Czworo pancernych
W niedalekiej przyszłości.
Zabłocony, chrzęszczący gąsienicami Abrams ryknął turbiną, podpełzł jeszcze kawałeczek zrobił zwrot na zblokowanych prawych kołach, klęknął na zwieszeniu i znieruchomiał, wskazując lufą niebo. Nad poligonem w Biedrusku wschodził nowy dzień. Porastające teren drzewa przyglądały się pozornie obojętnie, temu przedstawieniu. Najstarsze z nich wspominały wiele innych maszyn bojowych przewalających się przez te i okoliczne ziemie. Z obfitości ich typów przywoływały swojskiego 7TP, jak również kaleczącą pamięć nazwę, Panzerkampfwagen I. A potem kolejne numery, aż do V i VI, dla obłaskawienia w oczach swoich właścicieli, a dla zdeprymowania wrogów, nazywanych imionami wielkich kotów. W szumie liści słyszało się szept wspominający pochód całej tej skrzypiącej, dymiącej i warczącej menażerii na wschód. Kiedy chwilę później te dumne niegdyś drapieżniki uchodziły z podkulonymi ogonami z powrotem na zachód, deptały im po piętach prymitywne, lekkie i dzięki ukradzionemu zawieszeniu Christiego, szybkie gady pancerne, których nazwa jest zbyt dobrze znana, żeby ją tu znowu przytaczać. Kiedy opadł kurz po tych wyścigach i zapadła złowroga cisza, dało się wtedy, gdzieniegdzie, słyszeć tęskne głosy wzywające jeszcze inne maszyny. Mniejsze, niż te widywane tutaj, o obłym pancerzu, nazwane na cześć generała, który pokonał onegdaj Roberta E. Lee, stanęły jednak daleko, na linii Łaby i nie chciały ruszyć dalej. A zatem, już niebawem, ziemie, po których nie przejechały, z nadzieją oczekiwane Shermany, zostały przeorane przez mniej eleganckie maszyny. Ich dominacja trwała tak długo, że, wydawało się, zostaną już po kres dni integralną częścią krajobrazu w tym miejscu Europy. A jednak, niebywałe, po czasie długim, jak odcinki 17 mgnień wiosny, na tych terenach znów pojawiły się dzikie, pancerne koty, całkiem oswojone, przyjazne nieledwie, o mało co ekologiczne. Złośliwi mówili, że 2A7, to ostania wersja spalinowa, że następna będzie już na baterie, a strzelać będą amunicją przyjazną środowisku. Ale Leopardy, to nie jedyne dziwo tych nowych czasów. Oto pojawił się jeszcze jeden gatunek, który wspólnie z dzikim kotem, wypierał właśnie niemodne Twarde i jeszcze starsze T-72. Czołg noszący imię kolejnego generała, tym razem tego, który przegrał wojnę w Wietnamie, był, według ludzi znających się na rzeczy, ukoronowaniem, szczytem myśli technicznej w dziedzinie broni pancernej.
Załoga stygnącego w poligonowym błocie Abramsa, składała się z czterech ludzi. Kierowca, starszy szeregowy Karol Widawski zajmował najwygodniejsze stanowisko na przedzie maszyny. Półleżąca pozycja dawała mu niezwykły w tej branży komfort pracy. Pod warunkiem, że nie miało się klaustrofobii, bo płyty pancerza okalały tak ściśle sylwetkę kierowcy, że choć wygodne, stanowisko kierującego było nieprawdopodobnie ciasne. Karol zdawał się jednak nie zwracać uwagi na ciasnotę, ani inne przypadłości służby pod pancerzem, gdyż jego, by tak rzec, zawodowy, a także hobbystyczny „background”, przyzwyczaił go do wszelakich trudów, związanych z przemieszczaniem się w pojazdach mechanicznych. Jego pasja, pokonywanie trudno dostępnych obszarów poza regularnymi drogami, zwana z angielska off-road, zahartowała go i zobojętniła na relatywnie niewinne niewygody jego obecnego miejsca pracy. Był za pan brat z błotem, zimnem, wiatrem i deszczem, z pękającymi mostami napędowymi, zerwanymi przegubami krzyżowymi, utopionymi w wodzie po maski silników, Jeepami, GAZ-ami i UAZ-ami. Karol wręcz delektował się swoją pozycją za sterownicą Abramsa, czując się, jak ryba w wodzie na poligonach, podczas kolejnych ćwiczeń. Mając duszę inżyniera, podziwiał mechaniczne wdzięki pojazdu, błogosławiąc łaskawy los, który sprawił, że mógł swoją pasję wznieść na kolejny, wyższy poziom. Był fanatykiem technologii, podziwiał potęgę myśli konstruktorskiej i smakował jej owoce. Postawa ta tłumiła wszelki przekaz, który nie mieścił się w przedziale pomiędzy turbinami, tłokami, przekaźnikami, łożyskami, a końcówką gładkolufowej armaty kalibru 120 mm. Był przykładem specjalisty, zawodowca, który o swojej ulubionej dziedzinie wie wszystko i jest w niej mistrzem, ale poza nią jest bezradny, jak dziecko. Co za tym idzie, pozostawał głuchy na doniesienia o coraz bardziej otaczającej ich wszystkich sytuacji politycznej, od której, było, nie było, jako zawodowi żołnierze, byli uzależnieni. Nie zwracał uwagi ani na tężejący na oczach zdumionej Europy, zagnieżdżony w Brukseli reżim, przybierający już całkiem bezwstydnie i jawnie, ukrywane dotąd totalitarne oblicze, ani na stopniowe pogrążanie się w demonicznym, a zarazem malowniczym chaosie państwo amerykańskie. Sytuacja na wschodzie obchodziła go o tyle, o ile dotyczyła pancernych potyczek obu stron. Kibicował zwłaszcza doniesieniom o starciach z udziałem takich samych, jak ten, którym kierował, M1A2, wysłanych na Ukrainę jakby siłą politycznego bezwładu i biurokratycznego chaosu. Wzgardliwie puszczał mimo uszu wzmianki o gęstniejącym napięciu wokół Tajwanu, zwłaszcza, że charakter tamtego teatru działań wykluczał masowe użycie broni pancernej. Swoją uwagę rozdzielał troskliwie pomiędzy artykuły śledzące rozwój konstrukcji wozów bojowych, a monumentalne opracowanie Achtung – Panzer! Guderiana. Dumnie obnosił się ze swoją ignorancją wobec niepancernego świata, a każdego, kto próbował go zainteresować wyborami, referendami, czy innymi duperelami, posyłał do stu diabłów.
Jego przeciwieństwem, w kwestiach światopoglądowych, był szeregowy Grzegorz Bartnicki, wysoki i chudy działonowy, zajmujący, jak reszta załogi, miejsce w wieży. Pochodzący z Zamościa, cichy i pozornie nieśmiały, ze względu na swój niemodny i coraz częściej wyszydzany katolicyzm, na kompanii zwany był Ministrantem. Pod bluzą mundurową, oprócz nierdzewnego nieśmiertelnika, nosił na szyi srebrny krzyżyk, co, chyba wbrew jego początkowym intencjom, ale rzecz jasna, ku dużej aprobacie, wywoływało ekscytację dziewcząt, które lgnęły do niego, jak ćmy do świecy. Najwyraźniej nieśmiałość, zamknięta w mundurze, okraszona skrywanym symbolem religijnym, działała na nie jak afrodyzjak. Ministrant, oprócz Boga Wszechmogącego, wierzył żarliwie w słuszność sprawy, której się poświęcił, czyli w służbę Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Owa żarliwość powodowała, że wystarczyło rzucić hasło, upiększone jakąś formą „polskości”, bądź „polskiego interesu narodowego”, albo wręcz „dobrem narodu”, by wywołać u Ministranta stan wzmożonego entuzjazmu, gdyż żarliwość rzadko chodzi w parze ze zdrowym rozsądkiem. Ukształtowany w konserwatywnym domu, chroniony chrześcijańską tradycją, uchował się nietknięty przez ideologiczne aberracje i odporny na jadowitą propagandę unijnych komisarzy ludowych. Oczywiście, płacił za to swoją cenę, ale w zawodowym wojsku, nie była ona tak wysoka, jak mogłaby być na wyższej uczelni, w wielkim mieście. Jako człowiek oddany wierze, poświęcony pewnej idei, kultywujący patriotyzm, wyszydzany i przezywany faszyzmem, stanowił zagrożenie dla ideologii, która religię i tradycję uważała za największego wroga. O ile taka postawa wśród postępowych kręgów naukowych, mogła spotkać się z agresją, o tyle w armii, uchodziła, co najwyżej za drobne dziwactwo i była traktowana z łaskawą pobłażliwością. Może dlatego, że armia potrzebowała jakiegoś mitu, scalającego lepiszcza, dającego wspólny mianownik wszystkim częściom składowym tego organizmu. O ile hasło przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, straciło już na atrakcyjności, a uwielbienie dla granatowej flagi z żółtymi gwiazdkami jeszcze nie było usankcjonowane konstytucyjnie, o tyle odwoływanie się do Kościuszki, Dywizjonu 303, generała Maczka czy Kuklińskiego, w niektórych kręgach wciąż jeszcze wywoływało entuzjazm, skutkujący ochotniczym zaciągiem. Tak więc, konflikty Ministranta z otoczeniem ograniczały się do wymiany stonowanych i małokalibrowych inwektyw, najczęściej z ładowniczym z wozu 2. Plutonu Czołgów, wnuka zawodowego podoficera, weterana pacyfikacji Wujka z 1981 roku. Czasem wchodził w sprzeczkę z Karolem, zwłaszcza podczas długich postojów pomiędzy ćwiczeniami, kiedy siedzieli w wozie i testowali łączność. Ministrant przekonywał załogę do większego zainteresowania sprawami pozawojskowymi, a nawet pozafejsbukowymi, czy pozatiktokowymi, co było już, doprawdy, bezczelnością z jego strony. Poza tym, Ministrant przejawiał niejaką predylekcję do ewangelizowania niewiernych, wychodząc z założenia, że łaska wiary, której doświadczył, obarcza go obowiązkiem uszczęśliwienia bliźnich duchowym ukojeniem i zdarzało mu się dać upust swojej pasji. Jeśli wydarzało się to po służbie, jego starania kwitowano co najwyżej pobłażliwymi uśmiechami, ale czasem, gdy Ministrant ulegał religijnemu zapamiętaniu na stanowisku bojowym, modląc się głośno przez interkom, po każdym celnym strzale, dochodziło do scysji. Zwłaszcza Karol, zdeklarowany wyznawca mechaniki precyzyjnej i techniki pancernej, wyjątkowo źle znosił wszelkie próby mieszania jego świata z bytami transcendentnymi. Gdy, razu pewnego, Ministrant, mimo silnego wiatru bocznego, trafił podkalibrowym idealnie w środek czołgu-celu, co zwieńczył litanią dziękczynną do Pani Jasnogórskiej, Karol nie wytrzymał:
– Przymknij się, Ministrant, jak rany! Uszy więdną od tego bełkotu…
Jako, że obaj zajmowali odseparowane stanowiska bojowe, Ministrant nie mógł zripostować szybkim podbródkowym. Za to teraz, po kolejnym celnym trafieniu, uderzając dla odmiany w rubaszne tony, ryknął w mikrofon:
– Kto w Suwałkach robi dzieci? Szwoleżerów to pułk trzeci! Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!
Tym razem, jedynym efektem był rumieniec na gładkim licu ładowniczego, Szpilki. Co, zresztą, nie zostało zarejestrowane przez resztę załogi, bo szeregowy Szpilka, czyli Kinga Zawada, chowała swą śliczną twarzyczkę za nieregulaminowym szalem. Była najmłodsza z nich wszystkich, najmniej doświadczona i nieśmiałością przebijała Ministranta. Jej obecność w załodze była wynikiem dwóch zbiegów okoliczności. Po pierwsze, początkowo nieoficjalna tendencja do obsadzania kobiet na stanowiskach bojowych w armii, stopniowo stawała się oficjalną i w końcu przybrała formę ujętą w formułę głoszącą, że taki to, a taki procent załóg pojazdów bojowych, samolotów, śmigłowców i okrętów ma być obsadzony osobami z macicą, bo sformułowanie „kobieta” stało się chwilowo z jakiegoś powodu trochę nie na miejscu. Po drugie, Szpilka, niezależnie od ideologicznych fanaberii dowództwa, wykazywała sama z siebie zainteresowanie służbą wojskową, a Abramsy stały się jej wymarzonym miejscem służby. Na wstępnym szkoleniu przejawiała ponadprzeciętny talent techniczny, który wzmocniony zapałem, zaowocował najwyższymi ocenami przełożonych. Kiedy w końcu została przydzielona do załogi, początkowa nieufność męskiej części, spowodowana wyżej wymienionym idiotyzmem (bo przecież wniosek z niego mógł być tylko jeden: wystarczy być kobietą, bez predyspozycji i kwalifikacji, żeby trafić na stanowisko bojowe), ustąpiła szacunkowi, a wreszcie zaufaniu. Naturalnie, Szpilka chodziła na marsze z piorunkiem na sztandarach, skandowała odpowiednie hasła, a nawet raz udzieliła wywiadu dla Wysokich Obcasów, gdy akurat w wyniku jakiejś akcji propagandowej, przełożeni zmuszeni byli wpuścić na kompanię aktywistkę dziennikarską. Aktywność ta, nie wynikała jednak z głębokiego wewnętrznego przekonania o słuszności sprawy, a była raczej efektem indoktrynacji otoczenia, które to zjawisko tak często demoluje młode, nieukształtowane jeszcze umysły. I oto, Szpilka targana sprzecznymi emocjami, mimo udziału w zgromadzeniach pod wezwaniem Elizy Michalik, ku zgorszeniu towarzyszek, czerpała grzeszną satysfakcję z niewybrednych żartów męskiej części kompanii na temat jej rozbuchanej kobiecości. Stąd wziął się jej pseudonim, bo koledzy z załogi notorycznie domagali się, żeby zaczęła wreszcie na stanowisku bojowym występować w szpilkach i uniformie pin-up girl. Zrobili nawet na jej cześć odpowiednią grafikę, która miała stać się maskotką czołgu, ale po piekielnej awanturze w dowództwie, musieli ją usunąć z pancerza.
Dlaczego właściwie wstąpiła do armii? O to pytała ją dziennikarska aktywistka. Wypowiedziała wtedy jakieś banały, których tamta i jej naczelna oczekiwały, coś o kobiecej ambicji, świadomości przewagi feminizmu nad patriarchalnym, opresyjnym systemem społecznym, i tym podobne kretynizmy, którymi w gruncie rzeczy gardziła. Sama, po cichu, również zadawała sobie to pytanie. Po co tu była? I w chwili szczerości z samą sobą, kiedyś na nie odpowiedziała. Wstydziła się tego, bo wiedziała, że środowisko, które ją promowało, byłoby oburzone, może nawet wykluczyłoby ją ze swoich szeregów i publicznie napiętnowało. Ale w głębi duszy, nie potrafiła się tego wyprzeć. Pociągali ją mężczyźni mający władzę. Pragnęła silnego, dominującego mężczyzny, któremu mogłaby zaufać i oddać się bez reszty. Być jego poddaną. O tak! To ją fizycznie podniecało, to było jak perwersyjny, zakazany owoc. Wiedziała, że popełnia ciężki grzech wobec ideologii, która opanowała sferę obyczajową. Im bardziej wmawiano jej, że powinna być niezależną, samodzielną, gardzącą męskim towarzystwem feministką, tym bardziej tęskniła za byciem zdominowaną. Nowa ideologia kazała jej walczyć z męską dominacją. Ba! Ale ona właśnie tej dominacji szukała, pragnęła jej. Oddać się całkowicie, pozwolić mu decydować o sobie. Służyć mu, być posłuszną. Ale do tego potrzebowała zaufania, kogoś, kto sam zasłużyłby na jej oddanie. W cywilu spotykała samych dupków, niewartych zainteresowania. Pokolenie, w którym dojrzewała było pozbawione męskiego pierwiastka. Pomyślała, że właściwie największymi przegranymi tego ideologicznego szaleństwa, były kobiety, siłą wyrwane z objęć zafascynowanych nimi i za to napiętnowanych, mężczyzn. Mężczyzn czasem brutalnych, samolubnych, nierzadko mało czułych, ale jednak tak rozkosznie uroczych i pożądanych. Mężczyzn, bez których życie traciło smak i sens. Gdzie jesteś Rudolfie Valentino, Johnie Wayne, Alainie Delon? Świat dotarł, oto, do takiego etapu rozwoju ideologii, gdzie „fakty teoriom, bowiem przeczą, a to jest karygodną rzeczą”.
Do czego dziś doprowadziła planowa eksterminacja męskości? Patrzyła wokół siebie i była przerażona. Brzydziła się tymi wszystkimi zniewieściałymi chłopiętami z pomalowanymi paznokciami. Pseudo mężczyźni o wykastrowanych duszach, którzy otaczali ją w cywilnym świecie, byli produktem opanowanej przez marksizm popkultury. Była inteligentniejsza od większości z nich i miała bardzo wysokie wymagania. Dlatego wciąż pozostawała samotna i dlatego wstąpiła do armii. Szukała dowódcy, swego pana i władcy.
Czwartym członkiem załogi, był właśnie dowódca, porucznik Igor Klimowski, pochodzący z Białegostoku, absolwent Akademii Wojsk Lądowych. Jako osobnik introwertyczny, pozostawał dla otoczenia na ogół niedostępny. Zamknięty w swoim świecie, nie udzielał się towarzysko i w jednostce uważany był za gbura. Jego wrodzony sceptycyzm, inteligencja, erudycja i chłodne traktowanie rzeczywistości, uczyniły go odpornym na zewnętrzne wpływy. Trzymał na dystans zarówno aktywistów klimatycznych, Świadków Jehowy, narodowców, tępych wyznawców regulaminu wojskowego, jak i piewców wszechmocy NATO, które w razie czego miało ich obronić. Wrodzona gburowatość i zauważalny brak szacunku dla głupszych od siebie, wyższych stopniem oficerów, niweczyły szanse jego awansu, co jednak przyjmował ze stoickim spokojem. Złośliwi koledzy z jednostki, chcąc jakoś wyszydzić postawę Igora, którą odbierali mylnie jako chęć wywyższenia się, przezwali go Szajbą, na cześć bohatera starego filmu o trzech Shermanach zdobywających zuchwale złoto w wyzwalanej spod niemieckiej okupacji Francji. A może po prostu chcieli w ten sposób ocieplić wizerunek gbura, kto to wie… Poza tym Igor, w rzeczy samej, nieco przypominał Donalda Sutherlanda. Jakby nie było, szczerze nie cierpiał swego przezwiska, ale rzecz jasna, nie zdradzał się z tym, bo to tylko pogorszyłoby sytuację.
I to już wszyscy, ot przeciętna załoga, przeciętnego Abramsa. Gdyby ta historia opisana była w scenariuszu serialu Netflixa, ktoś z nich byłby z pewnością sympatycznym Murzynem, inny homoseksualnym Azjatą, a Szpilka miałaby skłonności do kobiet. Ale to nie był Netflix, tylko proza życia i jak na złość, wszyscy byli biali i heteroseksualni. Nuda.
Gdy ucichła turbina, w załodze zapanowało pewne rozprzężenie. Karol otworzył właz swego stanowiska, zmrużył oczy od porannego słońca i sięgnął po komórkę, w poszukiwaniu wieści z frontu wschodniego. Szpilka zdjęła na chwilę hełmofon i zaczęła poprawiać włosy, a Ministrant przymocował gumą do żucia obrazek ze Świętym Jerzym, który odkleił się był od obudowy spustu armaty. Szajba mocował się z radiem, próbując bezskutecznie wywołać dowództwo.
– Foxtrot-Tango, Foxtrot-Tango, tu Sierra dwanaście, odbiór!
Ale cisza była mu odpowiedzią. Radio milczało. Jego flegmatyczne przekleństwo zbiegło się z soczystą kurwąmacią Karola, który nie mogąc połączyć się z Internetem stawał się niemiły dla otoczenia.
– Nie mam zasięgu… – Jęknął.
– Foxtrot-Tango, Foxtrot-Tango, tu Sierra dwanaście, odbiór! – Nie dawał za wygraną Szajba.
Nic. Cisza. To było co najmniej dziwne. Zmienił częstotliwość. To samo.
– Ja też nie mam Internetu! – poskarżyła się Szpilka. – Ty, Ministrant, a ty masz zasięg?
– Dzieci Tik Toka… – Westchnął Ministrant z pogardą, nawet nie dotykając komórki.
– Co jest, kurwa z tym radiem?! – mruczał pod nosem Szajba.
Nie mając łączności, nie wiedzieli, co mają dalej ze sobą zrobić. Zakończyli strzelanie, dalsze instrukcje mieli dostać przez radio. W tej części poligonu byli jedyną załogą, dopiero gdzieś daleko, pod linią drzew, jakaś maszyna wierciła się na stanowisku.
W kraju od dłuższego już czasu trwał proces dostosowywania aparatu państwowego do najnowszych standardów unijnych, w związku z czym coraz więcej instytucji, urzędów, mechanizmów gospodarczych, przestawało działać. Państwo pogrążało się stopniowo w chaosie, nikt jednak z tego powodu nie protestował, nie wychodził na ulice, nie próbował przeciwdziałać, bo nikt nie definiował tych zjawisk, jako zagrożenia. No, prawie nikt. Ci, którzy byli odpowiedzialni za owe zmiany, brali wystarczająco duże pieniądze za milczenie i dezinformację, a ci, którzy nie brali i rozumieli, co się dzieje, szykowali się do ucieczki i też milczeli, żeby nie wywoływać paniki i nie prowokować konkurencji. Tak zwane masy, terroryzowane coraz to nowymi ograniczeniami i potencjalnymi karami za próbę niesubordynacji, spuszczały coraz bardziej głowy i przyginały karki do ziemi. Nie mając żadnego potencjału sprawczego, przyjmowały w milczeniu kolejne fale indoktrynacji, a to tęczowej, a to klimatycznej, która całkowicie rozmaczała im umysły. Jeśli nawet kiedyś stanowili potencjał do stawienia oporu (a o to bym się nie zakładał), to dziś, po latach tresury stanowili już tylko bezmyślne, ogłupione, ubezwłasnowolnione stado bydła. O żadnym oporze nie było mowy. Wciąż zachowywano jednak pewne pozory, gdyż od mitycznego roku 1989, nadal było to konieczne, już nie na potrzeby tubylców, ale ze względu na specyfikę polityki międzynarodowej. I tak oto, pomimo faktycznej władzy brukselskich komisarzy ludowych, wciąż ogłaszano jakieś wybory. Ostatnio były to wybory prezydenckie. Facet, którego jacyś nieliczni, zdezorientowani entuzjaści wybrali na to fikcyjne stanowisko, był postacią idealnie pozbawioną jakichkolwiek właściwości, taki nijaki. Niewielu potrafiło przypomnieć sobie jego nazwisko, rządy prawdziwych państw ignorowały go, a w roli głowy „państwa” wymieniany był przez media tylko jako żyrant kolejnych unijnych fanaberii. Jego poprzednicy (jak również niespełnieni kandydaci), w większości zarejestrowani przez odpowiednie służby jako TW: Wolski, Bolek, Alek, Olin, Carex, Must, Litwin, Student, Oskar i wielu innych, tworzyli niekończący się, radosny festiwal agentury, przy mimowolnej akceptacji nieświadomych niczego i obojętnych, w gruncie rzeczy, mas. Cała ta barwna menażeria budowała od czasu umowy pod okrągłym stołem fikcję, atrapę państwa, ku nieskrywanej uciesze zewnętrznych sił politycznych.
Ten nowy był jednak tak nieistotny, że, przez nieuwagę, być może w ogóle nigdzie nie był zarejestrowany.
Stopniowo zamierała gospodarka, tłamszona socjalistycznymi kamieniami u szyi, to znaczy, przepraszam, milowymi. Służba zdrowia dawno już straciła potencjał nawet do stwarzania pozorów leczenia kogokolwiek, a resort edukacji, okupowany przez ideologów nowego, wspanialszego (bo bezbolesnego) komunistycznego raju, produkował kolejno roczniki niedouczonych, niepiśmiennych i nieczytatych półgłówków i kretynów. Wszystko stopniowo się rozpadało.
Nie dziwne, zatem, że w końcu przestała działać wojskowa łączność radiowa, pomyślał filozoficznie Szajba.
Wiedział, że zabiegi wokół armii były stosunkowo najdelikatniejsze i najbardziej dyskretne. Odebranie zwierzchności władz lokalnych nad siłami zbrojnymi i przekazanie ich pod jurysdykcję unijną, było kwestią wrażliwą i wymagało działań w białych rękawiczkach. Plan przejęcia panowania nad armiami państw członkowskich drugiego gatunku, był najbardziej ryzykownym elementem całego procesu. Nie chodziło nawet o ewentualny opór spacyfikowanych lokalsów, kluczowe było niewybudzenie z letargu, zaangażowanych na Dalekim Wschodzie Amerykanów. Manewr ten można było przeprowadzić tylko podczas stosunkowo spokojnego okresu, bez ofensyw na froncie wschodnim, bez zaciskających się kleszczy wokół stolic państw bałtyckich. Cisza i spokój były warunkiem powodzenia.
Jak na złość, kilka dni wcześniej doszło do incydentu nad granicą polsko-litewską. Sowiecki, (nazywany powszechnie rosyjskim) Su-24 naruszył natowską przestrzeń powietrzną, co jeszcze nie byłoby niczym niezwykłym. Ale w odpowiedzi na wysłanie pary dyżurnej F-16, jako osłona bombowca pojawiły się trzy Su-35. Sowieckie załogi sztukę prowokacji opanowały do perfekcji, incydenty powtarzały się regularnie. To było jak wymachiwanie odbezpieczonym pistoletem. Kiedyś musiał wypalić. Nie wiadomo, komu pierwszemu puściły nerwy, kto pierwszy otworzył ogień, ostatecznie nie miało to już znaczenia. Znaczenie miały dwa płonące wraki maszyn, dopalające się na polu, kilkadziesiąt kilometrów od Wilna. Piloci Su-24 nie zdążyli się katapultować, pilot polskiego myśliwca osiadł bezpiecznie pod czaszą spadochronu.
Zamiast medialnego rwetesu, sowieci (zwani Rosjanami) natychmiast wysłali z Białorusi, jakby na tę okazję trzymaną tam, brygadę pancerną w kierunku granicy z Łotwą.
Amerykański ambasador w Warszawie, nie bawiąc się w pozory, rozkazał lokalnemu prezydentowi ogłoszenie mobilizacji.
Ale wtedy wydarzyło się coś nieprzewidzianego.
Załoga naszego znajomego czołgu, nie znając tajemnic procesu, w wyniku którego trafili na poligon z magazynem załadowanym ostrą amunicją, wykonała ćwiczenie ogniowe i oto, pozbawiona łączności czekała bezradnie na rozwój wypadków.
Szajba, po następnej bezowocnej próbie kontaktu, klął cicho pod nosem. Karol, pozbawiony dostępu do Internetu, również klął. Ministrant, zapomniawszy na chwilę o Bogu i Ojczyźnie, zajął się z nudów sprawdzaniem kalibracji celownika. Szpilka otworzyła suwaną klapę magazynu amunicji i bezwiednie dotknęła sabotu kolejnego pocisku, przeżywając erotyczny dreszcz, targający jej ciałem.
Nagle radio ożyło, zatrzeszczało, pisnęło zakłóceniami i ze słuchawek popłynęły dziwaczne słowa.
– Żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego! Zwracam się do was jako zwierzchnik sił zbrojnych i prezydent państwa. Nasza ojczyzna stanęła w obliczu wyzwania, które wymaga od całego narodu wysiłku i poświęcenia. Nasi przodkowie, dali nam przykład, jak należy postąpić w… – Trzaski i piski przerwały na chwilę transmisję. Po chwili głos powrócił, nieco zniekształcony, ale zrozumiały. – … nakazuję pozostać wiernym przysiędze i nie reagować na próby uzurpatorów do zdestabilizowania… Wszystkie jednostki natychmiast wykonają rozkaz naczelnego dowódz… – Tym razem zakłócenia i piski były tak głośne, że Szajba musiał przyciszyć radio.
– Co jest, do kurwy..? – Karol wpasował się w przerwę w przekazie.
Szajba nie zdążył go skląć, bo radio znowu zaczęło wypluwać słowa. Tym razem głos był inny.
– … jako Minister Obrony Narodowej, zabraniam jakiejkolwiek akcji zbrojnej. Każdy dowódca, który nie zastosuje się do moich rozkazów, będzie postawiony przed sądem. Powtarzam, pod żadnym pozorem nie stawiać oporu… – Szum i zakłócenia. I znów poprzedni głos. – … aby uniknąć bratobójczej walki. Jako zwierzchnik sil zbrojnych i głowa państwa ogłaszam pełną mobilizację w obliczu ataku nieprzyjacielskich wojsk…
– Sierra dwanaście, tu Foxtrot-Tango, jak mnie słyszysz, odbiór!
– Foxtrot-Tango, tu Sierra dwanaście, słyszę cię głośno i wyraźnie! – Szajba z wyraźną ulgą powitał normalny komunikat. – Co się tam dzieje?! Mamy wracać?
– Zostań, gdzie jesteś, Sierra dwanaście… Na razie… Są tam koło ciebie inne wozy?
Szajba obrócił zdalnie kopułkę CITV na szczycie wieży, omiatając teren okiem kamery.
– Nikogo w mojej okolicy, Foxtrot-Tango… Chociaż, nie, czekaj… Coś tu jedzie. Dystans sześćset, prędkość piętnaście…
– Zrozumiałem, Sierra dwanaście! Niech do ciebie podjedzie. Tylko nie strzelaj do niego, na miłość boską!
Szajba zamarł na chwilę.
– Dlaczego miałbym do niego strzelać?! Pojebało cię, Foxtrot-Tango?! – Odezwał się, łamiąc regulamin.
Ale tamten już nie odpowiedział. Znów stracili łączność.
Tymczasem drugi Abrams zbliżał się powoli, jakby niepewnie. Gdy podjechał na sto metrów, zwolnił, zakołysał się i zatrzymał.
– Wodzu, co się dzieje? – Szpilka, jako jedyna pozbawiona przyrządów obserwacyjnych, nie widziała nadjeżdżającego czołgu.
– Zatrzymał się… – Wycedził Szajba przez zęby. – Stoi… i się gapi. – Dodał, widząc obracającą się kopułkę kamery tamtego wozu.
Nagle wieża przybysza zaczęła się wolno obracać lufą w ich stronę.
– Wodzu… – jęknął Ministrant.
– Widzę! – Podniósł nieco głos. Sytuacja robiła się idiotyczna.
– Co robimy?
– To samo! Wyceluj w niego. – Powiedział cicho Szajba, a sam obrócił w stronę tamtego „pięćdziesiątkę” zamontowaną na CROWS-ie.
Stali tak przez chwilę, mierząc do siebie, jakby zaskoczeni własnymi reakcjami. Ta westernowa scena nie mogła jednak trwać wiecznie. Tamten pękł pierwszy. Klapa włazu na wieży otworzyła się i po chwili postać w takim samym, jak ich, hełmofonie, niezgrabnie wygramoliła się z maszyny.
– Siedzieć mi tu! – Mruknął Szajba i poszedł w ślady tamtego.
Spotkali się w połowie drogi. To był wóz z innej kompanii, ale Szajba kojarzył dowódcę. Podporucznik Jaszewski?… Jaszowski? Nie mógł sobie przypomnieć dokładnego brzmienia nazwiska. W pułku znany był powszechnie jako Jaszu. Oddali sobie honory wojskowe.
– Ty, Szajba, proszę ciebie, po której jesteś stronie? – Tamten zagaił pierwszy.
– Po jakiej stronie, kurwa?! Co tu się dzieje? Też wam radio przerywa?
– Więc nic nie wiesz?
– Co mam, kurwa wiedzieć? Pobraliśmy amunicję i pojechaliśmy na strzelnicę. Jak skończyliśmy, próbowałem wywołać dowództwo, ale złapaliśmy rwane przemowy jakichś kretynów, robiących sobie jaja…
– Nad ranem doszło, proszę ciebie, do… – Jaszu przez chwilę szukał odpowiedniego słowa. – … rozłamu… w dowództwie.
– Co ty pierdolisz? Jakiego rozłamu? O co chodzi?!
– Sam niewiele wiem… Podobno po tej aferze nad Litwą, jak Ruscy ruszyli na Rygę i Tallin, Amerykanie uruchomili artykuł piąty. Ale Berlin, proszę ciebie, się zbuntował i chciał przejąć na rympał kontrolę nad armią i wygasić mobilizację. U nas, na Litwie, w Rumunii… Podobno minister obrony i prezydent wzięli się za łby… Część dowódców jest lojalna wobec jednego, część wobec drugiego…
– Stary, weź mi tu nie pierdol, jaki prezydent?! Nikt nawet nie wie, jak on się nazywa, przecież to kukła!
– No tak… Ale Amerykanie go nagle poparli i…
Szajba nie skomentował. Wyjął z kieszeni paczkę Cameli i poczęstował tamtego. Zapalili.
– No i co teraz?
– A mnie skąd wiedzieć? No to wpadliśmy, proszę ciebie, w epicką awanturę. Gadałeś z dowództwem? – Jaszu zaciągnął się z lubością dymem.
– Ta… Zabronili mi do ciebie strzelać …
– Miło z ich strony… Czy oni…?
– Nie mam pojęcia. Straciłem łączność. A ty, co masz zamiar zrobić?
– Bo ja wiem… Trzeba zaczekać na rozwój wypadków. Nie ma się co spieszyć.
– A nie sądzisz, że powinniśmy wykonać rozkaz któregoś z tych dwóch?
– Tak? A którego? – Jaszu uśmiechnął się sardonicznie.
Szajba zamilkł i patrzył przez chwilę w bezchmurne niebo. Co tu właściwie robił, kim był w całym tym zamieszaniu? Fikcyjność tego tworu państwowego była dla niego oczywista, był zbyt inteligentny, żeby tego nie zauważać. Dopóki świat trwał w stanie względnej równowagi, ten domek z kart stał sobie w kącie Europy, udając prawdziwe państwo. Kiedy tylko wicher historii zawiał z siłą huraganu, konstrukcja zaczęła się rozpadać. A jednak poświęcił się karierze w armii, która była w tej sytuacji… Właśnie, czym? Zbrojnym ramieniem? Czyim? Warszawy? Berlina? Może Amerykanów? Szczerze przyznał się do całkowitej ignorancji. Dopóki sytuacja nie przyparła go do ściany, robił, co mu kazali. A teraz? Co miał zrobić w chwili, kiedy mleko się rozlało, kiedy prysły pozory, a dykta i paździerz wyjrzały zza odpadającej farby? A może to ruska prowokacja? Może Ruscy nadal kręcą tu swoją politykę, używając agentury? Chciał, żeby to wszystko było prostsze, klarowniejsze. Był gotowy jechać na wschód, pod granicę, albo dalej, na Wilno, czy Rygę. Tam było jego miejsce. Walcząc z Ruskimi, czułby, że broni też swojego domu w Białymstoku. Strzelanie do nich wydawało mu się jedynym sensownym działaniem w obecnej sytuacji. Do tego się szkolił, na to był gotowy. Ale czy można skutecznie bronić swojego domu, angażując się w tę fikcję, stając się narzędziem w rękach zewnętrznych, wrogich sił? Czy nie ma innej drogi? I tak, jakieś drobne zachwianie, delikatne zawirowanie, zmieniało nagle cały jego świat. Przerwana łączność w obecnej sytuacji wytworzyła dziwaczną okoliczność. Oto stali na poligonie, w swojskim, dobrze znanym krajobrazie, a tam niedaleko, tuż obok, wcale nie na polu bitwy, rozgrywał się jakiś niezrozumiały dramat, w wyniku którego zawaliły się fundamenty ich armijnej hierarchii. Byli niczym osamotniony oddział, pozbawieni świadomości taktycznej (o strategicznej nie wspominając), okrążony i niepewny swego statusu w rozgrywającym się starciu. Odpowiadał za losy trojga ludzi, ale sam był tylko częścią większej całości, drobnym trybikiem wielkiej machiny. Co robić? Czekać, aż z tego chaosu wyłoni się nowy ład? Zdać się na łut szczęścia i rzucić monetą? A może podjąć już teraz samodzielnie decyzję i wybrać zanim zostaną wybrani?
Walczyć i umierać za Brukselę? Wolne żarty…
– Wiesz, póki co, jesteśmy związani przysięgą… Tego nikt nie cofnął… na razie. – Jaszu jakby czytał w jego myślach.
– Więc co, chcesz się opowiedzieć za tym, jak mu tam… Tym niby-prezydentem? I za… Amerykanami?
Jaszu popatrzył na niego bystro. Obaj czuli, że od tej decyzji może zależeć ich… Wszystko.
– Jeśli armia go posłucha, znaczy… prezydenta, on i tak nic bez nas nie będzie znaczył. Jego siła, to my, nasze czołgi… W tej rozgrywce, to my jesteśmy wielkim, pikowym pokerem. I bezpieka i policja i cała polityczna agentura, to w tym rozdaniu blotki.
Szajba od pewnego już czasu oswajał się z tą myślą. Zamach stanu…
– Nawet trudno byłoby to nazwać zamachem stanu – Jaszu znowu czytał mu w myślach. – Bo formalnie wciąż on jest naszym zwierzchnikiem. Berlin dał dupy, bo nie przejął jeszcze wszystkich struktur państwa. A może po prostu sytuacja wymknęła im się spod kontroli. Tak, czy inaczej, wciąż podlegamy prezydentowi.
– No nie! Bezpośrednio podlegamy pod MON.
– Nie komplikuj. Ciekawe, wobec kogo jest lojalne dowództwo dywizji…
Po tych słowach Szajbie zachciało się krzyczeć. Nagle coś go tknęło.
– Ty, Jaszu, wy też nie macie teraz łączności?
– Radio głupieje. I zdaje się, że ktoś blokuje sieć komórkową. Nie mamy Internetu…
– Ktoś… – Parsknął Szajba.
Jaszu cisnął na ziemię niedopałek Camela i splunął. Milczeli przez chwilę. Czuli, że wyczerpywał się właśnie ich limit bezczynności.
– Muszę pogadać z załogą. – Szajba spojrzał wymownie na podporucznika.
– Jasne, rozumiem. My tu zaczekamy… na waszą decyzję.
Wrócili do maszyn.
– Słuchajcie, załoga… – Szajba starał się precyzyjnie dobierać słowa. – Macie chyba pierwszą w karierze okazję do podjęcia demokratycznej decyzji, co do swojej dalszej misji. Pierwszą… i na pewno ostatnią, więc dobrze się zastanówcie… Jest tak…
Kiedy skończył najpierw zapadła cisza. A potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie.
– Spokój! Każdy wypowie się po kolei. Karol pierwszy.
Widawski, gdy przyszło do indywidualnej wypowiedzi, nagle stracił rezon. Rzecz jasna, nic nie rozumiał z zaistniałej sytuacji. Dlaczego mają sami podejmować decyzję? Gdzie się podziało dowództwo? On był od kierowania czołgiem, nie od takich dylematów. W armii czuł się komfortowo, między innymi z tego powodu, że nie musiał sam podejmować trudnych decyzji. Od tego byli inni, Szajba i ci wyżej od niego. Karol odpowiadał za swoje podwórko i było mu z tym dobrze. Robił swoje, był w tym mistrzem, wiedział o tym. Bezczelnością losu było wyrwanie go z tej nirwany i zmuszanie do myślenia. Od myślenia był dowódca, do cholery! Karol płacił właśnie cenę za ignorancję i ślepe poświęcenie się swojej jedynej pasji. Bolesne przebudzenie w nowej rzeczywistości było dla niego szokiem. Nagle jego poukładany świat produktów myśli inżynierskiej uległ chaosowi równoległej rzeczywistości, niuansów, dylematów i zależności, których istnienia nawet nie podejrzewał. Co robić?
– Trzymajmy się rozkazów… – Wydukał w końcu.
– Czyich, tumanie, czyich?! Tłumaczę ci, że dostaliśmy właśnie dwa, sprzeczne ze sobą! – Szajba tracił powoli cierpliwość. – Ministrant, jakie jest twoje zdanie?
– Nie przysięgałem wierności eurokołchozowi! – Ministrant, w odróżnieniu od Karola, nie miał wątpliwości.
Jego dusza rwała się do czynu. Działanie było lepsze od bezczynności. Zwłaszcza, gdy ojczyzna w potrzebie. Po co te pytania?! To jasne, co powinni zrobić! Skoro nadarzała się okazja, skoro inicjatywa była po ich stronie, trzeba to wykorzystać. Zbuntować się przeciwko okupantowi, nie rzucać ziemi, skąd ich ród, zetrzeć na proch krzyżacką zawieruchę! A potem ruszyć na Moskwę! Może trochę nieświadomie, przypadkowo, ale udało mu się uchwycić sedno problemu. Zagrożenia czyhały z obu stron. Zagrożenia, przed którymi stali wszyscy, bez względu na narodowość. Niemcy, Rumuni, Litwini… Rosjanie, jeśli jacyś w ogóle jeszcze się uchowali po sowieckiej hekatombie. Ministrantowi nie starczyło, niestety przenikliwości, żeby sojuszy szukać ponad narodowymi granicami, wśród wszystkich wolnych jednostek ludzkich, ale cóż, któż z nas jest doskonały?
W głowie rozbrzmiały mu dźwięki znane od dzieciństwa.
Ostatnia szarża, ostatnia szarża,
Trąbka zagrała, koń zarżał!
– Nasze miejsce jest pod Rygą! Mamy strzelać do Ruskich, a nie słuchać jakichś pedałów z Brukseli! Jedźmy na wschód! – W jego głosie pobrzmiewał świst szabel ułanów spod Radzymina, szum husarskich skrzydeł i łopot biało-czerwonej nad Monte Cassino.
Szajba westchnął tylko i popatrzył na Szpilkę.
– A ty, dziecinko? Co ty o tym sądzisz?
Zadrżała lekko pod spojrzeniem jego błękitnych oczu. Pomyślała, że mogła wybrać łatwiejszą ścieżkę kariery. Proponowano jej stanowisko inspektora ekologicznego. Odkąd narzucono w armii unijne standardy ekologiczne, w każdej kompanii drugą najważniejszą (a czasem nawet pierwszą) figurą był oficer odpowiedzialny za realizację nowych wytycznych. Robota była łatwa, stanowisko nie wymagało ani szkolenia bojowego, ani ukończenia Akademii, wystarczyło przejść krótki kurs i dzięki narzuconym odgórnie rozkazom, delikwent stawał się w jednostce półbogiem. Inspektor ekologiczny kontrolował czas pracy silników na jałowych obrotach, obieg smarów i płynów ustrojowych maszyn, ustalał czas trwania ćwiczeń i operacji bojowych, w zależności od stopnia emisji śladu węglowego, mógł zdymisjonować szefa mechaników, mógł udzielić nagany dowódcy jednostki. Mógł wiele. Podobno w siłach powietrznych jeden z nich przeforsował stosowanie zewnętrznych, odrzucanych zbiorników paliwa z biodegradowalnej masy ryżowej i wszystkie F-16 miały być od teraz tak właśnie ekwipowane na misje bojowe (trochę paliwo wyciekało, ale co tam!). Szpilka jednak odmówiła objęcia takiej posady, wolała uczciwą służbę bojową. Potem, kiedy stała się już częścią organizmu, nie raz widziała reakcję starego wojska na patrzących mu na ręce politruków. Kiedyś w kasynie siedzieli z mechanikami przy piwie. Ktoś, zauważywszy na horyzoncie inspektora eko, rzucił od niechcenia:
– Kontrol, panie szefie! Kontrol idzie!
Szef mechaników, lekko już wstawiony, popatrzył zdziwiony na mówiącego, czknął, zmrużył oczy, po czym przemówił teatralnym szeptem:
– Ekolog?! Poważnie?! Żywy ekolog? No to na co czekasz, kochanieńki? W łeb go, póki jest w ziemskiej powłoce!
Sierżant-szef musiał się potem długo tłumaczyć z tych słów, a Szpilka zrozumiała, jak słuszną podjęła decyzję, odmawiając zaciągu na stanowisko ekooprawcy.
Nie spodziewała się jednak, że jako ładowniczy w czołgu będzie zmuszona do rozwiązywania takich dylematów. To było ponad jej kompetencje. Konflikt wewnątrz armii był czymś nie do pomyślenia. Nie mieścił jej się w głowie. Z trudem wyobrażała sobie siebie na wojnie, bała się tego, a jednak chyba potrafiłaby ten strach przemóc. Ale wystąpić przeciw części swoich przełożonych? Wobec takich turbulencji była bezsilna. A jednak miała oto zmierzyć się z tym kompletnie dla niej obcym problemem.
Popatrzyła raz jeszcze w oczy Szajbie. Były błękitne, takie błękitne…
– Zdaję się całkowicie na ciebie, wodzu. – Powiedziała w końcu. – Zrobię, co rozkażesz…
Szajba uniósł brew, westchnął zrezygnowany, zamyślił się na chwilę, potem zaklął wulgarnie, otworzył górny właz i wysunął się z wieży.
Jaszu już na niego czekał, w zaparkowanym tuż obok Abramsie.
– No i jak u ciebie głosowanie?
– Dwoje nic nie kuma i nie dowierza, że to wszystko na serio, a trzeci chce stawiać kosę na sztorc i ruszać w pole… A u ciebie?
– Podobnie… – Westchnął Jaszu. – Tylko proporcje odwrotne.
– Czyli, co? Idziemy na Ruska?
Jaszu pomilczał chwilę, popatrzył w niebo, jakby tam szukając wsparcia.
– Myślisz, że będziemy za to wisieć? – Zapytał.
– Nie, kara śmierci została zniesiona…
– Słuchaj, bez prawdziwego przywódcy, to i tak się nie uda. Potrzebny jest ktoś… – Jaszu zamilkł nagle, nie mogąc znaleźć właściwego słowa.
– Nasz, rodzimy, swojski Pinochet? – Mruknął od niechcenia Szajba.
Jaszu popatrzył na niego z mieszaniną zdziwienia i przerażenia. Szajba nie spodziewał się, żeby jego kompan znał nazwisko tego generała i rozumiał rolę, jaką tamten odegrał w odległym Chile. Dziś mało kto zawracał sobie głowę takimi głupotami, jak historia. A jednak, najwyraźniej Jaszu znał i rozumiał. Stąd jego reakcja.
– Boisz się tego, co? Spokojnie, gringo. Tu nikogo takiego nie ma… – Trudno było stwierdzić, czy w głosie Szajby dominowała ulga, czy smutek.
Pomilczeli jeszcze chwilę, delektując się swoją bezradnością. Zapalili po Camelu, patrząc na snujący się w bezwietrznym powietrzu papierosowy dym. Potem spojrzeli na siebie, nie kryjąc budzącej się w nich determinacji.
– Ruszamy? – Rzucił Jaszu.
– Ruszamy, gringo…
Zasalutowali i poszli do swoich maszyn. Po chwili Abramsy rzygnęły czarnym dymem, odezwały się basem turbiny. Oba czołgi potoczyły się przez błotnistą ziemię. Jechali wolno, ramię w ramię. Jaszu i Szajba wysunęli się z włazów w wieżach, milcząc patrzyli na linię horyzontu. Mieli świadomość swojego znikomego znaczenia, niemal całkowitej bezradności wobec obojętnej rzeczywistości. A jednak podjęta wspólnie, niewypowiedziana na głos decyzja, pchała ich naprzód.
Chwilę potem minęli pierwsze zabudowania.
***
Dziś, po latach, trudno byłoby odtworzyć losy tych ludzi.
Czas zatarł ślad…
Byli tak nieistotni w całym tym zamieszaniu, że nie zapisali się na kartach historii. Jakiś skrupulatny badacz mógłby co najwyżej trafić na niepotwierdzone plotki i niejednoznaczne wskazówki, gdzieś w czeluściach Internetu. Ale z tych okruchów nie dałoby się zbudować spójnego obrazu, zbyt wielu świadków przepadło bez wieści. Zresztą, kto by się zagłębiał w tę historię, skoro świat pędzi do przodu z taką prędkością? Komu potrzebne są wspomnienia?
Tak więc pozostały tylko ulotne drgania strun pamięci, tych nielicznych, którzy o nich czasem myślą. To zbyt mało, żeby ułożyć choćby wiersz. W zamian, gdyby ktoś chciał, mógłby zanucić starą, bardzo starą pieśń, znaną w kilku wersjach językowych, dość uniwersalną, by opiewała również i tę historię. Powtarzające się pytania przywołałyby może ich twarze.
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Jasne kwiaty…
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Czas zatarł ślad…
Tak, ktoś mógłby tę pieśń zanucić… Ale nikt tego nie zrobi, bo zabroniono ją śpiewać, wciągnięto ją na czarną listę utworów zakazanych, propagujących nieprawomyślny światopogląd. Miała ona jakoby promować znienawidzony, patriarchalny, homofoniczny system społeczny i śpiewanie jej podpadało pod jakiś paragraf.
Więc pieśń ta przetrwała tylko w szumie liści i plusku wody. Dobre i to, bo przecież nie można pozwolić, żeby jacyś barbarzyńcy zamilczeli ze szczętem tak piękne dzieło.
Gdzie dziewczęta z tamtych lat?
Za chłopcami poszły w świat.
Kto wie, czy było tak… kto wie, czy było tak?