Najnowsze komentarze

III Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski.

Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres.

Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce:

1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania?

2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki?

3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych?

Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie.

II Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza.

Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania:

1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem?
Jakie były Pana/Pani refleksje związane z lekturą książek Mackiewicza?

2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie?

3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku?

Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału.

Ankieta Wydawnictwa Podziemnego

1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność?

2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej?

3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze?

4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin?

5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony?

6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012!

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?

« Sen Raskolnikowa Część XEmigracja jako obłęd »

Kultywujmy „pomięszaną” strukturę wypowiedzi, gdyż temat do niej zobowiązuje, lecz i kilka spraw trzeba koniecznie domówić. Znowu zacznijmy od początku: z dawien dawna gromadzę teksty, relacje i dane dokumentując tułacze fazy obłąkania. Bez trudu przyjdzie więc raz jeszcze (w omalże sensacyjnym tonie) zainaugurować końcowy „tupiku” odcinek.

Dziady czy wyzwolenie?

Niepokoił się w New Yorku Kazimierz Wierzyński, deklarując w liście do Mieczysława Grydzewskiego 18 maja 1947 roku: „Wszystkim nam niewiele brak już do obłędu, ale chyba Londyn szybciej w tym kierunku zmierza”. Po kolejnych siedmiu latach udręki Zygmunt Nowakowski przedstawi w prasowej kronice profil nadawców korespondencji, którą tonami odbiera. Otóż manifestują oni „objawy wielkiego podniecenia, graniczącego z obłędem, albo wręcz świadczącego o tym, że powinni znaleźć się pod opieką jakiegoś psychiatry”. Niemniej: „Mają, na przekór zaburzeniom psychicznym, pełną świadomość straszliwej krzywdy, która ich spotkała, i nie kryją się z wyrazami potępienia pod adresem trójki jałtańskiej”. Może to rozbitkowie i nieszczęśnicy miary, o której dumała Barbara Toporska?

Tłumaczy Idalii Żyłowskiej (wilniance, córce Józefa Mackiewicza) w 1970 roku: „Wbrew naszym wyobrażeniom, że komplikacje psychiczno-umysłowe powinny się trzymać ludzi «skomplikowanych», przydarzają się najczęściej osobom raczej prymitywnym, bardzo z natury «normalnym» [wszystkie podkreśl. – P.Ch.]”. Łudzi się: „Może dlatego, że umysły «skomplikowane» są przyzwyczajone do rozwiązywania we własnym zakresie konfliktów i komplikacji”? Niekiedy jednak kolizje przerastają siły najbardziej wieloaspektowych postaci. Zaiste! Nastały czasy, gdy miejsce człowieka uczciwego – w więzieniu, a mądrego, widzącego rzeczy jakimi są – w Bedlam czy Mabledonie. Zasypany pocztą felietonista otwierał w 1957 roku serce przed Celiną Otowską: „Teraz, po powrocie do Londynu, ogarnęła mnie ponowna fala depresji”.

Nie pierwsza i nie finalna. Jesienią 1953 demaskował Ferdynand Goetel w „Wiadomościach” Znużenie: „Zwierzał mi się kiedyś pewien wychodźca, człowiek wybitny i w środowisku polskim popularny, że myśl o samobójstwie chodzi za nim jak cień”. I na jednym wdechu kontynuuje: „W jednym z felietonów Zygmunta Nowakowskiego czytaliśmy o rodakach, którzy noszą ze sobą truciznę «na wszelki wypadek». W walizce niejednego polskiego kombatanta leży przemycony […] pistolet, gwarantujący możność zgłoszenia ostatniego protestu przeciw temu co się z nami stało i nieodmiennie trwa”. Charakterystyczne, że przy listopadowej depresze (celownik od rzeczownika „deprecha”) pada jedyne nazwisko. Czy Goetel odwiódł od „protestu” znękanego pisarza? Bezdyskusyjną diagnozą dysponujemy w niewielu przypadkach.

Jak u porucznika z Karpackiej Brygady, a później Dywizji, Bolesława Kobrzyńskiego z odłamkiem Monte Cassino stale tkwiącym w mózgu. W tej sytuacji − szrapnelu dosłownym i nieusuwalnym: resztę życia spędzi szczur Tobruku w szpitalach, umrze po czterech dekadach katuszy. Zapamiętał Florian Śmieja (kolega po wierszowej wenie) odwiedziny w Mabledon „zaproszony na literacki wieczór przez poetę Bronisława Przyłuskiego” (pracował w polskiej placówce dla nerwowo chorych jako terapeuta): „W dyskusji wziął udział Kobrzyński okazując się wytrawnym znawcą poezji. Potem mnie odprowadził do autobusu. Wtedy dopiero zdradził swoje fobie i jasny stał się jego stan psychiczny”. Kondycja ta nie przeszkodzi, by wysyłał pensjonariusz „pięknie kaligrafowane wiersze i uwagi”: „Donosił, że wiele jego czystopisów złożono w Bibliotece Polskiej w Londynie. Czy tam się zachowają?”.

Jak ustalił Lech Wojciech Szajdak, prócz tomów liryki i oper buffo Wielkopolanin Kobrzyński, „bez wątpienia należący do poetów autentystów, był także twórcą własnego programu − uniwersalizmu czasu i przestrzeni”. Przedłożył go w dziele z 1968 roku pt. Pięcioserca. Manuskrypt ten również znajduje się w londyńskiej książnicy, a wyznaczony trop wiedzie w stronę rozważań o innych, nie mniej „nawiedzonych” wskrzesicielach Polski i zbawcach świata, licznych pośród Wielkiej, jak i Drugiej Emigracji [2]. Oczywiście − wszystko można spłycić albo ciągnąć do swego poziomu. Czy zdziwi, że nihilistyczny kpiarz Wacław A. Zbyszewski o „polityce” Nowakowskiego wyrokował, że „była jakby podręcznikiem dla idiotów”, „jakąś halucynacją, stanem chorobowym”?

Jakże ten niesprawiedliwy werdykt zbliża Emigrejtana do obiegowych mniemań o pisarstwie dyskursywnym Mackiewicza. Ale oto poniekąd zmówili się kwaśni gapie, bo wcale nie – serdeczni kibice. Paweł Jankowski rysuje domniemane tło zamknięcia majaczącego lunatica w Mabledonie: „Musiał zrobić jakąś awanturę po pijanemu”, Cat dopowiada Michałowi K. Pawlikowskiemu: „Podobno pewne środki znieczulające wywołują ataki szału u alkoholików”. Niezawodna Maria Danilewiczowa przyniesie rewelację, że chorego rozdrażniło pozbawienie „codziennej dawki alkoholu”. „Pawełek”, przyjaciel Mackiewicza z wileńskich czasów i szef kancelarii cywilnej prezydenta RP Augusta Zaleskiego relacjonując plotki („Mówią…”) łączy pochopnie różne epizody. Małostkowa, tak uwielbiająca stygmatyzować „opinia” skłonna była kłaść znamię egzystencjalnego buntu na karb wyłącznie nałogu.

Rozpaczliwy gest steranego nastrojowca-Nowakowskiego uszeregować można śmiało u boku innej wywołanej przezeń (akurat ostentacyjnie) afery: votum separatum w jury Nagrody „Wiadomości” przeciw przyznaniu jej w 1963 roku Dziennikom Witolda Gombrowicza. Najwyraźniej zechciał odróżnić się od reszty (niechby najszlachetniejszych) towarzyszy. Wyzłośliwiała się niebawem w „Kulturze” i nad grobem skandalisty Danilewiczowa: „Trening teatralny wsparty fenomenalną pamięcią i zdolnościami recytatorskimi odegrał wielką rolę” w jego „karierze życiowej”. Autorka Szkiców o literaturze emigracyjnej dostarcza materiałów (choć to „źródło jednostronnie zainteresowane i zdyscyplinowane propagandowo” – zgrabnie rzuci w innym kontekście Mackiewicz), które dopiero nabierają odrębnych znaczeń, oderwane od przeszłego teatru cieni, od szulerskiej żonglerki czasów, kiedy powstawały.

Jankowski raportuje, że długo Pan Zygmunt w lecznicy nie bawił: odkryto, iż „wewnętrzne dolegliwości” wymagają innej kuracji i „poszedł do szpitala jakiegoś «naprzeciw», a onegdaj w dzienniczku [„Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” – P.Ch.] stojało, że jest w «prywatnej klinice»”. Danilewiczowa znów odkryje, iż „zerwał w szpitalu opatrunki, przekreślając wyniki zabiegu” na kataraktę. Ślepnący dawny kochanek Melpomeny (grał z sukcesem Konrada i w Dziadach, i w Wyzwoleniu) wyzna pewnego razu z potężną dozą autoświadomości: „Aktor sam siebie nie widzi, albo, co gorsza, widzi tylko samego siebie, natomiast nie widzi partnerów, nie widzi statystów, nie widzi dekoracji, nie widzi niczego, więc np. zapadni albo przepaści orkiestry”. Zapadnia i przepaść mają tu niejedno znaczenie.

Zawoła z dystynkcją: „Nie widzi nawet sztuki! Widzi ciągle i zawsze tylko samego siebie. Nikogo więcej!”. Czy psychoza to zali, czy aktorzenie? Jaka idea prześwieca przez pozór opaczności? – drąży w romantycznej antologii Ciemne drogi szaleństwa Alina Kowalczykowa (1979). Połączenie tragizmu i pozy, wzniosłości z komizmem? Mackiewicz publikując w „Kulturze” nie zgadza się z linią miesięcznika. Uważa, że to periodyk, w którym trochę wstyd drukować, gdy obrał „linię polityczną nie do przyjęcia dla przyzwoitego człowieka” (do Romana Gula, 1961). Taktycznie wszak godzi się w ramach praktykowania mini-ekonomii twórczej na funkcję ozdobnika, przerywnika, beletrystycznej intarsji na blacie demagogicznego stołu. Przypuszczalnie w oczach politykującego nieprzerwanie ze śmiertelną powagą Giedroycia – ledwie płatka u sztywnego szynela podniosłych wymagań. Źdźbła przyprawy dającej smak wysiłkom ludzi „poważnych”, nie (pardon!) niepoczytalnych fantastów.

Nie gdzie indziej, a w najnowszych kolekcjach listów (głównie zaś w rozmowach z białymi Rosjanami) najsilniej uzewnętrznią się argumenty, które mogłyby posłużyć „rozumnemu” otoczeniu w przypięciu Mackiewiczowi łatki „szalonego”. Dyskutuje o problemach, których roztrząsaniem solennie doigrał się miana „nieobliczalnego”. Mamy i powtarzalność maniakalnych natręctw, i nadreprezentację wielkich liter czy wykrzykników, nareszcie – gwóźdź do trumny optyki byle psychopaty – teorie spiskowe. Już oględniejsza narracja artkułów i broszur budzi u „rozsądnych” niepokój, choć nie ten podwójny w wymowie: nie poznawczy, inspirujący, wyrywający z nawyków lenistwa… Ale dobrze – przyjmijmy roboczo, że istotnie ogarnął go obłęd i ulokujmy wtedy tę zatratę w zakresach pojęć, w kategoriach, obecnych i obłaskawionych przez dojrzałą kulturę, którą konfirmuje.

Obok Mackiewicza więc – Hamlet i Don Kichot. Kto w kolejce? Bohaterowie samotni, jak on – bez szans na pogodzenie ze społeczeństwem. Kowalczykowa objaśnia: „Szalonego nikt nie słucha, szalony wzbudza lęk”. Zawarł przymierze z tajemnicą, omiata świat pełnym ironii wzrokiem, ustrojony w jej szatę. Przecież szaleństwo to nic innego jak wielki bunt romantycznego indywidualisty. Intelektualny znak ponad-zwykłego zasięgu recepcji i dystansu wobec rzeczywistości. Wieszcze widzenia odsłaniają dysonanse, wprowadzają „w system ustawicznej koegzystencji myśli sprzecznych”. Szał wiary w orężne pokonanie komunizmu jest porównywalny do sto lat wcześniejszej rycerskiej egzaltacji w porywaniu się na potęgę trzech europejskich mocarstw i do niewzruszonego przekonania o konieczności odrodzenia narodu. 

Synonim pewnej plejady

„Patriotyczny bzik” ma zatem wiele wspólnego z prorokowaniem nieodzowności oswobodzenia ojczyzny. Сумасшедший Mackiewicz żąda podjęcia hasła do nierównego boju, nie kierując się jedynie wykalkulowaną logiką. Wykuwa sobie przeznaczone ogniwo „czynu szalonego” – od Baru, Rejtana; Dąbrowskiego i Kozietulskiego, powstań i bojowców rewolucji, Legionów i Zadwórza, Wizny oraz 63 dni Warszawy, po leśne strzały do lat pięćdziesiątych. Wyciąga z nagła, za pośrednictwem literackiego świadectwa, rękę ku Lechoniowi i emigracyjnym Skamandrytom, by wesprzeć ich w budowaniu ciągłości i wyrazistości ojczystej kultury. Przedzieramy się tym samym – z niemałym trudem przełamując zastygłe konwencje – do wniesienia spraw polskich drugiej połowy XX wieku w świeży strumień światła, by odrobinę rozjaśnić zagubioną drogę.

Mackiewicz winduje polski splendor wysoko ponad nacjonalizm i polrealizm, lokując go w najszlachetniejszym, pielgrzymim nurcie dziedzictwa samostanowienia ludów i maksymalizmu celów, środków i dążeń. Następuje przeto ponowne włączenie tak postrzeganego „wariactwa” w kanon obywatelskich powinności, na pohybel „racjonalistom”, wszelkiej maści jurgieltnikom i zdrajcom. Mimochodem ziszcza się nakaz tradycji i powrót do niepodporządkowanej ślepemu rozsądkowi koncepcji patriotyzmu, traktowanej w tragicznej dobie jako bezkonkurencyjny gwarant nie tyle zwycięstwa, co narodowego istnienia. Gdyby w zarysowanym układzie okoliczności polskość (historyczna, nie etniczna) byłaby mu obojętna, nie ukułby reguł polrealizmu, z którym wojował przez 35 lat. Ale cechujące ten okres południe poświęcenia graniczy z obłędem.

Przynosi także maksimum ofiary intelektualnej i estetycznej – mógł przecież zostać, czego niektórzy pragnęli, bodaj „czystym” beletrystą. Lecz nie, on (jak raczej górnolotnie rzecze Juliusz Słowacki) zdecydował „upoświęcić się za nic”; podejmie dalsze ryzyko. Mieliśmy w swej skarbnicy ideowej doskonale rozeznaną już wtedy ideę patriotyzmu jako sprawy tak konfliktowej, iż rozdzielającej nieodwołalnie jednostkę i naród. Właśnie ci wyobcowani z niezwykłą ostrością oceniają i rodzime wady. Tak! Ogrom ich rozpaczy przemawia za słusznością ronionych słów mocniej, niż sprawiłyby to wyważone argumenty. Uaktualniony przez Mackiewicza temperament odcięcia się w szale, gardzący przyziemną rachubą (i fabułą) wkomponowuje się w obecne w literaturze polskiej od romantyzmu funkcje ideowe. Programuje na nowo dobrze znany kod osobowy zdesperowanego ideą pustelnika.

Przesądzali wiarogodność „dysydentów” Nina Karsov i Szymon Szechter między innymi w cyklu Samizdat (1). Terror i „pieriedyszki” w 1971 roku: „Nie mamy żadnej podstawy, aby nie wierzyć w prawdziwość słów Nikitinów. Sołdatow, Sołżenicyn, Sacharow, Jakir i jeszcze kilkunastu «strzelają» i są na wolności”. Za dwa numery Samizdat (2) i tytuł, który mówi za siebie: Ruch demokratyczny w ZSSR. O rubryce „Wiadomości” wypowiedział się Mackiewicz w liście do Sergiusza Woyciechowskiego 6 czerwca 1973 roku: „Co do Szechtera-Karsov (b. mili ludzie), to moim zdaniem robią oni nie tyle «Okno na Rosję», co «Okno na Sowiety». Poza tym w autentyczność «Samizdatu» coraz mniej wierzę”. Bolesna to próba izolacji od przyjaciół, ofiarnych edytorów.

Jeśliby zechcieć przydać postaci Mackiewicza charakter literackiego portretu artysty i myśliciela, to przybrałby on sylwetę bohatera romantycznego, którego nieuchronnym obliczem jest wyniosłe opętanie. Ciekawe, do jakiego stopnia (ukształtowany w Wilnie, kolebce bajronicznego nurtu naszej kultury, a obdarzony umysłem przenikliwym i uzbrojonym w potęgę natchnienia) świadomie narzucał płaszcz Konrada, czy tylko wdziewał maskę? Kowalczykowa sugeruje, że „uroda twórcy kryje zawsze jakieś rysy niepokojące” … Ach, móc przenieść się z nim w inny porządek dziejów i znaleźć odpowiedź! A jednak szaleństwo w wymiarze, w jakim zawita w polskiej literaturze XIX wieku znaczy co innego niż choroba. To figura konfliktu i cierpienia, cena, jaką płaci się za odmienność, za utratę kontaktu ze „zwykłymi” ludźmi. Chociaż wiemy, że wszyscy znani wariaci ponoszą ostatecznie klęskę.

Dlaczego? Powtórzmy: Mackiewicz niczym romantycy patrzy na „wytrącony z równowagi współczesny świat”, którego historia – „wielka hipochondryczka” – doznała pomieszania zmysłów. Jego panorama ziemskiego padołu jako zepchniętego z właściwego toru dziejów prowadzi prosto do Zygmunta Krasińskiego, dla którego amok historii to błąd i tragedia, a poza tym ingerencja szatańska, jak w eschatologicznej wizji bolszewizmu Mariana Zdziechowskiego. Mackiewicz – ze Słowackim spowinowacony – „w imię dobra ogółu zawsze przeciw temu ogółowi”, wieczny (kontr)rewolucjonista, afiszuje w osobistym boju „heroiczne walory patriotycznego szaleństwa”. Czymże zidentyfikowanie i oskarżenie polrealizmu, jak nie walką ze zbanalizowaniem spraw immanentnych dla przetrwania, a potem dla zdrowego rozwoju, jak nie oskarżeniem zabójczego schematu?

Można wreszcie i o Mackiewiczu powiedzieć tym razem za Marią Janion: „Z jaką wspaniałą niesamowitością przeżywa swój obłęd!”. Aczkolwiek dla Janion „wariat patriota” to symptom Dark Side of the Force, mrocznej fizys patriotyzmu, ojczystego horroru. Czy symbolem polskości będzie dziś niezmordowany w krwawej aktywności wampir, czy rozkolebany i bierny statysta Nocy żywych trupów? Zachęcony przez badaczkę sięgnąłem po leżącą w kurzu od wieków książkę Jerzego Zawieyskiego, którą rekomenduje. Podjęty przez posła na sejm PRL w 1971 roku Pomiędzy plewą i manną temat percepcji aktu Tadeusza Rejtana najlepiej demonstruje stopień inwalidztwa refleksji historyczno-literackiej (metahistorycznej i metaliterackiej) w „Polsce Ludowej”. Ale patrzmy: ów bardziej żałosny niż tragiczny kolaborant jest dla Janion … XX-wiecznym Rejtanem!

Nie ma w jej polu zredagowanej przez Grydzewskiego w Londynie chrestomatii Niezłomni (1945), nie wie o Emigrejtanie-Nowakowskim nawet tyle, by go obśmiać jak inni. Z czasem obejmie czulszym ramieniem pupili: Gombrowicza, Kołakowskiego, Odojewskiego. To dla niej cała „druga Polska”. Janion, która nie przeszła do uniwersum równoległego względem oficjalnie prosperującego systemu, w zbiorze Wobec zła z 1989 roku wysupłuje z narodowego ekwipunku „ciemną stronę polskiego patriotyzmu”. Pokaże go jako wzorzec toksycznego związku, zapominając, że niezbędny on w survivalu Polaków. Gdy ludzie identyfikujący się z naszym (zmiennym) obszarem kulturowym i cywilizacyjnym (a nabierającym i religijnych mocy) porzucali wysiłki, by płynąć – natychmiast przeciwny prąd ich znosił i w wirach tonęli.

Mackiewicz-profeta głuchy był na „«gombrowiczowskie» wytłumaczenie”, jak nazwie ten grymas w korespondencji z Michałem K. Pawlikowskim (który – wyjaśniał Romanowi Gulowi, naczelnemu „Nowowo Żurnala” – „w ogóle jest moim druhem-przyjacielem”). Tymczasem zbierzmy garstkę rozeznań Aliny Kowalczykowej, które pasują jak ulał do pozycji Mackiewicza. Oznajmi za Chateaubriandem, że szaleństwo potencjalnie tkwi w osobowościach wybijających się ponad przeciętność: „Tak przedstawiali je romantycy”. Próg umysłowej epilepsji jawi się jako graniczny moment historii ludzkiej, jako odsłonięcie innych, nie dostrzeganych przez „normalnych, zdrowych ludzi” horyzontów świata. To obnażenie widnokręgu, spoza którego obłąkanie wyłania się jako dramatyczna odmienność, zaprzeczenie uznanym wartościom, skrajna forma indywidualizmu.

Każdego romantyka dekonspiruje chaos ducha, jak i wiry w układzie wobec niego zewnętrznym; dusza stanie się zwierciadłem tamtego fermentu. Dawno odbył się proces oderwania szału od deprecjonującej skazy. Nie tak jest punktowany, zwłaszcza w obserwacji artystycznych ujęć. Sięgnięcie po krajowe w Obłędzie Krzysztonia (1980) czy Apelacji Andrzejewskiego (1968) może skłonić do pomnożenia sensu peerelowskiej literatury. Potraktowanie jej w tym aspekcie jako żywej dopomoże w uchwyceniu istoty trzeciego dziesiątka trzeciego tysiąclecia, brnącego po kolana w czerwonej od posoki glinie. Lektura peerelowskich „bedlamitów” pozostanie na jednym z rejestrów aktualna. Odsłoni cząstki człowieka mielonego. Kazus Andrzejewskiego rozumiemy tu naturalnie (strzał Mackiewicza w dziesiątkę z tomu Wielkie tabu i małe fałszerstwa) jako „synonim pewnej plejady”.

A jednak: „Przytaczanie w tym miejscu całego łańcucha okoliczności dowodowych zajęłoby zbyt dużo szpalt” (to z Wrzasków i bomb). Pomińmy więc w niniejszym konsylium Cesarego Lombroso z Geniuszem i obłąkaniem czy prześwietlany przeze mnie w starożytnych czasach magisterium przypadek anarchisty Augustyna Wróblewskiego. A działający równolegle Wincenty Lutosławski? Śledzony chyłkiem w Krakowie przez klinicznych szpicli – inspektorów z Wydziału Lekarskiego i takoż usunięty za radą psychiatrów z wykładów dla UJ? Pamiętajmy o tradycji traktowania jak „oszołomów” antykomunistów dwóch ostatnich dekad XX wieku, o legendzie w tych kręgach songu trójcy Kaczmarski-Gintrowski-Łapiński A my nie chcemy uciekać stąd… O partyzantce powojennej, odsądzanej od narodowej wiary, jak i jej ideowi protoplaści – zaliwszczycy. Rachunek wszystkim „szalonym” wyda historia bezzwłocznie.

Widać to najostrzej po ostatnim zrywie podziemno-bojowym. Z różnicą, że buntowniczą inskrypcję kredą na szkolnej tablicy 3 maja 1822 roku znamy w blasku szczegółów intencji i mroków represji, a identyczny gest, gdyby miał miejsce – przypuśćmy – w 1952 roku zniknąłby do szczętu, wraz z jego sprawcami. Śladu po nim w pamięci zbiorowej i w kulturze nie będzie. Na nic, że – jak ustalił Jan Bielatowicz w uchodźczych refleksjach o Wielkiej Emigracji – w „naszej epoce tomiki pisarzy zastąpiło czasopiśmiennictwo literackie”. Natomiast niesympatyczny dla Mackiewicza acz błyskotliwy Tadeusz Nowakowski dostrzegł: „Niewesołe to odkrycie, że dość znaczny procent zagranicznych przyjaciół Polski stanowią ludzie z lekka stuknięci”. Podobnie szurnięci zapełniali szeregi lat osiemdziesiątych.

Przeciw silnym świata tego

Bez dwóch zdań: zero światła w tym tunelu. Woyciechowski czyta: „Do czegośmy dożyli…” (1981). Przedtem Pawlikowski: „Jest bardzo źle” (1967), „Wszystko się rozprzęga” (1966). Wcześniej Jankowski: „Jest gorzej niż nawet i ja myślałem” (1962). Gdyby dodatkowo spojrzeć przez filtr Mackiewicza na naszą teraźniejszość – przejdą ciarki. Podaje bowiem metodę widzenia: użyteczną soczewkę, wyostrzające okulary. Zresztą epilog – bezradność wyrażająca się w trwodze „zagnania w «tupik»” paradoksalnie poręcza uczciwość i aktualność jego perspektywy. Odróżnia od komentatorów, którzy walkę o prawdę ograniczyli, zawiesili, zaniechali. Nie można też kurtyny „tumanu”, który nagle zasłonił typowemu „człowiekowi książki” rzeczywistość, tłumaczyć raptem deficytem zdolności staroświeckiego profety do ogarnięcia elektronicznej epoki RTV i oseska-internetu oraz rewolucji z nich wynikających.

(Zadajmy nawiasowo niepoważne pytanie: skoro topika jest „repertuarem toposów literackich lub retorycznych”, to zasób jakich elementów zawrze neologizm tupika?).

Nie wolno oczywista od jednego twórcy i literata wymagać za wiele. Szczególnie, że i tak przekazał bogatszą schedę niż inni. Choć nie naszkicował jednocześnie precyzyjnej marszruty na przyszłość, czyli na dzień wczorajszy i naszą spodloną współczesność. Poza uprawnionym domaganiem się, by utrwalone na piśmie opinie poznawać. Pewnie ciągle ich wystarczająco nie zgłębiłem i dlatego nie wiem, jak mam dalej stąpać pod rękę z oglądem, który Mackiewicz przyjął? Malunek to pesymistyczny, kiedy wieści, że – „Absolutnie nie ma kogo «wyzwalać» w Polsce”, a gwóźdź do trumny wpije komunikatem, który warto powtarzać: „Powiesz, niewątpliwie słusznie: nie można całego narodu uważać za bandę. A ja twierdzę, że można. Tzn. całą warstwę działającą politycznie”.

Zapada wieko. Wszechobecne napięcie szczerości w epistolografii i eseistyce otwiera zarazem otchłań beznadziei i kręgi niemocy, a za nimi podąża – wymóg heroizmu i wysoko podniesiona autoanalizy poprzeczka. Czy niechęć do głębszego poznania „Ponurego Józefa” (definicja Toporskiej z listu do Wita Tarnawskiego) bierze się również z odruchu ucieczki od paraliżu, który wzbudzony być może przez niesprostanie prometejskim rozkazom? Bezsiła łatwiej zwycięży, gdy ogarnia rozpacz. Skoro i tego exemplum wewnętrznych szamotań nie chcemy uwolnić od wymogu przezwyciężenia niemocy, wtedy ruchome (jakże złowrogo malownicze!) piaski zakrzepną w skalistą posadzkę. Spojrzenie w oczy niewygodnej racji boli. Świadoma lektura słów Józefa Mackiewicza to dzisiaj doświadczenie bólu.

Może jeszcze przemyślę, odczuję je gruntowniej i uda się wzniecone przez nie trudy sumienia – nie tyle zracjonalizować, co – zaadoptować i zaofiarować w konkretnej intencji? By wykraczający poza jednostkowe postanowienia program się wyświęcił. Pamiętając nieustannie, że i radykalna krytyka wsparta o ogrom wymagań wobec siebie potrafi wprowadzić w letarg i przysporzyć usprawiedliwień apatii [3]. Choć nowoczesny wizjoner, „przesłaniec” (piękny to archaizm, pożyczka od Włodzimierza Sołowjowa) nie gasi całkiem ducha, byśmy nie znikli w rozterce. Krzepi stylem w utworach rozwijających majestatyczne sekwencje pejzażu. W dziełach wywodzących się spoza krwawicy publicystyki tyrtejskiej, a nie dziennikarki promującej sceny z teatru absurdu.

Do Sergiusza Woyciechowskiego w 1980 roku skieruje orędzie: „Jedną z moich «tez» jest, że: Każde okłamywanie ma (jednak) pewne granice. Dopiero samo-okłamywanie może być bez granic…”. Druga „teza” ma znamiona niedoraźnego prikazu. Przekonuje, że „prasa emigracyjna, zarówno np. polska, jak rosyjska, ze zrozumiałych względów (ceni się tylko silnych mira siego…) lekceważą się wzajemnie i nie czytają się wzajemnie”: „A dopiero właśnie przez porównanie wyłazi ten jednolity obraz sytuacji i taktyki, który jak kopia fotograficzna wskazuje, że kieruje tym wszystkim jedna i ta sama ręka, wg jednych i tych samych metod. Inaczej nie mogłoby być takiej zbieżności! w rzeczach zasadniczych”. Czyli: „Wszystko to jest ta sama linia, tyle że w różnych wariantach”.

Obok wiary w krańce zorganizowanego łgarstwa pociechę niesie obietnica obytego życiowo jak mało kto zamachowca i więźnia Borysa Kowerdy, wróżba postawiona w tymże roku: „A jednak nic nie stoi w miejscu. Ogólna sytuacja stale się zmienia. Wypadki mogą potoczyć się niezależnie od życzeń i zamierzeń Kremla. Może więc nastąpić sytuacja, sprzyjająca czynom ludzi zdecydowanych i dążących do określonego przez siebie celu, jak to było na przykład z Leninem w 1917 roku, gdy opanował Rosję”. Piękne to świadectwo historycznej nadziei. Łączy się ono z pierwiastkiem, którego nie wyłoniła zbuntowana przeciw układom „okrągłego stołu” młodzież w 1989 roku. Brakło wtedy „ludzi zdecydowanych i dążących do określonego przez siebie celu”. A na pewno – „sytuacja im nie sprzyjała”.

Więcej: tryumf Wielkiego Ześlizgu ich eliminował. Drugi zarzucam haczyk, który podciągnę w następnych uwagach. Czy Józef Mackiewicz przyjąłby zaproszenie do konsulatu RP w Monachium?

________

[1] Zob. P. Chojnacki, Podstawowe źródła do dziejów „wragizmu”: https://teologiapolityczna.pl/podstawowe-zrodla-do-dziejow-wragizmu; tenże, Cierpki dym: https://teologiapolityczna.pl/pawel-chojnacki-cierpki-dym, „Teologia Polityczna Co Tydzień” 25 IX 2024 i 4 XII 2025. Także: Pół wieku w „tupiku”. O 36. i 37. tomie Dzieł Józefa Mackiewicza (I) i (II): https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/12/21/pol-wieku-w-tupiku-o-36-i-37-tomie-dziel-jozefa-mackiewicza-raz-jeszcze-i-1/; https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/12/27/pol-wieku-w-tupiku-o-36-i-37-tomie-dziel-jozefa-mackiewicza-raz-jeszcze-ii-1/

[2] Zob.: P. Chojnacki, Mesjanizm Drugiej Wielkiej Emigracji. Wielkopolski, Dzieduszycki i Nałęcz, „Pressje”, Teka XXX–XXXI, 2012, s. 72–86: https://klubjagiellonski.pl/publikacje/teka-30-31-tu-mowi-londyn/

[3] Wspomniano o tej prawidłowości w: P. Chojnacki, Amunicja Józefa Mackiewicza, „Twórczość” 2022, nr 6 (919), czerwiec, s. 105–109: https://tworczosc.com.pl/artykul/amunicja-jozefa-mackiewicza/

Noty:

Józef Mackiewicz, Sergiusz Woyciechowski, Borys Kowerda, Ryszard Wraga, Natalie Grant-Wraga, Roman Gul, Fedor Stepun, Sergiusz Kryżycki. Listy, opracowanie i przypisy, przekład tekstów rosyjskich Nina Karsov, idem, Dzieła, t. 36, „Kontra”, Londyn 2024.

Barbara Toporska, Idalia Żyłowska, Listy, opracowanie i przypisy Nina Karsov, „Kontra”, Londyn 2025.



Komentuj

Książki Wydawnictwa Podziemnego:


Zamów tutaj.

Wysyłka gratis!

Jacek Szczyrba

Czerwoni na szóstej! Wydanie II
Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana.

Jacek Szczyrba

Punkt Langrange`a. Powieść.

H
1946. Powieść.

Józef Mackiewicz
The Triumph of Provocation
 
Michał Bąkowski
Votum separatum
 
Dariusz Rohnka
Szkice o Józefie Mackiewiczu
 
Jeff Nyquist
Origins of the Fourth World War
 


Wydawnictwo Podziemne