Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski. Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres. Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce: 1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania? 2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki? 3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych? Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie. |
Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza. Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania: 1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem? 2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie? 3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku? Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału. |
1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność? 2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej? 3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze? 4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin? 5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony? 6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku: Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012! Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012? |
Jacek Szczyrba ![]() |
| Czerwoni na szóstej! Wydanie II
Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana. |
Jacek Szczyrba ![]() |
| Punkt Langrange`a. Powieść. |
H![]() |
| 1946. Powieść. |
Panie Tomaszu,
Mam wrażenie, że pisząc o współczesnej pedagogice przede wszystkim ubolewa Pan nad jej poziomem. Co jednak z przekazywanymi treściami? To racej treści stanowią podstawę do “uprawy dusz ludzkich” (albo “inżynierii” jak kto woli).
Broniłbym Kołakowskiego. Wydaje mi się, że był innego formatu niż Mrożek, Szymborska et al. Jeśli chodzi o jego okres życia na emigracji to wydaje mi się że moralny kręgosłup odzyskał. To jednak “inna półka”. Sadzę, że był w tym okresie uczciwy intelektualnie o czym świadczy zdemaskowanie przezeń marksizmu ale nie tylko. Jeśli już, to prędzej zestawiałbym go z Miłoszem.
Powołuje się Pan także na Bobkowskiego. Bobkowski peerel nazywał “hooojczyzną” (np. list do Grydzewskiego z 2.11.1957). Czy nie sądzi Pan, że dziś stosowałby podobne nazewnictwo wobec ustroju? W swoim poprzednim liście do Grydzewskiego (6.9.1957) napisał tak:
(…)
Dziś miałem list od Giedroycia z ciekwym zakończeniem: “Z kraju dochodzą coraz gorsze wieści. Bałagan, rozprężenie, bierność, demoralizacja, bo ja wiem co. To wygląda wprost beznadziejnie. No i powolne zaciskanie cenzury, co odczuwam bardzo wyraźnie. Jeśli się oni boją nawet Kultury to niewątpliwie to jest jakaś swoista odmiana kiereńszczyzny”. Napisałem mu, że nie ma żadnej kiereńszczyzny i nie żadna odmiana, ale po prostu zawsze ten sam komunizm – zawsze chuj, lecz inny strój, jak mówi ludowe powiedzenie.
(…)
Czy to co napisał nie jest dziś aktualne?
ps.
w cytacie z listu Bobkowskiego powinno być “Napisałem mu, że nie żadnej kiereńszczyzny i nie żada odmiana…”. Przepraszam za to “ma”.
Do artykułu p. Tomasza chciałbym się odnieść szerzej, a tymczasem chciałem w pierwszym odruchu wyrazić zdziwienie, że Giedroyc mógł pisać takie kawałki o kiereńszczyznie, ale uświadomiłem sobie w samą porę, że przecież to nie jest wcale dziwne.
“Boją się nawet Kultury”, pisał ze zdumieniem, a zatem tworzył pismo, którego bolszewicki okupant Polski nie powinien w jego mniemaniu się obawiać. To powinno zaskakiwać, ale niestety nie zaskakuje. Jeżeli Wódz Naczelny mógł wydać w roku 1939 rozkaz “Nie strzelać do bolszewików!”, to Giedroyc miał prawo wydawać na emigracji pismo, którego bolszewicy nie powinni sie obawiać.
Panie Andrzeju,
treść stanowi o poziomie, forma to ostatecznie tylko naczynie, które jednak może podnieść lub popsuć smak. Ważna jest odpowiedniość. A jeśli treści szczątkowe i selektywne, często kłamliwe albo niezgodne ze zdrowym rozsądkiem, okrasić entuzjastyczną i kategoryczną propagandą, to wychodzi idiokracja.
Nie wierzę w metamorfozy aparatczyków, chyba że ich postawa był nieszczera, ale wtedy nie można mówić o duchowych przemianach tylko o zmianie koryta albo o tchórzostwie (jak ostatnio w przypadku Jaruzelskiego). Idealiści rzadko zmieniają poglądy, co najwyżej je modyfikują. A za świństwa należy odpowiadać albo przynajmniej publicznie złożyć samokrytykę – jeśli publicznie się je robiło.
Przytoczone przez Bobkowskiego “zawsze chuj, lecz inny strój” jakże prawdziwe. Owszem, bywają wyjątki, ale nie one tworzą reguły. Każdy może zbłądzić, każdemu może przydarzyć się fatalne zauroczenie. Skruszonym należy wybaczać, ale nie rozgrzeszać. Cwaniakom wybaczać nie wolno, podobnie nie wolno zapominać ich niegodziwości; ta łatwość zapominania komuchom przez tak zwaną ludzkość – równa łatwości czynienia komuszych świństw – psuje rzeczywistość i relatywizuje, a to droga do upadku.
Kołakowski rzeczywiście może być zestawiony z Miłoszem, chociaż temu zawsze blisko było do mickiewiczowskiego chrześcijańskiego socjalizmu i nie pisał donosów, w przeciwieństwie do “filozofa”. Obaj jednak przywłaszczyli sobie pracę innych (Kołakowski Tatarkiewicza, Miłosz Krzyżanowskiego). I znów kłania się Bobkowski. Zawsze aktualny.
Interesuje mnie bardzo kwestia “poziomu” poruszona przez Panów. Co naprawdę decyduje o poziomie? Czy poziom to tylko “jak”, “forma”, “naczynie”? Tak mogłoby się wydawwać, bo jakże często mamy do czynienia z dziełem obcym ideowo, któremu nie sposób odmówić jakości. Przykładów są tysiące. Diderot czy Wolter są z pewnością wielkimi pisarzami, ale ich dzieła przyczyniły sie bardziej do zniszczenia starego świata niż cały agit-prop made in ussr razem wzięty. Filmy takie jak “Kanał” czy “Popiół i diament” Wajdy wydają mi się znakomite formalnie, na poziomie niemal arcydzieł sztuki filmowej, ale ich “przesłanie” jest mi zupełnie wrogie. Wajda był propagandystą złej sprawy.
Ale z drugiej strony p. Tomasz słusznie przecież zauważa, że treść stanowi o poziomie w bardziej zasadniczym sensie. Treści kłamliwe, choćby ubrane w świetną formę, jak wspomniane filmy Wajdy, wydają się właśnie “nie na poziomie”.
Odnoszę wrażenie, że “poziom” to jest raczej nieuchwytna jakość, mieszanka wielu elementów o różnorakiej proweniencji, wiele z nich obiektywnych, gdy niektóre są tylko kwestią smaku. Na poziom wypowiedzi ma wpływ coś tak niedefiniowalnego jak “kultura” autora. Rzecz jasna, kulturalny autor może wypowiadać się “nie na poziomie”, poniżej poziomu swej sztuki (jak to pisał Gmober o napisach w klozecie), więc nie jest to na pewno czynnik decydujący, ale trudno wyobrazić sobie wypowiedź na wysokim poziomie, a pozbawioną kultury.
Czyżbyśmy więc mówili o osobistej kulturze? Chyba nie. Zarówno Lenin, jak Trocki byli osobnikami o wysokiej kulturze. Czyżby chodzilo o erudycję? Także nie. Znam wielu (zwłaszcza młodych) ludzi, o wysokim wykształceniu i wielkiej erudycji, którzy niczego nie rozumieją, bo brak im … poziomu właśnie.
Obawiam się, że nie zakończę tych rozważań żadną konkluzją, bo po prostu takiej konkluzji nie widzę. Kiedy mówię “na poziomie”, to wiem co mam na myśli. Może więc “brak definicji nie powinien mącić naszego metodologicznego sumienia”?
Chyba dotknął Pan sedna, że poziom (szczególnie w dziedzinach humanistycznych) wynika z wielu cznników, także z odbioru subiektywnego. Biorąc ponownie za przykład publicystykę Ściosa jestem gotów uznać, że jest na wysokim poziomie. Na taką moją klasyfikację wpływa przede wszystkim kultura osobista autora ale także to, że nie odrzucam zdecydowanej większości jego tez (gdybym odrzucał, to jak u Chodakiewicza który wydaje mi się ponadto traktować poruszaną tematykę powierzchownie i “efekciarsko”, poziom uznałbym za słaby). Być może dlatego poziom często dzieli się na sładowe (np. poziom przekazu i poziom merytoryczny). Ale może w tym jest pułapka? Czy to jednak nie jest jednak wygodnictwo albo też swego rodzaju oszustwo? (np. że poziom przekazu jest wysoki a poziom przekazanych treści niski ). W tym miejscu gotów jestem przyznać rację Panu Tomaszowi, że treść stanowi o poziomie.
To jest faktycznie coś co “się czuje” ale trudno to rozgryźć nie kręcąc się w kółko.
Nie wiem, czy potrzebne jest porządkowanie i definiowanie wszystkiego, więcej pola zostawiłbym fenomenologicznej intuicji racjonalnej, zdrowemu rozsądkowi i, w pewnym stopniu, verites necessaires. Są pojęcia, które trudno przedstawić w postaci definicji równościowych w ścisłym znaczeniu, istnieją jako definicje cząstkowe, co wielokrotnie wystarcza. Nie wszystko zresztą da się sprecyzować. W którym miejscu ciągłego widma optycznego kolor żółty zamienia się w pomarańczowy? Jak wyjaśnić, co znaczy “poziom” albo “talent”? Ilu to ludzi na tzw. poziomie, gładko mówiących erudytów, w życiu okazuje się zwykłymi bydlakami? (to też między innymi mam na myśli pisząc o chamstwie w białych rękawiczkach). Ileż “talentów” to zwykli kuglarze? Są to zresztą kwestie drugorzędne albo nawet jeszcze dalsze. Fundamentem tego, co najbardziej istotne, czyli dobrego w najszerszym pojęciu tego słowa, oraz główną składową “poziomu” są etyka i prawda, bez nich nie zbuduje się niczego wartościowego. Nawet jeśli przyjąć, że prawda absolutna nie istnieje a etyka bliższa jest w swoich zasadach fizyce niż matematyce, lepsze to niż relatywizm. Dobry przykład jest więcej wart niż definicje, a pan Michał podał przykłady wzorcowe. Definicja niepoparta przykładami jest martwa, im więcej przykładów, tym lepsze zrozumienie zjawiska, a gdy przykładów wiele, nie potrzeba definicji. Osten pisze, że w kulturze anamnezy pamięć i przypominanie to warunek humanizmu. Tylko czy kłamliwe lub wybiórcze treści w najdoskonalszej nawet formie to humanizm? “Dzieło” Andrzejewskiego/Wajdy to jeszcze sztuka? Mitologia? A może agitka? Sprawa dyskusyjna, ale zaczynam wątpić w sens dyskusji. Powoli dochodzę do wniosku, niezbyt zresztą odkrywczego, że dialektycznym sztuczkom należy się miejsce daleko za poznawaniem Natury i bezinteresowną kontemplacją.
Szanowni Panowie,
Proszę wybaczyć milczenie, ale byłem ciut zajęty czymś w rodzaju Teatru na Pohulance.
Mam wrażenie, że porządkowanie i definiowanie, uściślanie i cyzelowanie są równie potrzebne jak Iluminacja, Rozdarcie Zasłony, jednorazowa, natychmiastowa, całościowa intuicja Prawdy. Niewielu dano wgląd w “ding an sich”, ale te wglądy, te przeżycia wielkich ludzi – na ogół wielkich artystów – zostają nam maluczkim podane do cyzelowania właśnie, do refleksji, do – ach, jakie to trafne słowo! – rozważania. Fiodor Dostojewski doznawał przeżycia istoty Bytu na chwilę przed atakiem epileptycznym. Domniemywam, że wielu epileptyków przed nim miało podobne odczucia, ale żaden nie zdołał opisać tego tak znakomicie, a dziś tylko mnożą się “potwierdzenia” w rodzaju, tak jest, i ja mam takie przeżycia jak Fiedka.
Zatem więc (że zapożyczę) należy porządkować i defniować (czyli ująć) i zostawiajmy na to jak najwięcej miejsca. Bo czymże innym jest świetna uwaga Pana Tomasza, że nie wiadomo, “w którym miejscu ciągłego widma optycznego kolor żółty zamienia się w pomarańczowy”? Czymże innym, jak nie sprecyzowaniem, że “nie wszystko da się sprecyzować”?
Wiem, wiem, że już tylko mnie jednego fascynuje dyskusja. Dyskusja jako sztuka. Dyskusja jako wyraz, jako żywe dzieło, poruszające się w nieprzewidywalnym kierunku. Mnie jednemu już tylko wydaje się, że dyskusja na “talentem”i “poziomem” nie jest wcale poozbawiona sensu, nawet jeśli nikogo to nie interesuje. Mnie osobiście zajmuje, dlaczego wypowiedź nie pozbawiona talentu, wydaje się czasami nie na poziomie. To chyba nie jest tylko kwestia najszerzej pojętych wartości (etyka i prawda), bo niekiedy bywa, że się zgadzam z postawą moralną, a nadal mi doskwiera brak poziomu.
O ile dobrze rozumiem Pana Tomasza, chodzi mu o to, że dyskusja jest pochodną zastosowanego języka (jako zbioru defefiniujacego pojęcia) i z tego może wynikać brak jej sensu. Jest w tym sporo racji, bo np. jak rozumieć sam termin “bolszewizm”? Czy jest tożsamy tylko z leninowsko-stalinowską praktyką marksizmu czy oznacza coś szerszego: metodę? Nieraz jesteśmy świadkami redukowania tego pojęcia do np. kwestii kulturowych (generalnie czynią tak konserwatyści) i jeśli się widzi to inaczej (bolszewizm jako doktrynę i praktykę władzy totalnej dla której kultura jest jednym z narzędzi) to trudno się porozumieć.
Dla mnie dyskusja jest definiowaniem pojęć.
Drogi Panie Andrzeju,
To wszystko bardzo przekonujące, ale jeśli dyskusja nie ma sensu poza zbiorem definiujących pojęć, to dyskusje mogą się odbywać tylko w bardzo wąskich grupach zgodnych co do rozumienia pojęć podstawowych. Oczywiście trudno nie zgodzić się z Panem, gdy chodzi na przykład o dyskusje z szeroko pojętą lewicą, które przypominają przebijanie piłeczki ponad przepaścią, ale pokusiłbym się o sformułowanie zasady, że im głębsza kultura tym szersza dyskusja jest możliwa. (Nawiasem mówiąc, może w tym właśnie leży rozwiązanie zagadki poziomu.)
Opowiadałem komuś ostatnio, jak z dyskusji na temat definicji bolszewizmu zrodziła się niniejsza witryna, nie będę więc otwierał raz jeszcze odrzwi trudności defniowania bolszewizmu. Chciałbym jednak zauważyć, że dyskusja musi być czymś więcej niż samo definiowanie pojęć. Proszę sobie wyobrazić, że zdefiniowaliśmy i zaostrzyliśmy wszystkie pojęcia – co wtedy? To jest trudność wszelkiej filozofii analitycznej, która cyzeluje i precyzuje język, ale odrywa się w tym procesie od rzeczywistości albo (jak to określił mój ulubiony filozof, Henryk Elzenberg) “asymptotycznie zbliża się do akosmizmu”.
Panie Michale,
Muszę się przyznać, że na większość kwestii patrzę “matematycznie” co jest zapewne związane z moim kształceniem (uniwersyteckim ale ścisłym). Być może jest to założenie błędne w dziedzinie kultury czy filozofii ale wydaje mi się, że powinno odgrywać znaczną rolę, że ważna jest precyzja sformułowań a sama wysoka kultura wcale nie musi decydować o szerokości dyskusji. Co z tego, że Alain Besançon jest historykiem i doskonale poznał bolszewizm (na własnej skórze) skoro obecnie nie chce być uczciwym intelektualnie i zadowala się głoszeniem “banialuków” o “wiecznie prawosławnej Rosji” i poza takie ujecie tematu nie chce wyjść? A co ze wspomnianym wielokrotnie Ściosem? Jak z nim dyskutować, skoro koniec końców o jego postrzeganiu rzeczywistości decydują zdefiniowane przez niego pojęcia i ich hierarchia wskutek czego wszędzie widzi tylko “państwa narodowe”?
Oczywiście to skrót myślowy, że dla mnie dyskusja to definiowanie pojęć. Nie chodzi mi o definicję dla definicji. Chodzi mi o to, że bez uzgodnienia o czym naprawdę mówimy, trudno jest rozmawiać o rzeczywistości a co dopiero dojść do jakiejś konkluzji.
Panie Andrzeju,
Ale matematycznie, to znaczy jak właściwie? Matematyka jest nauką formalną, nie może nam wiele powiedzieć na temat ludzkich zachowań. Więcej do powiedzenia miałoby na przykład podejście “inżynierskie”, które postrzega ludzkie problemy jako problemy do rozwiązania, wedle zasady przyczyny i skutku. Często jest to podejście niesłuszne, ale nie mniej przez to ciekawe.
Wydaje mi się, że zagraża nam semantyczna konfuzja, więc określijmy nasze pojęcia ściślej. Przypuszczam, że z Besançonem można prowadzić szeroką dyskusję, bo posiada głęboką kulturę, ale z tego nie wynika przecież, że trzeba się z nim zgadzać. Nie wynika także, że nie może gadać głupstw. Ludźmi będąc, jesteśmy niedoskonali, jest zatem nieuniknione, że możemy wypowiadać zdania niesłuszne, nietrafne, nieadekwatne, bądź wręcz banialuki. Mnie się to zdarza bezustannie. Dlatego zresztą nalegam na wartość dyskusji, bo tylko w dyskusji może mi ktoś wskazać fałsz moich pogladów, a wtedy grzecznie mu podziękuję i zmienię zdanie.
Uzgadnianie pojęć jest bez wątpienia ważne, ale otwiera to masę problemów. Osobiście jestem zwolennikiem tzw. normatywnego użycia języka, tzn. w kontrowersyjnych punktach ani ustalania, ani uściślania, ale wręcz określenia z góry: odtąd, na potrzeby niniejszej dyskusji będę używał terminu x w takim oto znaczeniu. Kropka. To niczego nie definiuje, ani nie uścisla, a jest tylko próbą uniknięcia nieporozumień. Podczas gdy uzgodnienie bywa wręcz niemożliwe. Żeby użyć skrajnego przykładu z Księżyca: jakie może być uzgodnienie pojęć między Wałęsą a mną? Pomijam już, że facet nie mówi ani po polsku, ani w żadnym innym języku, ale ideowo? Takiej możliwości nie ma.
Drogi Panie Michale,
Z Bolkiem dogadują się tylko bolszewicy. W swoim języku bo tak właśnie Bolka wykształcili.
Zaś “matematycznie” oznacza dla mnie algorytmicznie, wychodząc od zdefiniowania założeń. Czyli jak Pan to określił inżyniersko. Przyznaję, że takie podejście nie zawsze przynosi pożądany skutek.
Bynajmniej nie myślę o tym, żeby się z kimś zgadzać. Nie po to jest dyskusja tylko po to aby inspirować myślenie i dochodzić do indywidualnych, własnych wniosków. Tak ją rozumiem.
Drogi Panie Andrzeju!
Widzę, jak bardzo ma Pan rację, że uściślanie jest koniecznością. Nie mówiłem oczywiście wcale o “dogadywaniu się”, o nie! Mówiłem o uzgodnieniu pojęć. To przecie nie to samo, nieprawdaż? Dogadywać się może jeden bandyta z drugim, albo bandyta z policjantem, albo Churchill ze Stalinem, ale nie może się dogadać kat z ofiarą ani antyk z omunistą. Ba, ale czy mogą uzgodnić pojęcia? Otóż o dziwo, mogą! A ja, psiakrew, uzgodnić pojęć z Bolkiem nie mogę. Churchill nazywał okupację Polski wyzwoleniem, ale czy nazwałby okupację Wielkiej Bytaniii wyzwoleniem? Nie. A dogadać się z wielkim Soso mógł, pomimo technicznej nienożliwości uzgodnienia pojęć.
Różnica pomiędzy “matematycznym” uściślaniem i “metodą inżynierską” wydaje mi się ogromna. Matematyka jest tu zupełnie zbędna, choć może przyjmę jej niezbędność, jeśli kiedyś pojmę, co to takiego jest algorytm. Natomiast metoda rozumienia stanu rzeczy poprzez związek przyczynowo-skutkowy wydaje mi się zawsze dobrym punktem wyjścia. Jej ograniczenia są oczywiste, ale ileż to nieporozumień dałoby się uniknąć, gdyby ludzie pojmowali lepiej kauzalne związki!
Panowie,
mam utrudniony dostęp do komputera, za chwilę czeka mnie podróż niemal w czasie, więc tylko kilka słów. Do rzeczowej dyskusji (inna przecież nie ma sensu) potrzebny jest zbliżony przynajmniej język dyskutantów, ich dobra wola i uczciwość, zbiór jasnych definicji i celnych przykładów, cel i metoda, a także wiedza i suwerenne myślenie. Już tylko te warunki konieczne powodują, że nie jest to rzecz łatwa. A tu jeszcze przydałby się czysty i praktyczny rozum Kanta, kartezjańskie podstawowe kryteria pewności wiedzy i parę innych ingrediencji. Zwykle jednak nawet uzgodnienie pojęć jest niemożliwe, przynajmniej poza naukami matematyczno-przyrodniczymi. Daleki jestem jednak od twierdzenia Chwistka, że dyskusje zabagniają, albo od pełnej rezygnacji konstatacji Witkacego, że nie ma z kim dyskutować, nie ma o czym, nie ma nawet po co, bo poziom zjełopienia oświeconej warstwy ludzkości osiągnął stan uniemożliwiający porozumienie, nie mówiąc już o rzeczowej i uczciwej dyskusji, a zwykli ludzie mają inne sprawy na głowie. Zasadniczo dyskusja powinna służyć dociekaniu prawdy. Co jednak, kiedy tak jak w tej rozmowie, warunki w dużym stopniu są spełnione i, gdyby posłużyć się pojęciami teorii mnogości i życiem, suma wszystkich elementów rozważań tworzy zbiór jednorodnych i prawdziwych twierdzeń? Ano, dochodzimy do sytuacji opisanej przez bodajże Fenga Youlana w historii chińskiej filozofii. Według tej starej przypowieści (a podobno to jednocześnie zdarzenie prawdziwe), dwaj mędrcy zmierzali z różnych stron państwa i wszystko wskazywało na to, że ich drogi spotkają się w mieście, dajmy na to Weixi. Ludność z miasta i okolic niecierpliwie wyczekiwała spotkania i nadzwyczajnej dyskusji, która w takiej sytuacji była oczywista. Kiedy mędrcy spotkali się, pokłonili się sobie nisko, pozdrowili i poszli dalej, każdy w swoją stronę. Dyskusji nie było, bo wiedzieli już wszystko, co ważne, i nie mieli sobie nic do powiedzenia. Owszem, wydaje się, że powinni byli porozmawiać, chociażby po to, jak zauważył Pan Andrzej, by inspirować myślenie, ale może ważniejsze dla nich było to, by iść i nauczać, obserwować i wyciągać wnioski, oraz w praktyce stosować swoje mądrości – bo życie jest najlepszym weryfikatorem wszelkich idei, a przed faktami stanowiącymi często zaprzeczenie najmądrzejszych konceptów ręce opadają filozofom, naukowcom i innym majstrom od naprawiania świata.
Nie ma to jak podróż w czasie. Zwłaszcza gdy w podróży spotyka się i Witkaca, i chińskich mędrców. Ale w moim mniemaniu, Panie Tomaszu, zarówno Witkacy jak i obaj mężowie z chińskiej przypowieści mieli rację. Witkacemu chodziło chyba o to, że w jego czasach nie było z kim dyskutować publicznie, wdawał się przecież w dysputy bez ustanku. Nieskromność podsuwa mi myśl, że dziś prędzej pisałby komentarze w Podziemiu, niż debatował w prlowskiej telewizji (nie wiem zresztą czy tam w prlu jest telewizja). Natomiast dwaj mędrcy, jak sądzę, znali na wzajem swą mądrość, skłonili się więc w milczeniu, bo czy można debatować aspekty góry, gdy się stoi na jej szczycie? Czy można rozważać przymioty bóstwa, stojąc wobec Bożego Majestatu?
Muszę także delikatnie zaoponować wobec Pańskiego stwierdzenia, że było dla nich ważne “by iść i nauczać”. Jeśli dobrze rozumiem chińską tradycję (a nie znam jej w stopniu żadnym), to obcy jej jest “prozelityzm mądrości” (jeśli wolno mi to tak określić). Nauczanie jest przywilejem, na który uczeń musi sobie zasłużyć. Mędrzec nie “chodzi i naucza”, ale obserwuje w milczeniu, a poucza tylko tych nielicznych, którzy sobie na to zasłużą, i którzy prawdziwie takiego pouczenia pragną. Jest to chyba cecha charakterystyczna, odróżniająca chińską od “zachodniej” mądrości: przekonanie, że nie warto i nie należy pouczać tych, którzy nie chcą być pouczeni.
Wracając do kwestii intelektualistów. Sądzę, że mamy tu do czynienia z paradoksalną sytuacją. Otóż intelektualista zdaje się być powołany do tego aby trafnie i jasno wypowiedzieć prawdę o komuniźmie (czy jakimkolwiek innym przejawie bolszewizmu). Zna świat i jego historię, potrafi formułować trafne oceny i być komunikatywny. Ale jednocześnie ten sam rozum nakłania go do stosowania dialektyki i odrzucania intelektualnej uczciwości. Do hierarchizowania swoich intelektualnych spostrzeżeń i manipulowania nimi. A jak doskonale wiadomo zdarza się to intelektualistom bardzo często. Jak mi się zdaje jest to kwestia moralności która dotyczy wszystkich ludzi więc intelektualiści tak samo jej podlegają jak inni. Jednak jej brak przynosi w tym przypadku katastrofalne skutki.
To stanowi oczywiście o intelektualistach ogólnie bowiem w peerelu (obecnej “Polsce”) intelektualistów w praktyce nie ma. Wymarli albo zeszli do podziemia. Ten “ogólny” intelektualista pozostaje bowiem jeszcze wolnym w swoim wyborze. A ten peerelowski typ intelekualisto-podobny (tfu!) ma już zakodowane takie zachowanie w którym miejsca na żaden wybór nie ma. To “intelektualista” wzięty z “Rejsu” albo z filmów Barei który widzi tylko jeden horyzont – bolszewicki. W peerelu tylko dla takich jest miejsce i na takich jest on opiera. Dlatego też jest to peerel a nie żadna Polska.
postscriptum: w peerelu są jeszcze tacy “intelektualiści” którzy widzą tylko horyzont “patriotyczny”, w istocie nacjonalistyczny bo sprowadzający się tylko do interesu narodowego. Ale jaka to różnica skoro bolszewicy doskonale ich rozpracowują i wykorzystują do swoich celów?
Do intelektualistów – zarówno tych prlowskich jak i tych rzekomo “wolnych” – czyli do samego meritum artykułu p. Tomasza, chciałbym wrócić osobno i szerzej, jeżeli Pan pozwoli, kiedy znajdę ciut czasu. Tymczasem powiem tylko, że obraz intelektualisty z Rejsu jest bardzo trafny. Zwłaszcza z tej sceny, gdy gra w salonowca z kaowcem i przyjmując zasady gry nie jest w stanie poradzić sobie z rzeczywistością.
A przecież to takie proste! Wystarczy tylko nie grać.
Poczekam cierpliwie Panie Michale.
Wystarczy nie grać! Ba! Ale rzecz w tym, że owo “wystarczy tylko” nasi współcześni “patrioci” wymazali ze swoich umysłów jak mi się zdaje już bezpowrotnie. Dla nich to co jest to “Polska”. Nieustannie tylko narzekają, że nie taka jak trzeba ale do głowy im nie przyjdzie że wystarczy tylko poskładać fakty i spojrzeć na nie trzeźwo. Dwa słowa “wystarczy tylko” a jaką mają wagę… Czy tak wygląda ostateczna kapitulacja?