Benito Cereno i dylemat suwerena
Flights of troubled grey fowl, kith and kin with flights of troubled grey vapours among which they were mixed, skimmed low and fitfully over the waters, as swallows over meadows before storms. Shadows present, foreshadowing deeper shadows to come.
Herman Melville, Benito Cereno
Kapitan jest dyktatorem na statku, zwłaszcza na pokładzie żaglowca, zdanego bez reszty na wiedzę i umiejętności dowódcy, w przeciwieństwie do współczesnych nam bezdusznych skorup pozbawionych charakteru, prących naprzód na automatycznym pilocie, obojętne z której strony wiatr dmucha. „Pierwszy po Bogu”, nazywa się pozycję kapitana, choć nie w języku angielskim, najściślej przecież związanym z marynistycznymi tradycjami. Kapitan jest dyktatorem, od którego wyroków na morzu nie ma żadnego ziemskiego odwołania. Marlow przytacza osobliwe pytanie rzucone w retorycznym impecie przez jakiegoś rozbisurmanionego bosmana: „co sprawia, że kapitan nie robi piekła na statku?” Coś działa jako hamulec i inspiracja jednocześnie. Kapitan ma wprawdzie absolutną władzę na statku, ale poddany jest wyższej moralności. I w tym sensie, kapitan żaglowca jest idealnym modelem suwerena.
Cóż to jest władza? Analizując słynną anegdotę o Aleksandrze Wielkim i piracie, Augustyn zauważył, że większość królestw na świecie to tylko bandy rzezimieszków na większą skalę. Gang jest grupą rabusiów pod wodzą zbira, który dzieli łup wedle uzgodnionej konwencji. A czymże innym jest pogańskie państwo, pytał wielki Święty? Władza bez sprawiedliwości jest gangsteryzmem. Nawet Rousseau, ten oświeceniowy poganin, dostrzegał, że zbój z pistoletem w ręku ma władzę, choć jakościowo różną od władzy państwa.
Absolutyzm królewski, tak rozpowszechniony w Europie między XVI i XVIII wiekiem, był rozciągnięciem pogańskiej koncepcji na nominalnie chrześcijańskie państwa, ale spowodował nieuchronny konflikt o suwerenność. Suwerenny monarcha musiał być swym własnym uzasadnieniem, raczej niż czerpać swe prawne kompetencje z prawa naturalnego, z augustiańskiej sprawiedliwości, z nadprzyrodzonej władzy Pomazańca Bożego.
Zamiast rozgrzebywać jurystyczne koncepcje, dobrze uczynimy, pamiętając, że każda władza ma element ludzki. Niekiedy jest to władza nietzscheańskiej blond bestii, nadzwyczajnego, charyzmatycznego indywiduum, które dominuje otoczenie. Ileż to razy w historii, wybitna jednostka, wspaniała, brutalna, nieposkromiona bestia, przejęła władzę, dzięki swej oczywistej wyższości i porwała otoczenie: „jasnowłosa bestia, chciwie krążąca w poszukiwaniu łupów i zwycięstw”. Dodajmy, że ani Cyrus, ani Wallenstein, Mojżesz czy Tamerlan, nie mieli jasnych włosów… Ich władza wywodziła się z ich woli.
Żyjemy w czasach antysuwerenności, gdy nasi władcy królują, ale nie rządzą, panoszą się, a nie panują, lub na odwrót, rozporządzają nami jak gosposie w spiżarniach, ale nie mają po temu kompetencji, szarogęszą się jak prlowskie babcie klozetowe, rozkazują bez jakichkolwiek prawnych podstaw, dyrygują, choć nie znają nut, kierują bez prawa jazdy. Nasze czasy są bowiem postrewolucyjnym grzęzawiskiem. Dziwna powieść wielkiego amerykańskiego prozaika, Hermana Melville’a, sprzed prawie dwóch wieków, rzuca intrygujące światło na te moralne mokradła.
Benito Cereno jest czymś w rodzaju mikropowieści. W Roku Pańskim 1799, dobroduszny amerykański kapitan, imieniem Amasa Delano, dowódca statku wielorybniczego o pięknej nazwie, Bachelor’s Delight, napotyka w małej zatoce bezludnej wyspy nieopodal wybrzeża Chile, na dalekim południu, staroświecki hiszpański żaglowiec dotknięty ciszą morską, chorobą i głodem. Żaglowiec przewozi czarnych niewolników. Amerykanin pragnie pomóc porażonej nieszczęściem załodze, ale irytuje go wyniosły i małomówny kapitan, tytułowy Don Benito Cereno, o manierach butnego hidalgo. Stosunki na pokładzie są enigmatyczne, wręcz nie do pojęcia dla dobrotliwego Delano. Murzyńscy niewolnicy są opieszali i hardzi, pracują na zwolnionych obrotach, a biali żeglarze, zamknięci w posępnym milczeniu, wałęsają się po okręcie bez ładu.
Delano obserwuje pokłady San Dominicka i nie może się nadziwić bałaganowi i zapuszczeniu. Przypisuje je trudnemu rejsowi, ale nieuchronnie nasuwa mu się myśl, że kapitanowi Cereno brak energii i autentycznych cech przywódczych. Znajdował w nim osowiałą rezygnację, która obrażała jego kapitański charakter suwerena. Delano najchętniej zaoferowałby swą przyjaźń młodemu Hiszpanowi, otoczył go życzliwie ramieniem i udzielił mu koleżeńskich rad, ale nie odczuwał żadnej zachęty z jego strony. Don Benito jest chmurny i nieprzystępny, wygląda też na wycieńczonego i chorego, ale bywa zdecydowanie nieuprzejmy.
Jedyny, który spotyka się z aprobatą Delano, to Babo, czarny niewolnik, sługa kapitana, który nie odstępuje swego chorego pana na krok i opiekuje się nim z wyraźną miłością. Delano ma paternalistyczny stosunek do czarnych, bardzo ich lubi, ceni sobie ich prostotę i naturalną wesołość, poważa wierność i zaradność, choć nie podoba mu się, że pan i sługa szepczą między sobą w jego obecności. Dziś postawiono by jego prostoduszną życzliwość pod pręgierzem, oskarżono o rasizm, imperializm i białą supremację.
Mądry Amerykanin snuje refleksje na temat świadomej i sumiennej postawy wielu dowódców dużych statków żaglowych, postawy powściągliwej rezerwy, zbyt łatwo przemieniającej się w wyniosłą oziębłość, która przekształca kapitana w blok lodu lub upodobnia go do „naładowanej armaty, która nie ma nic do powiedzenia aż do momentu wystrzału”.
„Być może Hiszpanowi wydawało się – rozmyśla Delano – że z kapitanami jest tak, jak z bogami: rezerwa, w każdej sytuacji, musi być ich ideą przewodnią. Jednak bardziej prawdopodobne, że te pozory ospałego panowania, były jedynie próbą zamaskowania bezmyślności – nie głębokiej strategii, ale płytkiego zamysłu.”
Seguid vuestro jefe, „idź za swym wodzem” – napisane niezdarnie kredą na dziobie starożytnego hiszpańskiego statku, wywołało nieuchwytne odczucie niepokój w poczciwym Delano . Nie było jasne, czy galeon miał zwykły dziób, czy figurę bukszprytu, ponieważ płótno żaglowe niechlujnie zasłaniało dziób.
Pośród niewolników wyróżnia się ogromnych rozmiarów Murzyn, na którego Delano spogląda z podziwem. Jako jedyny na pokładzie jest zakuty w łańcuchy, ale Delano widzi w nim „królewskiego ducha”. Okazuje się, że Atufal był królem w swoim kraju, ale z suwerena przemieniony został w niewolnika.
W porównaniu ze szlachetnymi Murzynami, Cereno wydaje mu się podejrzany w swej niskiej i podstępnej przebiegłości. Obserwując osobliwą procedurę golenia Hiszpana, Delano nie może się oprzeć wrażeniu, że ma przed sobą oprawcę i skazańca przed ścięciem. Chodzi mu nawet po głowie, że obaj odgrywają niezrozumiałą żonglerkę przed jego oczami. Wahania i puste domysły Amerykanina budują napięcie: czyżby dostojny Don Benito był piratem? Szarada wyjaśnia się w nagłym wybuchu, w orgii gwałtu i śmiertelnym konflikcie między załogą Bachelor’s Delight i Murzynami, ale Delano, niezdolny do zgłębienia niegodziwości, nadal nie rozumie sytuacji. Aż wreszcie łuski spadają mu z oczu i z trudem pojmuje, że bunt na morzu oddał statek w ręce niewolników. Dowiadujemy się dalej, że Babo był przywódcą, że zamordował właściciela niewolników, przyjaciela Cereno, i przybił jego kości do dzioba statku. Zachował przy życiu białych marynarzy i kapitana, bo potrzebował ich do nawigacji w stronę Senegalu. Dla trzymania ich w ryzach, wskazywał każdemu białemu na jaśniejące bielą kości handlarza niewolników i zgrzebny napis, że mogą zawsze pójść za swym wodzem – może spotkać ich ten sam los. Sterroryzował ich do posłuszeństwa w obecności amerykańskiego kapitana.
Schwytany, postawiony przed sądem i stracony, Babo nie wypowiedział ani jednego słowa w swej obronie. Jest, ni mniej ni więcej, tylko bohaterskim przywódcą powstańców. Dzięki swej przebiegłości i dzielności, pomysłowości i męstwu, zdołał zjednoczyć skrzywdzonych i poniżonych, pokonać wraże siły ucisku, wymordować ciemiężycieli i opanować statek, choć nie udał mu się rejs do afrykańskiej ziemi obiecanej.
Powieść Melville’a została sfilmowana przez Francuzów w latach 60., ale gdyby dzisiejszy Hollywood dokonał ekranizacji, to heroiczny Babo dopłynąłby do Senegalu, a tam z triumfem usmażył Don Benito Cereno na patelni i zjadł.
W strukturze narracji Melville’a kryje się interesujący zalążek scenariusza innego filmu, który wykorzystałby co najmniej trzy różne punkty widzenia, używając konstrukcji Rashomona, Kurosawy. Najpierw opowiedzieć historię oczami Delano, potem Cereno – tyle jest u Melville’a – ale na końcu oczami Babo. W tej ostatniej wersji, wszystkie potworności opisane przez Cereno stałyby się nagle swoim własnym przeciwieństwem. Cereno i jego przyjaciel, Don Alejandro, byli tylko właścicielami niewolników, a biali żeglarze hiszpańscy, w najlepszym wypadku, dozorcami niewolników. Wobec sprawiedliwego powstania zniewolonych nie zdołali obronić swych przywilejów. Zaskoczeni buntem ze strony Murzynów, których uważali za podludzi, wzięci w niewolę – nie mogli się uporać z poniżeniem. Tymczasem heroiczni powstańcy pod wodzą Babo, jak najbardziej zasługiwać powinni na naszą sympatię, zwłaszcza w polskiej tradycji, entuzjastycznie przyjaznej wszelkim insurekcjom, powstaniom i rewoltom. Czyż Babo nie jest bliskim krewnym Jana Kilińskiego albo Jakuba Szeli?
Kapitan jest wcieleniem suwerena. Tworzy sytuację – statek na morzu; gwarantuje ją – tylko on jeden zna wszystkie parametry sytuacji: dokąd, po co, z kim, którędy, do kogo?; przyjmuje pełną odpowiedzialność za swych poddanych czyli załogę, a w zamian oczekuje całkowitego posłuszeństwa. Jego decyzja jest ostateczna; póki żaglowiec znajduje się na pełnym morzu, nie ma od niej odwołania. Ale jaką władzę zachował Don Benito Cereno wobec uzurpacji Babo? Cereno był niezbędny rebeliantom, podobnie jak na każdym pirackim okręcie, znienawidzony kapitan był koniecznością dla załogi – bez niego nie byli w stanie wyznaczyć i utrzymać kursu, a navigare necesse est. Jaka jest realna władza suwerena wobec pałki bandyty? Cereno stał się negatywem Murzyna Atufala – z króla przemienił się w niewolnika.
Niezwykła powieść Melville’a zawiera modernistyczną grę z percepcją i narracją, z punktem widzenia i interpretacją wydarzeń. Delano widzi to tylko, co chce widzieć. Jest myślącym i czującym, uważnym i odważnym człowiekiem, ale jego postrzeganie poddane jest złudzeniom podyktowanym uprzedzeniami; jest zdeterminowane a priori przyjętym schematem ludzkich stosunków, który wyparł w jego umyśle rzeczywistość. Delano jest więc reprezentantem nas wszystkich na pokładzie San Dominicka – patrzy i nie widzi, słucha i nie słyszy. Ale hiszpański galeon jest także czymś więcej. Jest symbolicznym poletkiem strasznej historii następnych wieków. Poczciwiec Delano może być widziany jako uzbrojony w najlepsze intencje dureń, jest prekonfiguracją wszystkich leninowskich pożytecznych idiotów, głuchoniemych ślepców, którzy chcą pomóc, ale niczego nie rozumieją. Z tą wszakże różnicą, że w końcu, dzięki zbiegowi okoliczności, udało mu się pomóc, gdy jego XX-wieczni prawnukowie tylko szkodzili.
Don Benito tymczasem jest inkarnacją nas wszystkich, którzy żyjemy w cieniu pałki i próbujemy znaleźć jakieś modus vivendi z uzurpacją. Wszystkich tych profesorów i dyrygentów, którzy próbowali znaleźć sobie miejsce w Niemczech pod chamskimi rozkazami nazistów, składając straszną daninę bestii każdego dnia. Ludzi, którzy usiłowali wykroić sobie coś na kształt normalnego życia w cieniu Stalina czy Bieruta, w naszej małej stabilizacji lub w tzw. postsowieckim świecie, gdzie nie ma już Babo z brzytwą w ręku, ale ta sama pałka wciąż wisi nad głową.
Tak jak rewolucyjne reżymy XX-wieczne potrzebowały „ekspertów” – prawników i tłumaczy, inżynierów i lekarzy – tak Babo potrzebował żeglarzy. Mogli przeżyć tylko tak długo, jak byli potrzebni, ale musieli także trzymać języki za zębami, musieli odrzucić prawdę i żyć w kłamstwie. W XXI wieku, nasi nowi władcy pozwalają nam na razie na więcej, ale nakazują, co myśleć i jak się wyrażać. Nie ma miejsca na uniwersytetach dla tych, co nie trzymają się linii partii, choć nikt nie potrafi wskazać palcem, gdzie jest ta partia, która z tak druzgocącą skutecznością narzuciła swą linię.
Babo zasługuje na szacunek za swą waleczność i męstwo, za stoicką postawę wobec oskarżycieli, za godność. Ale Babo reprezentuje rewolucję i skrajne okrucieństwo. Babo równa się obaleniu istniejącego porządku. Życie na statku pod władzą Babo jest odpowiednikiem egzystencji pod Hitlerem, Stalinem i Mao. To jest wegetacja w cieniu szubienicy i w bezustannym kłamstwie. Postrewolucyjny bałagan jest proroczo pokazany w zaniedbaniu San Dominicka, bo rewolucjoniści nie interesują się takimi drobiazgami, jak czyszczenie pokładów czy sterowanie, a zniewoleni eksperci robią jak najmniej ujdzie. Wszyscy niewolnicy w historii pracują na pół gwizdka (z wyjątkiem może budowniczych mostu na rzece Kwai…).
Ostatnią, ale nie poślednią, kwestią w Benito Cereno jest pytanie o istotę kontr-rewolucji. Czy może ona przybrać jakikolwiek inny kształt niż przywrócenie status quo ante? Przywrócenie właścicielom ich niewolników? Czy taki ma być cel kontr-rewolucji? Każdy inny scenariusz utrwala i uwiecznia rewolucyjne przemiany, ale i jedno, i drugie umacnia tylko najgorsze przeczucia co do przyszłości.
Shadows present, foreshadowing deeper shadows to come.