(Polski)

Józef Mackiewicz
The Triumph of Provocation
 
Michał Bąkowski
Votum separatum
 
Dariusz Rohnka
Szkice o Józefie Mackiewiczu
 
Jeff Nyquist
Origins of the Fourth World War
 
« Collapsible communism (as seen in 1991)Only truth can save us now. <br>Trevor Loudon interview »

Sorry, this entry is only available in Polski.



13 Comments "(Polski) Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XII"

  1. michał

    ERRATUM!

    Zwrócono mi uwagę, że “słowo “władyka” jest używane dla określenia duchownego prawosławnego (np. metropolity)”.

    Oczywiście, że tak. Bardzo przepraszam, za ten infantylny błąd.

  2. amalryk

    “…czymże są więc wyzute ze sprawiedliwości państwa, jeśli nie wielkimi bandami rozbójników? Wszak i banda jest gromadą ludzi rządzących się rozkazami swego przywódcy, związana przez ugodę o wspólności i rozdzielają zdobycz wedle przyjętego przez się prawa [św. Augustyn 1977: 223].” – Trudno o lepszą charakterystykę tych bolszewickich tworów, o których tu rozprawiamy.

    No, ale czemu tu się dziwić, że jest jak jest, skoro publiczność oglądaczo – czytelnicza współczesnego świata tak się emocjonowała wyimaginowanymi dziejami choćby niejakiego “Ojca chrzestnego”? Ten świat dryfuje w objęcia bolszewii, “…ale świt twórczy nowego świata, pełny dyscypliny, mocy i rozpędu, jest cudowny.” jak twierdził cytowany tutaj, niejaki Romer; ja jakoś nie podzielam jednak jego estetyki…

  3. michał

    Drogi Panie Amalryku,

    Święty Augustyn jest tu na miejscu.

    Ale Augustyn mówił o każdym państwie ludzkim, bo nawet najlepsze państwa ludzkie są pozbawione Bożej sprawiedliwości, a tym samym są jak szajka opryszków. Dopiero w Państwie Bożym jest sprawiedliwość. Wśród państw ludzkich są jednak lepsze i gorsze, no – i bolszewickie.

    Zabawne, że myśl wziął wielki Święty z anegdoty Plutarcha o Aleksandrze i piracie. Schwytany pirat zuchwale powiedział wielkiemu władcy, że różnica między nimi jest tylko kwestią skali. Można było tak wygarnąć jedynowładcy, ale kto by się ośmielił wypalić coś takiego tym wszystkim sekretarzom i komisarzom z gębami pełnymi frazesów o wolności i demokracji?

  4. amalryk

    Biskup Hippony jest tu na miejscu również dlatego, że tak jak i my obecnie na własne oczy oglądał upadek cywilizacji, na gruzach której miało powstać Christianitas, rozwalone przez kolejne rewolucje (religijną, polityczną, ekonomiczną i obyczajową) z inspiracji niezliczonych mędrków co “to mącą świat i sądzą mylnie o wszystkim” jak powiedział Pascal…

    Epigoni starożytnego świata mieli u bram barbarzyńców my zaś;
    “Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?
    Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.”(Kawafis)
    my mamy bolszewików.

  5. michał

    Nigdy nie czytałem Kawafisa. Wygląda na to, że wiele straciłem.

    Koncepcja państwa Augustyna wywodzi się z świadomości grzechu: państwo jest koniecznością przez grzech. Gdyby nie było złodziei i bandytów, nie potrzebna by była policja; bez tyranów i złych sąsiadów, nie trzeba by było utrzymywać wojska; a skoro są i trzeba, to są podatki i cały Lewiatan machiny państwowej. Tak długo, jak jesteśmy na tym świecie, wśród Bożych stworzeń, musimy pamiętać o warunkach życia na ziemi, a ściślej, że wiara i Kościół Boży nie wystarczą, by zwalczyć ziemskie Zło. Państwo i prawo są koniecznością; choć nie są w stanie osiągnąć ostatecznej sprawiedliwości, to spełniają rolę. Kościół nie ma doczesnej misji, ale wypełniać powinien tu i teraz taką posługę, jakiej wierni potrzebują. Republikański Rzym, który wydawał się Polibiuszowi i Cyceronowi szczytowym osiągnięciem państwowości, w oczach Augustyna cierpiał na libido dominandi, na żądzę panowania, która doprowadziła republikę do upadku, a potem sam Rzym, ale nigdy nie dała nikomu, oprócz zwycięzców, żadnych dóbr, oprócz ciągu wojen. Na libido dominandi cierpią też współczesne nam państwa, a mimo to, nie chcą dziś ani policji, ani wojska, tylko darmową opiekę, edukację i zasiłki.

    W pewnym momencie, Augustyn każe nam sobie wyobrazić człowieka, który jest najlepszym żeglarzem, ale zapomniał dokąd płynie. Wspaniale stawia żagle, najlepiej steruje, potrafi ochronić statek przed burzą, ale nie wie, dokąd zmierza. “Czy nie jest tak, że im bardziej taki jest pewien swej sztuki żeglarskiej, tym większe niebezpieczeństwo, że doprowadzi okręt do rozbicia?” Podczas burzy schroni się w zatoce, ale wśród bezpieczeństwa i spokojnych wód, rozbija się, bo nie wie, po co się tam znalazł.

    Oto metafora naszej wpółczesności. Wszyscy ci eksperci, mistrzowie, naukowcy, którzy wszystko wiedzą, ale niczego nie rozumieją. Znają każdy skręt w DNA wirusa, więc wiodą nas do spokojnej i bezpiecznej przystani, tj, do siedzenia w domu, gdzie cały świat rozbije się w najgorszym kryzysie. A to wszystko dlatego, że w oczach tych “mędrków, co mącą świat” pytanie o sens, pozbawione jest sensu.

  6. Dariusz Rohnka

    Michał,

    Jedna rzecz w Twoim znakomitym tekście domaga się (wedle mnie) przedyskutowania. Piszesz w zakończeniu:

    Putin jest uczniem Lenina i Stalina i robi to w miarę dobrze. Natura tego państwa nie jest feudalna, ale mafijna. Nie lenny stosunek wolnego wasala opisuje sytuację Kerimowa i Abramowicza, ale podległość wobec ‘capo di tutti capi’.

    W latach 70. ubiegłego wieku potoczyła się interesująca dyskusja na temat istoty peerelu. Dyskusja przebiegała niejako na dwóch poziomach. Na pierwszym z nich rozważano problem suwerenności peerelu, na drugim kwestię odrobinę większej wagi – istoty dyskutowanego tworu.

    Dyskusje jak to dyskusje, charakteryzują się na ogół tym, że nie prowadzą do uzgodnienia wspólnego stanowiska, ale raczej do ugruntowania rozbieżności.
    I choć gołym okiem widać było, że ani to to polskie, ani ludowe, ani w żadnym razie rzeczą wspólną nie jest, dyskusja do konsensu nie poprowadziła.

    Sądzą, że gdybyśmy się podjęli rozważenia, czym jest twór nazywany obecnie „federacją rosyjską”, natrafilibyśmy na nie mniej poważne problemy. Czym mianowicie nie jest, ustalić będzie (być może) w miarę łatwo. Jeżeli przyjąć, że podstawowym celem państwa jest troska o dobro swoich mieszkańców, no to już wiemy, że toto z państwem nie ma nic wspólnego. Federacją być nie może także, o ile federacyjność zakłada z definicji jaką taką, ale jednak, podmiotowość poszczególnych swoich części. Że z natury swojej rosyjskie owo nie jest, a przeciwnie – sowieckie, o to kopii z pewnością nie pokruszymy.

    No i gładko było. A teraz pod górkę – czymże jest? Z fragmentu Twojej wypowiedzi wolno mniemać, że to coś na kształt organizacji mafijnej. Mnie się to, przyznam, podoba. Proste rozwiązania, proste określenia, są – zdarza się – najtrafniejsze. Ale czy w ten sposób nie wykraczamy odrobinę poza definicję mafii? Mafia nie jest samodzielnym bytem, jest naroślą, tumorem na zdrowym organizmie państwa. Potrafi ingerować w każdy zakamarek jego struktury, zakłócać jego porządek, ale raczej nie rości pretensji do całości. Wspomniany tu niedawno w komentarzu „ojciec chrzestny” marzył, co prawda, żeby synek został prezydentem, ale tylko w obszarze fikcji.

    Wypada tak, jak byśmy mieli do czynienia z czymś w rodzaju mafii z dodatkowymi atrybutami państwa à rebours (a więc państwa, którego celem nie jest dobro, ale gwałt na „obywatelach”) oraz czymś więcej, czymś wykraczającym sporo dalej poza ramy zorganizowanego bandytyzmu. Czy jako całość da się to jakoś określić, zdefiniować?

    Lenin i towarzysze mieli swoją bolszewicką partię, a Putin i reszta?

  7. michał

    Darek,

    Nie wiem, o jakiej dyskusji z lat 70. mówisz, ale ktokolwiek w niej brał udział, nie musiał, mam nadzieję, “uzgadniać wspólnego stanowiska”, dochodzić do kompromisowej pozycji, nie potrzebował chyba consensusu. Bo i po co? Partie polityczne potrzebują wewnętrznej dyscypliny, by móc osiągnąć swe polityczne cele, głównie władzę. Mam nadzieję, że my tylko pragniemy dochodzić prawdę. Ugruntowanie rozbieżności w takim procesie, wydaje mi się bardzo dobrą metodą, bo pokonać ograniczenia własnego stanowiska można tylko uprzednio poznawszy je do gruntu.

    Ale do rzeczy. Czym jest “federacja rosyjska”? Wyznaję, że chyba nie rozumiem ważności tego pytania. Bez specjalnego zastanowienia powiedziałbym, że jest bolszewickim tworem, kontynuacją sowietów pod dowolną nazwą, jak go zwał, tak go zwał. Sowiety? Federacja? Pies go trącał.

    Nie sądzę, żeby dało się sensownie wyciągnąć z powyższego artykułu hipotezę, jakobym utrzymywał, że “federacja rosyjska jest mafią”. Złagodziłbym chyba moje określenie, że “natura tego państwa nie jest feudalna, ale mafijna”. Po prostu w odpowiedzi na tezę Belton – podkreślaną wielokrotnie – o feudalnych stosunkach pod Putinem, wysunąłem bliższy wzór. Nie lenne stosunki są wzorem dla Putina, nie car i bojarzy, ale mafia. Masz oczywiście rację, że ani to jest państwo, ani ma naturę, ale jednak w procesie analizy trzeba to niekiedy upraszczać, bo nie można doprawdy za każdym razem brać tego “państwa” w cudzysłów.

    A zatem, dla uniknięcia nieporozumień. Sowiety to nie mafia, to coś znacznie gorszego. Co rzekłszy, stosunki między, powiedzmy, Leninem i Dzierżyńskim, były mafijne. Podobnie stosunki między Stalinem i jego ludźmi, Andropowem i jego ludźmi, Putinem i jego ludźmi. Mfijność tych stosunków sprawia, że sowiety nie są w ogóle państwem, a wyłącznie państwo-podobnym tworem.

    Czy wykraczamy poza definicję mafii? Nie mam pojęcia. Mafia wydaje mi się z definicji niedefiniowalna, czym zbliża się bardzo do bolszewii. Jej cechą wyróżniającą jest nieokreśloność, zrobią wszystko dla własnej władzy. Uliczny bandyta może zostać wielkim szefem mafii, bez kontaktów, znikąd, tylko dlatego, że jest bardziej brutalny niż inni – wiele takich było wypadków. Ale czy nie dochodzimy tu do problemu natury władzy?

    “Tragedia Makbeta” jest tu może lepszym źródłem niż “Ojciec chrzestny”.

  8. Dariusz Rohnka

    Michał,

    Jeśli idzie o mafię, chodziło mi przede wszystkim o to, że, w odróżnieniu od bolszewików, nie rości pretensji do pełni władzy nad danym terytorium. Posługuje się na ogół jakimś „kodeksem” możliwych zachowań, ale nie stawia celów dalekosiężnych, w rodzaju panowania nad światem. Zresztą, nieważne.

    Godna większej uwagi wydaje mi się kwestia, czy mafijny model relacji pomiędzy członkami dobrze oddaje stosunki panujące pomiędzy bolszewikami? W tym drugim przypadku jest chyba coś więcej, co wychodzi poza prostą zależność chudszego bandyty od grubszego. Może to autorytet wodza (koniecznie nieomylnego)? Partia jako skarbnica idei, źródło nieogarniętej mądrości? Ponad człowiecza moc bolszewizmu, przed którą klękają z lubością kamieniewy, zinowiewy, a bodaj i putiny?

    Jeśli tak jest, to co dzisiaj scala, przepełnia dusze bolszych rzezimieszków? Partii nie ma, wodza nie ma. Czy naga wizja bolszewizmu tylko?

  9. michał

    Darek,

    Sprawa mafii jest ważna chyba o tyle, że odnosi się do zasadniczego pytania o władzę. Obaj chyba uważamy, że władza jest kluczowym pojęciem Metody. Cały ten kisiel, który nie daje się przybić do ściany, obraca się wokół władzy. Jeżeli jej nie mają, to jak ją zdobyć? Kiedy ją zdobyli, to jak utrzymać? Przekucie człowieka może być widziane jako środek do utrzymania władzy in perpetuum.

    Kodeks mafijny jest jak ideologia dla bolszewików, tj. obowiązuje żołnierzy, ale jest odrzucany z łatwością dla zachowania władzy. Mówię tu o mafii, a co dopiero wśród bolszewików.

    Słyszałem ostatnio o siedmiu braciach Kani. Niezwykle pouczająca historyjka. Siedmiu bandziorów dorwało się do władzy po obaleniu Kadaffiego, w miasteczku na przedmieściu Trypolisu. Ich terror przekroczył granice okropieństw: zakopywanie dzieci żywcem, wrzucanie ludzi do klatki z lwami, trzymanie więźniów w klatkach 70 cm wysokości i temu podobne koszmary. Czy to byli tylko gangsterzy? Tylko mafia? Czy coś więcej? Zresztą czterech z nich nadal żyje i mają się dobrze pod opieką Haftara, a zatem w ostatecznym rachunku – są pod opieką Putina.

    Autorytet wodza chyba dobrze wyjaśnia mafijny charakter relacji między komunistami. Ale znowu, obaj sądzimy, że istnieje coś takiego jak kolektywne kierownictwo. Niekiedy wódz ma pełną kontrolę nad nim, a w innych momentach jest tylko primum inter pares (jeżeli nie jest świętokradztwem użycie tu tego terminu). Partia wydaje mi się teraz tylko przechodnim fenomenem. Kimowie, Assadowie, Castro, Mao czy Putin, są ważniejsi niż jakaś “partia”, ale z drugiej strony, tego rodzaju lojalności są krótkotrwałe. Musi tu być coś mniej osobistego, a bardziej solidnego.

  10. Dariusz Rohnka

    Michał,

    „Primus inter pares” w danym kontekście brzmi faktycznie nieco bluźnierczo, ale zasadniczo kryje się za nim istotne bolszewickie modus operandi. Gdy sczezł był Stalin powiedzieli sobie: dość jednogłowych satrapów, niechaj zarządza lernejska hydra. A ponieważ praktyka życia pokazuje, że nawet bolszewicki potwór winien mieć jakąś twarz, więc wybierają z pomiędzy siebie (czy aby na pewno tylko z tego grona?) zarządzającego putino-prymusa. Nawiasowo, musi to być mocno frustrujące, to udawanie w kółko, że jest się czymś więcej, niż jest.

    Twoje uwagi na temat przemijalności „partii” nasunęły mi pewien koncept (pewnie niedorzeczny, ale postaram się go mozolnie wyartykułować).

    Może popełniamy błąd upatrując w kisielowatym komunizmie/bolszewizmie czegoś rozlewnie stałego, galaretowato jednorodnego. Może jest on trochę jak trzydzieści trzy (czy ile tam?) stopnie masonerii, choć bez uciesznych rytuałów, hierarchii, fartuszków, innych dupereli, przysięgania na belzebub raczy wiedzieć co; no i bez samego stopniowania też.

    Może bolszewizm zaczyna się od jędrnego kartofelka zasadzonego ciepłą wiosną w redlinie, marzącego o radosnym kiełkowaniu, bujnym wzroście, zielonościach i kwitnieniach, aby po upływie niejakim czasu stać się pożywną bulwą, jedną z wielu? Dla ideowego, bolszewickiego ziemniaka – żadna to ujma. Świat wciąż może być piękny, a on (czyli ziemniak-bolszewik) pożyteczny, dający jeść.

    Tu przygoda bolszo-kartofelka traci swoją jednorodną naturę. Przeważająca większość trafia do konsumpcji bezpośredniej. Dla sporej części kolejnym etapem będzie duchota świńskiego parnika. (Ech! Szkoda trochę towarzyszy.). Piękniejsi (ciałem) trafią na ludzkie stoły, przysypani aromatycznym koperkiem. Radosny finał, szkoda że krótkotrwały. Jeszcze inni zostaną uszczyceni w ziemniaczano-kulinarnych finezjach. Staną się pyzami, knedlami, pierogami, cepelinami i plackami. Kartoflana elita trafi w mundurkach na postny stół – nieoskrobani szczęściarze.

    Wciąż ciągłość pierwotnych ideałów. Nieważne jak przetworzony, kartofelek zachował niewinność. Postępowe wzorce zachowań, które przez zimę chłonął w dusznym kopcu, pozostały nietknięte. Cóż jednak po samej czystości? Czy ziemniaczana kupa biernych bulw zdolna jest wzruszyć z posad bryłę Ziemi? Poprawić, zmienić, pospieszyć gnuśny lud ku świetlanej jutrzence? Nawet na mopsożelaznym piecyku nie da się upichcić jajecznicy, nie rozbiwszy jaj, rzecze wszak poeta. Co trzeba by z bulwy była mąka, a z mąki upragniony kisiel?! Mąk. Mąk więcej dusznych, i mąk ciała.

    Wbrew oczekiwaniom, nie kończy się tu wcale pięknoduchowa przygoda bulwy. Bynajmniej, nie. Wiele przed nią przygód jeszcze, doświadczeń i poznań, ale o tym, co dalej, innym razem… gdyż ziewam.

    Myśl ogólna jest po leninowsku prosta – bolszewizm składa się z gigantycznej mendelejewskiej masy pierwiastków; lekkich i ciężkich, niespotykanych i pospolitych, takich sobie i wyjątkowych. Miliardy najpiękniejszych ideji mogą wieść do bolszewickiej kloaki. Fenomen polega na nieograniczonej niemal możliwości kuszenia – wszystkich. I każdego można spożytkować: nacjonalistę i demokratę, chrześcijanina i socjalistę, ludowca, liberała i konserwatystę. Jeden jedyny reakcjonista stanie okoniem, ale pies z nim… wstecznikiem.

    Dlatego zdaje mi się analogia z masońskim piękno i nie-piękno-duchym rytem bardziej pasuje do ogólno bolszewickich stosunków, aniżeli przyrównanie mafijne, a w każdym razie warto by ją może poddać rzetelnej próbie prawdomówności.

    Z punktu widzenia władzy, władzy in perpetuum, model który pozwala na wchłonięcie każdego nosiciela niebrzydkiej myśli, na jego zdeprawowanie i wyplucie, zdaje się mieć potencję.

  11. michał

    Hiperbola kartoflana. Ciut się w niej zgubiłem, ale przecież nie jestem poznańskim pyrą, żeby się wyznawać na kartoflach, tudzież na przetworach kartoflanych. Co rzekłszy koniecznie poddaj ją próbie prawdomówności. Z kartofli będąc, metaforyczna alegoria może nawet znieść “waterboarding” (sprawdziłem przed chwilą i okazało się, że tak się mówi po polskiemu, ciekawe jak to się wymawia w tym języku nowopolskim?), więc dobór metod jest zupełnie dowolny. Ale jak zamierzasz jej zadać mąk dusznych?

  12. Dariusz Rohnka

    Wycieczki regionalne?!
    Dobrze, że my, Wielkopolanie, mamy poczucie humoru, stoliczny żartownisiu.
    „Waterboarding”? No, widzisz jak nam się pięknie rozwija polszczyzna. Czasami trudno nadążyć.

  13. michał

    Zamierzasz zadać alegorii mąk dusznych poprzez wycieczki regionalne?!? Właściwie, może to jest jakaś myśl. Zabierz ją na Ślunsk, zobaczymy, co wtedy powie! Pewnie wszystko wyśpiewa i nie będzie więcej tajemnic.

    Nie trzeba o tym głośno mówić, ale tak się składa, że niżej podpisany jest w połowie poznańską pyrą (tylko ćśśśś…) i bardzo sobie chwali pyry i ryczuszki, i użycie wołacza w mianowniku wobec imion własnych. Tylko cicho, tylko cicho, tylko cicho, tylko cicho…

Comment



Wydawnictwo Podziemne