Zamknij
Dariusz Rohnka

Asurbanipal łaknący kultury

12 czerwca 2024 |Benito Cereno, Dariusz Rohnka
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/06/12/asurbanipal-laknacy-kultury/

I am thirsty, give me drink,
I am hungry, give me bread,
Wash my feet, set up the bed, I want to go to sleep;
Wake me early in the morning,
I must not be late, [or] my teacher will cane me.

Żyjemy w świecie absurdu. Ani pierwsi, ani (zapewne) ostatni. Ta pozycja nakłada na nas konieczność odnajdywania ekstraordynaryjnych sposobów wykaraskiwania się z irytujących opresji. Wszechobecne poczucie niemocy nie pomaga, a już na pewno – nie jest dobrym przewodnikiem. W pokorności swojej nie powinniśmy truchleć. To nic wielkiego. Mamy oczy by oglądać; umysł by odkrywać; moc by przezwyciężać zło (choć niejednemu siły może ubywa); byleby tylko nie łapać się utartych schematów. Nie damy rady my – zrobi to ktoś, kto przyjdzie po nas. Jeżeli mamy wiarę, nie zwątpimy.

Rewolucja jest czymś więcej niż tylko gwałtownym przewrotem, jest bowiem odwróceniem naturalnego porządku przy pomocy dowolnych metod, obojętne, gwałtu czy długiego marszu (przez instytucje) – taką definicję zaproponował Michał Bąkowski. Skłaniam się ku jej przyjęciu, przynajmniej na potrzeby aktualnej dyskusji. W tym samym jednak zdaniu zapisuje autor myśl, z którą nie mogę się zgodzić:

…jeśli przyjąć następnie, że państwo, zasługujące na takie miano, jest czymś więcej niż źródłem zasiłków dla bezrobotnych, że ma pewien nadprzyrodzony, a nawet sakralny wymiar, a ja tak sądzę; to wynikałoby z tego logicznie, że należy dzisiejsze państwo, tę wzdętą obleśnie, garbatą pokrakę, przeciągnąć w jakiś cudowny sposób przez ucho igielne kontrrewolucji, tzn. przywrócić normalność.

Nie jestem pewien o jakie państwo tu chodzi: czy o Zieloną Kępę, zwaną monarchią, na której mieszka; czy o swojski peerel, w którym tkwi zapewne lwia część czytelników niniejszego? Tak czy siak, to dwa problemy, odrębne. W pierwszym chodziłoby w przybliżeniu o postulat reanimowania truchła, przywrócenia do życia strzępu substancji wybebeszonej dawno z cienia idei, za sprawą wzmiankowanej rewolucji. W drugim przypadku mielibyśmy (zdaje się…, tylko i aż, zdaje), że mielibyśmy do czynienia z propozycją sakralizacji jałtańskiego bękarta, w którym egzystujemy, Polski Ludowej. Nie jest mi z tą koncepcją po puti.

Nie z powodów estetycznych, ale praktycznych. Z gnijącą materią w rękach, instytucjami zasługującymi na zrównanie z ziemią, ze zdemoralizowaną armią ludzi w te instytucje uwikłanymi, tłuszczą nie zdającą sobie sprawy na jakim świecie żyje… nie da się robić kontrrewolucji; ani tej ścierającej padło rewolucji z powierzchni ziemi, ani tej ponętniejszej, wyposażonej w pożądliwość porządku.

Nie ma państwa, zasługującego na naprawę i odbudowę. To co jest, nadaje się na śmietnik historii. Zasługuje na wzmiankę w zakurzonych kronikach, na nic więcej. Nie ma czego przewlekać przez igielne ucho. Jedyne co można robić, to budować apiać… nie wykluczając z udziału w tym przedsięwzięciu pegeerowskich poganiaczy parobków z arystokratycznym rodowodem.

Zadziwia zjawisko uległości wobec narzucanych lub zastanych warunków; bezwola wobec „rzeczywistości”, w żadnym razie nie zasługującej na to miano. Nie tylko w odniesieniu do tu i teraz. W 1946 zdeterminowani przeciwnicy narzucanego „ustroju”, jak żołnierze Łupaszki, wdeptywali, choć incydentalnie, w fałszywy dyskurs polityczny, niebacznie legitymizując w ten sposób obecność w przestrzeni publicznej bolszewizmu. Nieliczni, jak pułkownik Wacław Lipiński, zdawali sobie sprawę z niestosowności uprawiania takiego procederu.

Nie czas na komedię głosowania, które zresztą nie będzie mieć żadnego znaczenia, dopóki na ziemiach naszych panuje zbrojna przemoc Moskwy.

Nie czas na komedię postokrągłostołowej fikcji, bo ta prowadzi do zamętu w głowach, skutkującym politycznym zasiedzeniem spadkobierców pekawuenu: najróżniejszej maści Tusków, Kaczyńskich, wszelkiego innego złego licha. Skoro wszyscy jesteśmy dziećmi peerelu, trzeba nam zacząć od przegryzienia owiniętej wokół własnej szyi pępowiny.

Dlaczegóż by nie zacząć od edukacji; od odbudowy szkoły, w jej istotnym znaczeniu. Nie trzeba nam nowych wynalazków, możemy ze spokojem sumienia sięgać po wypróbowane wzory, o tysiąclecia starsze od rzeczonego Piasta Kołodzieja. Wystarczy zagrzebać dłoń w piaskach Mezopotamii i sięgnąć po gotowe.

Są Sumerowie uznawani za wynalazców szkoły, za co nie bywają przez młodzież obdarzani nadmiarem sympatii. Potrzeba dojrzałości, aby docenić nie tylko zalety pozyskiwania wiedzy, ale również trud z tą praktyką nierozłączny. Tego uczniom brakuje. Najstarszy opisany przypadek, pochodzący sprzed 4000 lat, jest wyśmienitym przykładem tej naturalnej skłonności, której w żadnej mierze nie powinno się tolerować. Nauka domaga się dyscypliny.

W sumeryjskiej dykteryjce, opowiadającej o zmaganiach młodzieńca ze swoim szkolnym losem oraz z „nauczycielem-ojcem”, opisana została próba obłaskawienia surowego mentora. Opisywany uczeń starał się, ale może nie nadto wydatnie; możliwe też, że brakowało mu stosownych talentów. Miało to swoje nieprzyjemne konsekwencje w postaci kar cielesnych – bywał regularnie, bez pardonu, ćwiczony. Uczeń powziął myśl, aby udobruchać belfra środkami pozalekcyjnymi. Przekonał ojca do podjęcia stosownych środków zaradczych. Nauczyciel został uhonorowany gościną, obdarowany stosownie do zasług. Nie była to próba prostackiego przekupstwa, z demokratyczna zwanego dziś lobingowaniem, raczej przejaw uznania dla wysiłku włożonego w kształtowanie umysłu i charakteru młodzika.

Nie wiadomo, co wyrosło z nękanego szkołą ucznia, ani nawet tego, czy rzecz oparta została na autentycznych zdarzeniach, czy była wytworem fantazji. Popularność tej opowieści w odległych czasach glinianych tabliczek zdaje się podpowiadać jak wielką wagę przywiązywano do sumienności nauczania. Nie tylko wówczas, ale także przez kolejne tysiąclecia. Niepostrzeżenie, bo ledwie na przestrzeni kilkudziesięciu lat rzetelnie prowadzona edukacja przerodziła się w systemowy permisywizm, skutkujący nakładaniem kosza ze śmieciami na głowę nauczyciela podczas lekcji. Czy do wyobrażenia jest reakcja? Odwrócenie trendu? W granicach istniejących instytucji, z pewnością – nie. Ale od czego Podziemie? Gdzie, jeżeli nie tu, chłostać adeptów nie tyle wiedzą, co jej umiłowaniem?

Asurbanipal, król słynących z okrucieństwa Asyryjczyków, hańbiących ludy i narody, był nałogowym pożeraczem książek. W pałacu Senacheryba, dziadka Asurbanipala, u którego tenże za młodych lat pomieszkiwał, Sir Henry Layard odkrył zdumiewająco ogromne pokłady glinianych tabliczek, zapisanych pismem klinowym. Dwie wielkie sale pałacu pokryte były nimi na wysokość ponad jednej stopy. W zaledwie trzy lata później dokonano bardzo podobnego odkrycia w pałacu samego Asurbanipala. Obarczony ciekawością świata władca zbierał i grabił rzadkie białe gliniane kruki gdzie tylko się dało, nie bacząc na trud własny i swoich poddanych. Do jednego z dowódców pisał:

Kiedy otrzymasz tę wiadomość weź ze sobą trzech ludzi oraz uczonych z Borsipy i szukaj wszystkich tabliczek, które mają w domach i złożyli w świątyni Ezida… Szukaj cennych tabliczek…, których nie ma w Asyrii, i wyślij mi je. Pisałem do urzędników i inspektorów… toteż nikt nie odmówi ich wydania.

Przeogromne łaknienie Asurbanipala nie było niczym niezwykłym. Wielkie biblioteki istniały nie tylko w pałacach i świątyniach, ale także w domach prywatnych, w których po tysiącleciach odnajdywano najrzadsze dzieła. Jednym z niezliczonych paradoksów historii jest jak wielka część dziedzictwa duchowego Sumeru i Akadu przetrwała do naszych czasów za sprawą niszczycielskich Asyryjczyków.

Zetknąłem się z opinią, że Asurbanipal z animuszem gromadząc zabytki literatury, sam niewiele z nich czerpał. Może dla zabawy odcyfrowywał tysiącletnie grudy gliny, ale zbywało mu czasu i zapału, aby czynić to regularnie i z należnym oddaniem. Przytaczam ten pogląd, ponieważ przypomniał mi przed laty wyrażony na tych łamach pewnik, że nikt niemal na rewolucyjnym przełomie wieków XVIII z XIX nie miał czasu ni ochoty na zgłębianie mądrości pewnego liberała wyrosłego rychło na patrona konserwatyzmu.

Zachodzi pytanie, czy Asurbanipal gromadził artefakty najdawniejszych kultur, wszelkie możliwe unikaty, wyłącznie dla siebie, czy też dzielił się swoim skarbem z innymi. Biorąc pod uwagę szczególne przywiązanie ludów Mezopotamii do edukacji i nauki, trafniejsze zdaje się drugie przypuszczenie. Wykształcony wszechstronnie Asurbanipal z pewnością doskonale rozumiał niezaspokojoną chęć poznania, owocującą niezwykłymi osiągnięciami w wielu dziedzinach wiedzy.

Jest uznawany za jednego z najbardziej krwawych królów Asyrii; był również ostatnim wielkim władcą gargantuicznego molocha, pożerającego narody. Zbierając ślady przeszłości, zachowując dla potomnych spuściznę najstarszych kultur, grabił i mordował z zapamiętaniem. Mimo wielkich wojennych talentów, nie potrafił uchronić imperium przed upadkiem. Ale pozostawił po sobie niezatarty ślad. W roku 612 pałac w Niniwie strawił ogień, na zawsze legła w gruzach okropność Asyrii. Pozostała biblioteka, z tysiącami wypalonych w ogniu tabliczek, czekająca cierpliwie na odkrycie 26 stuleci. Upływający czas ma znaczenie, ale nie jest decydującą miarą spraw.

Przeskoczmy niemal dwa wieki, a znajdziemy się w „rzeczywistości”, barwnie nazwanej przez Michała Bąkowskiego „postrewolucyjnym liberalizmem”. Liberalizm ów daleki od standardu: nie ma zgoła nic wspólnego z pojęciem, którym posługiwali się Zdziechowski czy Mackiewicz. Nie sposób go także zrymować z wolnorynkową gospodarką, której próżno szukać od Władywostoku po Lizbonę. Jego wyrazem nie są wolno po świecie wędrujące idee, ponieważ obowiązuje w tej dziedzinie ideologiczny kaganiec: dobrze widziane jest wszystko co na lewo od radykalnego socjalizmu; zwolenników wektora przeciwnego obrzuca się schizofreniczną anatemą „skrajnej prawicy”. „Postrewolucyjny liberalizm” byłby zatem bodaj… najzwyczajniejszą kolejną dziurą w systemowym durszlaku, przez którą nieszczęśliwie dla dominujących sferę publiczną parabolszewików przenikają na powierzchnię treści w rodzaju tutejszych, podziemnych. Cóż będzie jeśli zdołają sięgnąć po doświadczenia starszych braci, uszczelniając niedoskonały system? Czy zdążą to uczynić przed własnym upadkiem albo niezapowiedzianą wizytą druzjej z Moskwy czy Kijowa?

Liberalizm durszlaka nie wynika wyłącznie z systemowego zaniedbania. Jest też błędem pseudo-liberalnego sznytu, chęci pokazania się, jacy to jesteśmy mili i otwarci. Ponieważ nie ma w tym stanowisku cienia autentyczności, potrzeba środków zaradczych, żeby rozbujaną, w myśl ryzykownej zasady permisywizmu, anarchię poskromić. Środkiem jest indoktrynacja, wstrzykiwanie w uszy niczym nie potwierdzonych zideologizowanych bredni. To skuteczna, ale jedynie na krótką metę, metoda. W dłuższej perspektywie nieuchronnie zawodzi. Człowiek dorośleje i nabiera rozumu, czy to się komu podoba czy nie. Stąd pokusa wdrażania w życie publiczne pajdokracji, w możliwie coraz większym zakresie… bo młodymi da się manipulować, a proceder ten odbywa się głównie poprzez szkołę. Edukacja jest narzędziem rewolucji – słusznie. Dlatego i na tym polu należy podjąć walkę. Młody książę sprzed dwudziestu ośmiu wieków łaknął prawdy… Dlaczego współczesna młodzież nie miałaby podążyć jego śladem?

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/06/12/asurbanipal-laknacy-kultury/
Kategorie: Benito Cereno, Dariusz Rohnka
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/06/12/asurbanipal-laknacy-kultury/