Budowanie bolszewickiej wieży Babel nie byłoby możliwe bez spożytkowania takiego choćby hasła jak: „grab zagrabione‟, popularnego nie tylko sto lat temu, ale w większej jeszcze mierze – współcześnie. Nie mogliby zatem liczyć, że im gorzej na świecie (nieważne czy pusto akurat w garnkach, czy tylko w głowach), tym dla ich partykularnych bolszewickich knowań o wiele lepiej.
Antybolszewikom nie godzi się postępować wedle podobnego wzorca.
Po drugie „lepiej‟ oznacza istotnie właśnie – lepiej. Jesteśmy w dziwnym momencie, w nietypowej chwili, gdy standardowa opresyjność bolszewickiego molocha skazana jest na względną opieszałość. Możemy pisać, dyskutować, działać bez większego skrępowania (choć, zapewne, nie bez sporawej dozy inwigilacji). Możemy, między innymi, przygotowywać pole walki i strategię działania na bliską/dalszą przyszłość. Taka sytuacja nie potrwa zapewne długo, ale w tej sekundzie jest. Grzechem byłoby nie korzystać. Druga szansa może się nie pojawić.
Nie mnie sądzić, czy uda się wywołać odpowiednie warunki, sprawić, że walka z bolszewizmem ze słów przeistoczy się w czyny, uważam jedynie, że próby takiego działania warto szkicować.
Możliwości
Jakie możliwości?! – zakpi niejeden, wytaczając arsenał żelaznych argumentów. Antybolszewizm od dawna nie jest żywą ideą. Jest sinotrupi, w kwiecie heroicznego rozkładu. Nie błądzi po świecie nazbyt wielu ludzi, którzy rozumieliby znaczenie idei jego odrodzenia. Garstka pogrobowców, zaplątanych w internetowej sieci, nie stanowi poważnej, ani nawet żadnej siły. Nie ma organizacji, zaplecza, środków, widoków na przyszłość. Nawet nie pustynia – nicość. A to zaledwie czubek wierzchołka stosu istotnych problemów.
Co stanowi największą zawadę z punktu widzenia możliwości? Brak popytu. Po cóż komu antybolszewizm skoro panujące współcześnie odmiany wysysającego mózg bolszewizmu są może nieco irytujące, uprzykrzające codzienność, ale wciąż pozostawiające skrawek życiowej przestrzeni. Mówiąc najoględniej – w bolszewizmie da się wegetować. Bolszewizm coś tam zabiera (przeświadczenie coraz rzadziej dziś spotykane), ale również daje. Co mianowicie? Otóż daje to, co w życiu każdej ludzkiej istoty zdaje się mieć szczególne znaczenie – poczucie wolności. Nie jest to co prawda towar najpierwszej jakości, ale jakże atrakcyjny zamiennik – wolność od trudnych wyborów, odpowiedzialności, samodzielności; wolność na modłę bolszewicką.
Dlatego, gdy mowa o realnych możliwościach walki z bolszewizmem dziś, odłóżmy póki co dyskusję o technicznym drobiazgu: o sposobie, raczej o sposobach obalania bolszewickiego monstrum. I na te kwestie – oby – przyjdzie pora. Zajmijmy się problem zasadniczym – jak nadać antybolszewickiej idei należne jej miejsce w myślowych horyzontach człowieka? Czy starania takie w ogóle mają sens?
Środki
Chciałbym uniknąć nieporozumienia. Pisząc o kultywacji antybolszewickiej idei, nie mam na względzie ani jej propagowania, ani tym bardziej umasawiania. Urabianie tłumu, kształtowania nowego typu człowieka – to domena wroga, dla którego nie są to wyłącznie środki, ale w równej mierze cele. Z oczywistych powodów wchodzenie w bolszewickie buty byłoby pomysłem groteskowym.
Bolszewizm to choroba ludzkiego wnętrza: mózgu i ducha. Odbiera rozum, zamazuje znaczenie elementarnych wartości. Jego triumf polega na asymilacji zastanej kultury dla swoich potrzeb. Nie ma dziedziny życia umysłowego, w którym nie dokonałoby się bolszewickie przewartościowanie, a dzieje się tak za sprawą coraz to lepszych narzędzi oddziaływania, używanych z niezwykłą konsekwencją. Zawdzięczając różnorodności, potrafi zastawić sidła niemal na każdego, zawsze pod szyldem jakiejś pozytywnej idei. Każdy pięknoduch (a któż w mrocznych pokładach intymności nie marzy o pięknoduchostwie?) znajdzie w bolszewizmie coś dla siebie. Walczyć z czymś tak globalnym, potężnym, wielorakim wydaje się mrzonką i ułudą. A jednak.
Bolszewizm w kusym płaszczyku rzekomego liberalizmu jest łatwiejszym celem niż kiedykolwiek. Bez terroru, mordu, głodu, chamskiej opresyjności jest jeszcze bardziej perfidny w swojej dzisiejszej powierzchowności, ale też zdecydowanie bardziej narażony na atak i porażkę. Nie mitologizowałbym również jego zdolności do mimikry. Nie wybiegając poza obręb polrealistycznej piaskownicy łatwo skonstatować jedno – liczne przejawy bolszewizmu w różnorodnych sferach życia bywają dostrzegane. Nierzadko można natknąć się na inteligentną analizę któregoś z jego przejawów. Na ogół wygląda to tak: zwolennicy jednej pseudo-politycznej opcji potrafią dostrzec u konkurenta czy wroga liczne bolszewickie praktyki; podobnie czynią ich rywale; wciąż jednak brakuje stosownego dystansu, aby zjawisko bolszewizmu potraktować w sposób na jaki zasługuje – globalny. Dlatego prosty wniosek o powszechności bolszewizmu w polrealistycznej piaskownicy nie potrafi przebić się na powierzchnię. A wystarczy tylko jeden nieśmiały krok w odpowiednim kierunku – zrzucenia mentalnego balastu: szachrajstwa ukartowanego dawno temu przy okrągłym stole; bezczelnej wizji rzekomo odrodzonej Rzeczpospolitej. W konsekwencji – przyjęcia oczywistego wniosku: każda droga nie prowadząca przez ciemne korytarze podziemia jest, w swojej naturze, drogą prowadzącą donikąd.
Oto i środek (a raczej nieśmiałe tego środka pierwociny). Rzecz w tym, aby wszyscy, którym staje inteligencji i rozumu, raczyli dostrzec nie tylko źdźbło w oku bliźniego. Nie trzeba przekonywania (które i tak psu na budę), perswadowania i kalkulacji. Wszyscy ci dzielni z pewnością ludzie wyczuwają doskonale (w zakamarkach pilnie strzeżonej podświadomości) z czym wiąże się otwarcie oczu. Czy tę samą jasność zdołają zachować w podziemiu, pozostaje pytaniem otwartym.
Kto
W tym przypadku proponuję zaledwie jedną, bardzo prostą, bardzo krótką zasadę: Nie wolno szukać antybolszewików. Muszą znaleźć się sami.