Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski. Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres. Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce: 1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania? 2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki? 3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych? Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie. |
Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza. Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania: 1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem? 2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie? 3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku? Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału. |
1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność? 2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej? 3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze? 4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin? 5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony? 6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku: Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012! Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012? |
Jacek Szczyrba ![]() |
| Czerwoni na szóstej! Wydanie II
Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana. |
Jacek Szczyrba ![]() |
| Punkt Langrange`a. Powieść. |
H![]() |
| 1946. Powieść. |
“(…)ideę demokratyczną, która dziś utknęła w bolszewictwie, zwalczać można tylko podnoszącą nas ponad proch rzeczy ziemskich ideą religijną, ideą człowieka stworzonego na wzór i podobieństwo Boże, ideą człowieczeństwa przeciwstawianego bestializmowi najpodlejszych instynktów i pożądań, tą nieustępliwą – mówi Förster – mocą sumienia, której wspaniały symbol mamy w Antygonie Sofoklesa, tej strażniczce potęg moralnych, trwającej niezłomnie wobec Kreona, tj. w obliczu zastępców pisanego prawa „przy potężnym wieczystym prawie bogów” – i tylko tam „gdzie w duszach obywateli włada Antygona”, może być mowa o mocnych podwalinach porządku społecznego i państwowego.(…)”
Jasno i prosto!
Pełna zgoda, Panie Amalryku. Choć z drugiej strony, może powstać w głowie myśl wątpiąca, czy dla wielu powyższe myśli Mariana Zdziechowskiego okazać by się mogły – gdyby dane im było je poznać – równie jasne i proste do zrozumienia.
Zwątpienie Pańskie jest w sposób oczywisty zasadne. Gdyż wraz tryumfem idei demokratycznej zatryumfowała również masowa tresura umysłów, wykreowanego na jej potrzeby, owego (pożal się Boże) zbiorowego “suwerena”, za pomocą zakładów oświecenia publicznego…
A geniusz Pascala (przy całej osobliwości jego jansenistycznych skłonności) trafnie antycypował nam obecny stan rzeczy postrzegając iż:
“(…)Nauki maja dwa krańce, które stykają się z sobą: jeden to czysta niewiedza naturalna, w jakiej znajdują się wszyscy ludzie przy urodzeniu. Drugi kraniec to ten, do którego dochodzą wielkie dusze, które przebiegłszy wszystko to co ludzie mogą wiedzieć, uznają, że nic nie wiedzą i znachodzą się w tej samej niewiedzy z której wyszli: ale jest to niewiedza uczona, która zna sama siebie. Owi pośredni, którzy wyszli ze swej naturalnej niewiedzy, a nie mogli dojść do tamtej, mają jakowyś polor owej wiedzy zadufanej w sobie i udają mędrków. Owi to mącą świat i sądzą mylnie o wszystkim.(…)”
Piękny cytat, dokąd on nas jednak poprowadzi? Czy nie do imperatywu wyeliminowania owych Pascalowych „mędrków” z życia naszego codziennego (bo przecie nie – publicznego)? Jak tego dokonać skoro jedynie „wielkie dusze” mogą osiągnąć stan „niewiedzy uczonej”, a cała reszta – tresowana czy nie – błyszczeć i tak będzie z upodobaniem w „polorze wiedzy zadufanej”?
A przecież, bywa, i owe „wielkie dusze” nie zawsze grzeszą nadmiarem rozumu. Immanuel Kant, filozof wielce przez Mariana Zdziechowskiego ceniony, przypisywał rewolucji francuskiej tak wielkie znaczenie w „historii emancypacji ludzkości, że należałoby ją co jakiś czas powtarzać”. Z jakiego stanu niewiedzy owo przekonanie się wzięło, boć z nieba gwiaździstego raczej na filozofa nie spłynęło?
Następne zdanie z cytatu brzmi:
“(…) Lud i naprawdę zdatni ludzie tworzą bieg świata; ci gardzą nim i są przedmiotem wzgardy.(…)”
Cóż, najwyraźniej po wygnaniu, nie zasługujemy na to aby wieść przyjemne i beztroskie życie.
“(…)Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła.(…)”
Przecież to spożywanie owoców z drzewa poznania prowadzi ku śmierci (wszak nikt nie wspominał, że po wygnaniu proces ten został unieważniony).
Nie mnie rozstrzygać o wielkości duszy nudziarza z Koenigsbergu, ale jego osławiony imperatyw kategoryczny, jak wielokrotnie wykazywano, nie ma ani logicznego, ani psychologicznego umocowania – można go śmiało odrzucić bez popadania w sprzeczność.
“(…)przypisywał rewolucji francuskiej tak wielkie znaczenie w „historii emancypacji ludzkości, że należałoby ją co jakiś czas powtarzać”.(…)” W emancypacji ludzkości z ręki karności Bożej ?Zapewne, zapewne! (No i wykrakał, zaiste za jakiś czas – raptem po 128 latach!)
‘
Panie Amalryku,
Rozumiem, że stawia Pan kwestię na ostrzu noża. Pojmuję także Pana wątpliwość w możliwość budowania skutecznej alternatywy wobec Królestwa Bożego tu, na Ziemi.
Czy jednak wykorzenienie stąd bolszewictwa (choć może nie na zawsze) nie jest propozycją możliwą do spełnienia? Ostatecznie, takiej czy siakiej biedy i tak nam nie zabraknie, a zawsze byłoby jakoś mniej na świecie ponuro. Po za tym czy bezgraniczna brzydota może na stałe gościć w zamyśle Stwórcy?
Myślę, że Pana „nudziarz”, nawet jeżeli tkwił w błędzie, był obdarzony wspaniałą naturą – i na tym polega dylemat.
Nie mam najmniejszych wątpliwości co do “budowania skutecznej alternatywy…”. Powtórzę za Davilą ;”(…)Ziemia nigdy nie będzie rajem, ale być może dałoby się uniknąć, aby nie zamieniała się stopniowo w mało gustowną imitację piekła.(…)”
Tępienie bolszewictwa jak najbardziej wpisuje się w ów program realny, uniknięcia imitacji piekła na Ziemi, tylko tępicieli jakby nie dostaje. Stwórcy nie możemy winić za to co uczyniliśmy ze swoją wolnością. (Zawsze nie mogłem wyjść z zadumy nad powodem, dla którego jesteśmy dla Niego aż tyle warci.)
Kant był geniuszem co wszakże, jak widać, nie uwalnia od omylności – wszak sam spostrzeg,ł iż jesteśmy wyciosani z krzywego drewna…
Ponieważ Stwórcy nie możemy winić, co wydaje się nie podlegać dyskusji; do tego geniusze okazują się nader omylni w obszarze interpretowania ludzkich kwalifikacji intelektualnych i duchowych, cóż dalej?
Tępicieli bolszewictwa nie staje, zresztą nigdy ich zbyt wielu nie było. I chyba szukać ich doraźnie nie sposób.
Zdziechowski opisuje swoje zdumienie, gdy gdzieś w okolicach 1919 odwiedził paryskich przyjaciół i skonstatował, że w istocie bolszewizm nikomu za bardzo nie wadzi, a nawet przeciwnie… zawszeć to niby bliżej demokracji, tak jego przyjaciele myśleli. I z drugiej strony Russell, który w tym samym mniej więcej czasie odwiedził Moskwę, Lenina i jego kompanionów – tego z kolei zdumiało podczas wizyty całkiem coś innego: brak u nowych bolszewickich znajomych, tych – tak jak pewnie mniemał – uduchowionych orędowników równości w najwyższej postaci, otóż zdumiał go brak drobny, a wiele mówiący – zamiłowania do luksusu. Brak znamienny nie tyle dla owych panów, a dla samego Russella – taki był z niego demokrata.
Pozwolę sobie na skrót myślowy, ale chyba dozwolony: w gronie natur lepiej od innych wyedukowanych (a może tylko – społecznie uplasowanych) – gra w demobolszewickie klocki stała się jakie 200 lub 300 lat temu niczym ruletka w kasynie, rodzajem mentalnego narkotyku – wszyscy wiedzą, że to złe, głupie, destrukcyjne, ale grać (z dobrej woli) nie przestaną.
Nie taki sobie chichot historii, biorąc pod uwagę skalę popełnionych w tym czasie zbrodni. A wszystko z nieodpartej mody na branie, z domieszką strachu, rzecz jasna. Gdzie szukać antidotum, skoro moralny imperatyw kategorycznie odrzucimy?
Russell to figura szczególnie mi nie miła.
Ludzie, po upowszechnieniu umiejętności czytania, zaczęli też powszechnie idiocieć, więc per saldo efekt jest taki właśnie…(rację jednak miał Platon).
Problem jest nie w tym, że MY imperatyw kategoryczny odrzucamy, problem w tym, że odrzucają go bezkarnie rózne szumowiny (np. wymagając od nas uczciwości sami się do niej nie stosując) co świadczy wprost o jego nie-kategoryczności.
Jest tylko jeden kategoryczny imperatyw, który leży u podstaw każdej etyki: czyń dobro, unikaj zła! Ale to nie był wcale Kantowski imperatyw. Szumowiny odrzucają ten prawdziwy imperatyw, gdy twierdzą, że żadnego dobra nie ma, albo gdy czynią zło z pełną świadomością, że to jest zło. Jednakże fakt, że szumowiny coś odrzucają, nie czyni samego imperatywu mniej kategorycznym, nie sądzi Pan, Panie Amalryku?
Wszak kategoryczność tego imperatywu, Panie Michale, nie bierze się z widzi mi się pana Pachciarskiego z Koziej Wólki, który jak raz dzisiaj rano wstając z łóżka zauważył, że chciałby aby był on stosowany przez każdego i zawsze; ale być może już jutro, pod wpływem traumatycznych przeżyć dnia dzisiejszego, się mu on przebiegunuje – tylko z Wysoka, nie sądzi Pan?
Otóż to! Na tym chyba właśnie polegał błąd Kanta. (Ach, jak to miło wytykać błędy innym, zwłaszcza tym wielkim.)
A wracając do artykułu Zdziechowskiego, czy nie zachwyca Pana jego niesłychana aktualność? Jeden akapit po drugim można wziąć jako komentarz do naszej współczesności.
Zachwyca? Raczej przeraża! Zwłaszcza gdy spoglądam na dwudziestowieczne zgliszcza – nawet nie chcę już oglądać tych dwudziestopierwszych…
Ma Pan rację oczywiście. Zachwyca tylko w tym sensie, że Marian Zdziechowski był tak niezwykle przenikliwy, ale konekwencje tej myśli są przerażające.
Czy jednak ta aktualność spostrzeżeń prof. Zdziechowskiego nie odnosi się wyłącznie do tzw. Zachodu? Bo tutaj, w peerelu już od dawna (co najmniej ćwierć wieku) jest “posprzątane”. Antykomunizm o znaczącej cokolwiek sile przestał istnieć a nieomal wszyscy Polacy (włacznie z tymi którzy wydają Golicyna i promują jego oraz Józefa Mackiewicza) ochoczo i z radością taplają się nie w żadnej demokracji ale w fikcji “demokracji”. Ta fikcja zagnieździła się w ich umysłach tak bardzo że nie jest już niczym maskowana. Tak bardzo ta prowokacja się udała… Chciałoby się powtórzyć za “klasykami” (tfu!) : niczego się nie nauczyli, nic nie zrozumieli.
Dzisiaj, nie ma tutaj żadnego “Słowa”, które by taki tekst wydrukowało. Tutaj jest polarna noc i na świt się nie zanosi.
Sprzeciw wobec bolszewizmu, pod każdą jego postacią), powinien moim zdaniem istnieć przede wszystkim na płaszczyźnie moralnej. Każda inna płaszczyzna postawiona ponad nią: polityczna, gospodarcza, światopoglądowa itd. może być przez bolszewików wykorzystana do dezinformacji i prowokacji. Do kolejnych nepów i trustów.
Drogi Panie Andrzeju,
Ma Pan z pewnością rację, ale jednak wiele z cytatów z powyższego artykułu można odnieść dosłownie do dzisiejszego prlu, co, jak słusznie wskazał p. Amalryk, jest równie komiczne co przerażające.
Wybieram na chybił trafił:
“idea demokratyczna spoczęła dziś na fikcji, że „większość ma za sobą nie tylko siłę, ale i rozum, że posiada mądrość, a zatem także i prawo stanowienia o wszystkim””
“Wobec niektórych pozornych podobieństw między konserwatyzmem, a tak zwaną u nas narodową demokracją, obawiać się należy, że ludzie pokrewnego z nią sposobu myślenia mogliby się znaleźć w szeregach stronnictwa konserwatywnego, jeśliby się ono utworzyło, i mogliby je zepchnąć z właściwej drogi, a pchnąć ku celom nie mającym nic wspólnego z konserwatyzmem.”
Sprzeciw wobec bolszewizmu, jak słusznie Pan pisze, musi przybrać postać indywidualnego protestu. Antykomunizm jest postawą.
Drogi Panie Michale,
Mnie jednak wydaje się, że fikcji demokratycznej w wolnej Polsce (i szerzej w wolnym świecie) nie można porównać do fikcji “demokratycznej” w obecnym peerelu który jest tylko tworem nepowskim pod kontrolą bolszewików. Dlatego, że peerelowsko-nepowska “demokracja” jest jedynie fasadą za którą wyraźnie widać bolszewicie mordy. Widać je z każdym dniem coraz bardziej ale mimo to zpeerelyzowanym Polakom wcale to nie przeszkadza, identyfikują się z nią i usilnie ją wspierają. Ta ich postawa nie opiera się na błędnym przekonaniu o racji i sile sprawczej większości ale na przekonaniu że to jest możliwe (tzn. że istnieje racja i siła sprawcza większości) pomimo dość szerokiej wiedzy i doświadczenia co do sztuczności tegoż przekonania. To właśnie mam na myśli. W pełni się zgadzam z Panem Amalrykiem i z Panem, że jest to równie komiczne co przerażające.
Z drugiej strony konserwatyzm w II RP był rzeczywisty, w szczególności wśród ziemiaństwa i takie zagrożenie skażenia go nacjonalizmem istniało. A dziś, w peerelu, kto miałby zniekształcić i skazić konserwatywny antykomunizm skoro go nie ma? Bo nacjonalistyczny “antykomunizm” to żaden antykomunizm. W owym “antykomunizmie” zawsze górę weźmie interes narodowy, ponad moralnością i ponad innymi wartościami. W imię tego interesu, jeśli tylko nie będzie mu przeciwny (a tym bardziej z nim zgodny – choćby tylko pozornie), piewcy ideologii narodowej zaakceptują każdy rodzaj ustroju w szczególności zmodernizowany bolszewicki. Takie myślenie jest dość powszechne co świadczy o sile zagnieżdżenia się myśli narodowej w polskich umysłach. Swoją drogą ten efekt wydaje się być dla mnie prostą konsekwencją obranej przez Polaków drogi (długich lat dążeń do “unarodowienia” komunizmu i ostatecznego przyjęcia wykreowanego przezeń pierestrojkowego tworu za swój).
To dwa różne światy. Świat (pomimo wszystko) kraju wolnych ludzi (II RP) i świat ludzi peerelowskich. To dlatego aktualność spostrzeżeń Mariana Zdziechowskiego dostrzegam bardziej w odniesieniu do dzisiejszych USA niż do dzisiejszego peerelu, który dla mnie jest nie tyle krajem rządzącym się systemem demokratycznej fikcji ile fikcją wolnego kraju sam w sobie.
Drogi Panie Andrzeju,
Wydaje mi się, że nie tylko można, ale wręcz należy porównywać, bo gdzie byśmy byli bez porównania?
Wychowaliśmy się w niemym uwielbieniu dla przedwojennej Polski, dla Polski wolnej, ale kiedy zacząłem czytać więcej o tej Polsce, wychodzić poza patriotyczną laurkę, to trudno było mi oprzeć się przykrej konkluzji, że to był proto-prl. Co gorsza, Polacy przed wojną sowietyzowali się dobrowolnie, bez kazamatów, bez pałek i czołgów, bez tortur i egzekucji. W czym zresztą przypominają najbardziej dwa ekstrema: przedrewolucyjną Rosję i dziesiejszy Zachód.
prl jest, jak Pan słusznie zauważa, tworem nepowskim, ale adekwatność porównania polega na tej strasznej prawdzie, że przedwojenna Polska nie była tym ideałem namalowanym przez pokolenie moich rodziców. Dlatego właśnie Zdziechowski – ale także rozliczne reportaże przedwojenne Józefa Mackiewicza – zachowuje taką aktualność.
Odnoszę wrażenie, że Zdziechowski już wówczas czuł się osamotniony i był izolowany, innymi słowy, prawdziwy konserwatyzm już wówczas nie istniał, a zastąpiony został klasycznie polską mieszanką nacjonalizmu z tradycjonalizmem, czego najgłośniejszym reprezentantem był wówczas (i pozostał do dziś) Cat Mackiewicz.
Jak Pan wie, nie znam prlu z pierwszej ręki, więc przyjmuję Pańskie zdanie z pokorą, ale patrząc z boku, dostrzegam wiele demokratycznej fikcji w prlu, bardzo wiele. Ma Pan rację, że jest to drugorzędne wobec naczelnej fikcji, ale nie mniej przez to rzeczywiste.
Oczywiście Panie Michale. Fikcja demokratyczna jest tu rzeczywistością ale ona jest “efektem ubocznym”.
Jestem daleki od uwielbienia dla postawy elit i społeczeństwa polskiego z czasów II RP. Słusznie zwraca Pan uwagę na to, że zaowocowała ona szerokim poparciem dla sowietów w czasie wojny i dla polskich komunistów po wojnie (chodzi mi o większość Polaków która jeśli nie wspierała, jak w “październiku,” bolszewików to dawała im milczące przyzwolenie na sprawowanie nad nimi władzy. Podziemie antykomunistyczne było niewielkie w skali do pozostałej części narodu a bunty pojawiały się wtedy gdy sytuacja materialna stawała się zła a nie wtedy gdy pogarszała się sytuacja polityczna. “S” była de facto ruchem naprawy peerelu, raczej w stylu “praskiej wiosny” niż wyzwoleńczym w którym nie było w praktyce miejsca dla elementów antykomunistycznych, sama określała się jako “samoograniczająca”). Uważam, że przypomina to postawę dzisiejszego Zachodu bardziej niż postawę dzisiejszych Polaków, którzy w praktyce nie tyle są na drodze do bolszewizacji co w niej od dawna już tkwią. Poprzez swoją słabość ulegając systemowi władzy bolszewików do tego stopnia, że się z nim identyfikują. I dlatego bardziej aktualne wydaje mi się odniesienie postaw w II RP do postaw dzisiejszego (jeszcze) wolnego świata.
Mieszanka o której Pan wspomina, doprowadziła Cata do “układu” z peerelowską bezpieką, do zdrady wolnej społeczności Polaków, do uznania bolszewików i ich systemu. Jego późniejsza “niezależność” wewnątrz peerelu nie ma przy tym fakcie większego znaczenia. Istotnie, jest to samobójcza mieszanka dla Polaków i dzisiaj w nowym, wspaniałym peerelu, jest dość często spotykana. Dla przykładu, weźmy po raz kolejny Aleksandra Ściosa.
Panie Andrzeju,
Myślę, że problem z IIRP to było coś więcej niż postawa społeczeństwa. Państwo samo (i stosunek doń) zawierało w sobie elementy proto-bolszewickie: bezprawie, etatyzm, woluntaryzm, kult jednnostki, ideologiczne zboczenie – to za sanacji. A za czasów endeckiej ochlokracji obrzucanie błotem każdego przeciwnika. Straszne.
Ja oczywiście przyjmuje Pańską poprawkę, ale proszę mi wierzyć, że dzisiejszy Zachód nie jest na drodze, ale dawno tkiw w sowietyzacji. Jeśli jest na jakiejkolwiek drodze, to jest to droga donikąd.
Na takiej samej dordze donikąd pozostanie polski konserwatyzm tak długo, jak nie uwolni się od niezdrowego zadurzenia w nacjonalizmie.
Pewnie ma Pan rację Panie Michale, że Zachód już na dobre tkwi w bolszewickim bagnie. Tamtejsi bolszewicy z zapamiętaniem i od lat realizują strategię leninizmu-gramscizmu. Na Europę można już machnąć ręką ale czy myśli Pan, że Amerykanie mogą się jeszcze w porę przebudzić, wykrzesać z siebie zdrową energię? Czy są tam jeszcze siły zdolne pokonać zarazę?
Oni mi przypominają kiereńszczyznę czyli jeszcze nie leniniści, ale już porewolucyjna hołota, i nigdy, przenigdy nie wystąpią przciw bolszewikom. Wróg jest tylko z prawej czyli lewa wolna!
Nie znam Ameryki, ale mam zawsze trudności ze zrozumieniem, skąd się bierze wiązanie nadziei z Ameryką. U źródeł idei Ameryki (bo to jest w pierwszym rzędzie idea) leży rewolucyjna zasada, że świat ludzki można urządzić na racjonalnych podstawach, że odrzucić należy tradycje i budować od nowa. Stąd ich naturalna bliskość i sympatia dla bolszewików. Sowieci muszą im długo pluć w twarz, żeby Amerykanie się w końcu obrazili. Ale obrażają się zawsze na krótko.
Panie Michale,
Nadzieja jest tylko w Bogu Wszechmogącym. Dlatego ja żadnych nadziei z nikim poza Nim nie wiążę.
Pewnie ma Pan rację. Amerykę czeka “świetlana” bolszewicka przyszłość z czerwonymi “stars and stripes” jako symbolem nowego “Nowego Świata”. Nastąpi ona tym szybciej im bardziej Amerykanie jej pragną. Bolszewicy doskonale mają rozpracowane amerykańskie “studium przypadku” i postępują z nim nieomal w ciemno, bez ponoszenia większego ryzyka. Chce mi się śmiać gdy słyszę o sile sprawczej potęgi militarnej i technologicznej USA (z każdym dniem coraz mniejszej w skali do sowietów i bolszewików chińskich). Jaka ona może być, skoro sami Amerykanie nie mają wcale chęci na korzystanie z niej dla własnej samoobrony? Po prostu nie chcą się nawet bronić. To faktycznie czysta kiereńszczyzna.
Tak, oczywiście. Siła militarna ma znaczenie tylko wówczas, gdy istnieje wola, by jej użyć. Rzymskie imperium było na pewno potężniejsze niż barbarzyńskie hordy, które je w końcu podbiły, ale było rozmiękczone luksusem, niezdolne do obrony. Późni Rzymianie woleli negocjacje od walki, więc Rzym upadł.
Współczesny Rzym ze stolicą w Waszyngtonie, uczyni wszystko, by uniknąć walki. A współcześni barbarzyńcy zdają sobie z tego dokładnie sprawę. Oni też nie chcą walki. Pragną osiągnąć swe cele “pokojowo”.
Po ludzku nie ma żadnej nadziei. Ale jak Pan słusznie mówi, Pan Bóg w swej wszechmocy, może uczynić wszystko, więc nadzieję należy pokładać w Bogu.