Karawana w piaskach pustyni
Były ongiś takie czasy, że londyński „Bobby on the Beat” czyli posterunkowy policjant, przechadzający się po zamglonych londyńskich ulicach, był godny zaufania. Można było go zapytać o drogę, a on usłużnie odprowadzał w odpowiednim kierunku. Brzmi to dziś jak bajka, przed siedmioma wiekami, za siedmioma górami, w krainie szczęśliwości, bo oto dzisiaj nie ma już mgły, ale za to ponad połowa londyńczyków nie ufa policji i nie bez podstaw. O ile oskarżenia o „instytucjonalny rasizm i mizoginię” są wytworem fantazji wąskiej, choć bardzo głośnej grupy, zanurzonej po uszy w bagnie politycznej poprawności – bo nie ma żadnych śladów takich przesądów w samych strukturach instytucji Scotland Yardu, to jednak nie może być wątpliwości, że policjant-porywacz, policjant-gwałciciel, policjant-morderca, podrywają zaufanie do tejże instytucji. Podobnie jak księża, którzy sieją zgorszenie wśród wiernych, podkopują Święty Kościół Pański. Podobnie jak nauczyciele, którzy miast kształcić dzieci, jak Pan Bóg przykazał, uczą je zboczeń, niszcząc przez to wszelkie podstawy edukacji. Podobnie jak lekarze i pielęgniarki, którzy strajkując, łamią przysięgę Hipokratesa, podważają tym samym etos służby zdrowia.
Przed wielu laty, ktoś ponoć tak oto wyznaczył podstawowe warunki nieba na ziemi: francuski kucharz, angielski policjant, niemiecki inżynier, szwajcarski bankier i włoski kochanek. Była to zapewne rozwydrzona damulka, która obawiała się tłumów, lubiła dobrze zjeść, bała się o własne pieniądze i nie znosiła, gdy rzeczy się psuły, a jednocześnie musiała być równie romantyczna co wyuzdana. Można odwrócić jej słowa i określić klasyczne piekło na ziemi dla rozpasanych i wygodnickich panienek sprzed wielu dziesiątek lat: włoski bank, angielska kuchnia, francuski inżynier, niemiecka policja i szwajcarska, drobnomieszczańska miłość. Wszystko to zatrąca o bluźnierstwo, gdyż sprowadza kategorie duchowe do spraw ziemskich, ale nie rzucajmy klątwy na popędliwe lafiryndy, skoro bowiem szwajcarska łódź wygrała Puchar Ameryki, Murzyn wygrał turniej golfowy w Auguście, a Polak zasiadł na Tronie Piotrowym, to nie powinno nas dziwić, że jedna trzecia niemieckich firm używa nadal faxów, szwajcarskie banki stoją na glinianych nogach i tracą depozytorów prędzej, niż spadają akcje Tesli, ponieważ szwajcarskie kredyty mają gorszą reputację niż Credit Suisse. Ale za to angielscy kucharze mają najwyższą renomę na świecie.
Utkwiło mi w pamięci z lat dziecinnych powiedzonko, które mnie wówczas dziwiło, choć nie wypowiadałem swych wątpliwości na głos, z zażenowaniem sądząc, że może czegoś nie pojąłem. A brzmiało ono tak: polski most, niemiecki post, żydowskie nabożeństwo – wszystko to błazeństwo. Ale dlaczego? – myślałem skrycie. – Przecież chadzałem po polskich mostach i nic w nich nie było zdrożnego. Nie chybotały się ani trzeszczały. Są też na pewno Niemcy, którzy poszczą z powagą i namaszczeniem, nie inaczej niż czynili to moi rodzice i dziadkowie – dumałem z przewrotnością. – A czyż Żydzi w bożnicach nie wyznają swej wiary z nabożnością? – pytałem sam siebie, drżąc z niepewności co do form mej własnej retoryki.
I tak, będąc dzieckiem krnąbrnym i zamkniętym w sobie, odkrywałem powoli, na swój własny użytek, nie dzieląc się z nikim tym wiekopomnym odkryciem, że stereotyp zawiera w sobie więcej fałszu niźli prawdy.
Stojąc już nad trumną, z melancholią pogrążając się w medytacji zmiennych stereoptypów naszej schyłkowej współczesności, pomyślałem atoli, że już w zalążkach policji metropolitalnej w XIX-wiecznym Londynie, byli przecie także skorumpowani policjanci wśród masy poczciwych Bobbies, bywali i bandyci między tępawymi stupajkami, bo quis custodiet ipsos custodes? Przyszło mi na myśl, że nie wszyscy znachorzy trzymali się zawsze hipokratycznych ideałów i nie jeden bakałarz podszczypywał swe uczennice, jak dla przykładu genialny Abelard, co rozkochał w sobie swą podopieczną, Heloizę, za co zapłacił męskością. Nawet pośród świątobliwych mnichów zdarzali się i tacy, co niegodni byli sutanny. Nawet wśród następców Świętego Piotra w Rzymie, bywało, przydarzył się i Dom Teofilakta, wywodzący się od dwóch kurtyzan, i Rodrygo Borgia, i zwykli ziemscy despoci. A jeżeli słabość ludzkiej natury przezwyciężyć może – zdaję sobie sprawę z pozornej contradictio in adiecto – instytucje natchnione, zrodzone z Boskiej inspiracji, wiedzione przez Ducha Świętego, to jakie szanse mają instytucje czysto ludzkie?
Czegóż więc mamy się spodziewać od demokratycznie wybranych polityków? Dlaczego mają być lepsi, mądrzejsi, piękniejsi niż stada, z których się wywodzą? Skąd mają się wziąć lwy, które stanąć miałyby na czele stada baranów? Skąd mają czerpać dalekowzroczność i stanowczość wobec wrogów, gdy zaspokoić muszą w pierwszym rzędzie masy, co wyniosły ich na szczyt tylko po to, by pognębić wśród wrzasków, pożarów i szabrowania sklepów?
Płonie Paryż, w imię wcześniejszych emerytur; pięć milionów Brytyjczyków odmawia pracy i domaga się zwiększenia zasiłków; wszystkie formy masowego transportu w Niemczech zostały zablokowane przez strajki; Hiszpania i Italia nie pozostają w tyle – komunistyczne związki zawodowe paraliżują cały kontynent. Używając obrazu na szczęście niezrozumiałego dla współczesnej nam, niedorozwiniętej i niedouczonej młodzieży, psy, owszem, szczekają, ujadają nawet i szczerzą zęby w rozjuszeniu, tylko karawana nie jedzie dalej. Karawana utknęła i stoi. Przez wiele dziesiątków lat, mogło się wydawać, przy ogłuszającym huku strzelających korków od szampana, że karawana niewzruszenie parła do przodu, choć była to tylko droga donikąd. Teraz stało się jasne, że od dawna stoimy nieruchomo na pustyni i powoli przysypują nas miałkie piaski politycznej poprawności. Z ruin europejskiej kultury nie wzrośnie nowa wielka cywilizacja, z jej gruzów nie powstaną żadne fundamenty.
Gdy europejskie karły polityczne nie potrafią się uporać z nieletnimi aktywistami, amerykańscy politycy, zapatrzeni są w swe własne pępki, przez co nie są w stanie pojąć, że aktywność chińskiej kompartii na Pacyfiku, ma coś wspólnego z walkami o Bachmut. „Prawicowy” kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych nazywa inwazję Ukrainy „terytorialnym sporem”. Wszyscy razem mają klapki na oczach założone na tyle ciasno, by móc radośnie zapomnieć, że Ziemia jest okrągła. Patrzą więc na Zachód i widzą chińskiego smoka, grasującego w spokojnym jak ocean składzie porcelany, potem patrzą na Wschód, gdzie widzą rosyjskiego niedźwiedzia i terytorialne nieporozumienia między odległymi krajami, o których nie wiadomo nic pewnego. A między tymi dwoma skrajnościami na płaskiej mapie jest czarna dziura i brak związku. Dostrzegają chińskie zagrożenie tykające w programach dla dzieci – tik-tok, tik-tok – ale nie przeszkadza im to handlować z Chińczykami. Są gotowi budować pakt obronny na Pacyfiku, ale zacierają ręce, słysząc o zwiększonym eksporcie chińskim, bo tylko taniej tandecie z komunistycznych Chin zawdzięczali długie dekady niskiej inflacji.
Aliści, nawet zdziecinniali starcy, tacy jak na przykład ja, potrafią zrozumieć, że jeść trzeba, że nie można wylewać niemowlęcia wraz z kąpielą, że nie trzeba spalić domu, by wykurzyć szczura, że kilofem nie można zdusić wszy na głowie, i temu podobne rozkoszne banały. Jednakże ani zdziecinniali starcy u władzy w Ameryce, ani ich o wiele młodsi, choć nie mniej przez to infantylni, poplecznicy i przeciwnicy, nie chcą zrozumieć słów wypowiedzianych niedawno przez Xi do Putina, przy serdecznym pożegnaniu towarzyszy. Opuszczając Kreml, chiński watażka powiedział:
Nadchodzą zmiany, jakich nie widziano od 100 lat i to my razem niesiemy ten przełom.
Uścisnęli sobie mocno spracowane dłonie. Putin wymamrotał coś w odpowiedzi, a chiński gensek życzył powodzenia swemu „drogiemu przyjacielowi”…
Obaj byli doskonale świadomi, że są filmowani. Nie było nic przypadkowego w słowach Xi. A mimo to, tutejsi komentatorzy dopatrywali się w nich przestrogi pod adresem Putina. Niniejszym dobiegło już końca sto lat upokorzenia Chin, miał ich zdaniem zapowiadać Xi. Rosja zastąpiła tylko zachodnich imperialistów w gnębieniu i wyzysku Chin, a teraz Putin, piali z triumfem tutejsi kremlinolodzy, jest zaledwie młodszym partnerem w tym związku.
Przed pół wiekiem sądzono na Zachodzie, że można wykorzystać rozłam między Pekinem i Moskwą, próbowano więc nawiązać stosunki z Mao dla wywarcia wpływu na sowiety, dla stworzenia globalnej równowagi sił. W istocie, nie było nigdy żadnego rozszczepu chińsko-sowieckiego, choć istniały poważne spory i doktrynalne różnice. Stalin, Chruszczow i Breżniew stawiali na wewnętrzną konsolidację pod hasłem „państwa całego narodu”, podczas gdy Mao domagał się rewolucji światowej i rewolucji kulturalnej pod starym leninowskim hasłem „dyktatury proletariatu”. Dopiero jego następcy zgodzili się z towarzyszami sowieckimi i przeprowadzili skuteczną konsolidację wewnętrzną, zwiększając w ten sposób niepomiernie efektywność działania na arenie międzynarodowej i wzmacniając nieporównanie pozycję komunizmu na świecie.
A zatem zapowiedź zmian, jakich nie widziano od stu lat, należy rozumieć nie jako pogróżkę pod adresem imperialistycznej „Rosji” Putina, ale jako zwiastun rewolucji światowej, dla której zbrojny konflikt na ziemi ukraińskiej jest zaledwie przedwstępem.
Czy wróży to wojnę? Nie. Ale nadchodzi taka walka o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie.