Dziwna wojna staje się coraz dziwniejsza
Znajomy powiadomił mnie, że nie rozumie, dlaczego z uporem nazywamy na naszej witrynie wojnę ukraińską „dziwną”. Cóż w niej dziwnego? Co osobliwego w tym, że Rosja chce zagarnąć Ukrainę? Dlaczego aż tak zaskakujące mają być niepowodzenia na froncie? A że armia rosyjska okazuje się kolosem na glinianych nogach, dodał z sarkazmem, nie powinno dziwić czytelnika Józefa Mackiewicza. Historia jest pełna konfliktów, które nie potoczyły się zgodnie z planem, dlaczego więc trzymać się poglądu, że coś jest w tej wojnie podejrzanego?
Co tu dużo mówić, przekonał mnie. Prawie. Mackiewicz miał wiele podziwu dla rosyjskiego wojska, ale uważał krasną armię za bandę nieudaczników. Przekonał mnie, ale nie do końca. I wtedy, jak to bywa, natknąłem się na artykuł pod znamiennym tytułem „Nieznośna dziwaczność ukraińskiej wojny”. Angielski autor imieniem Sean Thomas, któremu nieobce są osobliwości wojen, wyznaje, że po dwóch tygodniach spędzonych na Ukrainie, ta wojna wydaje mu się najdziwniejsza ze wszystkich.
Już w Przemyślu usłyszał przy piwie rozmowę między młodym Anglikiem i Ukraińcem. Wbrew oczekiwaniom, Brytyjczyk okazał się członkiem międzynarodowych oddziałów, walczących po stronie Ukrainy, a Ukrainiec był pogrążony w wyrzutach sumienia, że umknął przed poborem. Pijany Anglik namawiał Ukraińca do powrotu do ojczyzny… on sam kupił kałacha w Chersoniu, nic prostszego.
Sean Thomas jest typowym młodym Anglikiem, więc wydaje mu się, że Przemyśl, Lwów czy Czerniowce, to są „habsburskie miasta”, ale darujmy mu. We Lwowie czuje się jak w Wiedniu, tylko zbyt dużo młodzieńców bez kończyn i mnóstwo pośpiesznych zaślubin między ostrzyżonymi na krótko młodzikami i zapłakanymi panienkami. Jak dotąd, wygląda to zupełnie normalnie, jak to na wojnie. Dziwy zaczęły się w Czerniowcach.
Thomas oczywiście nie ma pojęcia o Bukowinie, o Wołochach, ani jak za króla Olbrachta wyginęła szlachta, ale on nie jest z Europy Wschodniej. Niestety, i tam, na wschodzie, rzadko kto zna historię.
Zamówił pokój w hotelu o typowo wołoskiej nazwie, Victoria Deluxe, ale taksówkarz nigdy nie słyszał o takim hotelu, nie słyszały o nim także mapy Google. Po długotrwałych poszukiwaniach, znaleźli w końcu pensjonat wyjęty z filmów o Bondzie, ukryty za murem i bramą. Ostrygi i szampan, niemożebnie piękne kobiety i goryle z Rolexami. Rolls-Royce’y na parkingu, góry kawioru i rzadkie butelki Scotcha w barze. Kogo stać na takie rarytasy w biednej Ukrainie, pogrążonej od dziewięciu lat w zbrojnym konflikcie? Och, zapomniałbym dodać, że hotel otwarto zaledwie rok temu, w lipcu 2022 roku.
Czy to jest dziwne? Takie ekscesy nie powinny dziwować tych, którzy pamiętają o niesłychanym dobrobycie i materialnym powodzeniu w Warszawie pod niemiecką okupacją, gdzie życie wrzało sycone zrzutami złota i dolarów z Zachodu. Niemcy nie mogli się nadziwić, dlaczego w zwycięskim Berlinie jest cisza i bieda, a w podbitej Warszawie aż huczy od pomyślności i wszystko można nabyć na czarnym rynku. Zachód zalewa Ukrainę pomocą w różnej formie, więc Ukraińcy, a przynajmniej niektórzy z nich, robią pieniądze na wojnie. Zelenski rzekomo wyrzucił ze swego rządu skorumpowanych polityków, ale wiadomo skądinąd, że korupcja jest najlepszym pretekstem do czystki. Wszystkie czystki Stalina i Mao, Xi i Putina, mają łapownictwo i kradzież jako wymówkę. Ukraina była w 2020 roku drugim najbardziej skorumpowanym krajem w Europie (bardziej podatnym na przekupstwo niż Albania, Kosowo czy Macedonia, a także Filipiny i Wybrzeże Kości Słoniowej), a jak wiadomo, tzw. indeks korupcji mierzy się głównie przez zepsucie władz państwowych. Innymi słowy, wszyscy kradną, a Zelenski wyrzuca tych, których pragnie się pozbyć.
To wszystko nie powinno nas dziwić. Czyżby więc rację miał mój przyjaciel, odrzucając wszelkie przejawy osobliwości tej wojny? Przyjmijmy na chwilę jego podstawowe, choć nie wypowiedziane, założenie: Ukraina i Rosja są zwykłymi, suwerennymi państwami europejskimi. Ze względu na ich długą i zawikłaną historię, Rosja ma uzasadnione pretensje do części ukraińskiego terytorium, zaczem nie może być nic dziwnego w zbrojnym konflikcie.
Jeżeli tak, to czy dziwilibyśmy się, gdyby Niemcy zaatakowały Francję w celu odzyskania Alzacji i Lotaryngii? A może także Burgundii? Jak same nazwy tych prowincji wskazują, ich historia jest długa, powikłana i z gruntu teutońska. Ponieważ tego rodzaju niemieckie pretensje byłyby dziwne, to w takim razie, przyjęcie hipotezy „normalnej suwerenności” czyni wojnę o „rosyjskość Kijowa” jeszcze dziwniejszą i z pewnością bardziej dziwaczną niż hotel Deluxe w pięknych Czerniowcach.
Andrzej Dajewski przypomniał tu niedawno, że Ukraina była jednym „z czołowych eksporterów broni i amunicji na świecie”. Cóż więc się stało z tą bronią, pytał p. Andrzej, gdy „władza ukraińska stanęła w obliczu śmiertelnego zagrożenia swojego bytu”?
I od tego czasu nie uruchomiła choćby jednej dużej fabryki amunicji do haubic, o której teraz czytam, że uzyskuje ją z „postkomunistycznej” Bułgarii.
Przyjrzyjmy się temu bliżej. W pierwszej dekadzie tego wieku, Ukraina rozbudowała swój przemysł zbrojeniowy. W 2010 roku kijowscy politycy byli dumni z faktu, że Ukraina jest szóstym na świecie eksporterem broni. (Dodajmy nawiasem, że handlowano także postosowieckim arsenałem.) W latach 2009-14 sprzedaż ukraińskiej broni osiągnęła 3% światowego handlu bronią. Ukraińska propaganda nie ustaje w korygowaniu zachodnich komentatorów, którzy twierdzą, że Putin zaatakował ich ojczyznę w 2022 roku. Nie! Inwazja zaczęła się w roku 2014. Nie należy zatem wątpić, że ogromny przemysł zbrojeniowy przestawiony został wówczas na uzbrojenie armii ukraińskiej wobec otwartej agresji rosyjskiej i zaprzestano handlu starym sprzętem sowieckim. Okazuje się jednak, że w 2019 roku Ukraina była nadal dwunastym co do wartości eksporterem broni na świecie, sprzedając 27% produkcji eksportowej do chrlu, a 23% sowietom. O, przepraszam: Rosji. Rosji, z którą była wówczas w otwartym konflikcie zbrojnym już od 5 lat. Mnie się to wydaje dziwne. O wiele dziwniejsze niż tajemniczy hotel w Czerniowcach.
Czy można ufać tym danym? Nie można. Ale możemy przyjąć z jakąś dozą pewności, że Ukraińcy sprzedawali swój arsenał przez wiele lat, także po 2014 roku, gdy rozsądek kazałby raczej budować rezerwy. Czyżby więc planowali od lat, żeby w razie inwazji kierować do ministra obrony Wielkiej Brytanii listę zamówień, jak do Amazon? Jeżeli taki był plan, to mnie się to wydaje podejrzane, ale o wiele dziwniejszy jest sam fakt wyzbywania się broni wobec potencjalnej agresji.
Spójrzmy jeszcze na drugą stronę tej zupełnie normalnej wojny między suwerennymi państwami. Nawet jeżeli przyjmiemy roboczo hipotezę, że Rosja Putina, to nie sowiety, ale autentyczne, ultra-nacjonalistyczne państwo rosyjskie (jak wierzy cały świat), to nadal taka wydumana Rosja miała pełną kontrolę nad Ukrainą zarówno przed 2014 rokiem, jak i przed lutym 2022. Posiadała kontrolę ekonomiczną poprzez sieć firm zarządzanych z Moskwy lub przez ludzi Moskwy; była atrakcyjna kulturowo, gdyż ogromna większość ludności mówiła po rosyjsku (znani Ukraińcy, np. Zelenski i Kliczko, nie mówili po ukraińsku) i oglądała rosyjską telewizję; Moskwa miała kontrolę aparatu bezpieczeństwa, ale nade wszystko, miała ogromne wpływy polityczne. Miała bowiem w ręku warstwę społeczną, którą Ukraińcy tak trafnie przezwali „demokraturą”, czyli sowiecką nomenklaturę przysypaną demokratycznym kurzem i ukrytą za sztafażem demokratycznych haseł. W tej chwili, po półtorarocznej wojnie, ich kontrola wydaje się, na pierwszy rzut oka, bliska zeru. Wszyscy tak zwani „oligarchowie” (co jest idiotycznym terminem na określenie bogaczy z sowieckiej łaski) ścigają się na wyprzódki, byle tylko pokazać, jak bardzo są niezależni i jak bardzo zależy im na uwolnieniu (się) spod wpływów Moskwy. Ukraińcy ogłosili niedawno z dumą, że już 70% ludności mówi po ukraińsku! Tymczasem normalny, suwerenny, nacjonalistyczny agresor zepchnięty został do pozycji desperackiej obrony długiej defensywnej linii frontowej, przy pomocy rozległych pól minowych. Mnie to dziwi. Dziwi tym bardziej, że jak wiadomo, suwerenny agresor ma ogromną przewagę w siłach powietrznych, tylko odmawia użycia tych sił, ale zostawmy takie drobiazgi na boku.
Z punktu widzenia nacjonalistycznego agresora, wojna okazała się serią niespodziewanych klęsk i niepowodzeń. Operacje rosyjskie zostały zredukowane do skutecznego wycofywania się na z góry upatrzone pozycje, bez jakiejkolwiek myśli o ofensywie; do budowania umocnień i okopywania się; do zaprzeczania hekatombie ofiar; do minowania pól i do sporadycznych ataków rakietowych na miasta z dala od frontu. Największym sukcesem całej operacji jest bez wątpienia katastrofa lotnicza szefa grupy Wagner. Nawet jeżeli prywatny samolot „kucharza Putina” rozleciał się w wyniku wypadku, to był to nadal najlepiej zorganizowany i wykonany wypadek, który dowodzi, że siły rosyjskie nie są wcale tak nieudolne, jak się to złośliwie przedstawia.
W całym tym niekończącym się łańcuchu pogromów i porażek, ciągnących się od lutego ubiegłego roku, suwerenna Rosja, podnosi nieustannie swój prestiż na świecie. Zwiększa obroty handlowe z chrlem i Brazylią, Indiami i Afryką, z Ameryką Południową i wschodnią Azją. A jednocześnie eksport luksusowych dóbr zachodnich do Armenii i Azerbejdżanu zwiększył się o 500%. Suwerenne i normalne państwo rosyjskie umacnia się w Syrii i w Libii, w Czadzie i w Nigrze, czyli wszędzie tam, gdzie rosyjski nacjonalizm nie ma żadnych interesów. Ich pozycja w Ameryce Południowej nie była tak mocna od lat. Arabia Saudyjska jest chętna do rozmów z ultra-nacjonalistycznym agresorem, a Zjednoczone Emiraty z radością przyjmują zaproszenie do bloku chrlowsko-sowieckiego, o przepraszam, chińsko-rosyjskiego.
Ja bym powiedział, że dziwna wojna staje się coraz dziwniejsza.