Zenon odrutowany
Zapytałem p. Redaktora, kto jego zdaniem, mógłby być autorem następujących słów:
Wyżywanie się w pseudo-indywidualizmach, w zaciętej nieraz nawet dyskusji, ale wewnątrz odrutowanej myśli, obstawionej wieżyczkami „tabu”, stwarza fatalne złudzenie ruchu, podczas gdy w rzeczywistości pogłębia tylko zastój.
Nie wiedział. A usłyszawszy nazwisko, długo się wypierał i wykręcał (jak piskorz), wypuczał się i wyślizgiwał z rąk (jak węgorz oleisty), zarzekał się i powtarzał z nabożeństwem słowa w rodzaju „nieprawdą jest jakobym uważał się”, a potem że „pamięć nie ta!”, aż popadł w rozgoryczone milczenie. Cóż począć, to prawda, nie jest znawcą Józefa Mackiewicza, lecz cytat powyższy zaczerpnąłem z tomu, w którym na odwrocie karty tytułowej stoi jak byk napisane w języku obcym: Articles 1960-1967 selected by Michał Bąkowski. P. Redaktor we własnej osobie, ułożył wybór, ale błędem byłoby wyciągać z tego prostego faktu wniosek, że przeczytał. Niechaj ułomną pamięć p. Redaktora pokryje wielkoduszna niepamięć czytelnika. Mniejsza, że w zaciętej nieraz dyskusji pogłębia tylko zastój, mniejsza, że wyżywa się w pseudo-indywidualizmie, skoro dzisiaj, o wiele bardziej niż w czasach Mackiewicza, żyjemy w myślowym obozie koncentracyjnym.
Czytam oto we współczesnej powieści angielskiej:
Nikt nie ma prawa podważać cudzych doświadczeń ani spostrzeżeń, w celu kwestionowania delikatnych pałaców umysłu, które wznieśli na swój użytek, napadać na najdroższe dla nich prawdy, zwłaszcza, jeśli te prawdy odnosiły się do ich „tożsamości”, którą wszyscy posiadamy, bo inaczej nie bylibyśmy wybrani. Nie ma też czegoś takiego jak obiektywizm, a przynajmniej odtąd już go nie będzie.
Słowa te wypowiada studentka-aktywistka na antycznym i czcigodnym uniwersytecie, który niestety schodzi na psy. Kto mógł przypuszczać, że wieżyczki strażnicze naszego koncłagru okażą się starożytnymi iglicami kolegiów prześwietnej uczelni? Któż mógł oczekiwać, że nieśmiała pretensja do obiektywizmu będzie ścigana przez studenckie gestapo właśnie na nieskazitelnych trawnikach bajkowych akademickich dziedzińców? Wybrańcy tożsamości pogrzebią nas wszystkich żywcem.
I taki jest świat dzisiejszy. Niegdyś jadło się befsztyk i opowiadało stek bzdur, popijając niedrogim winem. Teraz zajada się stek, a opowiada głupoty, delektując się drogim winem, które nie jest lepsze od tamtego cienkusza. Dawniej, mówienie głupstw mogło, choć nie musiało, być oznaką głupoty. Dziś, nikt już nie odróżnia permanentnej głupoty od przelotnego głupstwa. Myśli pędzą przez mózg jak bolidy Formuły I przez Parabolikę, a zwalniają w zadziwionym zadowoleniu tylko wówczas, gdy ktoś wciągnie na maszt żółty sztandar swych własnych cnót, stanie do walki o niepodważalność swej osobistej prawdy lub po prostu rozwinie białą flagę. Strumień świadomości, nie zmącony interpunkcją. A może tylko wytrysk tożsamości? Wydzielina własnej prawdy? Śluz pseudo-indywidualizmu, przerywany rytmem hojnie rzucanych wykrzykników.
Wbrew codziennemu doświadczeniu podsuwanemu nam przez posłuszne złośliwym demiurgom zmysły, ruch jest złudzeniem, jak argumentowali mądrzy Eleaci. Ani rączy Achilles nie dogoni nigdy żółwia, ani strzała nie osiągnie nigdy celu, ani bolid nie dojedzie do końca Curva Parabolica. Zenon i Parmenides wynaleźli kinematograf i odkryli fizykę kwantową na tysiące lat przed Hollywood i Heisenbergiem. Nieruchome zdjęcia wyświetlane 24 razy na sekundę na biały ekran, dawały złudzenie ruchu, a kinomani nie domyślali się na ogół, że ruchome zdjęcia się nie ruszają, podobnie jak strzała pędząca do celu pozostaje w każdym momencie w bezruchu: albo pęd, albo miejsce, jak wiadomo od Heisenberga. Żółw każe się zatrzymać pędzącemu Achillesowi w tym miejscu, w którym sam był wcześniej, a ustaliwszy miejsce, nic nie wie o pędzie najszybszego biegacza świata antycznego. Ilekroć zatrzymuje mnie policjant z pytaniem: – Czy pan wie, jak szybko pan jechał?! – odpowiadam spokojnie: – Nie. Ale wiem dokładnie, gdzie byłem.
Pytania postawione dwa i pół tysiąca lat temu, na temat przestrzeni i ruchu, rezonują jak kamerton – do dziś – w pytaniach o czas i energię, o ciągłość i nieciągłość, o to co analogowe i co cyfrowe. Paradoksy Zenona rozkwitły w projektorze filmowym, znalazł matematyczny wyraz w równaniach Heisenberga i fizyce kwantowej. Paradoks to kontrwiedza, myśl przeciwna intuicji, przeciwstawna naturalnym założeniom, choć niekoniecznie sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Paradoks owocuje myśleniem, nie otacza myśli drutem kolczastym, nie stawia wieżyczek strażniczych, ale przymusza do zastanowienia – bez przymusu.
Ludy Mezopotamii stworzyły cywilizację, zgromadziły ludzi w jednym miejscu i wszystkie ich wynalazki nastawione były na usprawnienie życia gromady. Pismo i rachunek, geometria i matematyka, piwo i chleb, wynalezione zostały dla służenia praktyce życia ludzkiego zbiorowiska. Myśl znajdowała dowód w dziele: w tabliczce, wykazującej ile wydano dzbanów piwa; w Zigguracie, który stoi po dziś dzień; w trunku, który w przeciwieństwie do wody z rzeki, nie powodował biegunki. Greków zaś zajmowała polis, a w niej – polityka. Nie, jak ułożyć kamień na kamieniu, żeby powstała struktura, ale jak zbudować społeczność, by przetrwała – czyli w jaki sposób sformułować prawa dla miasta. Woda, płynąca tam, gdzie ją skierowały prace irygacyjne, wystarczała Chaldejczykom i Egipcjanom jako dowód słuszności myśli. Grecy potrzebowali konsekwentnej analizy. Likurg musiał rozważyć następstwa praw, które chciał ustanowić. Solon zastanawiał się, z czego wysnuwał swój kodeks, co czyni jego prawa słusznymi i mądrymi.
Reductio ad absurdum nie jest wcale tak absurdalne, jak to chcą często widzieć uczestnicy „zaciętej nieraz nawet dyskusji”, pokazuje bowiem dosadnie, że czegoś brak w argumentacji, skoro wiedzie ona do niedorzeczności. Człowieczeństwo, to nie kopanie piłki lub unikanie płacenia podatków, to nie giełda i bak pełen paliwa, choć tylko ludzkość zajmuje się takimi sprawami. Człowieczeństwo w swej istocie, to mierzenie się z problemami przy pomocy myślenia. A problemem w paradoksach Zenona jest nieskończoność. Parmenides „wprowadził myśl na miejsce fantastycznej ułudy”.
Wolna myśl Zenona z Elei nie lękała się potęgi paradoksu, myślenia wbrew utartym schematom. Nie drżała też przed mocą tyrana. Tyran Niarchos, a może Diomedont, obrażony przez wyniosłego filozofa, który na tysiące lat przed Mikołajem Stawroginem ośmielił się ugryźć satrapę w ucho, kazał wrzucić mędrca do kotła i zatłuc na śmierć. Despotyzm od zawsze obsadzał wieżyczki tabu swymi siepaczami, obdzierał myślących ze skóry lub wtrącał ich do lochów, ale myśl pozostawała wolna i nie dawała się odrutować. Zasada nieokreśloności jest równie słuszna wobec elektronów, jak i wobec wolnego myślenia, jednak przestaje mieć zastosowanie, gdy natrafia na fatalne złudzenie ruchu wewnątrz odrutowanej przestrzeni nie-rozumu. W wielkiej konurbacji Londynu, w której mam coraz mniejszą przyjemność pomieszkiwać, nowe schody ruchome wyposażone zostały w ekrany ze strzałkami, wskazującymi kierunek poruszania się schodów, ponieważ bez strzałek wielka brytyjska publiczność nie zdołałaby odgadnąć, w którą stronę poruszają się ruchome schody. Achilles i żółw zatrzymali się, bezradnie skrobiąc się wzajem po głowach. Strzałka zaiste pozostaje w bezruchu.
Złoty Środek był niegdyś symbolem cnoty, umiarkowania i praktycznego kompromisu, odrzucenia skrajności, wyważenia przeciwnych interesów i punktów widzenia, pozostając jednocześnie bezkompromisowym intelektualnie. Kompromis nie był wonczas oznaką kompromitacji, bo nie tyczył wroga. Złoty Środek został ustrzelony wraz z pretensjami do obiektywizmu, przez nieletnich tumanów, obsadzających wieżyczki strzelnicze wokół odrutowanej myśli. Nawet zgodna i mdła średnia, ani dobrodusznie wypośrodkowana przeciętna nie rządzi już wewnątrz w ogólnym zastoju myślenia. Panuje nad nami pożółkła, zjełczała miernota bezmyślnej przeciętności.