(Polski)

Józef Mackiewicz
The Triumph of Provocation
 
Michał Bąkowski
Votum separatum
 
Dariusz Rohnka
Szkice o Józefie Mackiewiczu
 
Jeff Nyquist
Origins of the Fourth World War
 
« Only truth can save us now. Trevor Loudon interview

Sorry, this entry is only available in Polski.



8 Comments "(Polski) „Niespodziewany koniec lata” część II Lato w zaścianku"

  1. Stanisław Ogórkiewicz

    Wiadomości moje o późniejszych losach bohaterów nie są pełne. Oto, co wiedziałem o nich do wojny.

    Niemal wszyscy brali udział w walce frontowej z wrogiem.

    (…) Tatyr z Bałaszewiczem wstąpili do policji (…)

    Mieczysław Piotrowski zamieszkał w jednym z lasów państwowych w Nowogródzkim w charakterze nadgajowego. Leśniczówka jego długo była przytułkiem ojcowskim dla ludzi zza kordonu. Zawsze był dla nich gościnny, pogodny i natchniony, zawsze miał świeże wieści z domu. Co roku w okresie Aniołów Stróżów brał dwunastodniowy urlop i wędrował na teren Sowietów. Przez szereg lat wracał szczęśliwie, przynosząc ziomkom wieści z domów i podarunki. Lecz pewnej jesieni wyszedł i słuch po nim zaginął.

    Kościk Wasilewski wyszedł z kampanii wojennej zdrów i z nową chwałą, lecz życie mu początkowo nie układało się pomyślnie. Chciał sprowadzić na teren polski narzeczoną, a ta nie godziła się na to, twirdząc, że jej nie wolno opuszczać wsi, gdzie jest tyle biedy i smutku. Przekraczał kilka razy granicę, tułał się po lasach, przesiadywał bez określonego celu w miastach polskich. W końcu, ulegając namowom swej bogdanki, powrócił na stałe do Polski i wstąpił do wojska.

    W roku 1925 przyszła do niego sama i wzięli ślub. W rok później zwolnił się z wojska i osiadł na ziemi.

    Ostatni list od niego miałem przed wojną. Wieści okropne były. Donosił mi o planowanym w Sowietach tępieniu żywiołu polskiego i uświadomionych narodowo Białorusinów.

    Szkoły polskie, jakie gdziekolwiek istniały, likwidowano; świątynie zamieniono na piekarnie, kabarety lub zakłady bezbożnicze; ludność zaścianków, czującą się polską, deportowano w głąb Rosji, a na jej miejsce osiedlano Mongołów i miejscowych degeneratów. Ginęło piękno polskich wsi kresowych, ginął ich dobrobyt i kultura cała.

    „Nie ma już braciszku – pisał mi – ni naszych zaścianków, ni wieczorynek, ni festów, ni całego dawniejszego życia. Grusze w polu wycięli, miedze zaorali, krzyże i kapliczki przydrożne spalili, a święta doroczne skasowali.”

    „Tam, gdzie chodził pług samodzielnego rolnika, poszły dozorowane przez czerwonych ekonomów traktory; gdzie stały gumna zapełnione po szczyty zbożem, stanęly nagle bloki budynków kolektywnych, chroniące nędzne dla kołchoźników racje; gdzie ludzie słuchali prawdy Chrystusowej, zabrzmiało kłamstwo. Tam, gdzie niegdyś był dostatek, częściowa wolność i radość ludzi, nastala nędza, dzika niewolna i wzdychania.”

    „Setki tysięcy braci naszych rozproszono po obcych i dzikich krajach, skazując ich na zagładę. Któż zważy, braciszku, ich krzywdy?! Kto zmierzy ich boleść?!

    ***

    Ostatnia zawierucha wygarnęła z niewolniczej ziemi pewną ilość owych zdradzonych i zapomnianych nieszczęśliwców. Jedni wydostali się z dywizjami Andersa i Berlinga, drugich wywieniono na robotę do Niemiec, inni korzystając z zamieszania w kraju, uszli na własną rekę.
    Częste wzmianki o tym w prasie ożywiały mi duszę, rodząc nadzieję, że znajdę jeszcze ukochane mi osoby. I nie myliłem się.

    Dwa lata temu udało mi się wejść w korespondencję z paru weteranami obu wojen, pochodzącymi znad Berezyny. Jeden z nich przysłał mi niedawno zapieczętowaną lakiem kopertę, w której znalezłem parę tuzinów starych znaczków pocztowych i ciekawy list Karusi Wasilewskiej. Gatunek papieru pozwalał się domyślać, że list pochodzi zza żelaznej kurtyny, lecz adresu nie było, a w liście weterana znalazłem uprzedzenie, że ani obecnego miejsca zamieszkania Wasilewskiej, ani sposobu, w jaki mi list przysłała, nie ujawni.

    List Karusi zawierał obszerny opis dokonanego spustoszenia i krótką wiadomość o własnym nieszczęściu:

    „A mój jak poszedł na niemiecką wojnę to już nie wrócił do mnie. Ile się już nachodziłam do różnych urzędów, ile się napytałam ludzi – i nic. Gdy tylko pomyślę, serce więdnie, ale nie okazuję tego nikomu, bo trzeba synków hodować”…

    „Mam dużo rzeczy do powiedzenie Tobie, ale przez list nie wolno. Bardzo się cieszę, że Ty żywy jeszcze i wciąż orzesz. Niech Ci Bóg pomaga. Jeżeli kto kupi znaczki, to oddaj na sprawę Bożą”…

    „Bądź dobrych nadziei. U nas wszyscy mówią, że tak długo nie będzie”

    Nie mając adresu, odpowiadam na tym miejscu słowami bohaterów powieści: „Tak nie może być – Droga Pani – Bóg widzi serca nasze i myśli”.

    Chwila wyzwolenia się zbliża.

    (Florian Czarnyszewicz, Epilog do Wicika Żywicy, drugiej powieści autora, 1953)

  2. Stanisław Ogórkiewicz

    Zupełnie przypadkiem, całkiem niedawno przeczytałem zarówno książkę Pawlikowskiego (po raz kolejny) i Czarnyszewicza (po raz pierwszy). Muszę przyznać, że choć książka Pawlikowskiego jest literacko lepsza niż “Nadberezyńcy”, to Tadzio Irteński budzi we mnie znacznie mniej sympatii, niż Stach Bałaszewicz. Z kart “Dzieciństwa i młodości…” wyłania się obraz człowieka słabego charakteru. Bohater “Nadberezyńców”, przeciwnie, to człowiek gotowy do poświęceń nawet za najwyższą cenę, którego mieć za przyjaciela byłoby wielkim skarbem na tym łez padole. Nie zmienia to faktu, że “Nadberezyńcy” niewolni są od naiwnych idealizacji, infantylizmu, a nade wszystko polonocentryzmu, zaciemniającego rzeczywistość. Opisy ciemnoty białoruskich chłopów są żenujące… Pomimo tego, religijność mieszkańców Smolarni daje im moralną podstawę do oparcia się nadciągającej nawałnicy.

    Czytając “Dzieciństwo i młodość…”, zacząłem dumać nad stanem moralnym polskiego ziemiaństwa, warstwy, która jak się zdaje pretendowała do przewodniej roli w społeczeństwie polskim w WXL. Patrząc na Tadzia i jego kolegów, mam przed sobą obraz zdemoralizowanej i zdeprawowanej młodzieży. Jasna sprawa, współcześni zawsze pomstowali na młodzież, wspominając że “za naszych czasów to było nie do pomyślenia…”, ale nie o to chodzi. Najbardziej uderzające jest to, że ludzie ci żyli z dala od religii.

    Tamten system/ład/porządek, którego niespodziewany koniec opisuje autor tego cyklu, miał swoją podstawę w prawdziwej religii. To religia katolicka była istotą i jednocześnie fundamentem tego systemu. Kiedy odejmie się religię, jaką ów system ma rację bytu? Jakie jest usprawiedliwienie dla jego istnienia? W imię czego można go bronić? Nie można zjeść ciastka i mieć ciastko…

    Nie chcę przez to sugerować, że z tego powodu mieszkańcy WXL zasłużyli na lawinę tragedii, jaka ich spotkała. Bolszewizm wyhodowany został na Zachodzie Europy, więc nie może tutaj być mowy o związku przyczynowo-skutkowym. Chcę jedynie powiedzieć, że gdyby warstwa przewodnia trzymała się była zasad religijnych, tak jak lud, to przebieg wypadków mógłby wyglądać nieco inaczej.

  3. michał

    Drogi Panie Stanisławie,

    Bardzo dziękuję za te interesujące cytaty. Oprócz “Nadberezyńców” nie czytałem nic pióra Czarnyszewicza. Obawiam się, że nie wykażę się wielkodusznością, ale nie bardzo mnie ciągnie do niego. Przytoczona powyżej przeze mnie uwaga Mackiewicza na temat “Nadberezyńców”, wydaje mi się przekonująca w całej rozciągłości. Tym dziwniejsza zatem jest reakcja prof. Nowaka.

    Ale dalsze losy Karusi i Kościka, Stacha i Mieczyka – bardzo ciekawe. Jeszcze raz dzięki.

  4. michał

    Panie Stanisławie,

    Dopiero teraz zauważyłem Pański drugi komentarz. Mnie się wydaje, że Pan ma rację w ocenie charakteru Tadzia (i infantylizmu Badberezyńców także). Dotyka Pan tu sprawy, której zamierzam dotknąć w dalszych meandrach tego cyklu. Darek na przykład, dopatruje się w moralnym obliczu ziemian przyczyn ich poddania się bolszewikom. Czyżby coś było takiego w samej istocie polskiej szlachetczyzny, co predestynuje ziemian bardziej do roli karbowego w systemie komunistycznym? Podobno – a nie widziałem potwierdzających statystyk – ilość szlachty w dawnej Polsce pokrywała się z ilością członków komunistycznej nomenklatury w prlu nr 1.

    Tak czy owak, zgadzam się w zupełności z Pańską oceną religijności i moralności bohaterów powieści Pawlikowskiego. Tadzio Irteński mówi gdzieś, że religijność wileńska wydała mu się przesadną dewocją w porównaniu ze zdrowym podejściem Mińczuków. A przecież na jakim innym fundamencie mógł się utrzymać świat Irteńskich, jak nie wyłącznie na tradycyjnej moralności zakotwiczonej w wierze?

  5. Andrzej

    Zapewne dobrze Panowie wiedzą o tym, że “premierem” tzw. Litbiełu był potomek rodziny szlacheckiej/arystokratycznej z centralnej Polski Kazimierz Cichowski (jeden z jego rewolucyjnych pseudonimów to zdaje się “hrabia”) herbu Wąż. Niemniej wydaje mi się, że warto podać ten przykład.

  6. michał

    Panie Andrzeju,

    Nie wiedziałem nic o Cichowskim. Też kanalia. Kiedy go areszowano w 37, to pewnie zarzucali mu, że był całe życie agentem POW, Gestapo, imperialistów i bywszych liudiej. Ciekawe, co wówczas sobie pomyślał.

    Jagoda – kolejny Polak, choć ktoś mi zarzucił, że żaden z niego Polak, bo to Żyd – o ile pamiętam, powiedział przesłuchującym go enkawudzistom, swym byłym podwładnym, że znalazł właśnie dowód na istnienie Boga, bo przez większość życia myślał, że Bóg nie może istnieć, skoro pozwalał mu na to wszystko, co on nawyprawiał. A tu proszę, okazało się, że musi istnieć… (ale cytuję to z pamięci)

    Wśród komunistów było wielu ludzi wykształconych lub z tzw. dobrych domów, choć o wiele częściej bywali to polscy szlachcice niż rosyjscy lub niemieccy. Dość dziwne, właściwie. Trudno zrozumieć dlaczego. Mackiewicz doliczył się mnóstwa arystokratycznych nazwisk wśród spiskowców przeciw Hitlerowi, a polska szlachta prowadziła bolszewikom pegieery… ech, szkoda gadać.

  7. Sonia

    Michal,

    To ze wsrod polskich szlachcicow bylo duzo wiecej komunistow niz wsrod rosyjskich i niemieckich szlachcicow, jest bardzo logiczne. Szlachta rosyjska i niemiecka bronila carow i cesarzy od wiekow. Polska szlachta spiskowala przeciwko carom i cesarzom od konca 18 wieku. I nie wszyscy polscy szlachcice wysiedli z rewolucyjnego pociagu na stacji “Polska”, jak Pilsudski…

    Moim zdaniem, rozbiory Polski byly jednym z powodow rewolucji bolszewickiej w Rosji. W 1795 Rosja polknela trucizne ktora ja zabila 122 lat pozniej…

  8. michał

    Soniu!

    Jak miło, że zawitałaś w te strony.

    Twoje powyższe wyjaśnienie tego fenomenu wydaje mi się słuszne i przekonujące. Ale warte chyba rozwinięcia.

    Polski stan szlachecki był ostoją osobistej wolności szlachcica. Stan ten stworzył Rzeczpospolitą, w której panowała atrakcyjna kultura – atrakcyjna dla obcokrajowców i dla szlachetków – ale jej raison d’etre było, że silne państwo równa się despotyzmowi. W takiej sytuacji Polska skazana była na schyłek ku anarchii i powolną degradację, a państwo działać mogło skutecznie tylko w rękach energicznego króla. Nasuwa się tu oczywisty przykład Batorego, ale do pewnego stopnia także Sobieski był takim królem. Polska szlachta była na ogół, niemal odruchowo, przeciw wszelkiej władzy. Stąd nota bene, ogromna i niedoceniana popularność saskich królów wśród szlachty, ponieważ byli słabi i pozwalali bogacić się każdemu wokół. (Nawiasem, stan szlachecki w Polsce był ogromnie zróżniczkowany, od potężnych magnatów, skoligaconych z domami panującymi, do szaraczków na zagrodzie.)

    Pruscy junkrzy byli przede wszystkim o wiele biedniejsi, mniiej liczni, ale najważniejsze, że otoczeni byli wrogim ludem, więc stali się ostoją państwa Hohenzollernów. Rosyjska szlachta jest chyba trudniejszym przypadkiem, bo trudno ją doprawdy nazwać ostoją czegokolwiek. Piotr musiał bojarów rozbojarzyć (że użyję stalinowskiego określenia), a drobnej szlachcie pozwolił się bogacić.

    Hipoteza, że wraz z rozbiorami Rosja połknęła truciznę, która ją z czasem zabiła, wydaje mi się świetnie powiedziana i ze wszech miar słuszna.

Comment



Wydawnictwo Podziemne