Zamknij
Michał Bąkowski

Jak tworzy się sytuację rewolucyjną

24 października 2022 |Dziwna wojna, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/10/24/jak-tworzy-sie-sytuacje-rewolucyjna/

Mój artykuł na temat Kerczeńskiego mostu spotkał się ze zdecydowanym odporem ze strony mego towarzysza podziemnej niedoli.  W obszernym komentarzu, Darek przedstawił swoją wizję dziwnej wojny.  Wizję, która domaga się, by porzucić dociekania i pogodzić się z faktem, że jesteśmy ofiarami sowieckiej dezinformacji, więc nie możemy posiąść „istotnej wiedzy” na temat tej wojny.  Lasciate ogni speranza, porzućcie wszelką nadzieję, którzy wchodzicie do dantejskiego piekła dezinformacji.  Próby dojścia do jakiegokolwiek, nazwijmy to tak, metodologicznego porozumienia, spełzły na niczym.  Zostawmy więc metodologiczny aspekt tego poglądu, który przypomina mi prlowski żart: gdy radio podawało na przykład, że minęła godzina 12, to mieliśmy w zwyczaju mówić „znowu kłamią!”  Niezależnie wszak od tego, jak bardzo trudno mi pominąć milczeniem postulat odwrócenia się plecami do świata w celu jego zrozumienia, proponuję jednak, by skoncentrować się tylko na meritum.  Spróbuję pokrótce wyłożyć pogląd Darka, na ile go rozumiem.

Wojna w oczach Darka, jest przedłużeniem długoterminowej strategii sowieckiej zapoczątkowanej przez Szelepina i Mironowa; konsekwentnie, nie ma zatem dwóch stron w walce, a tylko jedna i, co za tym idzie, wszystkie wydarzenia są ukartowane z góry.  Analogii dopatruje się Darek w udawanej wojnie sino-sowieckiej, która doprowadziła do uznania chrlu przez Zachód.  Tamten konflikt miał ogromne znaczenie, przyniósł poważne konsekwencje strategiczne i geopolityczne, podczas gdy konflikt ukraiński to jest drobiazg: „Ukraina nie ma potencjału zbliżonego do chińskiego.  Stosunkowo mały kraj, biedny, rzadko zaludniony…”  Autor przyznaje, że cele wojny nie są jasne, a jednocześnie twierdzi, że „wojna nie jest tu przedłużeniem polityki, ale rodzajem wybuchowej inicjacji, zmierzającej do wytworzenia nowych stosunków w polityce europejskiej i światowej”.

W rezultacie Zachód cierpi z powodu własnych sankcji, pomoc dla Ukrainy jest mizerna, głównie w postaci staroświeckiego – o, przepraszam: „starosowieckiego” – sprzętu, a atomowy straszak w rękach sowieckich skutecznie paraliżuje Zachód.  Darek naigrywa się z tępoty Zachodu, który w ogóle nie próbuje dociec „o co chodzi?” i nie jest w stanie dostrzec, „że wytykana dziś rzekoma słabość Kremla, jutro może okazać się jego, Zachodu, własną słabością”.  Pierestrojkowe twory, jak prl i Ukraina, próbują wciągnąć Zachód do czynnego udziału w konflikcie, ale ten, nie wiedząc dokładnie dlaczego, pozostaje bierny.

Streściłem zapewne nieudolnie, ale całość można przeczytać (komentarz z 16 października, 8:54 i następująca po nim dyskusja) i tam docenić w pełni subtelności wywodu.  Mówię to bez ironii, bo kłopot w tym, że ja się w większości zgadzam.  (Choć tkwię uparcie przy twierdzeniu, iż należy jak najusilniej dociekać, kto stoi za eksplozją na moście, żeby lepiej rozumieć dynamikę rozwoju wydarzeń.)  Czy jednak Darek nie ma racji, wyrzucając mi, iż operacyjne szczegóły są bez znaczenia?  Pozwolę sobie wskazać na kluczowe punkty, które od wstępnej zbieżności prowadzą nas do zasadniczej rozbieżności.

W moim przekonaniu, dziwna wojna na Ukrainie jest w istocie kontynuacją długofalowej strategii.  Ale to nie oznacza przecież, że Szelepin zaplanował 60 lat temu inwazję Ukrainy w lutym 2022 roku.  Niezwykłość tej strategii leży w jej giętkości, w dostosowywaniu się do sytuacji, w wykorzystywaniu okoliczności.  Mało tego, niezwykle trudno odczytać, jakie cele mogą mieć poszczególne posunięcia w ramach strategicznego planu, gdyż wiele z nich, zwłaszcza faza znana pod nazwą „upadku komunizmu”, zdaje się na pierwszy rzut oka, być ogromnym krokiem wstecz.  Trudność polega więc na odczytaniu, w jaki sposób inwazja Ukrainy wpisuje się w te same ramy.  Jaki element strategii pchnął Putina do inwazji w lutym Roku Pańskiego 2022?

Darek przytacza wojnę sino-sowiecką, jako przykład analogiczny do wojny ukraińskiej.  Tu nasze drogi się rozchodzą bardzo wyraźnie.  Nie było w istocie żadnej wojny między chrlem i sowietami, a zaledwie utarczki graniczne, łatwe do sfingowania i łatwe do rozdmuchania, więc nie zachodzi tu żadne podobieństwo.  Jednak największe zdumienie wzbudziło we mnie twierdzenie Darka, że Ukraina jest mała, biedna i bez znaczenia.  Ukraina jest ogromna (drugi co do obszaru kraj w Europie), ma 40 milionów ludności (więcej z Krymem i Donbasem) i jest znaczącym producentem żywności i innych surowców.  Ukraina jest ważna strategicznie; tak dalece, że niektórzy historycy są zdania, iż obie wojny światowe toczyły się zasadniczo o Ukrainę.  Była istotnym powodem wejścia Rosji do Wielkiej Wojny (Lieven) i była główną częścią lebensraumu, który próbował sobie zdobyć Hitler (Snyder).  Zbywanie znaczenia Ukrainy lekką rączką, wydaje mi się geopolitycznym szaleństwem.  Że jest mniejsza od chrlu?  Niewiele krajów na świecie jest w tej samej lidze co chrl.  Najważniejsze jednak, że mamy na polach Ukrainy autentyczny konflikt zbrojny, który nie da się sfingować, jak potyczki na pograniczu, z dala od zachodnich dziennikarzy.  Innymi słowy, uznając wojnę na Ukrainie za część długofalowej strategii, nie mam prawa zamykać oczu na autentyczność konfliktu.  Co więcej, ta właśnie autentyczność walk – ataków i kontrataków, nalotów i bombardowań, a nade wszystko ludzkich cierpień – czyni tę wojnę, rozumianą jako część szerszej strategii, o wiele, wiele bardziej niebezpieczną.  Niedostrzeganie autentyczności konfliktu stawia nas w absurdalnej sytuacji, w której nie jesteśmy w stanie docenić potencjalnych zysków politycznych otwartego konfliktu z sowieciarnią, gdyż odrzucamy a priori wszelkie próby zrozumienia istoty zmagań.  Z drugiej zaś strony, rozmiar tych cierpień przesłania możliwość prowokacji.

Wojna – nie wymiana strzałów i szamotanie się na granicy, ale otwarty konflikt zbrojny – jest sytuacją z definicji dynamiczną, zmienną.  Wojna polaryzuje, wywołuje potężne emocje, kreuje zbrodniarzy i bohaterów.  Nie da się jej zaplanować, ani przewidzieć.  Najlepiej ułożony plan taktyczny może się rozbić o drobny błąd w wykonaniu albo o nagłą zmianę pogody.  Ileż znamy wypadków w historii, gdy niepokonane armie dostawały baty od przeciwnika, którego, zdawałoby się, powinny były zniszczyć bez wysiłku.  Jakże nieliczne wojny w historii potoczyły się tak, jak to zaplanowano w sztabie.  Tylko że w opinii Darka, tu w ogóle nie ma żadnej wojny, bo do wojny potrzeba dwóch stron.  Skoro jest tylko jedna strona, to potrzeba choreografii, uzgadniania ruchów na najróżniejszych poziomach, od poziomu Putina i Zelenskiego aż do poziomu dowódców na poszczególnych odcinkach frontu.  Czy tak?  Czy uzgadniają też, które elektrownie mają zaatakować?  I które szpitale?  Jeżeli tak jest w istocie, to te kontakty muszą być wykrywalne…

Ponownie, pomimo tak zasadniczych różnic w ocenie sytuacji, zgadzamy się z Darkiem, że cele tej wojny leżą poza strefą konfliktu zbrojnego.  Nie idzie o Donbas i Krym, nie idzie o granice ani o „jedność ruskiego narodu”, idzie o tzw. Zachód, a ściślej o całą Europę.  W jaki sposób autentyczny konflikt zbrojny na żyznych polach Ukrainy, może doprowadzić sowieciarzy do zwiększenia kontroli nad Europą?  „Wybuchowa inicjacja”, jak twierdzi Darek?  Może.  Ale chyba coś innego jest na rzeczy.

W cyklu o upadku komunizmu, pisałem o trwającym dziesięciolecia procesie sowietyzacji Zachodu.  Niezaprzeczalne sukcesy tej taktyki doprowadziły mnie do przekonania, że dziesiątki tysięcy żołnierzy zebranych nad granicami Ukrainy pod koniec ubiegłego roku, służyć miały tej samej strategii: doprowadzić miały do dalszego zmiękczenia tego, co i tak już jest sflaczałe.  Z tego powodu, inwazja lutowa była dla mnie wielkim zaskoczeniem.  Do dziś nie potrafię zrozumieć, w jakim celu Putin porzucił proces, który posuwał się, wprawdzie powoli, ale pewnie, w pożądanym kierunku – ku całkowitej i dobrowolnej sowietyzacji Zachodu.  Gdy wydawało się, że postępy sowietyzacji są nieuchronne, że nic nie zdoła powstrzymać rozkładu politycznej woli, to właśnie inwazja Ukrainy zdołała tego dokonać.  Oto nagle bolszewicka jaczejka brukselska poczęła uzbrajać się w broń, a nie w kije od mioteł.  Biden, poputczyk w Białym Domu, wystąpił przeciwko Putinowi i komunistom chrlowskim.  Nawet New York Times i bbc, te bastiony sowietyzmu, stanęły po stronie Ukrainy i żądały uzbrojenia ukraińskich bojowników o wolność i uniezależnienia Zachodu od sowieckich paliw.  Większość sporów poszła w kąt, i w ten oto sposób Putin zdołał osiągnąć nieosiągalną, jak się zdawało, „jedność Zachodu”.

Tak się wydawało, ale wydarzenia ostatnich kilku miesięcy w Wielkiej Brytanii zmieniły mój pogląd.

Boris Johnson został zmuszony do ustąpienia z pozycji lidera partii Torysów, ponieważ ludzie, pracujący dla jego rządu, pili wino (piwo byłoby akceptowalne, jak wykazał Starmer).  Jego rezygnacja spowodowała długotrwały konkurs piękności i wybór Liz Truss na stanowisko premiera.  Jej Kanclerz, czyli minister finansów, wystąpił z planem obniżenia podatków (obok dotacji rządowych dla obniżenia cen elektryczności) w celu wyciągnięcia brytyjskiej gospodarki z błędnego koła anemicznego wzrostu, stagnacji i rosnącego deficytu budżetowego.  Plan taki nie jest niczym nowym ani dziwnym.  Podobnie postąpili Margaret Thatcher i Ronald Reagan, a nawet lewacka administracja Kennedy’ego, gdyż nawet lewicowcy wiedzą, że niższe podatki stymulują wzrost i inwestycje.  Obniżenie najwyższego podatku dochodowego z 45% do 40% najprawdopodobniej zwiększyłoby dochody państwa, ponieważ tak właśnie się stało, gdy po porażce lejburzystów obniżono podatek z 50% do 45%.  Na dzień przed mini budżetem Kwartenga, centralny bank podniósł stopę procentową, ale tylko o pół procent, gdy amerykański Fed dodał 0.75% do kosztu pożyczek.  Przewidywalnym efektem tych posunięć był spadek wartości funta.  Jednocześnie, z technicznych powodów, które zbyt długo byłoby wykładać, firmy zarządzające wielkimi funduszami emerytalnymi, które muszą wypłacać swym członkom emerytury wzrastające każdego roku wraz z inflacją, musiały dokładać gotówkę do funduszy w celu wypełnienia teoretycznych czarnych dziur, stworzonych przez inflację w okolicy 10%.  Efektem tego procesu był spadek wartości obligacji rządowych (tzw. Gilts), używanych przez fundusze emerytalne.

Można wybaczyć opozycji parlamentarnej, że obarczyła winą za ten stan rzeczy mini budżet Kwartenga – taka jest rola opozycji w tym najlepszym z systemów.  Trudniej było mi początkowo pojąć, dlaczego wszyscy bez wyjątku obserwatorzy, całe media, łącznie z rzekomo, prawicowymi FT, The Economist, a nawet ze Spectatorem na czele, także obwiniały rząd.  Nie było w rzeczywistości żadnego związku przyczynowego między budżetem i chaosem na rynku, ale rzadko kto odważył się to powiedzieć głośno.  Spektakl zakrzykiwania każdego, kto próbował wskazywać na obiektywne przyczyny kryzysu, uzmysłowił mi, kto naprawdę rządzi tym krajem.  Kiedy mówię, że zakrzyczano obrońców rządu, to nie jest wcale metafora.  Zakrzyczano ich dosłownie, nie dając dojść do słowa podczas wywiadów, domagając się przeprosin – ulubiona metoda lewaków – i jednoznacznie grożąc nadchodzącym gniewem ludu.  Nawet najbardziej prawicowi komentatorzy także mają dzieci, które chodzą do szkoły i nie można ich narażać na szykany.  W końcu, rzadko kto lubi być opluwany na ulicy.  Może więc nie należy się dziwić, że rozsądni ludzie nabrali wody w usta.

Rezultat jest jednak zdumiewający: zaakceptowano, jako jedyne możliwe wyjaśnienie sytuacji, narrację, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, i na tej podstawie dokonano przewrotu parlamentarnego w Westminsterze.  Dla uniknięcia nieporozumień dodam, że nie jestem zwolennikiem Liz Truss, ale sposób obalenia jej rządu, po równie podejrzanych machinacjach przeciwko rządowi Johnsona, nie wróży dobrze temu państwu.  Pokazuje bowiem naocznie, że władza leży naprawdę w rękach mediów, a te są generalnie na lewo.

Wielka Brytania jest mniej zadłużona niż większość krajów Europy, ma także niższe totalne opodatkowanie (jako procent dochodu narodowego).  Oprocentowanie pożyczek jest o wiele za niskie (2.25%), zważywszy inflację ponad 10%.  Obie cyfry są wynikiem opieszałości, z jaką Bank of England podnosił stopę procentową, po wyjściu z pandemii i porzuceniu idiotycznej polityki zamykania gospodarki na klucz.  Mimo to, wszystkie media bez wyjątków, przytaczały z aprobatą ostrzeżenia i pouczenia towarzyszki Kristaliny Georgiewej, byłej wykładowczyni ekonomii politycznej na katedrze marksizmu-leninizmu uniwersytetu w Sofii, a dziś szefowej IMF.

Zjednoczone Królestwo nie jest odosobnione w swej trudnej sytuacji finansowej.  Podobnie, a w wielu wypadkach znacznie gorzej, jest w innych krajach europejskich, ale gospodarka brytyjska ma tę przewagę, że nie jest włożona w kaftan bezpieczeństwa w postaci €uro, nie jest poddana absurdalnym dyktatom z Brukseli, za co Panu Bogu niech będą dzięki.  Jakim więc cudem, dobrowolnie włożyła niniejszym głowę w dyby polityki gospodarczej, która doprowadzić może tylko do bolesnego uwiądu w zacisku socjalistycznego imadła?  Dyktat Brukseli zastąpiono dyktaturą mediów, które żądają bezustannego podnoszenia zasiłków i podatków, i już wkrótce domagać się będą ograniczenia budżetu obronnego oraz zwiększenia deficytu budżetowego.

Stało się tak, ponieważ żyjemy w czasach, gdy wszystkim rządzą media, a nie rządy.  Boris Johnson wygrał wybory w cuglach, ale nigdy, od samego początku, nie miał mediów po swojej stronie, toteż został obalony.  Truss została zmiażdżona, i już słychać ostrzenie noży na Sunaka, który jest miliarderem.  Media są – to wielkie uproszczenie i uogólnienie, ale pozostanę przy nim – kulturowo liberalne, a ekonomicznie i politycznie lewicowe.  Brytyjskie media są także w większości pro-europejskie, co w praktyce oznacza, że nie mogą do dziś wybaczyć elektoratowi odejścia z niuni.

Koncentruję się na angielskich przepychankach, ponieważ znam sytuację tutaj najlepiej, ale nie inaczej jest w innych krajach Zachodu, czego najlepszym przykładem było zachowanie mediów podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach.  Nikomu nie pozwolono pisnąć ani słowa przeciw Bidenowi, bo byli tak skrajnie przeciwni Trumpowi.  Właściciele Twitter i Facebook ocenzurowali każdą wzmiankę na temat skandalicznego zachowania Huntera Bidena, stacje telewizyjne i gazety stłumiły i zatuszowały związki między działalnością synalka i kandydatem na prezydenta.  I pomimo tej skoordynowanej kampanii, Trump – który, Bóg raczy wiedzieć, ma wiele wad – otrzymał ponad 70 milionów głosów w tamtych wyborach.

Czyżby więc Putin i Xi lepiej rozumieli naturę tzw. Zachodu niż ja?  Bardzo to możliwe, ponieważ inwazja na Ukrainę wraz z nieprzypadkowo jednoczesnym zamknięciem gospodarki chrlowskiej z powodu pandemii, spowodowała stan fermentu w tzw. krajach rozwiniętych.  Uzależnione od tanich chrlowskich bubli społeczeństwa są jak narkoman, któremu odebrano strzykawkę.  Strajki i blokowanie dróg są już na porządku dziennym, a zima może przynieść zaognienie nastrojów, jeżeli sprawdzą się przewidywania przerw w dostawach prądu.  Stan politycznego wrzenia łatwo przerodzić się może w rewolucję.

A mnie z rewolucją „nie po puti”, że zacytuję z żyjącego klasyka.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/10/24/jak-tworzy-sie-sytuacje-rewolucyjna/
Kategorie: Dziwna wojna, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/10/24/jak-tworzy-sie-sytuacje-rewolucyjna/