„Niespodziewany koniec lata” część VII Koniec lata dla tutejszych
W poprzedniej części użyłem parokrotnie słowa „autochton” dla określenia ludzi „tutejszych” – tych, co „na pytanie, jakiej są narodowości, po długim drapaniu się w głowę orzekali, że – »tutejsi«”. Czy nie popełniłem błędu? Argument autochtonów jako grupy uprzywilejowanej, której magicznie należy się władza nad państwem (Litwa dla Litwinów, Deutschland für die Deutschen, Polska dla Polaków, Banja Luka dla tych, co opowiadają banialuki), używany był najpierw przez nacjonalizmy XIX i XX wieku – poprzez podtrzymywanie mitów czystości etnicznej i rdzennej narodowości – w celu stworzenia rasowo jednorodnych państw narodowych, a teraz nadużywany jest przez lewaków w imię rzekomych „praw” potomków ludności oryginalnie zamieszkujących dowolne ziemie i ich roszczeń do posiadania i władania. Greckie słowo autochthon pochodzi od słów auto (sam, ten oto) i chthon (ziemia), czyli niejako pierwotnie wyrosły z ziemi. Autochtoni byli dla Hellenów przeciwieństwem zdobywcy, osadnika, kolonisty. Messeńscy Heloci byli autochtonami, a doryccy Spartanie zdobywcami, choć obie grupy były helleńskiego pochodzenia. Był to wyjątkowy taki przypadek w Grecji i można śmiało powiedzieć, że w większości wypadków podboju w historii, zwycięzcy byli etnicznie obcy ujarzmionym. Podbijając terytorium, tworzyli niemal automatycznie kastę „panów”, odseparowanych od zniewolonego „ludu”, podkreślających swą odmienność i wyższość na każdym kroku. Historia Europy zawiera mnóstwo przykładów tego rodzaju, do czego jeszcze wrócę, ale akurat na ziemiach historycznej Litwy i Ukrainy tak właśnie nie było. Ogromna większość rodów szlacheckich, a zwłaszcza magnackich, na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej należy właśnie do autochtonów. Wszyscy ci Chodkiewiczowie, Sanguszkowie i Tyszkiewiczowie wyrośli z samej ziemi, jak przystało autochtonom. Były to rody ruskie, choć częściowo wywodzące się z nordyckich korzeni (podobnie jak Rurykowicze) lub rodziny litewskie, z Giedyminowiczami i Radziwiłłami na czele.
Pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję. Otóż wydaje mi się, że największym błędem w historii Najjaśniejszej Rzeczypospolitej było odmówienie Kozakom Zaporoskim zrównania w prawach z polską i litewską szlachtą. Tradycje Siczy Zaporoskiej i Bajdy Wiśniowieckiego były bliższe tradycjom sarmackim niż polska historiografia lubi przyznawać. Skutki odmowy znamy wszyscy. Bunty i niesnaski, rzezie i powstania, po których następowała nieuchronna krwawa pacyfikacja, co z kolei uczyniło z ziem ukrainnych jątrzącą ranę, aż wreszcie otworzyło moskiewskim carom wrota na Ukrainę, utorowało drogę Moskwie do tytułu obrońcy narodów ruskich i zbieraczy ruskich ziem. Rzeczpospolita Jagiellonów skupiała wiele ludów ruskich i była dla tych grup atrakcyjna tym bardziej, im bardziej religijna nietolerancja szerzyła się na świecie. Z czego oczywiście nie wynika, że Polska była „tolerancyjna”! Była po prostu religijnie indyferentna pod wodzą dynastii dumnej ze swych prawosławnych korzeni, i gotowej opiekować się innowiercami dla politycznych korzyści. Ten ostatni punkt jest ważny i powrócę jeszcze do niego.
Wracając tymczasem do autochtonicznych uprawnień, na których opiera się nacjonalizm litewski, łotewski, estoński, białoruski i ukraiński – ale także głośne domaganie się praw dla australijskich Aborygenów czy czerwonoskórych Indian amerykańskich – trzeba podkreślić, że gdyby rzeczywiście pozycja autochtonów dawała im prawo do zawładnięcia państwem, to z pewnością nie mieliby takich praw potomkowie Apaczów czy Komanczów, bo te szczepy były klasycznymi najeźdźcami. Co więcej, należałoby w imię konsekwencji, wygnać Włochów z Włoch, gdyż wywodzą się w większości z napływowych barbarzyńców. Ojciec języka włoskiego, Dante Alighieri, był naprawdę germańskim Durantem Aldigerem. Każdy Grimaldi, to w rzeczywistości srogi Grimoald, a Ranieri, to krwawy Ragnar. Nie inaczej rzecz się ma z Francją, stworzoną przez germańskich Franków i Burgundów, ale też skandynawskich Normanów; albo w Anglii, gdzie autochtoniczni Celtowie podbijani byli przez wieki przez Rzymian, przez Anglów i Sasów, przez nordyckich wikingów oraz sfrancuziałych wikingów czyli Normanów. (Nawiasem dodam, że ponoć do dziś można, na podstawie analizy etymologicznej angielskich nazwisk, wysnuć wniosek, czy wywodzą się od normańskich zdobywców, czy z anglosaskiego ludu. Jest to o tyle dziwne, że ten „lud” składał się z Anglów, Sasów, Norwegów, Duńczyków i Celtów, i został do poziomu ludu zredukowany przez nielicznych zwycięzców.) A przecież Anglia leży na wyspie, a Italia na półwyspie. Francja ma wyraźne granice wyznaczone przez morza i łańcuchy górskie, gdy Wielkie Księstwo Litewskie takich naturalnych barier nie posiadało. Innymi słowy, tylko w bardzo nielicznych wyjątkach da się powiedzieć, kto naprawdę zamieszkiwał dane ziemie jako pierwszy, a i w tej sytuacji, rzadko udało się autochtonom zachować kulturową odrębność.
Nacjonalizmy, rozrywające na kawałki żywe ciało Wielkiego Xięstwa Litewskiego, twierdziły uparcie, że dwory były ośrodkiem polskiego imperializmu i nie wniosły nic do kultury tych ziem, a wileński dziennik Słowo, że użyję przykładu bliskiego bohaterom niniejszego cyklu, miał być „organem wynarodowionej szlachty”. Tymczasem Józef Mackiewicz słusznie zwracał uwagę, że np. polska mniejszość na Łotwie, w tzw. Latgalii, to nie byli emigranci, jak Polacy w Paranie czy Chicago, ale rdzenna, zasiedziała ludność. Rozmawiał na Kowieńszczyźnie z mieszkańcami polskich dworów, którzy mówili między sobą po niemiecku, a czuli się jednocześnie lojalnymi obywatelami Litwy i Polakami.
Kładzenie nacisku na pochodzenie, na geny, wydaje mi się – nie owijajmy w bawełnę – myśleniem rasistowskim. Na zdrowy rozum, „krew”, genetyczny skład członków narodu, powinny być zupełnie obojętne w tego rodzaju rozważaniach, ale nigdy nie jest. Narodowość powinna być kwestią wyboru i tak właśnie było na wschodnich ziemiach Polski, ale wedle litewskich nacjonalistów, Polacy na Litwie byli tylko spolonizowanymi Litwinami, tzn. byli etnicznie Litwinami, ale spolszczonymi pod naciskiem wielowiekowej okupacji, a co za tym idzie, jeżeli nie chcieli tego przyjąć do wiadomości, to mieli się wynosić do Polski (przed wojną) lub do prlu, byle nie bruździli w etnicznie i kulturowo czystej Litwie. Mackiewicz pisał wielokrotnie o skandalicznych ustawach językowych na Litwie i Łotwie, o przymuszaniu ludzi do zmiany pisowni nazwisk rodowych, by dostosować je do zasad językowych, co jest aktem barbarzyńskim. Takie ustawy byłyby zwykłym chamstwem wszędzie, ale na ziemiach wschodnich Rzeczpospolitej, te rzekomo etnicznie i kulturowo uzasadnione akcje, były zaprzeczeniem ducha współpracy i współżycia, ducha ożywiającego historię tego regionu. Ducha, który przyciągał do Rzeczpospolitej imigrantów z wszystkich stron Europy. Osiedliwszy się, znaleźli sobie miejsce i stawali się pełnoprawnymi obywatelami.
Weźmy przykład skrajny. Rody Merykonich czy Badenich, nie wywodziły się od mitycznego Lizdejki, nie były nawet starożytne, uszlachcono ich praszczurów późno, ale czy miały przez to mniej prawa, by czuć się gospodarzami na swej własnej ziemi, niż autochtoniczne rody Sapiehów, Ogińskich czy Wiśniowieckich? Z drugiej strony rodziny Weyssenhoffów lub Platerów wiodły swą genealogię z tych ziem, choć w bardziej odległej przeszłości, wywodziły się najprawdopodobniej od Kawalerów Mieczowych, ale w żadnym wypadku nie były rdzennie polskie. Czyżby mieli mniejsze prawo czuć się u siebie w Rzeczpospolitej? Tylko że jeśli uznamy za gospodarzy Giełguda i Zyberka, Czetwertyńskiego i Fredrę, to konsekwentnie, musimy zastosować tę zasadę do każdego Abramowicza i Berezowskiego, których rodziny od wieków uprawiały rzemiosło lub handlowały w Grodnie. Każdy wileński Chajfec i lwowski Finkelsztajn, także nie był przelotnym lokatorem i powinien był być uznany za równoprawnego gospodarza. Tymczasem w zdumiewającym artykule pt. „Pan Aron anektuje w imieniu żydostwa”, Mackiewicz relacjonował burzę wywołaną w Grodnie, gdy radny miejski, Aron Jezierski, wypowiedział słowa „nasze miasto”. A jak niby miał mówić radny o swoim mieście?!
Ustalony stosunek do ziemi – i do życia w ogóle – ma człowiek, który sadzi drzewa z nadzieją, że jego wnukowie odpoczywać będą w ich cieniu, a zupełnie inne podejście ma ćpun, frenetycznie poszukujący następnej porcji narkotyków. Z jakiegoś powodu, piraci cieszą się niesłabnącą popularnością w naszej epoce. Ich krwawy bunt skierowany był przeciw ustalonym prawom życia, przeciwko każdej formie autorytetu, w imię niczym nieskrępowanej swobody i natychmiastowej gratyfikacji. Załogi pirackich okrętów wybierały w wolnych, demokratycznych wyborach kapitana, ale pozbywały się go, jeśli jego przywództwo nie dawało bezzwłocznie sposobności dla zaspokajania ich nienasyconych żądz. Jednak wśród powszechnej dziś adoracji, rzadko kto wie, że piracka flaga, obok trupiej czaszki i skrzyżowanych kości, nosiła często emblemat klepsydry, na oznaczenie świadomości, że ich czas jest ograniczony i spotka ich okrutna kara – w tym życiu i po śmierci.
Od z górą stu lat żyjemy w czasach pirackich, gdy ster władzy trzymają ludzie wybrani przez tłuszczę dla natychmiastowego zaspokojenia żądz wyborców. Z tą różnicą, że XVII-wieczni piraci mieli świadomość swej śmiertelności, a dzisiejszy elektorat pragnie egzystować wiecznie. Najjaśniejsza Rzeczpospolita zbudowana była na ukochaniu własnej ziemi i na tępym uporze szlachciurów z podgolonymi łbami, którzy w swym zacofaniu opierali się nadchodzącemu uwielbieniu dla piratów i spazmatycznych pragnień tłumów.
Rzadko kto sadzi dziś drzewa z myślą o cieniu dla wnuków. Robimy, co nam każą, i patrzymy na świat Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, jak na świat z bajki. Jak na bezustanne słoneczne lato, które z niewiadomych nam przyczyn, skończyło się niespodziewanie i dramatycznie.
Multi kulti
Nie zamierzam wdawać się w rozważania, która grupa etniczna miała prawo do miana rodowitych mieszkańców ziem między Bugiem i Dnieprem – wedle znaczenia greckiego autochthon czyli z samej ziemi – bo przy braku naturalnych granic, w stanie ciągłych wojen i wędrówek ludów, grupy „zasiedziałe” na przestrzeni wieków, nabierały, przynajmniej moim zdaniem, praw gospodarzy. Niezwykłość wschodnich ziem Rzeczypospolitej polegała na w miarę harmonijnym współżyciu rozmaitych grup narodowościowych i wyznaniowych. Na Zachodzie Europy, a zwłaszcza w Niemczech, sąsiedzi mordowali się wzajem, dlatego tylko, że w inny sposób wyznawali chrześcijańską wiarę, aż kres wojnom religijnym położyło przyjęcie zasady cuius regio eius religio, według której każdy poddany musiał wyznawać wiarę swego władcy. Jagiellonom obce były takie pryncypia, toteż wysokie funkcje w ich państwie spełniali protestanci i prawosławni. Wiek XX zobojętniał na wyznanie, więc zastąpił je rasą i narodowością, a wówczas harmonijne współżycie różnych narodów stało się coraz trudniejsze do wyobrażenia. Jednak, przynajmniej w moim mniemaniu, nie czyni to wcale narodowościowej symbiozy utopią.
Utopia, to idealny byt państwowy, niemożliwy do zrealizowania w praktyce, a nie polityczna rzeczywistość, ciągnąca się przez setki lat; faktyczna, historyczna organizacja nie może być Utopią. Bardziej utopijnym wydaje mi się pomysł oddania dzisiejszej Australii garstce Aborygenów, podobnie jak wyrzucenie 300 milionów ludności napływowej ze Stanów, by oddać Amerykę w ręce Czerwonoskórych. W takim zatem sensie, za utopijną uznać by należało koncepcję państw narodowych na ziemiach Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Brasław lub Berdyczów bez Polaków i bez Żydów? Toż to nie do pomyślenia! Wilno, gdzie nie słychać języka polskiego? To być nie może! Kijów bez Rosjan i Polaków? Kurlandia bez Polaków i Niemców? To byłoby dopiero Utopią w oczach Conrada, Słowackiego czy Mickiewicza: coś niemożliwego do zrealizowania w praktyce. Ale nie taka była myśl krajowców [1] i nie widzę w niej elementów utopijnych. Współżycie ludzi nie jest utopią, współżycie nacjonalizmów – jest.
Jeden z najznakomitszych mackiewiczologów, prof. Adam Fitas, słusznie zauważa, że Wielkie Xięstwo to przede wszystkim jedność krainy, jedność ziem, organicznie połączonych wspólnotą przyrody, siecią rzek, interesami. Wychodząc z tego samego punktu, Mackiewicz konfrontował życie – jakość życia, jak to się dziś mówi – mieszkańców WXL z czasów „niewoli rosyjskiej”, z życiem w wolnej Polsce. Nie ma żadnej „utopii”, ani żadnego idealizowania przeszłości w przekonaniu, że życie rdzennej ludności tych ziem było lepsze w niewoli caratu. I to nie tylko dlatego, że mieli dostęp do Mińska i całego ogromnego obszaru Rosji, Białorusi i Ukrainy, Inflantów i Kurlandii, Żmudzi i Prus Wschodnich, ale bardziej dlatego, że nie byli poddani narzuconym im z góry ukazom o malowaniu wychodków na biało. Utopią nie była, ani nie jest, idea, że ludzie różnych wyznań i odmiennego pochodzenia mogą współżyć ze sobą na tej samej ziemi.
Przytoczę tu jeden historyczny przykład, choć jest ich więcej. Wybieram go ze względu na jego skrajność. Moim przykładem będzie historia Sycylii. Zamieszkała początkowo przez autochtonów Siculi (Sikel), była przez wieki podbijana i kolonizowana przez Greków, Fenicjan (Kartagińczyków) i Rzymian. Rzymianie wprawdzie zwyciężyli w tym ciągu podbojów, ale mieszana ludność pozostała w większości zhellenizowana i mówiła głównie po grecku. Potem przyszli Goci, Wandalowie i masy barbarzyńców. Wreszcie Arabowie i Maurowie, którzy na przemian handlowali i łupili Sycylię, po czem osiedlili się, a wreszcie podbili wyspę. W XI wieku przyszli na zmianę wielcy Normanowie. Niewielka siła złożona z kilkuset zaprawionych w bojach rycerzy, podbiła wyspę powoli. Roger zachował większość ziemi w swoich rękach, zamiast rozdawać ją potężnym baronom. I tak Sycylia weszła w swój Złoty Wiek. Normanowie byli brutalni, ale sprawiedliwi; ich prawa twarde i surowe, ale jasne i rozsądne. Muzułmanie zachowali swoje prawo, Grecy swoje, a gminy żydowskie otrzymały autonomię. Nikt nie zakazywał Arabom i Maurom wyznawania islamu, podobnie jak nikt nie nawracał schizmatycznych Greków z ich wschodniego rytuału. I tak żyli sobie obok siebie, modląc się we własnym języku i handlując w różnych językach. Nikt ich nie przymuszał do zmiany wiary, więc dobrowolnie przechodzili na wiarę władców – na łaciński ryt.
Czy to jest utopia? Czy może jakaś multi-kulti mrzonka? Czyżby Normanowie byli miłośnikami tolerancji? Czy w historycznym opisie Złotego Wieku Sycylii zachodzi idealizacja przeszłości? W podobnej zgodzie żyli ludzie różnych wyznań i narodowości na wschodnich terenach Rzeczypospolitej. Czy wskazywanie na to jest rzeczywiście myśleniem utopijnym? Normanowie nie byli liberałami, nie powodowała nimi żadna ideologia: ani multi-kulti, ani krytyczna teoria rasy. Byli brutalnymi, pragmatycznymi zdobywcami, ale – jak Jagiellonowie – czerpali polityczne korzyści z opieki nad innowiercami, z równouprawnienia różnych narodowości. W tym samym czasie podbili Anglię, metodami może nawet bardziej okrutnymi. Wilhelm Zdobywca musiał dać swym baronom wielkie latyfundia i zamki, co na wieki utwierdziło przedział między normańskimi panami, a anglo-saskim, celtyckim i duńskim ludem. Tymczasem na Sycylii, normańska Curia królewska była mieszanką instytucji bizantyjskich, saraceńskich i feudalnych, bo interesowało ich tylko to, co działało w praktyce. Normanowie uważali Sycylię za centrum, a nie prowincję. Z Sycylii mogli planować pirackie wyprawy do Afryki i Grecji, a nawet do Ziemi Świętej, ale wyspa była również koniecznym stadium w handlu między saraceńskim wybrzeżem Afryki i resztą Europy.
Nad językiem także warto się zatrzymać. Na italskim półwyspie powoli wyłaniały się z łaciny narzecza, które po wiekach przerodzą się w język włoski (na razie w wielu odmianach, często wzajemnie trudnych do zrozumienia), a na wyspie większość ludności mówiła po grecku, część po arabsku i hebrajsku, a klasa rządząca używała normandzkiej wersji języka, z którego zrodził się francuski. Napływowa warstwa urzędnicza złożona była z Franków, Alemanów lub Lombardów, więc mówiła zapewne żargonem, który był mieszanką włoskiej łaciny i germańskich dialektów. Wobec takiej lingwistycznej różnorodności, wszystkie prawa i zarządzenia wydawano po łacinie, grece i po arabsku. Rządy były autokratyczne, paternalistyczne i surowe, ale sprawiedliwe. Normanowie dbali o przemysł i handel tak dalece, że podczas jednej z pirackich wypraw do Grecji porwali i przywieźli na wyspę wyspecjalizowanych tkaczy jedwabiu, by ustanowić podstawy silnej manufaktury lokalnej. Ich architektura była mieszaniną Bizancjum i Damaszku, czego najlepszym przykładem jest zdumiewająca Kaplica Palatyńska w Palermo. Wysokie pozycje na ich dworze zajmowali Anglicy (zapewne Normanowie z Anglii), Węgrzy i Syryjczycy. Muzułmański podróżnik Ibn Jubayr pisał z podziwem, jak świetnie powodzi się Saracenom w chrześcijańskiej Sycylii. Złoty wiek nie trwał wiecznie. Sycylia stała się piłką w walce cesarstwa z papiestwem, gdy dostała się w ręce Hohenstaufów przez małżeństwo. Cesarz Fryderyk II, najdziwniejszy, najzdolniejszy i najbardziej fascynujący z wszystkich wielkich Staufen, czuł się Sycylijczykiem i lubił swoje posiadłości na południu Włoch, ale z czasem wyspa stała się peryferium jego cesarstwa – stała się Kresami. Był wybitnym władcą i zarządcą, więc jego prawa przetrwały, ale był bezwzględnym autokratą, więc były niepopularne. Dbał o dostęp ludności do sądów, do szkół, dał im bezpieczeństwo i dobrobyt, ale cisnął podatkami i zabierał młodych ludzi na wojny. Czy nie ma tu analogii ze stosunkiem Polski do Wielkiego Księstwa?
Jest wszak jeszcze inne znaczenie słowa „utopijność”, bardziej potoczne, wedle którego utopijnym jest pomysł niemożliwy do zrealizowania w określonych warunkach. W tym sensie mówi się o utopijności powrotu do idei Polski Jagiellońskiej, do pomysłu współżycia różnych narodowości i wyznań na obszarze byłego WXL. Wykluczać ma taki powrót istnienie nienawistnych nacjonalizmów. I mnie także wydaje się idea WXL trudna do zrealizowania, choć raczej ze względu na istnienie sowieckiego molocha na wschodzie i brukselskiego potworka na zachodzie. A mimo to nie nazwałbym jej utopijną w żadnym wypadku. A to ze względu na pewien aspekt, na który trafnie zwrócił uwagę prof. Adam Fitas. Fitas wprawdzie sam uważa, że idea Wielkiego Księstwa, jako wspólnoty wielonarodowej, była „utopijna już w czasach Mackiewicza”, ale wskazuje na istotną jedność tych ziem jako podstawę idei. Łączą je nie tylko wspólna, chwalebna historia i jasno określone interesy gospodarcze, ale „podobne cechy ekosystemu”, krajobraz różny od tego dominującego w Koronie, o innej „glebie, faunie i florze, klimacie, odczuciach zmysłowych, a zwłaszcza zapachu”.
Utopijna już w czasach Mackiewicza idea powrotu do rzeczywistości sprzed zaborów, do świata, który zrodził Mickiewiczowską inwokację z Pana Tadeusza, oparta jest więc nie tylko na myśli o sojuszach gospodarczych, społecznych czy politycznych, ale i na myśli o jedności tych ziem. Jedności dużo głębszej, bo sięgającej korzeni samej natury.
Wywód profesora wydaje mi się z gruntu słuszny i dlatego między innymi, nie mogę przyjąć, jakoby idea krajowa była utopijna w pierwszym rzędzie.
Józef Mackiewicz nie zgodził się nigdy na utopijność idei krajowej. Przez co tym bardziej tylko cierpiał nad codzienną rzeczywistością panowania przedwojennej Polski na jej wschodnich kresach. Na krótko przed katastrofą pisał:
Jeżeli możemy sobie uplastycznić wizyjny okręt jako symbol państwa, który prując dziejowe fale podąża do wyraźnego celu swej racji stanu – to wyobraźmy sobie na zmianę zamknięte jezioro, staw, kałużę, po której płynie, miota się tysiące kajaków tam i sam, ciągle w błędnym kółku, z krzykiem i rwetesem, potrąca się nawzajem, a nawet zatapia.
________
- Adam Fitas jest zdania, że Mackiewicz nie lubił nazwy „krajowcy”, gdyż „kojarzyła mu się z europejskimi koloniami i ich rdzenną ludnością”. W książce pt. Tylko prawda jest ciekawa, powołuje się na cytat z Prawda w oczy nie kole: „Co to jest „krajowość”? Przede wszystkim nazwa idiotyczna, służąca zwykle dla określenia mieszkańców krajów egzotycznych: „krajowcy”.”
O ile wiem, jest to jedyny moment, w którym Mackiewicz wyraził niechęć do określenia i odnoszę wrażenie, że uczynił tak tylko z felietonistycznej werwy. W moim przekonaniu, miał w istocie same ciepłe uczucia dla tej nazwy.