Zamknij
Jacek Szczyrba

Bijcie na alarm, bo optymizm nie zastąpi nam Polski!

21 stycznia 2025 |Jacek Szczyrba, Meandry mackiewiczologii
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/01/21/bijcie-na-alarm-bo-optymizm-nie-zastapi-nam-polski-2/

Zbiór tekstów Józefa Mackiewicza pt. „Nudis verbis”, wydawnictwa Kontra, został opublikowany w 2017 roku, jako drugie wydanie (pierwsze miało miejsce w 2003 roku). Artykuły pochodzą z lat 1939-49 i tematycznie odnoszą się do sytuacji wojenno-politycznej tego najgorętszego okresu XX wieku. Już w trakcie procesu dystrybucji nakładu „Nudis verbis”, do Pani Niny Karsov dotarła wiadomość o odnalezieniu pierwszego numeru publikacji autorstwa Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej pt. „Alarm” , wydanego w czerwcu 1944 roku. A więc, biorąc po uwagę datę publikacji, „Alarm” powinien trafić do drugiego wydania „Nudis verbis”, ze względu jednak na zaistniałe okoliczności, został on opublikowany jako suplement tego tomu.

„Alarm” był periodykiem (ukazały się trzy numery, ale tylko pierwszy został odnaleziony), opisanym przez autorów jako „nadpartyjny organ do walki z bolszewizmem”, i powstał w Warszawie, do której małżeństwo Mackiewiczów przeniosło się z Wilna, chcąc uniknąć ponownego „wyzwolenia” przez sowietów. Jakie były okoliczności powstania tej inicjatywy, co kierowało autorami?

Pierwszy numer „Alarmu” ukazał się 26 czerwca 1944 roku. Był to szczególny moment w historii II wojny światowej. Zaledwie dwadzieścia dni wcześniej połączone siły anglo-amerykańskie dokonały długo oczekiwanej inwazji kontynentu w Normandii. Operacja ta przeszła do historii pod kryptonimem „Overlord” i otworzyła wyczekiwany przez Stalina drugi front. Czerwona Armia, tymczasem, wytracała impet uderzenia na zachód i sowieckie tanki zbliżały się do wschodniego brzegu Wisły. Niemcy były pokonane, choć jeszcze wciąż dalekie od bezwarunkowej kapitulacji. Na terenach okupowanej Polski stwarzało to sytuację pełnego wyczekiwania napięcia. Rodziło się oczywiste pytanie: jak przygotować się na nadchodzącą zmianę okupanta?

I jak traktować okupanta niemal już pokonanego?

Oddajmy w tym miejscu głos autorom „Alarmu”:

Niemiec jest naszym wrogiem i prowadzimy z nim wojnę. Ale o niebezpieczeństwie niemieckim dla nas nie stanowi to, że spławił Polskę we krwi, że nas zsyła do obozów, że rozstrzeliwuje, lecz fakt, że swą brutalną, tępą polityką pcha nas emocjonalnie w ramiona bolszewizmu, że swoją metodą rządzenia – nie niszczy, a popularyzuje, rozpyla bolszewizm. Niemcy roku 1941/42-go, to niebezpieczeństwo dla Europy największe, nie dlatego, że ujarzmili jej narody, ale dlatego, że w tych latach narastania niebezpieczeństwa sowieckiego, odebrali tym narodom ich własny, zdrowy odruch, własną narodową propagandę antybolszewicką, zastępując ją zglajchszaltowaną propagandą niemiecką. W rezultacie, kto chce wystąpić publicznie i jawnie przeciw Sowietom, nie może tego czynić po francusku, po norwesku, duńsku, czy po polsku, a musi to czynić tylko po niemiecku. Dało to szaloną broń w rękę Stalinowi, którą tak świetnie operują jego agenci, i na każdego, kto się ośmieli złe słówko o nim powiedzieć, pada natychmiast cień wskazującego palca: „to agent Gestapo!”

A zatem motywacją autorów „Alarmu” była chęć przekonania czytelnika, że Niemcy, jako gracz schodzący ze sceny są niebezpieczeństwem bez porównania mniejszym, niż nadciągająca zaraza, której nosicielem była krasna armia.

I dlatego w tej ostatniej jeszcze chwili, póki nie za późno, wzywamy do mobilizacji przeciwko bolszewikom wszystkie siły i wszystkie warstwy Narodu Polskiego. Jest to sprawa nadrzędna. Stojąca ponad rozgrywki dyplomatyczne i rozgrywki partyjne.

To ważna deklaracja. Działalność ponadpartyjna, na którą stawiają autorzy pisma miała potencjał zmobilizowania i połączenia wielu sił politycznych, dla których odrodzenie niepodległego państwa polskiego miało nadrzędne znaczenie. Czy taka inicjatywa była wówczas realna i miała szanse powodzenia, to temat na osobną dyskusję. Z całą pewnością jednak, był to właściwy krok do stawienia masowego oporu bolszewickiemu najeźdźcy.

W owym czasie, w połowie roku 1944, polityczne kalkulacje autorów „Alarmu” krążyły wokół możliwości militarnej konfrontacji Aliantów zachodnich z ZSRS. W konfrontacji tej Mackiewicz widział szanse na uniknięcie sowieckiej okupacji i budowę niepodległej Polski. Czy takie nadzieje wtedy, wiele miesięcy po konferencji w Teheranie były zasadne? Dziś może to budzić zdumienie, ale 80 lat temu sprawa nie była taka prosta. Konfrontacja świata zachodniego z państwem bolszewików była prawdopodobnym scenariuszem. I logicznym wydawało się, że dla Zachodu postawienie tamy zarazie jak najdalej od własnych granic, byłoby korzystne. Polska mogłaby być wtedy taką właśnie tamą, przedmurzem cywilizacji.

(Czy to nie brzmi jakoś znajomo? Ale o tym za chwilę.)

A więc wsparcie militarne Polski przez Aliantów wydawało się logiczne każdemu obserwatorowi, dla którego konieczność powstrzymania Stalina była kwestią oczywistą. Dla każdego, z wyjątkiem Roosevelta i Churchilla. Wygląda więc na to, że to nie Mackiewicz popełnił tu błąd w kalkulacjach, to przywódcy zachodniego świata zachowali się nielogicznie. Brak konsekwencji i logiki zaprezentował Churchill niedługo potem, podczas swojego słynnego wystąpienia w Fulton. Ta sytuacja jest modelowym przykładem kompletnego niezrozumienia, czym jest komunizm i jakie stanowi on zagrożenie (jakże często przy różnych okazjach takie słowa wybrzmiewają na niniejszej witrynie…). Nie pierwszy to taki przypadek od 1917 roku, ale w tym akurat momencie, w 1944 roku, był to ostatni dzwonek, żeby zdążyć zdławić zagrożenie, zanim bolszewicy wejdą w posiadanie broni masowego rażenia i wtedy każda taka próba może zakończyć się armagedonem.

Ach, prawda, przecież bombę atomową podarował Stalinowi Harry Hopkins.

Wróćmy jednak do rozważań autorów „Alarmu”. Nadzieja na postawienie się sowietom przez zachodnich Aliantów okazała się ostatecznie płonna, ale kalkulacje Mackiewicza, żeby przynajmniej nie współpracować z nadchodzącymi bolszewikami i nie utrudniać Niemcom walki z nimi, wydają się dziś boleśnie oczywiste.

(…) współpraca Armii Krajowej z bolszewikami byłaby niczym innym, jak pchaniem młodzieży polskiej na sowiecką gilotynę i to w formie dla bolszewików najbardziej dogodnej, bo umożliwiającej im branie nas i niszczenie gołymi rękami.

Interesujące są rozważania wariantów geograficznych inwazji Aliantów na kontynent (chociaż w owym czasie już nieaktualne). Autorzy, patrząc z polskiej perspektywy, oceniają Normandię, jako fatalną lokalizację otwarcia drugiego frontu. Odległość od plaż północnego wybrzeża Francji do Berlina stwarzała ryzyko, że czołgi marszałka Żukowa dotrą do stolicy Rzeszy wcześniej, niż armie zachodnie. Dla Polski taki scenariusz był rzecz jasna fatalny. Sugerowany kierunek inwazji z południa Europy, przez Bałkany, lub przez Norwegię i Danię, dawałby realną szansę na osiągnięcie przez armie Pattona i Montgomery’ego, optymistycznie zakładając, zachodnich terenów przedwojennej Polski. W takim wariancie Armia Czerwona mogłaby być zatrzymana na linii Wisły, co dawałoby nadzieję na zachowanie choć części polskiego terytorium i szansę na ocalenie państwowości.

W owym czasie tego typu rozważania były udziałem wielu środowisk. Wśród polskich oficerów w Wielkiej Brytanii teoretyczne plany zrzucenia Samodzielnej Brygady Spadochronowej Sosabowskiego na Warszawę, wspieranej dywizjonami lotniczymi PSP pojawiały się w cichych, nieśmiałych rozmowach w angielskich kantynach i barach. Bohdan Arct, będąc wówczas dowódcą 316 Dywizjonu Myśliwskiego dyskutował ze swoim oficerem operacyjnym możliwości wsparcia lotniczego takich właśnie operacji, czy choćby tylko misji lotniczych typu Ranger nad Polskę. Przy wszystkich przeszkodach wojskowo-technicznych, plany te miały tę wadę, że zakładały walkę wyłącznie z Niemcami, wystąpienie przeciwko sowietom było czymś tak nie-do-pomyślenia, że nawet w tych palcem na wodzie pisanych zamiarach, opcja antysowiecka nie była zbyt głośno podnoszona.

Tym większą wartość miała inicjatywa autorów „Alarmu”, którzy potrafili po pierwsze klarownie sformułować polskie interesy, a po drugie ująć je w ramy jakiegoś wymiernego działania politycznego i wojskowego.

Pierwszy numer pisma zawierał również rodzaj wolnej trybuny dla dyskusji, polemiki i wyrażania koncepcji sprzecznych z poglądami redakcji. Autor, podpisujący się jako XY,  dowodził na łamach Wolnej Trybuny, że ograniczenie oporu zbrojnego wobec okupanta, skupienie się na edukacji i budowania ducha narodowego, pozwoli na akumulację potencjału umożliwiającego walkę zbrojną w dogodnym politycznie momencie. Pochylenie głowy i przyjęcie taktyki wyczekiwania sprzyjających okoliczności, przy jednoczesnym unikaniu represji ze strony najeźdźcy, miałoby jakoby uchronić naród przed fizycznymi represjami.  Taka argumentacja, na moje niewprawne oko, była znakiem rozpoznawczym ruchu narodowego i początkowo, mylnie, uznałem, że XY należy do tego właśnie środowiska. Jednakże Aleksander Bocheński, bo to on ukrywał się za tymi dwiema literami, nie  był narodowcem, ale konserwatystą, a jego poglądy w omawianej kwestii, jedynie przypominały nieco stanowisko endeckie. Tylko, czy aby autor w swoich wywodach miał na myśli najeźdźcę sowieckiego, przed którym ostrzegał Mackiewicz?

Nie potrzeba zresztą przykładów historycznych, wystarczy zastanowić się nieco nad mechanizmem powstawania i szerzenia się ducha narodowego, żeby pojąć zaraz, jak ważną rolę w nim odgrywa oświata, książka i możność jej szerzenia, a jak inną przykłady ofiar lub męczeństwa. Przede wszystkim ofiary te mogą dojść do powszechnej wiadomości li tylko przez propagandę, więc już tylko hamowanie tej propagandy hamuje wpływ ofiar. Dalej, opór i ofiary likwidują najbardziej żywe i ofiarne jednostki – pozostają na placu oportuniści i w braku przeciwwagi, oni uzyskują wpływ na naród. Tak się tłumaczy mechanizm upadku ducha i rozrostu egoizmu po emigracji 1831 roku i po klęsce i wywiezieniu na Sybir patriotycznej młodzieży 1863 roku. Tak więc zarówno praktyczne studiowanie dziejów wznoszenia się i upadku naszego ducha narodowego, jak i teoretyczne badanie mechanizmu, za pomocą którego ducha można rozbudzać i szerzyć, zgodne są w tym, żeby ocenić wyżej niż dotąd znaczenie oświaty i książki, a mniej – jeżeli nie wprost odwrotnie, prześladowań i męczeństwa.

No tak, tylko, że to były metody sprawdzone w walce z nieistniejącym już państwem zaborczym, a mianowicie Cesarstwem Rosyjskim. Wobec tego zaborcy taktyka wzmacniania ducha narodowego, kultywowanie postaw patriotycznych, opór przeciwko rusyfikacji, były skutecznymi metodami zachowania potencjału dla odbudowy państwa polskiego, kiedyś, w sprzyjających okolicznościach. Ale w 1944 roku nie Rosja carów była zagrożeniem, ale całkiem inny twór polityczny. Sowieci świetnie wykorzystywali tęsknoty narodowców, polski patriotyzm, dla własnych celów. Późniejsze peerelowskie inicjatywy takie, jak PAX, czy Klub Inteligencji Katolickiej, dowiodły, że odpowiednie skanalizowanie ideałów narodowych, pod czujnym okiem SB było skutecznym narzędziem manipulowania i rozbrajania środowisk, dla których najważniejsze było to co polskie. Niechby i czerwone, byle polskie w formie.

Polemiczna odpowiedź autorów „Alarmu” na tekst XY, nie jest do dziś znana, gdyż miała ona pojawić się w jednym z kolejnych, zaginionych numerów pisma.

Lektura tego „nadpartyjnego organu do walki z bolszewizmem” wywołała u mnie pewne refleksje. Oto 80 lat później, w tym samym geograficznym miejscu w Europie znów bulgocze polityczno-militarny wulkan. Znów siły geopolityczne prowadzą do zmian, które najprawdopodobniej dotkną nie tylko Europę, ale cały świat. Czym jest państwo wyrosłe na ruinach ZSRS, które dziś znów zagraża fizycznemu istnieniu milionów ludzi? I czy to rzeczywiście były ruiny, czy może tylko rodzaj poczwarki, z której wykluło się coś jeszcze potworniejszego, niż ojczyzna proletariatu? A czym są twory zrodzone w tym samym okresie, ewidentnie według tej samej politycznej receptury, te wszystkie satelity sowieckiego molocha? Czy byłe demoludy, dziś państwa członkowskie NATO, z otwartymi rękami przyjęte przez USA do Sojuszu są wzmocnieniem tegoż, czy wręcz przeciwnie? A III (IV?) RP? To wolna Polska, przedmurze Europy, państwo frontowe w walce z azjatyckimi hordami, czy może kolejna odsłona PRL-u, sterowana przez agentury wszelakie?

Rzadko się zdarzają takie pytania, poza środowiskiem związanym z autorami niniejszej witryny.  Czasem jednak, bardzo nieśmiało, po cichu, jakby w obawie przed kompromitacją, tego typu wątpliwości daje się słyszeć, gdzieś tam, na powierzchni. Nie, nie, oczywiście, że nie w głównym nurcie, tam obowiązuje pod tym względem jednomyślność. Ale trochę obok, poza głównym polem bitwy o tutejsze koryto.

Pojawił się razu pewnego, jakąś dekadę temu, człowiek znikąd. Mówił o wojnie powietrzno-morskiej w Południowej-Wschodniej Azji, o wyścigu zbrojeń w kosmosie, o powrocie mocarstw na Księżyc. Mówił o nadchodzącej wojnie światowej, o słabości NATO, o potrzebie budowania silnej, samodzielnej, niezależnej od Amerykanów polskiej armii.  Początkowo mało kto zwracał na niego uwagę, tematy niezwiązane bezpośrednio z walką o podział łupów zrabowanych obywatelom, mało kogo zajmowały. Z czasem jednak stał się zauważalny, pojawiał się coraz częściej w internetowych mediach. Generował zasięgi, więc zadziałało zjawisko kuli śnieżnej. Niezależnie od tzw. mainstreamu, stał się gwiazdą, zjawiskiem, które trudno dziś całkowicie zlekceważyć.

Człowiek ten unika tematu polityki wewnętrznej, nie zagłębia się w awantury lokalnych pacynek udających mężów stanu. Mówi o strategii, działaniach mających zreformować państwo, mówi o przygotowaniach do nadchodzącego konfliktu globalnego. Bije na alarm, można powiedzieć, bo z jego wypowiedzi wynika, że twór, wyrosły z PRL-u jest konstruktem ułomnym, niezdolnym do pełnienia podstawowych funkcji przynależnych prawdziwemu państwu. Jakieś dwa miesiące przed wybuchem wojny ukraińskiej, razem ze swoim zespołem specjalistów przygotował multimedialną prezentację projektu pt „Armia Nowego Wzoru”, dotyczącą sposobów reformy Ludowego Wojska Polskiego. W pewnym momencie, podczas wykładu, opisując chaotyczny i wręcz przypadkowy sposób wydawania środków z budżetu na uzbrojenie, zakrzyknął prowokacyjnie:

– Gdzie są moje pieniądze?!

Okrzyk ten musiał chyba obudzić w końcu kogoś na wysokim stołku, bo system wziął prelegenta na celownik i w efekcie, po długim procesie rozpoznawania zjawiska, państwo wreszcie zareagowało: za bezczelną próbę obnażenia rzeczywistego stanu armii, odebrano mu stopień doktora. Niech to będzie nauczką dla następnych!

Jacek Bartosiak i jego zespół ekspercki Strategy & Future jest dla państwowych oficjeli (bez względu, z jakiej politycznej sitwy się wywodzą) problemem. Analizując sytuację geostrategiczną i odnosząc się do tutejszej rzeczywistości politycznej, obnaża faktyczne, rzeczywiste oblicze tego państwa. Będąc niezależnym od państwowych pieniędzy podmiotem, a przy tym mając gigantyczne zasięgi w Internecie, jego organizacja może sobie pozwolić na poruszanie tematów dotyczących kluczowych kwestii związanych z możliwościami fizycznego przetrwania i przyszłego statusu nas wszystkich, mieszkańców obszaru między Bugiem a Odrą. Diagnozy, które stawia Bartosiak dotyczą przede wszystkim kwestii geopolityki, tego, jak powinno zachować się prawdziwe państwo, znajdujące się w obecnym położeniu PRL-u bis. Porównanie tych diagnoz z aktualną aktywnością lokalnych „polityków” jest dla tych ostatnich druzgoczące. Trudno się zatem dziwić, że Bartosiak jest przez oficjalne władze ignorowany, czy wręcz zwalczany, jak pokazała awantura o jego stopień naukowy.

Mnie jednak zastanawia inna kwestia. Do kogo adresowany jest przekaz think tanku Strategy & Future? W prawdziwych państwach takie zespoły stanowią ciała doradcze, wspomagające instytucje państwowe, prowokują dyskusje nad kierunkami rozwoju, polityki międzynarodowej, armii; słowem, oferują władzom państwowym wiedzę ekspercką, ułatwiając podejmowanie strategicznych decyzji.

Jaki cel przyświecał Bartosiakowi, kiedy zaczynał swoją działalność? Czy chciał na serio zainteresować lokalne władze swoimi analizami? Przekonać je do zmiany polityki? Sprowokować do zbudowania prawdziwej armii, samodzielnego państwa, zdolnego postawić się siłom politycznym, sprawującym tu rzeczywistą władzę? Nie wygląda na naiwnego, więc taka ewentualność, wydaje mi się mało prawdopodobna. O co więc mu chodziło, jaki chciał osiągnąć efekt, kogo przekonać, do czego sprowokować?

Gdy Józef Mackiewicz wydawał pierwszy numer „Alarmu” określenie adresata jego przekazu było stosunkowo proste. Prężnie funkcjonowało państwo podziemne, była, relatywnie dobrze uzbrojona i liczebna Armia Krajowa, wciąż stanowiąca liczącą się siłę militarną, był wreszcie naród, umęczony i zniewolony, ale wciąż zdeterminowany, by walczyć o przetrwanie. Mackiewicz zwracając się do tego audytorium mógł liczyć na zrozumienie i jego wysiłki, by przekonać odbiorcę o konieczności walki z nadciągającymi bolszewikami, zamiast wysadzania niemieckich pociągów jadących na front wschodni, miały sens.

Jaki, natomiast, sens ma zwracanie się Jacka Bartosiaka, dziś, do tutejszych władz z inicjatywą reformy państwa? Państwa, przypomnijmy, które powstało z rozkazu sowieckich służb specjalnych w 1989 roku, wykreowane sowieckimi metodami, rękami rodzimych komunistów, służące sowieckim celom politycznym i niemieckiej strategii gospodarczej, podżyrowane przez amerykańskiego prezydenta George’a Busha seniora. W tych okolicznościach inicjatywa reformowania tego tworu, realizowana metodą łagodnej perswazji, wydaje się być oderwana od rzeczywistości, bo przecież jego status, charakter, nie zmienił się przez ostanie trzy i pół dekady.

A więc może chodzi o aktywizację nas, Narodu? Może celem przekazu S&F jest zmobilizowanie obywateli państwa, które w warstwie politycznej, jest tworem zewnętrznym, obcym wobec nich? To wydaje się być obiecującym tropem. W odróżnieniu od „polityków”, w naszym, obywateli tego państwa interesie, leży zadbanie o własne bezpieczeństwo na poziomie, wręcz, fizycznego przetrwania. Teoretycznie, jest to słuszne rozumowanie. Oczywiście, instynkt samozachowawczy powinien tu być wystarczającym motorem skutecznego działania. Ba, ale żeby takie działanie było skuteczne, obywatele powinni się zorganizować w… państwo! A co z tym „państwem”, które panuje obecnie? Pojawia się wiele podobnych pytań, ale czy ktoś odważy się na nie odpowiedzieć? Jacek Bartosiak i jego zespół nie idą tak daleko, ograniczają się do stawiania diagnozy, wnioski pozostawiając odbiorcom.

Jeden z ekspertów S&F, Marek Budzisz, komentator i analityk polityki zagranicznej Kremla, w niedawnej rozmowie z Igorem Janke, poruszył kluczowe, według mnie, kwestie. W obszernej wypowiedzi, Budzisz kreśli sytuację strategiczną w relacjach pomiędzy UE a USA u progu nowej kadencji Trumpa. Mowa jest o zapowiadanych sankcjach celnych wobec eksporterów europejskich, którymi straszy prezydent elekt, o amerykańskim spojrzeniu na tzw „oś zła”, z Rosją i ChRL na czele (Amerykanie kwestionują np trwałość sojuszu rosyjsko-chińskiego, co mogłoby prowokować do próby zerwania go poprzez działania Białego Domu), pojawia się też sugestia, że USA szykują się do ograniczenia swojego militarnego zaangażowania w Europie. Ta ostatnia okoliczność może zaistnieć przy jednoczesnym wzmacnianiu przez USA możliwości kontroli eskalacji potencjalnego konfliktu zbrojnego z Rosją. Jako przykład Budzisz podaje kwestię ograniczenia decyzyjności dowództwa brytyjskiego odnośnie użycia pocisków manewrujących Tomahawk – ostateczna decyzja należy tu do Amerykanów. Oddajmy mu głos:

https://www.youtube.com/watch?v=fZfJzz42hNQ

(cała rozmowa jest interesująca, ale ja zwróciłem uwagę zwłaszcza na fragment od 1:13:30)

Padają interesujące i niepokojące, jak sądzę słowa, dotyczące bezpośrednio polskich obywateli. Pojawia się wizja czarnego scenariusza, kiedy to warszawski rząd („rząd”?) zostaje całkowicie ubezwłasnowolniony i uzależniony od układu powstałego z ewentualnego porozumienia, pomiędzy państwami ościennymi, w tym z Kremlem. Nie do końca zrozumiałem stanowisko obu rozmówców w tej kwestii. Czy Igor Janke stwierdza (1:30:50), że obecne państwo polskie jest kondominium rosyjsko-niemiecko-zachodnim? Może się tylko przejęzyczył? Marek Budzisz podchwycił jednak ten wątek i poirytowany zasugerował, żeby wobec powyższego polski premier poinformował Polaków, że znajdują się w strefie szarej, a o ich losie decydują państwa sprawujące tu realną władzę. Innymi słowy (to już moja interpretacja jego słów), całe to zamieszanie z wolną Polską, było tylko nieporozumieniem, a naszym przeznaczeniem jest powrót do statusu PRL-u. Tu jednak prowadzący program nieco się chyba zreflektował, że jego sugestie poszły za daleko i zaczął wracać na bezpieczniejsze pozycje.

Natomiast jego rozmówca, wręcz przeciwnie, prowokował do stawiania coraz bardziej radykalnych pytań. Jednak i on nie przekroczył tematu tabu, realnego statusu państwa, którego dotyczyła dyskusja.

Słabością wywodu Marka Budzisza jest, według mnie, przypisywanie obecnemu państwu jakiejś formy niepodległości i porównywanie sytuacji obecnej z czasami stanisławowskimi, kiedy to została zaprzepaszczona autentyczna państwowość i niepodległość I Rzeczypospolitej. Ale to pokazuje tylko, z jak niezrozumiałą i zmanipulowaną sytuacją polityczną mamy dziś do czynienia. Udekorowanie tworu politycznego zwanego III RP symboliką narodową, atrybutami państwowości, spowodowało powstanie wrażenia odrodzenia się autentycznej wolnej Polski, a co za tym idzie pokładanie nadziei, że to państwo będzie w stanie zdefiniować interesy własnych obywateli, a następnie konsekwentnie je realizować i bronić. W czasach koniunktury politycznej, spokojnego morza, kiedy to, jak zauważa sam Jacek Bartosiak, światowy hegemon, USA, czuwał nad bezpiecznym rozwojem ekonomicznym zachodniego świata, ta iluzja działała. Atrapa państwa, może trochę rozedrgana, może nieco spenetrowana przez sowiecką agenturę, może i ubezwłasnowolniona przez niemiecką dominację gospodarczą, ale przecież rozwijała się, budowano domy, autostrady, państwo rosło w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Dziś, kiedy sytuacja polityczna zmieniła się diametralnie, ta fasada zaczęła pękać i rozpadać się. Czy to źle, czy dobrze? Sam fakt, że przez te trzy i pół dekady iluzja trwała i ogłupiała coraz bardziej obojętnych obywateli, to oczywiście okoliczność fatalna. Ale czy nadchodzące zmiany nie niosą ze sobą szansy na poprawę tej sytuacji? Czy to nie jest potencjalnie korzystny czas na przywrócenie prawdziwego państwa?

Marek Budzisz słusznie diagnozuje nowe nastroje społeczne. Obywatele postrzegają dzisiaj państwo, w którym żyją jako twór, jeśli nie wręcz wrogi, to co najmniej obojętny wobec nich. Jedyną zrozumiałą wykładnią polityczną jest podsycany wciąż konflikt pomiędzy dwoma plemionami, z których żadne nie reprezentuje interesów poddanych, którzy te plemiona finansują. Ale czas tego układu politycznego w oczywisty sposób się kończy, nadchodzą zmiany.

Zmiany te mogą być śmiertelnym (dosłownie) zagrożeniem dla nas wszystkich. Ale niosą też potencjalną szansę na neutralizację okrągłostołowego dagawora, tej niepisanej umowy, na mocy której komuniści budowali tu swój porządek, z aprobatą zachodnich nadzorców. Bo siły, które dziś zmieniają świat są bez porównania większe, potężniejsze, niż jaruzelsko-michnikowski front jedności z twarzą Bolka na fasadzie, który ukształtował to państwo przez ostanie dziesięciolecia. Nie wiem, czy nie popadam w nadinterpretację, ale być może tę szansę ma na myśli Jacek Bartosiak, kreśląc swoje wizje geopolitycznych perspektyw dla przyszłego państwa.

W broszurze „Optymizm nie zastąpi nam Polski”, wydanej w październiku 1944 roku, Mackiewicz przestrzegał przed bagatelizowaniem sowieckiego zagrożenia i bezczynnością wobec niego. Autor mobilizował do aktywności, do walki, przede wszystkim środowiska emigracyjne, słusznie uważając naród pod sowiecką okupacją za niezdolny do skutecznego działania. Pisał:

Jeżeli stwierdzamy, że w tej chwili Anglia i Ameryka stoją wyraźnie po stronie Sowietów, to fakt ten nie usypiać, a dopingować musi naszą rolę i naszą energię do walki z Sowietami. Gdyby Anglia i Ameryka były z nami przeciwko Sowietom, dopiero raczej moglibyśmy siedzieć z założonymi rękami i czekać tej manny, jak to czyni niestety większość z nas, traktując walkę z bolszewikami, jak też emigrację przed ich okupacją, nieomal za zdradę, a stróżowanie swego dobytku i poddawanie się bez wystrzału – za patriotyzm.

Przypominam tutaj ten tekst Mackiewicza z dwóch powodów. Po pierwsze, Jacek Bartosiak często się na niego powołuje w swoich wystąpieniach, a po drugie, jest pewna analogia pomiędzy słowami Mackiewicza, a treściami głoszonymi przez Bartosiaka. Ten ostatni zdaje się mówić mniej więcej tak (to moja interpretacja jego wielu wypowiedzi): Rosja (ja bym dodał „sowiecka”, ale niech tam…) staje się coraz bardziej realnym zagrożeniem militarnym dla zachodniego świata, a dla nas, tutaj w tzw „międzymorzu”, w szczególności. NATO praktycznie nie istnieje, a USA nie mogą sobie pozwolić na pełne zaangażowanie na dwóch frontach (pierwszy to ten na Pacyfiku) jednocześnie. W przypadku ataku Rosji na przykład na kraje nadbałtyckie, a być może i przekroczenie przez rosyjskie tanki granicy na Bugu, bezczynne i optymistyczne oczekiwanie na uruchomienie artykułu 5-go, czyli militarne wsparcie Sojuszu, może się okazać dla nas zabójczo rozczarowujące. Wobec tego należy już teraz zacząć się uniezależniać od Amerykanów i budować własny potencjał, itd… Kolejna część aktywności zespołu Stategy & Future, to szczegółowe analizy tego, w jaki sposób taką niezależność można by uzyskać (gdyby było prawdziwe państwo, jak rozumiem).

W tym miejscu, ponawiam jednak pytanie: Do kogo skierowany jest ten przekaz? Do „władz” państwowych? Bo jeśli tak, to wygląda to na optymizm, który nie zastąpi nam Polski. A jeśli do tego drugiego odbiorcy, o którym było powyżej, to pytania nasuwają się tym bardziej. W jaki sposób obywatele mieliby dokonać tak tytanicznego wysiłku. Jak przezwyciężyć obezwładniający układ, sprawiający, że obywatel tego najwspanialszego z peereli jest przedmiotem, a nie podmiotem w tym politycznym tworze? Jak poradzić sobie z brakiem prawdziwych elit, które udźwignęłyby wyznaczone przed nimi zadania? Jak pokonać wpływy zewnętrznych sił politycznych, sprawujących tu realną władzę, nieprzerwanie od 1989 roku?

Ja na te pytania nie znam odpowiedzi, ale to nie znaczy, że aktywność Bartosiaka i jego zespołu skazana jest z góry na porażkę. Być może jest jakaś droga do realizacji tych planów w praktyce, a ja po prostu nie potrafię jej dostrzec.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/01/21/bijcie-na-alarm-bo-optymizm-nie-zastapi-nam-polski-2/
Kategorie: Jacek Szczyrba, Meandry mackiewiczologii
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2025/01/21/bijcie-na-alarm-bo-optymizm-nie-zastapi-nam-polski-2/