Kto „dwójką” wojuje, od „dwójki” ginie
Wspomniałem w artykule o 36 tomie Dzieł, że korespondencja Ryszarda Wragi z Józefem Mackiewiczem, zasługuje na osobne omówienie. Właściwie, to nie jest wymiana listów. To jest eksplozja, którą zawdzięczamy głównie Wradze.
Niestety, zachował się tylko jeden list Mackiewicza do Wragi. Ale za to Wraga, wedle jego własnych słów, „bazgrał, by tylko najszybciej napisać najwięcej”. O Zwycięstwie prowokacji spieszył „napisać jednym tchem to wszystko co chciałbym o tej książce Panu powiedzieć zanim wrażenia ulegną retuszom i poprawkom «racjonalnym»”. („Wraga bardzo oszczędnie stosował znaki przestankowe”, jak pisze redaktorka tomu.) Zgodnie z zapowiedzią, Wraga pisze świeżo i emocjonalnie, ale jasno i do rzeczy. Jego portrety osób są naszkicowane ostro i dosadnie, bez cackania się – i bez obawy, że zostanie ocenzurowany, co jest zaletą emigracyjnej epistolografii – przez co tym bardziej zachwycają. Jego oceny mogą być nietrafne, opisy subiektywne, może nawet niekiedy mijają się z prawdą, ale są niezmiennie interesujące.
Babel „zrobił na mnie dość obrzydliwe wrażenie swym okrucieństwem w stosunku do chłopów. Była w tym jakaś atawistyczna nienawiść żydowskich dorobkiewiczów, która, zresztą, tak zaciążyła na teorii permanentnej rewolucji Trockiego”. Ale Babel był aniołem w porównaniu z Gorkim:
Mordercą literatury ZSSR był Lenin, a po jego śmierci – Gorkij. To był ten wielki Inkwizytor, który zamordował ducha rewolucji lat dwudziestych, wziął pisarzy na łańcuchy, porozdawał laurki różnym beztalenciom (w rodzaju Siergiejewa-Censkiego, Czapygina, Gładkowa), ponumerował pisarzy, nauczył ich walczyć z indywidualizmem (jego ataki na Pilniaka i… Pasternaka). Bufon i kabotyn, który – jak słusznie pisał Romain Rolland w swych pamiętnikach, niczego i nikogo poza sobą samym nie rozumiał. Egocentryk (cóż za śliczna historyjka jego walka z Łunaczarskim, gdy ten napisał złą recenzję o jego bzdurnej sztuce Fałszywa moneta). To był rzeczywiście «Smierdiakow russkoj riewolucyi» jak pisał Czirikow.
Listy Wragi do Herlinga, które znalazły się w Aneksie, są fascynujące, choć momentami trudno się oprzeć wrażeniu, że autor mówi niekiedy dla efektu, prowokacyjnie, kładąc nacisk na „pikantne szczególiki” i wrażenia z osobistych spotkań (Bułhakow „był moim korepetytorem w Kijowie”), a tracąc z oczu całość obrazu. Jego list o destalinizacji stawia szereg tez, które z pewnością dadzą się obronić w kontekście jego poglądów, ale pozostawiają pewien niesmak. Sam po trosze zdawał sobie z tego sprawę („To co piszę – to znów skrót tak wielki że wręcz niedopuszczalny.”), ale nie powstrzymywało go to przed generalizacją i uproszczeniem. Niech za przykład posłuży uwaga, że „Stalin wnosił pewien umiar i nie dopuszczał do wykańczania ludzi na podstawie rozgrywek personalnych”.
Wracając do zjadliwych portretów, „Miłosz to był taki Szulgin z 1926 roku w wydaniu polskim, obliczonym nie na durnych sztabs-kapitanów i gwardiejców, lecz na bezpłciowych, zhisteryzowanych polskich intelektualistów spod znaku Gombrowicza”. Korboński, „cóż to za głupi cham. I łgarz w dodatku”. „s-ka Nowak – Zawadzki [Żenczykowski – mb] to bodaj najbardziej amoralny ansztalt na świecie, przy którym kawalerski ansztalt cioci… (jakże jej tam było) przy Literackiej – to wzór moralności i dobrych obyczai. Te w/w i kawalery mogą anioła sprostytuować ale jako człowiek wierzący ufam że sprawiedliwość ich dosięgnie, jeżeli nie w postaci piorunów to bodaj mordobicia.”
Ale to nic w porównaniu z Rosjanami:
Kutiepow to był dureń, stupajka i kanalia jakich mało i takiego a nie innego zdania byli o nim obaj wodzowie: Denikin i Wrangel, którzy jednak, konkurując ze sobą, nie zrobili niczego, by drania usunąć. Zacharczenko-Szulc, którą kreowano na „национальную героиню” to była – za przeproszeniem – niebywała k…, która kładła się równie dobrze z gepistami jak i „черными гусарами”, histeryczka, sadystka i w ogóle ścierwo niewidane. Szulgin – to rozwydrzony nieuk – politykier, szowinista „из хохлов” (więc tym samym swołocz pierwszorzędna), łgarz, erotoman i co Pan chce. Monkiewicz – przyboczny Kutiepowa – syfilityk, karciarz, agent 2 kontrwywiadów europ. zanim poszedł na służbę GPU.
Upraszczające uogólnienie jest żywiołem Wragi w tych listach, ale jego symplifikacje nie spłycają, a generalizacje nie są powierzchowne. Jego epistoły są aż tak zniewalające nie ze względu na ich plotkarski ton, ale przenikliwość autora; zasługują na uwagę z powodu ich mądrej dociekliwości, a nie dzięki fajerwerkom inwektyw:
Z mojego wieloletniego doświadczenia w wywiadzie wyniosłem b. paskudne doświadczenie: Polacy są do niczego w wywiadzie państwa własnego i najlepszymi oficerami naszego wywiadu byli posiad. w sobie krew niemiecką, ukr., żydowską (Matuszewski, Ścieżyński?), czeską. (Dla ścisłości – ja jestem 75% Tatarem podolskim.) Natomiast Polacy są znakomitymi agentami obcymi, zwłaszcza jeżeli chodzi o prowokację, inspirację, szantaż i dywersję. Największą sowiecką aferę inspirac. („Trust” – drukowałem w Kulturze i Wozrożdienii) montowali Polacy. Polacy (a raczej polscy Żydzi, bardziej polscy niż sami Polacy) jak Tyszka, Hanecki i Radek dopomogli Leninowi swymi siuchtami bardziej niż cała Ros. Soc. Dem. Polacy w służbie wywiadu sow. to wspaniały temat tragicznej powieści. Sam kiedyś chciałem kropnąć takie dzieło ale czuję się zbyt słaby. Gdyby Pan nad tym pomyślał – służę wszelką pomocą.
Lotna inteligencja pozwalała mu jasno widzieć rzeczywistość, dostrzegać to, czego inni nie chcieli widzieć. Na przykład fałsz sino-sowieckiego rozłamu, o którym tak pisał do Mackiewiczów:
Co się tyczy Amerykanów: – tych nic nie nauczy. Ot gdzie można powiedzieć, że nie wiadomo gdzie kończy się głupota a zaczyna zdrada. To są krótkowidze i daltoniści, obłąkani optymiści i zwariowani kretyni. Nie ma siły ludzkiej ani Boskiej która by im wytłumaczyła że Moskwa – Pekin to idealnie zsynchronizowany duet. […] Nie mam zamiaru obliczać kiedy Sowiety będą w USA. To co tu się dzieje – to adaptacja komunizmu. Tragedia polega na tym, że to ich wcale nie interesuje – oni nie chcą wiedzieć co to jest marksizm, bolszewizm etc. Nie chcą i już –
Był rok 1960 i rzadko kto widział, co się dzieje.
Nieśmiertelny śmierdziel czyli list na ponad 30 stron
Wraga otrzymał Zwycięstwo prowokacji, pochłonął je w ciągu jednego dnia i natychmiast machnął list do autora. Była to niespodziewana erupcja, jak gdyby Mackiewicz wywołał wybuch od dawna drzemiących myśli. Uznał książkę za niezwykłą, bo tak Polacy nie piszą. Przewidywał, że nie przysporzy ona Mackiewiczowi uznania, a dotknięci rodacy rozbiorą rzecz na części pierwsze i czepiać się będą poszczególnych zdań. Zarzucą mu „donkiszoterię [sic], obłęd, brak realizmu”, nawet agenturalność – i będą mieli „swoją parszywieńką rację”, bo kapitulanci nie znoszą niezłomnych.
Jakim prawem wymaga Pan od śmierdziela, truchlejącego o jutro by uważał Chruszczowa za kata, skoro Ojciec Święty posyła mu błogosławieństwo, by odwracał się od Gomułki skoro Kennedy tytułuje go per kolego. Cóż tam mówić o biednych, zasmarkanych emigrantach, gdy najmożniejsi wodzowie „wolnego świata” gotowi są już nie tylko podawać palto ale i wynosić urynały po byle jakim „narodowym komuniście”. Na czym ma się ów nieśmiertelny śmierdziel oprzeć: na jakich przykazaniach, na jakim credo, na jakim argumencie, dokoła jakiego sztandaru? Gdzie są autorytety żyjące i w grobach? Cóż zrobi śmierdziel przeczytawszy Pańską książkę?
To oczywiście świetnie powiedziane, ale Zwycięstwo prowokacji nie było adresowane do śmierdzieli, truchlejących o jutro. Na czym w końcu opiera się nieśmiertelny śmierdziel, wydaje mi się dość obojętne. Będzie się opierał na tym, co pod ręką. Jak pijakowi, latarnia służyć mu będzie do podparcia, a nie jako źródło oświecenia. Natomiast dla innych, dla tych mniej śmierdzących, Evola mógłby służyć odpowiedzią. Ale też Wraga brzmi niekiedy jak Evola, mówiąc np. „coś parszywego, tchórzliwego, małego, śmierdzącego, co tkwi w każdym dzisiejszym «wolność miłującym człowieku»”. W swej krytyce tez zawartych w Zwycięstwie prowokacji, Wraga postępuje troszkę tak, jak sam chwilę wcześniej opisywał postępowanie śmierdzieli wobec tej książki, tzn. „rozbiera rzecz na elementy i bije w poszczególne zdania”. Ale jego szczegółowe uwagi są nadal fascynujące:
Podstawowym, wrodzonym warunkiem prowokacji – każdej prowokacji – jest predyspozycja, gotowość obiektu do sprowokowania go. Żadnej prowokacji nie należy rozpatrywać i badać jako przejawu demonizmu subiektu prowokującego.
To jest kluczowy punkt, który Mackiewicz zaakceptował. Nazwał to później „chceniem” – chceniem, by być oszukanym – i powołał się na ten list sprzed lat. Prawzór sowieckich prowokacji, sławny Trust, udał się, zdaniem Wragi, pomimo koszmarnych błędów jego byłych przyjaciół z POW, agentów gpu, Steckiewicza i Dobrzyńskiego (ukrywających swe niecne postępki pod pseudonimami „Kijakowski” i „Sosnowski”), ale głównie ze względu na niski poziom rosyjskiej emigracji i jej predyspozycji do bycia otumanionym. Wraga zarzucał Mackiewiczowi demonizowanie wroga. „O jakimże tu demonizmie może być mowa.” Cicha prowokacja w skali światowej: pozorowanie rozbicia komunizmu „na dwa obozy: europejski (sowiecki) i azjatycki (chiński)”. Robią to bez podsuwania fałszywych dokumentów czy porywania ludzi:
Po prostu w swej propagandzie wewnętrznej i zewnętrznej [komunizm] stosuje terminologię i oświetlenia „kapitalistyczne” w stosunku do zjawisk czysto komunistycznych. Jeżeli więc pomiędzy tą czy inną partią, pomiędzy Moskwą i Pekinem, istnieją różnice zdań, odmienne poglądy i oceny taktyczne, różne sposoby czy metody to przedstawiane są one i podawane do wiadomości powszechnej tak, by odbiorcy wyobrażali sobie, że zachodzą konflikty, rozbieżności zasadnicze, rozłamy, zerwania etc.
Ale najciekawsze, że „to wcale nie wynika z żadnej między tymi facetami umowy. Po prostu każdy wie co ma robić”. Rozdzielenie komunizmu na dwa fronty wróży straszne niebezpieczeństwo dla świata, ale „wszyscy są ukontentowani”, bo „komunizm się rozpada”. Kennedy chciał wspomóc Chruszczowa w walce z Mao, a później Nixon będzie wspierał Mao przeciw „rosyjskiej agresji”. Powodzenie prowokacji tkwi w predyspozycji oszukiwanych: „jesteśmy silni, zwarci, gotowi do włożenia na siebie jarzma”.
Reszta listu poświęcona jest szczegółowej refutacji dwóch tez Mackiewicza. W pierwszym rzędzie odrzuca Wraga opozycję „Rosja-sowiety”. Zarzucając Mackiewiczowi uproszczenia, sam upraszcza jego stanowisko, sprowadzając je do twierdzenia, że Rosja carska była lepsza od Rosji bolszewickiej. Ale ze świecą szukać takiego oświadczenia u Mackiewicza, bo był on zdania, że Rosja upadła pod ciosami bolszewii, by nigdy się nie podnieść. Mackiewicz, owszem, twierdził, że życie w carskiej Rosji było bez porównania lepsze niż wegetacja pod sowietami, ponieważ podtrzymywał tezę o zerwaniu ciągłości państwowej Rosji przez bolszewików.
Argumentacja Wragi jest jednak warta rozważenia. Sugeruje on bowiem, że tylko Rosjanie mają prawo tak stawiać sprawę, a Polakom nie wolno, ponieważ tym samym przekreśliliby „opór Rzeczypospolitej przeciwko imperializmowi moskiewskiemu” oraz „rewolucyjny ruch narodów Rosji”. A po drugie, bolszewia musi być kontynuacją Rosji, gdyż tak uznało „60% carskiego korpusu oficerskiego”, większość pisarzy rosyjskich, emigracja i „pośrednio cały naród sowiecki”.
Różnie można patrzeć na te wywody. Z logicznego punktu widzenia, są tu błędy non sequitur i indukcji. Teza o kontynuacji rosyjskiej państwowości nie wynika logicznie z polskiego oporu przeciw imperializmowi. Opinia większości nie stanowi o prawdzie, nawet jeżeli to tylko kwalifikowana większość oficerów i pisarzy. Wysnuwanie tak stanowczych wniosków z indukcyjnych rozumowań jest sławetnie komiczne: większość aut ma cztery koła, ale to nie znaczy, że samochód musi mieć cztery koła. Większość ludzi za życia Kopernika była przekonana, że słońce kręci się wokół Ziemi, a on mimo to, ruszył Ziemię, wstrzymał słońce (polskie go wydało plońce).
O wiele ciekawsze są argumenty Wragi z historycznego i politycznego punktu widzenia. Historycznie rzecz biorąc, Ruś opierała się przez wieki przeciw imperializmowi swego potężnego sąsiada na Zachodzie, polsko-litewskiego państwa, zapewne nie krócej niż Polska stawiała opór Rosji, ale te historyczne fakty pozostają faktami niezależnie od tego, że międzynarodowa szajka bandytów zadomowiła się w Moskwie w 1917 roku i zerwała wszelką ciągłość państwową Rosji. Jedno nie wynika z drugiego. Gdy germańscy barbarzyńcy usunęli ostatniego imperatora w Rzymie, to dali początek nowym państwom, mimo że kontynuowali istnienie rzymskiego senatu i instytucji rzymskiej władzy. Nazywanie państwa Ostrogotów „Rzymem” byłoby wszakże historycznym absurdem, nawet gdyby znaleźć 60% legionistów gotowych przysiąc, że to „nic, tylko Rzym!…” Argument Wragi jest nade wszystko błędem politycznym, ponieważ unikanie nazywania wroga po imieniu – rozbraja. Polacy pod naciskiem komunizmu bronią się przed „Rosją”, co byłoby zabawne, gdyby nie koszmar ostatnich stu lat. Cały świat stanął w 1917 roku wobec nowego zjawiska, ale – w dużej mierze dzięki Polakom, np. dzięki Kucharzewskiemu – wolał zredukować tę nową i złowrogą potęgę do znanej i swojskiej „Rosji”. Bo jakim zagrożeniem mogła być Rosja dla Argentyny? Albo Wietnamu? Albo Kuby? A komunizm był i pozostaje do dziś najpoważniejszą groźbą.
Rzecz jasna, argumenty Wragi mają jeszcze inny, praktyczny, codzienny sens: skoro wszyscy uważają, że sowiety to Rosja, to po co się o to kłócić? Negowanie tej tożsamości jest beznadziejne, twierdzi Wraga. Ileż razy słyszałem takie narzekania? Po co nalegam, że Putin jest komunistą, a jego Rosja to sowiety? Czy warto? W rzeczy samej, cóż z tego, że cały świat uznał sowiety za Rosję? Niech sobie uznaje, choć akurat Wraga nie powinien się tym kierować, bo przecież sam przed chwilą mówił o bezmyślności nieśmiertelnych śmierdzieli. Jednocześnie przyznawał, że było dlań sprawą wtórną, „w jakim stopniu istota, treść rosyjska wewnątrz państwa pozostała niezmienna”. Ale nie było to bez znaczenia dla Mackiewicza! I na tym właściwie można byłoby poprzestać, gdyby nie to, że przecież przedmiotem każdego intelektualnego dociekania jest prawda, a w rozumowaniu Wragi nie ma rzeczowych dowodów na kontynuację państwowości rosyjskiej przez Lenina. A zatem należy chyba trzymać się prawdy, że państwopodobny twór Lenina-Stalina-Putina nie jest kontynuacją Rosji.
Imperializm sowiecki jest, zdaniem Wragi, pojęciem względnym: znaczy co innego dla Stanów Zjednoczonych, a co innego dla Polski. Utożsamienie sowietów z Rosją było nieuniknione w Polsce, bo inaczej „zdemobilizowalibyśmy połowę społeczeństwa, która by żadnego niebezpieczeństwa w czerwonym imperializmie nie dojrzała”. Takie stanowisko wydaje mi się otwierać drzwi dla samooszukiwania się. Nie zastanawiajmy się nad istotą zagrożenia, a w zamian przyjmijmy, że wróg jest dokładnie taki, jaki byśmy najgoręcej pragnęli, żeby był. Jeśli koniunktura każe zamknąć oczy na wrogość sojusznika naszych sojuszników, to należy bez szemrania oślepnąć i otworzyć parasol – np. w postaci „Wachlarza” – kiedy plują człowiekowi w gębę. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, Wraga wykłada tu i uzasadniania najbardziej niedorzeczne fundamenty polityki polskiej ostatnich stu lat.
Wraga był piłsudczykiem, choć twierdził zdecydowanie, iż występuje przeciw mackiewiczowskiej wykładni roli Piłsudskiego w ratowaniu sowdepii, nie dlatego, że obraża ona jego „uczucia jako piłsudczyka”:
– nie, dawno już wyrosłem z krótkich majtek konfraterni legionowo-peowiackich! Kręciłem nosem dlatego, że Pan w tym rozdziale, uniesiony namiętnością bardzo pokręcił fakty i bardzo wypaczył prawdę historyczną. Wszystko było inaczej.
Zdaniem Wragi, Piłsudski całe życie szukał sojuszników pośród Rosjan. Nie można go winić za „bezgramotnych piłsudczyków”, którzy byli antyrosyjscy i nienawidzili Moskali. Ale Piłsudski nie spotkał ani jednego Rosjanina, który akceptowałby polską niepodległość – „nikogo, z wyjątkiem … Lenina”. Piłsudski utrzymywał kontakty z Leninem nawet w Krakowie, i słusznie robił, bo ważne jest wiedzieć, co się święci.
O tym co wyniknie z „Lenina” nie wiedział, nie mógł wiedzieć, ani nawet domyślać się – nikt. Nie tylko Piłsudski, lecz nawet Plechanow, Bucharin, Martow czy Czernow. Nie wiedział i nie domyślał się nawet sam Lenin. Tak samo nie można winić Studnickiego, że nie przewidział hitleryzmu w Niemczech.
Tylko że Mackiewicz nie zarzucał Piłsudskiemu nietrafnych przewidywań, ale politykę opartą na emocjach. Zamiast spokojnie rozważyć interes Polski, Piłsudski pozwolił sobie kierować się sympatią dla rewolucjonistów rosyjskich i antypatią dla carskich generałów. Wraga sam interesująco rozwija ten punkt:
Piłsudski oczywiście od początku stawiał na Rosję „czerwoną” ale to nie znaczy by stawiał na „bolszewików”. Był przeciwny restauracji. Rosję bolszewicką bynajmniej nie uważał za „słabszą”. Wprost przeciwnie: w białych ruchach nie widział nie tylko siły, ale nawet zadatków na jakiekolwiek zwycięstwo. Jeżeli więc szukał chwilowego kompromisu z bolszewikami to na tej samej zasadzie, na jakiej umawiał się z Austrią i Niemcami przeciwko Rosji.
Ten wywód wydaje mi się słuszny, ale także zgodny z tezą Mackiewicza: Piłsudski nie zamierzał wspomagać Białych w żadnym wypadku. Francja i Anglia wycofały się z interwencji w Rosji, ale natarczywie domagały się, by Polska interweniowała. Denikin był w oczach Piłsudskiego „żywym trupem”, gdy w Leninie widział „dalszy ciąg Rosji”. Takie było w istocie stanowisko Marszałka i fundament polskiej polityki: pobożne życzenie, by Lenin stworzył, nową, młodą, czerwoną Rosję, w miejsce trupio-białej Rosji.
Nina Karsov przytacza w przypisie Denikina: „Uznanie przeze mnie niepodległości Polski było zupełne i bezwarunkowe”. A także Bem de Cosbana:
Hasło „Jedinaja i Niedielimaja Rossija” nigdy nie miało na myśli ani Polski, ani Finlandii, natomiast było protestem przeciw separatyzmowi Estonii, Łotwy, Ukrainy, Kaukazu i Kozaków kubańskich. Jakże byłem zdziwiony, kiedy w rok później, po powrocie do Warszawy, dostałem do rąk polskie gazety z tamtych czasów i z tych gazet dowiedziałem się, że gen. Denikin z hasłem: „Jedinoj i Niedielimoj” łączy ponowne zagarnięcie całej Polski, że jest on starym carskim satrapą, znacznie niebezpieczniejszym dla nas jak bolszewicy itd.
Wraga czuł się obolały po wieloletnich próbach pojednania Polski z Rosją, i dlatego chyba uznał stanowisko Mackiewicza za podobne do własnego i, co za tym idzie, dostrzegał w ich wspólnej postawie „donkiszoterię”. Osobiście, nie widzę Wragi w roli błędnego rycerza, a Mackiewicz z pewnością nie był wcieleniem Don Quixote. Czytałem Zwycięstwo prowokacji wiele razy i nie odniosłem wrażenia, że celem Mackiewicza było „pojednanie”. Chciał zrozumieć, jak to się stało, że najgorszy system władzy znany człowiekowi zapanował w tylu miejscach kuli ziemskiej. Jak do tego doszło? Jak to możliwe, że gdy „rząd” Marchlewskiego i Dzierżyńskiego został odrzucony jako obcy, to Bierut i Wasilewska zaakceptowani? Oba niesione na bagnetach krasnoarmiejców, oba nie kryły swych bolszewickich korzeni, oba miały „wyzwolenie” na ustach. Pytanie „jak?” jest ściśle związane z pytaniem „dlaczego?”, ale prowadzą w przeciwnych kierunkach. Pierwsze, zajmuje się ciągiem interakcji, które wiodą do skutku, drugie, woła o kategoryczne przyczyny. „Dlaczego?” daje analityczną jasność, ale tworzy iluzję przyczynowej presji: czynniki nakładają się na siebie i pchają wydarzenia, a uczestnicy są zaledwie wykonawcami, niewolnikami sił poza ich kontrolą. Pytanie „jak to się stało?” jest niejako pytaniem wstępnym, zasadniczym.
Uderzyło mnie zabawne zdanie u Wragi: „dla miłośników analogii: chciano nas wrąbać absolutnie w taką samą sytuację, w jaką wrąbano w 1939 r.” To prawda, że zachodziła pewna analogia między Polską w 1920 roku i w II wojnie, ponieważ dokładnie tak samo, jak Piłsudski potraktował Petlurę i swych ukraińskich sojuszników, Churchill potraktował w 1945 – Polaków. Powinno to być jasne nie dla miłośników analogii, ale dla Wragi, który, nie mogąc się pogodzić z zawieszeniem broni i traktatem ryskim, walczył w latach 1921-22 w „zahinie atamana Tiutiunnyka”, ponieważ uważał, że Polska zdradziła swych ukraińskich aliantów.
Wraga odrzuca mackiewiczowską krytykę sławnych słów Piłsudskiego o „braku siły moralnej w narodzie”. Piłsudski, jego zdaniem, przegrał w 1920 roku, ponieważ przegrała jego wizja Polski w federacji z sąsiednimi narodami. Piłsudski nie chciał walczyć tylko o Polskę, ale brak siły moralnej w narodzie zmusił go do ograniczenia swych pragnień. Wraga formułuje zabawną przypowieść o Marszałku:
Był sobie Panicz wędrujący po krajach zamorskich, dziedzic włości i fortuny, marzący o tym czego to nie dokona gdy wróci i zacznie gospodarować. A gdy wrócił – zastał tylko jeden folwark i to zapaskudzony i zadłużony, pełen próżniaków i gamoni. Więc zamiast tego wszystkiego co miał zrobić wziął tęgiego karbowego i z obrzydzeniem wyglądając przez okno na zafajdane podwórko oddał się sknerstwu i kładzeniu pasjansa. C’est tout. Głupi utwór, ale myślę że prawdziwy. 1920 rok był takim ciosem dla niego że traktat ryski już go… nie interesował.
To jest znowu – świetnie powiedziane. Ale nie ulegajmy magii słów i zastanówmy się. Piłsudski wypowiedział się o braku siły moralnej w narodzie, gdy tłumaczył tajemniczy rozkaz powstrzymania zwycięskiego marszu armii polskiej na wschód.
Armia bolszewicka była wtedy tak doszczętnie rozbita na całej linii frontu, że nie miałem żadnej przeszkody w tym, aby sięgnąć tak daleko dokąd bym zechciał. To co mnie powstrzymało był brak moralnej siły w narodzie.
Siła moralna to jedno, a sytuacja na froncie, to co innego. Armia polska, wyposażona w nowy sprzęt i niesiona na skrzydłach zwycięstw w bitwie warszawskiej i niemeńskiej, parła na wschód, by wyzwolić z bolszewickiej niewoli „Nadberezyńców” i Białorusinów, Ukraińców i Żydów. Albo Piłsudski był chłodno kalkulującym politykiem i wybitnym strategiem, jakim się go zazwyczaj przedstawia, albo emocjonalnym wrakiem, który powstrzymuje ofensywę, bo folwark zapaskudzony i brak siły moralnej wśród próżniaków i gamoni.
Ów sążnisty list Wragi jest jedną z najciekawszych reakcji na Zwycięstwo prowokacji, jaką udało mi się przeczytać. Wraga był zdania, że jakkolwiek książka była koniecznie potrzebna i nikt nie mógł tego napisać lepiej niż Mackiewicz, to nie odegra żadnej roli, będzie zaledwie świadectwem „tych łajdackich czasów”. Miał rację, ale tylko do pewnego stopnia. Waga książki jest taka, że jest ona czymś znacznie więcej niż „świadectwem czasów” – jest właśnie ponadczasowa – ale z pewnością pozostaje do dziś mało znana. Przewidywał, że Mackiewiczowi przyłożą gębę szaleńca, błędnego rycerza i wroga ludu – nie pomylił się.
W kilka dni po wysłaniu długiego listu, Wraga sumitował się, że napisał „kobyłę”, że obawia się, iż dokuczył Mackiewiczowi „niepotrzebnym a najlepszymi chęciami i najgłębszą życzliwością podyktowanym listem”. Nie znamy odpowiedzi Mackiewicza, ale możemy się domyślać jego reakcji, bo był świadom wartości krytyki. W wiele lat później, w liście do Natalie Grant, wdowy po Wradze, Mackiewicz nazwał Wragę „niezłomnym stronnikiem Piłsudskiego”. W innym, prosząc Grant o opinię na temat Zwycięstwa prowokacji, pisał:
…będę Pani bardzo zobowiązany za uwagi krytyczne. Właśnie za choćby druzgoczącą ale szczerą opinię, bez ogródek. Bardzo mnie interesuje Pani opinia. Pani niezapomniany Mąż napisał do mnie w swoim czasie list na ponad 30 stron, który zachowałem. Wyraził się na ogół pochlebnie, a krytykę skoncentrował w całości na „obronie” Piłsudskiego.
Wraga uznał Zwycięstwo prowokacji za książkę epokową i pragnął ją jak najszerzej rozreklamować, ale chyba nie miał racji, ani w kwestii tożsamości Rosji i sowietów, ani co do roli Piłsudskiego. Miał za sobą wiele dziesiątek lat doświadczenia pracy w wywiadzie i niezwykle głęboką wiedzę na temat sowieckiej prowokacji, ale być może, jak sam mówił, „kto «dwójką» wojuje, od «dwójki» ginie”… Być może potrafił patrzeć na książkę Mackiewicza wyłącznie poprzez pryzmat swego doświadczenia. Mimo to, rzadko komu udało się docenić wagę tego dzieła, tak jednoznacznie i stanowczo, jak to uczynił Ryszard Wraga w swym „pisanym jednym tchem”, i bardzo krytycznym liście.