Zamknij
Dariusz Rohnka

Ich czworo czyli tragedya ludzi głupich

28 marca 2024 |Dariusz Rohnka
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/03/28/ich-czworo-czyli-tragedya-ludzi-glupich/

Będziecie się śmiać… tak! będziecie się śmiać.
A przecież to ze mnie strzęp, to z ludzkiej duszy strzęp!
Mandragora

Twórczość literacka Jacka Szczyrby charakteryzuje się przypadłością szczególną: mimowolnym (tak jedynie przypuszczam) nawiązaniem do… przyszłych wydarzeń. Nie jest to profetyzm w ścisłym znaczeniu terminu. Szczyrba nie przewiduje, a jedynie podrzuca swoim piórem gorący pojutrze kartofel. W Punkcie Langrange’a wygrzebał z odmętów niepamięci i przywrócił do życia organizację zwaną Solidarność Walcząca, każąc jej członkom brać aktywny udział w zwalczaniu fatalnych okrągłostołowych konsekwencji. Karty książki ledwie wyszły spod drukarskiej prasy, a już do pierwszych skrzypiec w orkiestrze niby-Polski dorwał się potomek założyciela rzeczonej organizacji, parabolszewik Morawiecki. Minęło szybko kilka krótkich lat i w swojej kolejnej powieści Czerwoni na szóstej! wywołać raczył Szczyrba temat lotnictwa wojennego, tej dziedziny taktyczno-strategicznej, która w największej mierze zdaje się odzierać z wiarygodności ewokowany obraz ukrainnej wojny. Wiele argumentów przemawia za mistyfikacyjnym charakterem zmagań – rzekoma nieudaczność Kremla w powietrzu przede wszystkim. Ale dopiero Czworo pancernych w najwyższym stopniu objawia tę niezwykłą umiejętność Szczyrby. Nie będę wchodził w szczegóły narracji, w charakterystykę bohaterów. Jacek Szczyrba wywołał z lasu watahę problemów i na nich postaram się skupić uwagę.

Dojmującą cechą współczesności jest brak zakorzenienia jednostki w tradycji, w historii, w religii. Tzw. cywilizacja judeochrześcijańska, nad zagrożeniem której sporadycznie deliberujemy, znajduje się współcześnie w stanie daleko posuniętego rozkładu. Z tej perspektywy akcje łokistów, zmierzające do usunięcia z przestrzeni publicznej oraz ludzkiej pamięci bohaterów przeszłości, jak Vasco da Gama czy John Wayne, dokonywane pod pretekstem ich rzekomej nieprawomyślności, są o tyle bezzasadne, że trafiają w świadomościową próżnię. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, wśród nich jedna zdaje się być dominująca – upadek edukacji; prowadzona z uporem, od dziesięcioleci akcja obniżania standardów nauczania, równania w dół, ogłupiania. Młodzież zasiadająca w biedruskim tanku, choć jak wolno się domyślać ze zdawkowego opisu, mocno różniąca się od siebie jakością intelektualnej refleksji nad światem, nawet dowódca, nazywany Szajbą, wykształcony i sceptyczny wobec dookolnej rzeczywistości, wszyscy są ofiarami tego długotrwałego, z premedytacją prowadzonego nie wiedzieć z czyjej inspiracji, edukacyjnego ześlizgu.

Gdzie tu profetyzm?! Otóż, objawia się w najaktualniejszych posunięciach grupy obecnie uprawiającej nierząd: ludzi o bezsprzecznie para-bolszewickich inklinacjach, od 100 dni z naddatkiem budujących nowy wspaniały peerel wedle podszeptów płynących pospołu, z Moskwy i z Brukseli. Opisany w akapicie powyżej proces edukacyjnej degradacji nabiera obecnie gigantycznego przyspieszenia. Wedle klasycznie bolszewickich wzorców, z programów szkolnych nie tylko wycina się wszelki ślad po antykomunizmie, z Inką Siedzikówną i Witoldem Pileckim, ludobójstwo ludności polskiej na Wołyniu, ale także bitwę pod Grunwaldem, Zawiszę Czarnego, dokonania Bolesława Krzywoustego, konflikt z Cesarstwem Niemieckim… lista jest długa i bogata. Wyedukowanych w ten sposób przyszłych tankistów, nie tylko biedruskich, doprawdy trudno będzie winić za brak stosownej orientacji w czasie i przestrzeni.

Przedstawiony w opowiadaniu tank zdaje się być metaforą współczesnych stosunków międzyludzkich, przynajmniej osób urodzonych w III tysiącleciu. Bohaterowie służący w jednym czołgu są od siebie odseparowani warunkami panującymi wewnątrz stalowej puszki. Porozumiewają się przy pomocy zdawkowych fraz, rzucanych w przestrzeń za pośrednictwem interkomu. Relacje międzyludzkie zakłócane są dodatkowo poprzez internetową alienację. Czy w podobnych warunkach istnieje szansa na budowę trwałych więzi? To nieretoryczne pytanie ośmielam się postawić przed autorem w nadziei, że odpowie na nie w kolejnych częściach pięknie zapoczątkowanej epopei. Bez takich więzi nie sposób wyobrazić sobie tworzenia nawet skromnego wspólnego dzieła, o obronie obumierającej cywilizacji nie wspominając.

Ideologia wyłazi wszystkim bokiem. Sądzę, że także samym ideologom. W gruncie rzeczy wszyscy oni są orwellowskimi Smithami, uwikłanymi w system, bez naturalnego poczucia własnej odpowiedzialności. Są równie niewinni jak Chruszczow z Berią za postępki swego pryncypała Stalina, czy Göring z Heydrichem za holokaust. Kto im to każe robić, można by zapytać, ale to by nas wyprowadziło na całkiem inne, aniżeli biedruskie, manowce. W opowiadaniu ideologia wypływa z każdego niemal akapitu, a jej postępujące tempo zdaje się chwilami zaskakiwać samego autora Czworga pancernych. Jeżeli gdziekolwiek nonsensy i idiotyzmy koncepcji zielonych ładów, równoważności wielopłci i tym podobnych figli, ujawniają się ze szczególnym natężeniem absurdu to jest tym miejscem dziedzina militarna. Opowiadanie Szczyrby i w tym przypadku przekonująco opisuje przyszłość, z wielkim prawdopodobieństwem ziszczenia.

Wiele lat temu Joseph D. Douglass pisał w Red cocaine, że umasowienie narkotyków, łatwość w dostępie do nich, jest jednym ze sposobów walki komunizmu z kapitalizmem. Ten etap już jest poza nami. Demoralizacja nie tyle kwitnie, co poczyna więdnąć. Bolszewiccy stratedzy winni byli dawno przystopować, o ile zdają sobie sprawę, że z obumarłej rośliny narodzić się może nowe życie. Kontra na zło i błędy. Rację mają kontrrewolucyjni sceptycy, przekonując, że do prawidłowego wzrostu niezbędne jest podglebie: elementarne wartości, tradycja, prawo, wiara… Czy zmęczenie wszechobecną głupotą i erozją normalności nie może stać się oczekiwanym impulsem?

W 1972 roku Józef Mackiewicz pisał w liście do Michała Pawlikowskiego:

Powiesz, niewątpliwie słusznie: nie można całego narodu uważać za bandę. A ja twierdzę, że można. Tzn. całą warstwę działającą politycznie.

Pozostawmy na boku kwestię narodu. Walka do jakiej dojdzie, bądź bezwolne poddaństwo, rozegra się na o wiele szerszym planie, aniżeli narodowy. Kwestia narodowa ma o tyle znaczenie, o ile ważne jest, dla skutecznej kontry, pozbycie się wzajemne wszelkich uprzedzeń. Pozostańmy przy samej tylko polityce. Pół wieku temu Mackiewicz całkiem słusznie wskazywał na nieczystość ludzi w tęże politykę ubabranych. Słusznie przeczuwał, że to zaledwie początek procesu powszechnej degrengolady tej sfery ludzkiej aktywności. Dziś niepoważnie byłoby mówić o bandyceniu się polityków, za sprawą jednej przyczyny: polityka, w arystotelesowskim rozumieniu, przestała istnieć. Pół wieku wstecz, gdy Mackiewicz wymieniał listy z Pawlikowskim, reputacja polityki była mocno nadszarpnięta. Jej światowi przedstawiciele wyczyniali nieprawdopodobne ideowe wolty, nie tylko w obszarze polityki zagranicznej, ale skupmy się na niej: bezrozumne rozgrywanie unurzanych we krwi ludowych Chin, nieustające brnięcie w koegzystencję ze związkiem sowieckim, zdrada Wietnamu, Tajwanu. A jednak wciąż, przynajmniej nominalnie, honorowany był aksjomat komunistycznego wroga. W 1991 roku ta ostatnia zawada na szlaku ku świetlanej przyszłości została usunięta, a polityka poczęła staczać się śmiało w proces infantylizacji. Aksjomat wroga zastąpiony został pewnikiem samo-rozkładu komunizmu. Ponieważ jednak w przyrodzie nic nie ginie, zmarniały na Wschodzie komunizm począł gwałtownie wegetować, rozwijać się na Zachodzie. Dzisiaj rozkwita, w postaci zielonego eurokołchozu. Dzieje się tak od lat trzydziestu z górą, nie bez wschodniej inspiracji.

W Czworgu pancernych pojawiają się dwie, ostro rozbieżne, pozostające w niewątpliwej opozycji, polityczne opcje, nazwijmy je „europejskimi”, choć być może trafniej byłoby rozpatrywać ich istnienie w sferze globalnej. Stronnicy walki ścierają się z eksponentami kapitulacji. Ambaras obu stanowisk polega głównie na tym, że obie pozostają w nieświadomości przedmiotu, wokół którego toczą spór. Ba, nie wiedzą nawet dobrze, co same sobą reprezentują. Trwają w pozycji, w której racjonalny wybór jest niemożliwy. Brakuje stosownych definicji. Nie wiadomo, co jest złem, co dobrem. Brak łączności ze światem w niczym nie zaburza percepcji, bo nikt w świecie zewnętrznym (nie licząc nierozpoznanego wroga) nie posiada stosownej wiedzy. Klęska poznania; bielmo na oczach, pustka w głowie. Fatum w najczystszej postaci.

Problem militarny to kolejny przykład profetycznych przypadłości autora. Opisując około militarne zamieszanie po raz kolejny trafił w punkt. Snajper beletrystyki, można chyba pozwolić sobie na ukucie takiej formuły. Ledwie postawił ostatni znak swojego opowiadania (publikacja nastąpiła z kilkudniowym poślizgiem), na salonach wielkiej, europejskiej pseudopolityki wybuchł nieprawdopodobny skandal, skutkujący tumultem elit:

…wyślijmy na Ukrainę wojsko!… – powiedział jeden z europejskich kabotynów.

Wszystko owiane szczelną mgłą niedopowiedzeń i zarzekań… bez dybów i łamania kołem nie dowiemy się, jak przebiegało paryskie spotkanie… Cytowane słowa miał jakoby rzucić francusku ćwierćgłówek, pozostali ów śmiały koncept odrzucili, ale nie obyło się bez głębokich wahań, tak podpowiadają mniej lub bardziej oficjalne „przecieki”. Słowacki premier (tytuł ten stosuję z przymrużeniem oka) Robert Fico, który sprzeciwia się wysyłaniu dalszej pomocy na Ukrainę, tuż po wylądowaniu w swoim kraju powiedział: kilku przedstawicieli państw NATO oraz unii europejskiej rozważało wysłanie wojska na podstawie umów bilateralnych z Kijowem. Niewymieniony z nazwiska w opowiadaniu Jacka Szczyrby, prezydent peerelu przyznał, że miała miejsce „gorąca dyskusja”, dotycząca wysłania wojsk NATO. Za godne rozważenia uznał rzucone hasło minister spraw zagranicznych Litwy o niedobrze kojarzącym się nazwisku (wnuk sowieckiego agenta, współtwórcy dzisiejszej Litwy, Landsbergisa). Wedle plotek, „za” mieli być jakoby wszyscy pozostali przedstawiciele krajów bałtyckich, także peerelu. Jeżeli ową plotkę potraktować poważnie, byłby to wyjątkowo niepokojący przejaw drażnienia „byłego” sowieckiego niedźwiedzia. Cóż to takiego, jak nie dawanie zachęty do drobnych zadrażnień granicznych, uzasadnionej propagandowo interwencji. Kremlowi nie są do szczęścia potrzebne preteksty, udowadniał to po wielokroć, ale czyż śmiałe pomachiwania szabelką przez kurczę w zasięgu krogulca nie zdaje się być przejawem prowokacji? 80 lat temu przedstawiciele tych nacji mieli dość rozumu, aby obawiać się najgorszego, ale analogii szukać na próżno. Nie głosem Łotwy, Estonii, Litwy, mówią ich przedstawiciele, ale cynicznym podszeptem długofalowej strategii. Ich nominalny powrót do związkowej macierzy zdaje się być wielce prawdopodobny; co z pozostałymi połaciami Europy?

Estońska Kallas, wskazała przykład duński jako godny naśladowania. Daje to do myślenia. Potomkowie wikingów od dawna nie wyróżniają się bitnością, więc ich deklaratywne auto-rozbrojenie do ostatniego naboju nie zaskakuje nadmiernie. Nie frapują mnie Duńczycy, ale wątek poboczny, który się nasuwa. Znający wątłość swoich sił, Duńczycy podnoszą do góry ręce. Ale czy ich sytuacja strategiczno-militarna różni się znacząco w zestawieniu z pozostałą, kochającą pokój za wszelką cenę Europą? Czym, w razie wojny z sowietami, walczyć będzie goniąca gospodarczymi resztkami, niewydolna militarnie, skołchozowana Europa?

Czy podobne pytania winny nas w ogóle trapić?… Bo wypada chyba pochylić się nad problemem: czego tu bronić?

Po cóż pancerz, wyposażony w gładkolufową armatę, gdy celowość jego użycia pozostaje poza kręgiem naszej ograniczonej wiedzy. Do kogo strzelać/nie strzelać? Czy do bolszewika ze wschodu, nazywanego powszechnie Ruskim; czy do bolszewika z Brukseli, który chwycił nas za metaforyczne gardło, i ani myśli puścić? Do jednych, i do drugich, jednocześnie? Jeżeli bić się, to pod jakim sztandarem? W imię czego?

Nie jest to tani paradoks, ale twarda rzeczywistość. Nieustannie, dzień po dniu, taplamy się w kałuży wrogich idei i zakusów. Co dzień odbierana nam jest cząstka niezbędnej do działania wolności. To szczególny rodzaj zniewolenia, bo funkcjonujący w trybie ciągłym: przepis po przepisie, nakaz po nakazie, kropla po kropli krwi, co dzień wysysają życie z naszego krwiobiegu. Wbrew panującemu przekonaniu, nie stykamy się z przerostem oddziaływania państwa staromodnie zwanego „opiekuńczym”. Zewsząd otacza nas rewolucja, pełzająca. Czy jest w tej sytuacji czego bronić, przy hurra optymistycznym założeniu, że dysponujemy stosownym arsenałem; czy raczej walić metaforyczną maczugą na odlew: w lewo i w prawo, we Wschód i w Zachód? Wyzbyć się złudzeń, raz i z dobrym skutkiem.

Bywały w nieodległej historii czasy, gdy zakazywano żołnierzom strzelać do wroga: 80 lat temu w Wilnie za nie wypełnienie tego rozkazu grożono… odebraniem codziennego zasiłku, w postaci 5 czerwońców. Wielu dzielnych żołnierzy wzgardziło akowskimi srebrnikami i nie zaprzestało walki o Ojczyznę. Nie mieli wielkiej szansy na zwycięstwo, a zaprzaństwo elit nie ułatwiało im zadania. Podjęli wyzwanie, swoją decyzję nierzadko okupując śmiercią. Byli w sytuacji, o której zwykło się mówić jako o pozbawionej nadziei. W gruncie rzeczy, o ileż lepszej niż dzisiejsza. Byłby to może dobry pretekst do odtrąbienia odwrotu, tyle że nie bardzo jest dokąd rejterować.

Tytuł zapożyczyłem ze sztuki Gabrieli Zapolskiej, bo choć jej dramat traktuje o zupełnie innych sprawach, sam tytuł zdaje się dobrze opisywać kondycję mentalną na równi bohaterów i czytelników opowiadania Jacka Szczyrby. Jeśli nawet część z nas nosi ze sobą przekonanie, że tkwimy, jedynie przelotnie, w oku cyklonu, i ledwie za chwilę wszędobylski tajfun bolszewizmu pocznie nas spychać w niebyt, to przecież wszyscy zatopieni pozostajemy w odmętach niewiedzy.

Pancerni Szczyrby nie mogą mieć przekonania, którą stronę obrać. A wina nie leży po stronie ich głupoty. Odpowiedzialność ponosi współczesna kondycja świata – świata dogorywającej cywilizacji, w którym samo pojęcie stron niepostrzeżenie stało się anachronizmem. Istnieje tylko jedna, jedynie słuszna – postępowa. Przynajmniej w propagandowym świecie iluzji. Czy wypada czworgu pancernych bić się w imię zielonego ładu lub krągłego stołu? I z kim? Z Ruskimi z Kremla?

***

Niemoc nie przystoi pancernym, więc rzygnęły tanki czarnym dymem, odezwały się basem turbiny… gąsienice ruszyły, choć nie wiadomo co je czeka poza linią horyzontu. Jeśli ta wspaniale zapowiadająca się narracja popłynie dalej, być może ujrzymy za jej sprawą wątłą smugę światła w tunelu.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/03/28/ich-czworo-czyli-tragedya-ludzi-glupich/
Kategorie: Dariusz Rohnka
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/03/28/ich-czworo-czyli-tragedya-ludzi-glupich/