Zamknij
Dariusz Rohnka

Ład demobolszewicki

22 sierpnia 2025 |Dariusz Rohnka, Trump
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/08/22/lad-demobolszewicki/

Prawie każda rzeczywistość, aczkolwiek ma swoje niezmienne prawa,
zawsze niemal jest jednak niewiarygodna i nieprawdopodobna.

Fiodor Dostojewski

Gdy zaczynam pisać jest czwartek 14 sierpnia, 29 godzin przed wyczekiwanym spotkaniem Putin — Trump. Gdy zapiszę ostatnią frazę najpewniej będzie sobota, 16, kilka godzin po świtaniu. Przez ten czas powstrzymam się od przeglądania bieżących informacji z alaskijskiego Anchorage. Glob zatrzyma się dla mnie na niemal dwie doby. Nie będę w tym czasie antycypował efektów jutrzejszego wydarzenia. Zagłębię się w historię, by po raz kolejny zmierzyć się z pytaniem, czy owa nauka czegokolwiek nas uczy.

W przestrzeni medialnej pojawiło się wiele dociekań na temat jutrzejszego szczytu. Nie ma, co zrozumiałe, zgody w odniesieniu do wszelkich możliwych kontekstów. W jednym panuje jednomyślność: wiodącym tematem będzie pokój: pokój ponad wszystko; pokój roszczący pretensje do pozycji lidera w hierarchii wartości. Myślą tak o nim niewyłącznie głodni globalnego uznania politycy. Podobnie czyni (niemal) każdy: od dziennikarzy po papieży, od szeregowego aktywisty po prywatnego pasjonata wspólnego dobra. Wysoka ranga pokoju osadzona jest nie tylko w świecie współczesnym, ale także w historii: do pokoju (za wszelką cenę) dążył w Monachium brytyjski premier Neville Chamberlain; dla tego samego pokoju, z inicjatywy Rosji, na przełomie wieków XIX i XX, w złotej erze fin de siècle, zwołane zostały aż dwie konferencje w Hadze. Myślano, że nadchodzi oto czas bez wojen. Po ledwie kilku latach wybuchła Wielka, z jej maszynowymi karabinami, aeroplanami zrzucającymi bomby na ludność cywilną, z gazami bojowymi. Tak kończą próżne deklaracje, iluzoryczne nadzieje. Wojna jest integralną cząstką człowieczej natury i nic tego nie zmieni na tym najmarniejszym ze światów. Jedenastowieczny Pax Dei, stawiał sobie za cel ograniczenie cierpień bezbronnej ludności, ale nie eliminował idei wojny jako takiej. To samo można powiedzieć o chińskich obyczajach wojennych z połowy pierwszego tysiąclecia przed Chrystusem, i starszych:

Działania wojenne były zakazane w miesiącach przeznaczonych na sadzenie i żniwa. W bitwie zabraniano bicia starców oraz dalszego rażenia wroga, który już został ranny. Władca o ludzkim sercu nie „masakrował miast”, nie „zastawiał zasadzek na armie” ani nie „utrzymywał armii przez cały sezon”, ani też prawy książę nie posuwał się do podstępu…

Wojna imperialna poprzez kolejne dziesiątki wieków nie była tematem tabu. Spotykała się ze zrozumieniem kronikarzy i historyków. Sargon, Aszurbanipal, Aleksander, Karol, Napoleon, zajmowali się podbojem. Ani jeden z nich nie uprawiał ludobójstwa na miarę Lenina, Stalina, Hitlera lub Mao, niemniej żaden nie miał czystych rąk. Jak relacjonuje Swetoniusz w Żywotach Cezarów, gdy po zdobyciu Peruzji do jednego z największych cesarzy rzymskich, Oktawiana Augusta, podeszli gromadnie pokonani przeciwnicy prosząc o darowanie życia, ten odpowiedział z mrożącą prostotą: „trzeba umrzeć”. Spokój z jakim Oktawian mordował politycznych rywali, skutkował trwającym blisko 200 lat Pax Romanum, budową majestatu, ten zaś przekładał się na kondycję państwa, trwającego stulecia. I choć w konstrukcjach historiozoficznych zawsze powinna być przestrzeń na rozważania etyczne, to nie usus moralny buduje globalne imperia. Wie o tym przylatujący jutro na Alaskę Putin; czy zdaje sobie z tego sprawę jego rywal w geopolitycznym ringu, nie jestem pewien.

Podnosząc tę ostatnią wątpliwość, nie chodzi mi o Trumpa jako wyodrębnione z politycznego tłumu indywiduum, ale o polityków demokratycznego ustroju jako takich: żaden z nich nie miał predyspozycji do myślenia w perspektywie epok. W większości wypadków nie wybiegali poza kres własnej kadencji oraz walkę o ewentualne kilka kolejnych lat. Jednym z ciekawszych przykładów jest Nixon, w połowie lat 70., uprawiający niedorzeczną pingpongową dyplomację z czerwonymi Chinami. – Jeżeli przyjąć, że akurat on w wydatnej mierze przyczynił się do rozbudowy imperium, nie były to z pewnością Stany Zjednoczone. Niekwestionowana obecnie, globalna pozycja Stanów nie została osiągnięta w oparciu o świadome, przez dziesięciolecia budowane koncepcje polityczne. Objawiła się światu za sprawę dziejowych wypadków, ściśle: trzech monstrualnych katastrof: Wielkiej Wojny, do udziału w której USA zostały nakłonione za sprawą nieszczęśliwego trafu; II Wojny Światowej; agresywnego zachowania bolszewików w drugiej połowie XX wieku. W ten sposób zbudowały swoją niekwestionowaną pozycję. O ile jednak, w przypadku pierwszego punktu, amerykański wkład uznać należy za niewątpliwy sukces, o tyle w odniesieniu do pozostałych, nie zasługuje na pozytywną ocenę.

Po 1945 w obszarze militarnym Amerykanie odnotowali dwie klęski: w Korei (gdzie nie podjęli wyzwania otwartej wojny z komunizmem) i w Wietnamie. Do tego bilansu należałoby jeszcze zaliczyć liczne grzechy militarnego (lub militarno-politycznego) zaniechania: Chiny, Węgry, Kuba, Laos, Kambodża, liczne kraje afrykańskie. W obszarze politycznym lista jest o wiele dłuższa, godna wypełnić nie jeden, a przynajmniej tuzin artykułów. Ilustracją klęski może być dynamika postępujących po sobie zdarzeń w obrębie amerykańskich doktryn politycznych. Mieliśmy zatem niby konfrontacyjną, w istocie nader ostrożną, doktrynę powstrzymywania (w tym okresie ugruntowana została fikcja postanowień jałtańskich oraz klęska Czanga w Chinach). Po niej nastąpiła ambiwalentna doktryna Dullesa, zalecająca moralny sprzeciw wobec komunistycznej agresji z jednej strony, z drugiej deklarująca nieustającą potrzebę prowadzenia rozmów w klimacie „dobrej wiary”. Zdecydowanie bardziej konsekwentna była doktryna Burnhama, walki z komunistycznym zagrożeniem (wyzwalania lub „zwijania” komunizmu, wszędzie tam, gdzie zaistniała taka okazja). Niestety, w kilka lat po jej ogłoszeniu, jesienią 1956 sam jej autor nie sprostał zadaniu, dystansując się od koncepcji militarnego wsparcia Węgrów. Później było już tylko gorzej. W kontredansie polityki détente z polityką współistnienia w głowach amerykańskich polityków wyradzały się kolejne koncepcje: Nixona (nie będziemy odpowiedzialni za wszystko, nie zamierzamy płacić za sojuszników); Cartera (w odpowiedzi na zajęcie Afganistanu przez sowiety, zadeklarował odważnie, że nie odda kontroli nad Zatoką Perską!); Reagana (który mimo klarownej retoryki, nadto nieśmiało wspierał walczących z bronią w ręku antykomunistów). Ta sama doktryna Reagana miała spowodować jakoby upadek związku sowieckiego – największy polityczny miraż w dziejach świata. Ciekawe jak długo legenda ta zachowa miejsce w podręcznikach historii?

Efektem Pierwszej Wojny Światowej była dekompozycja starego świata, rozpad wielkich europejskich liberalnych monarchii. W gigantyczną próżnię po nich: społeczną, polityczną, kulturową, szerokim ściekiem wlała się idea demokratyczna pospołu z ideą bolszewicką, wraz z różnego gatunku koncepcjami pobocznymi, od autokracji poprzez faszyzm, po narodowy socjalizm. Europa, pępek świata, tonęła w szlamie ideologicznego paskudztwa. Wbrew utartej opinii, antagonizmy nie przebiegały po linii od skrajnego lewa po ekstremalne prawo. Lwia część partii, ruchów, ludzi zgromadzonych pod hałaśliwymi szyldami, opowiadała się za hipostazą sprawiedliwości społecznej, laicyzacją życia publicznego, omnipotencją państwa oraz last but not least – obligatoryjną edukacją wszystkich, niezależnie od wieku. Czy muszę dodawać, że tamta mentalność kształtuje również świat współczesny?

Powszechnie zapanował totalny kult demokracji lub, jeśli kto woli, kult totalnej demokracji, wszystko w imię rzekomej wolności, która w postaci sizalowej pętli zaciskała się (i zaciska nadal) na szyi człowieka. Najoględniejsza istota konfliktu sprowadzała się do zasadniczego wyboru pomiędzy tym co narodowe, a tym co internacjonalne. W połowie lat 30., w erze frontów ludowych, Hitler uznany został za potwora, ponieważ narzucał rygor, prześladował, więził, torturował i mordował w imię ciasnej wizji interesów niemieckich; w tym samym czasie nieporównanie bardziej unurzany we krwi Stalin cieszył się sympatią, przede wszystkim sfer intelektualnych, ponieważ roztaczał wizję szczęśliwej przyszłości. Potworność jego zbrodni odstręczała nielicznych. Nie przeszkadzała także specyficzna, monopartyjna koncepcja sowieckiej demokracji. Ten ostatni czynnik w sposób decydujący wpłynął na ukształtowanie się porządku, wojennego i powojennego.

Czy antykomunista może zostać najlepszym sojusznikiem bolszewizmu? Takie pytanie w odniesieniu do decyzji Churchilla, zawarcia aliansu ze Stalinem w czerwcu 1941, nurtowało mnie przez lata. Odpowiedź mam pokrętną: może, pod tym wszakże warunkiem, że jego antykomunizm nie jest pierwszej próby. To co czynił w czasie wojny wpisywało się prawowiernie w kanon brytyjskiej dyplomacji. Nie dziwi sprawność z jaką przekonał amerykańskiego kolegę do zawarcia Wielkiego Sojuszu. Karta Atlantycka, wraz z zaproszeniem do jej podpisania związku sowieckiego, okupującego niemal całą wschodnią Europę oraz jedną trzecią Azji, wywracała słowa na nice. Czy Roosevelt rozwijając niebanalnie szczodry program pomocy dla walczącego z Hitlerem Stalina, nie obawiał się konsekwencji swoich decyzji? Nic na to nie wskazuje. Nic także nie wiadomo na temat jego moralnych rozterek. Miliardy dolarów w postaci sprzętu, broni, amunicji, ubrań, żywności, także materiałów rozszczepialnych wraz z niezbędną dokumentacją do budowy bomby atomowej, trafiły w ręce władców najbardziej nieludzkiego systemu w dziejach globu. Po zdobyciu Berlina w 1945 znacząca część tego sprzętu posłużyła do ostatecznego ujarzmienia państw bałtyckich, Polski, całego bloku. Reszta pojechała na Daleki Wschód, aby dopomóc w wyzwalaniu dla komunizmu Chin i Korei.

Nie wszystko rozstrzyga się podczas działań wojennych. Wiele decyzji jest podejmowanych przy dyplomatycznych stołach. Podczas ostatniej wojny najważniejsze z nich zapadły w Jałcie. Mniej istotne, że gwałciły bez umiaru przepisy prawa międzynarodowego, ważniejsze, że zostały podjęte przez wszystkie strony w pełnej świadomości ich dalekosiężnych geostrategicznych konsekwencji. Na wojnie jak to na wojnie. Zawiera się sojusze niekiedy egzotyczne, niekiedy ociekające amoralnością. W lutym 1945 nie chodziło o udział w bitwach, zaangażowanie środków, strategię. Hitler, choć nie zdawał sobie jeszcze z tego w pełni sprawy, był już trupem. Japonia dogorywała. Zawarta w Jałcie umowa nie kształtowała oblicza wojny, bo ta przechodziła do historii. Ustalała pokojowe rozstrzygnięcie na powojenne dekady, i dłużej. Zachodnie demokracje świadomie przystępowały do sojuszu z totalitarnym związkiem sowieckim. Tak oto powstawał demobolszewicki ład.

Nic tak nie pieczętuje przyjaźni jak wspólnie dokonane przestępstwo. Ale Jałta nie była zwykłym bezprawiem. Była horrendalną zbrodnią. Cynicznie pozostawiając w swoich deklaracjach złudne nadzieje na odzyskanie podmiotowości podbitym przez bolszewików krajom, łudząc tamtejszych mieszkańców nadzieją przywrócenia ludzkiej tożsamości, w rzeczywistości odbierała im ostatni oręż, jakim mogli jeszcze dysponować: polityczny realizm. Czy jako mieszkaniec zainfekowanej bolszewizmem części świata mam współczuć, że odbierając nam prawo do realnej rzeczywistości, zniekształcili jej obraz także przed sobą?

James Angleton był jednym z nielicznych reprezentantów zachodniego świata, pojmującym istotę bolszewizmu. Rywalizację dwóch nie całkiem zbieżnych ze sobą światów, demokracji oraz demokracji ludowej, określał mianem labiryntu odbić. Świat pogrążał się w otchłań, wystawiany na fikcję błyskających w kaskadzie luster nierzeczywistości. O niebezpieczeństwie płynącym z drugiej strony przekonał się na własnej skórze u początków kariery: jego mentorem, powiernikiem, przyjacielem był Philby. Po ćwierćwiecznej służbie, po trwającej ponad dekadę współpracy z najważniejszym dezerterem z sowieckiego wywiadu, Anatolijem Golicynem, zmuszony został do odejścia. Ameryka straciła najlepszego ze swoich żołnierzy. I znacznie więcej: możliwość chronienia zasobów przed oczami i rękami wroga. W sensie nie tylko wywiadowczym, ale także politycznym – stała się głucha i ślepa. Dekadę później nastały w Moskwie nowe porządki: Gorbaczow i pierestrojka. Pozbawieni daru pojmowania rzeczywistości sowieckiej, decydenci Zachodu poczęli mówić o liberalizacji systemu. Na Gorbaczowa nabierali się wielcy: Thatcher, Reagan.

W czym tkwi istota pierestrojki? Post factum, a więc po rzekomym rozpadzie związku oraz bloku, uznano, że była to próba zreformowania popadającej w kryzys komunistycznej formacji ustrojowej. System walił się, gospodarka rozpadała, dlatego należało podjąć kroki zaradcze. Rzecznicy tej interpretacji zapomnieli, że konstrukcja sowieckiego antypaństwa od początku, od 1917, ani przez jeden historyczny moment nie była nakierowana na zaspakajanie potrzeb podległej ludności. Cechy typowe systemu to: głód, bieda, niedostatek. W przypadku buntów, strajków, rozruchów ulicznych, sięgano po siłę. Czyniono tak z przyzwoleniem Wolnego Świata, którego przedstawiciele skrupulatnie przestrzegali postanowień jałtańskich. Stąd, mimo relatywnie silnych nastrojów antykomunistycznych w Ameryce połowy lat 50., nie myślano o interwencji zbrojnej na Węgrzech. Znamienna w tym kontekście jest wypowiedź Cartera z czasów jego prezydentury, który stwierdził, że Ameryka nie podjęłaby żadnych działań zbrojnych przeciwko zsrs, nawet wówczas, gdyby ten, po śmierci Tito, postanowił zająć Jugosławię. Było to stanowisko konsekwentne, utrzymane w ramach jałtańskiego porządku oraz świeżo powstałej kbwe.

1991 nie oznaczał porzucenia pogrzebanego komunizmu jako modelu sprawowania władzy. Postanowiono jednak zrzucić ciążącą, oderwaną od rzeczywistości, ustrojową ideologię marksistowską. Zmieniono niektóre szyldy, hasła, twarze, komunistyczny modus operandi pozostał nienaruszony. Żadna z istniejących w związku sowieckim kluczowych instytucji władzy, nie licząc świadomie marginalizowanej samej partii komunistycznej, nie została poddana transformacji. Była to swoista kontrrewolucja bez kontrrewolucyjnych konsekwencji. Charakterystyczne, że zjawisko to nie ograniczyło się wyłącznie do republik, związanych z bolszewickim panowaniem od lat 20. dwudziestego wieku: Rosji, Ukrainy, Białorusi, Kazachstanu, Gruzji, Armenii, Mołdawii itd. Taki sam brak strukturalnych zmian dotyczył oderwanych od kremlowskiej macierzy krajów demokracji ludowej: Polski, Czechosłowacji, Węgier, pozostałych. Podstawowe resorty zostały zachowane w niezmienionym kształcie: administracja, sądownictwo, edukacja, milicja tajna i jawna, wojsko – we wszystkich tych obszarach wpływy zachowali ludzie od dziesięcioleci budujący podwaliny pod bolszewickie panowanie. Dziś Kreml nie kieruje gigantycznym obszarem Europy Środkowej i Wschodniej bezpośrednio: nie istnieje związek sowiecki w tradycyjnym kształcie; to samo dotyczy bloku krajów demokracji ludowej; zlikwidowano wspólne organizacje gospodarcze i wojskowe. A jednak, pozostały dalekosiężne wpływy, pozwalające na dowolne sterowanie polityką, dyplomacją, sferą wojskową. 14 krajów tego obszaru cieszy się aktualnie członkostwem w NATO. 14 niezreformowanych armii komunistycznych znalazło miejsce w strukturach wrogiej organizacji. Kadra dowódcza sprzed 1991, z natury rzeczy nie odgrywa w nich (formalnie!) kluczowej roli, ich zadania przejęli pieczołowicie dobrani następcy. Z pewnością nie wszyscy oni są zwolennikami kremlowskich porządków – nie ma powodu, aby popadać w skrajności. Istotne, że znaczący zakres komunistycznych wpływów pośród kadry dowódczej stawia pod znakiem zapytania bona fide nie tylko ich samych, ale także armii pozostających pod ich rozkazami.

W krótkim czasie powinniśmy stać się nie trzecią, a pierwszą armią NATO w Europie – zadeklarował Karol Nawrocki w trakcie uroczystości z okazji schizofrenicznych obchodów święta Wojska Polskiego.

Makabryczna perspektywa.

Bolszewicy pilnie studiowali Sztukę Wojenną Sun Tzu, z naczelnym przesłaniem tego dzieła, o pobiciu wroga bez użycia siły. Mao bardzo cenił intelektualny dorobek chińskiego stratega. Z pewnością jednak rozumiał, że nawet najlepszy wojenny fortel domaga się wsparcia w postaci armii. W tym kontekście 14 niezreformowanych ideowo, nigdy nie poddanych dekomunizacji armii układu warszawskiego w zachodnim sojuszu obronnym… to stado wałachów w murach Ilionu.

***

Przyczyny wybuchłego w 2022 konfliktu pozostają wciąż niejasne. Nie wiadomo, co spowodowało atak. Rzekomy bunt ukraińskich oligarchów, których potędze miałaby zagrażać kremlowska chciwość, nie jest przekonujący. Nie wytacza się tysięcy dział, aby utrącić kilku nawet bardzo potężnych ludzi. Po cóż zatem zaangażowano liczoną w setki tysięcy żołnierzy armię?

Krym – nie jest dobrą odpowiedzią. Przekazany, za sprawą Chruszczowa, ukraińskiej sowieckiej republice w 1954, stać się miał w przyszłości powodem głośnych sporów. Przyczyna cesji sprzed 70 lat pozostaje niejasna. Powoływano się na rzekomo wyjątkowo silne związki tego obszaru z gospodarką akurat sowieckiej Ukrainy. Brzmiało to trochę jak szyderstwo. Józef Mackiewicz zapisał, że decyzja ta świadczy o „niesłychanym lekceważeniu w stosunku do mieszkańców i ziemi.” Trudno się z tym w pełni zgodzić: dowolne żonglowanie terytoriami i zamieszkującą je ludnością należały od zawsze do standardowych popisów sowieckiej władzy. Retrospektywnie poczęto mówić, że powodem przekazania Krymu sowieckiej Ukrainie w 1954 była trzechsetletnia rocznica ugody perejasławskiej. Nie ma o tym mowy w dokumencie, ale to ciekawa koncepcja. – W wyniku ugody z 1654 Ukraina znalazła się pod protektoratem Rosji, a ta, zaledwie kilka miesięcy później rozpoczęła trzynastoletnią wojnę z Rzeczpospolitą. Tyle, że nie może być mowy o analogii. W przeciwieństwie do wieku XVII, nie ma dziś suwerennych: Rzeczypospolitej i Rosji.

Zaskakujące są także wydarzenia z 1994, które spowodowały pozostanie półwyspu przy Kijowie. Sowiecka Ukraina sprzeciwiła się bowiem roszczeniom Kremla, wywołując poważne napięcie. Czy ówczesna decyzja Kijowa mogła spowodować ruch Moskwy w postaci aneksji Krymu dwie dekady później. Mogła. Tyle, że aneksja strategicznie ważnego terytorium w 2014, nie objaśnia przyczyn wojny rozpoczętej w 2022. – Z jednym „ale”. W 2022 Kreml zaangażował ogromne siły. Wiele wskazywało na to, że pokona Kijów błyskawicznie. Tak się nie stało, a konflikt przerodził się w przewlekłe walki, wymagające od obu stron wydatkowania gigantycznych środków na rozbudowę armii, zaplecza, uzbrojenia. Po ponad trzech latach zmagań, a w kilka godzin po rozmowie Putin-Trump w alaskijskim Anchorage, których efektów – w chwili pisania tego tekstu – wciąż nie znam, mogę stwierdzić jedno: obie strony (kijowska i moskiewska) dysponują najlepiej (bo w warunkach nieustających walk) wyszkolonymi armiami świata. Nasuwa się pytanie nieuchronne: Czy może dojść wkrótce do zawarcia pokoju, a w konsekwencji – sojuszu?

Jedenaście lat temu, w 2014, moskiewska armia nie miała problemów z pokonaniem przeciwnika. Mimo zaangażowania skromnych sił, z łatwością zajęła Krym, część Donbasu. Nie miała problemu, bo po drugiej stronie nie było wroga do pokonania. Poddawał się gremialnie lub przechodził na ich stronę. Nie było absolutnie żadnych przeszkód do zajęcia znacznie większego terytorium. Obawy przed krytyką społeczności międzynarodowej, przed sankcjami, wypada pomiędzy bajki włożyć. Putin postrzegany był jako srogi rządca, ale nie przeszkadzało mu to w utrzymywaniu międzynarodowych kontaktów. Z Trumpem spotkał się w 2018. Co paradoksalnie, choć tylko hipotetycznie, mogło powstrzymać Moskwę, to właśnie – brak oporu, niemożność rozwinięcia konfliktu na wielką militarną skalę. Towarzysze zmuszeni byli zacząć ab ovo; usuwerennić medialnie sowieckiego sąsiada, natchnąć duchem oporu, unaocznić światu skalę antycypowanego konfliktu, dla kilku przykuwających uwagę filmowych migawek nająć hollywoodzkiego gwiazdora, poprowadzić ślamazarną kampanię wojenną… w trosce o wiarygodność.

Ta wojna może się okazać fatalną fikcją. Nie w znaczeniu braku militarnych działań, wręcz przeciwnie: jest gigantycznym poligonem, na którym, przy użyciu ostrej amunicji, szkoli się – być może – przyszła armia zdobywców. Jest fikcją w znaczeniu ideowym i politycznym. Dlatego, niezależnie od przebiegu rozmów w Anchorage, prędzej raczej niż później, dojdzie do owocnych ustaleń. Alaskijski szczyt z udziałem kremlowskiego bolszewika z jednej, amerykańskiego narcyza z drugiej strony, może ten proces wydatnie przyspieszyć, jako że w pojęciach nie tylko Białego Domu, wojna to tylko część globalnego biznesu.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/08/22/lad-demobolszewicki/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Trump
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/08/22/lad-demobolszewicki/