Dziwna wojna. Rozmowa o „specjalnej operacji”
Jacek Szczyrba: Podczas niedawnego spotkania miałem wielki zaszczyt gościć w domu osoby bezpośrednio związane z witryną Wydawnictwa Podziemnego. Dzięki zdobyczom techniki udział w posiedzeniu wzięli również goście nieobecni ciałem, co nadało wydarzeniu posmak bez mała konspiracyjny i przypomniało mi zamierzchłe czasy, gdy ze srebrnego Radmora wydobywały się słowa: „tu mówi Londyn”. Nie to, żeby tym razem też Radmor był w to zamieszany, postęp technologiczny wyeliminował go z gry. Takie miałem po prostu skojarzenia.
Jednym z powodów spotkania była potrzeba przedyskutowania sytuacji na Ukrainie. Wydarzenia z tamtego obszaru są tak zaskakujące, że mogą poddawać w wątpliwość dotychczasowe przekonania i oceny istoty tworów politycznych, które obserwujemy od z górą trzydziestu lat. Co właściwie dzieje się dziś na terenach dawnej ukraińskiej SRS? Czy jest to rozgrywka pomiędzy walczącymi stronnictwami w sowieckich służbach specjalnych, wojna Kremla z lokalnymi oligarchami, czy powstrzymywanie rebelii zbuntowanego narodu? A może, jak twierdzą niektórzy chodzi o kontynuację ekspansji wpływów sowieckiego państwa i wypychanie Ameryki z Europy? Czy jest to operacja koordynowana i uzgadniana z Pekinem? A jeśli tak, to jakie cele przyświecają chińskim komunistom? Nie dysponując twardą wiedzą wywiadowczą, zdani jesteśmy na tak zwany biały wywiad, czyli analizę powszechnie dostępnych informacji. Pan Gniewoj sformułował cztery hipotezy, które staraliśmy się przeanalizować w miarę skromnych możliwości.
Gniewoj: Będąc dzieciakiem, nie mogłem nacieszyć się skompletowanym w wielkim trudzie zestawem hi-fi. Nie był to jak u Pana Radmor, a kompilacja produktów Unitry Diora, Tonsil i Zakładów Radiowych im. Marcina Kasprzaka. Ależ byłem dumny z całego tego zestawu. Słuchałem wtedy nie audycji nadawanych z Londynu a krajowej trójki i szlagierów typu: „Chcemy być sobą”. A dziś?! Dziś, wystarczy zarejestrować się w sieci żeby słuchać i być słyszanym, żeby widzieć i być widzianym. Nie zawsze to wszystko idzie w parze z rozumieniem, ale i dziwna wojna, o której dziś rozmawiamy nie jest prosta do zrozumienia.
Pozwolę sobie przedstawić cztery hipotezy, co do sensu tej dziwnej, ukrainnej wojny. Przede wszystkim dziwnej, bo jej cel jest trudny do uchwycenia. Po drugie dziwnej, ponieważ sprawia wrażenie, jakby przekaz wydarzeń był mocno reglamentowany i pilnie kontrolowany. Po trzecie, mam wrażenie, że wojna nie polega na starciu dwóch armii, powiedzmy armii czerwonej i niebiesko-żółtej, a na niszczeniu przez czerwonych celów cywilnych, terroryzowaniu ludności i powodowaniu przeogromnej migracji.
Przechodząc do wspomnianych czterech hipotez muszę zaznaczyć, że żadna z nich nie jest mojego autorstwa. Pierwsza, to wielokrotnie podnoszona i dyskutowana na witrynie WP teza, że w latach 1989-91 wypadki wymknęły się sowieciarzom spod kontroli i jednak doszło do upadku komunizmu w sowietach i ich dominium zwanym krajami bloku wschodniego. W takim wypadku: imperialna Rosja Putina próbuje odbudować strefę wpływów a Wolna Ukraina skutecznie się tym planom przeciwstawia.
Druga, to myśl przedstawiona w artykule „Europa est omnis divisa in partes tres” na witrynie Zarobme.se, mówiąca, że cała ta dziwna wojna ma na celu pokrycie, albo lepiej, ukrycie manka jakie powstało u sowieciarzy w efekcie systemowego i systematycznego rozkradania arsenału czerwonej armii.
Trzecia hipoteza, to kompilacja hipotezy Pana Andrzeja o nadchodzącej deputinizacji z gorbaczowską wizją „wspólnego domu” od Atlantyku czy też od Lizbony do Władywostoku. Tu celem byłoby dokonanie zmiany wizerunku kremlowskiej władzy. Czym okrutniejszy obraz modelu schodzącego ze sceny tym bardziej entuzjastyczne przyjęcie modelu przedstawionego nam w kolejnym akcie przedstawienia a wszystko to po to by w kolejnym etapie z otwartymi ramionami włączyć „nową, demokratyczną Rosję” do struktur Unii Europejskiej.
I wreszcie czwarta, Bartosiaka i Zychowicza, o nadchodzącej czy nawet już toczącej się Trzeciej Wojnie Światowej, gdzie głównymi stronami konfliktu są ChRL i USA. Można by wtedy zastanawiać się czy obecna wojna w Europie nie jest próbą wciągnięcia USA w lokalny konflikt. Lokalny w porównaniu z walką o dominację w strefie Pacyfiku.
Andrzej Dajewski: Mija czwarty miesiąc tego co sowieci nazywają ukraińską „operacją specjalną”, lecz w dalszym ciągu jej rzeczywisty cel nie tyle przysłania „mgła wojny”, ile owiany jest mgłą tajemnicy. Niektóre jej elementy wydają mi się jednak dość wyraźnie widoczne:
Po pierwsze, kremlowska ekipa Putina nieprzerwanie ma inicjatywę strategiczną. Jest stroną atakującą nie tylko na scenie militarnej ale też politycznej. Bez jej zgody i spełnienia jej warunków nie dojdzie dziś do zażegnania kryzysu żywnościowego w Afryce, ona dyktuje też wciąż warunki „pokoju”, nie mówiąc o „zawieszeniu broni”. Z własnej woli skrócili front o mniej więcej 1/3 długości (może więcej, ale nie tak wiele), ale wciąż go kontrolują. Wciąż jest dostatecznie długi, aby świat nie odwrócił od niego oczu. Ekipa ukraińska wydaje się koncentrować głównie na naciskaniu Zachodu, aby zaangażował się w podtrzymywanie i wspieranie jej. Zwróćmy uwagę na to, że pomimo ataków, nie jest to kraj „na kolanach”, wciąż np. ma sprawną znaczącą część przemysłu (od z górą 30 lat zasadniczo pod kontrolą „oligarchów”), w tym zakłady zbrojeniowe.
Po drugie, „rosyjskie” operacje militarne ostatnio zyskały na skuteczności, ale w dalszym ciągu są zastanawiająco mizerne. Cała strategia militarna sowietów wydaje się być obecnie w dalszym ciągu nieporadna, nastawiona na niewielkie sukcesy w długotrwałym konflikcie. A straty i koszty rosną. Czy to wynika ze stopnia determinacji i oporu drugiej strony, tak jak to wyglądało w pierwszym miesiącu sowieckiej „operacji specjalnej”? Podobno strona ukraińska dysponuje obecnie 700-tysięczną armią, co uwzględniając potencjał „zbrojeniówki”, powinno stanowić o jej przynajmniej równorzędności. (Ciekawy tekst na ten temat można przeczytać tutaj: Ukraine’s Military Industry Should Not Be Underestimated) W konflikcie z Zachodem, sowieci odwracają „sankcje”, czyniąc je bronią własną, skierowaną w przeciwną stronę. Doskonale wiedzą, jaki koszt ponoszą ci, którzy je wprowadzają – sieć powiązań gospodarczych, którą rozwinęli w ciągu 30 lat jest tak mocna, że praktycznie nie jest możliwe oddzielenie tego co Zachodu od tego co sowietów. W efekcie uprawianej przez ostatnie 30 lat prosowieckiej polityki na wielką skalę, Europa Zachodnia doświadcza dziś wysokiej inflacji i grozi jej recesja.
Po trzecie, działania polityczne Zachodu, w tym dostawy broni dla Kijowa, wciąż są ograniczone i nastawione na zachowywanie twarzy wobec własnej opinii publicznej oraz podtrzymywanie układu z Moskwą, który pozwalał im czerpać zyski w zamian za milczącą kontynuację starych jałtańskich umów. Czy taka postawa może wynikać z faktu, że Zachód od lat wierzy w upadek komunizmu i niepodległość „postsowieckich” i „postkomunistycznych” tworów oraz w „odejście w niebyt” jałtańskich układów, w których oddał sowietom pół Europy? A może robi to, bo nie chce stracić tam miliardów dolarów i euro które zainwestował? Zdaje mi się, że na obydwa pytania odpowiedź brzmi „nie”. Gdy nadarzy się pierwsza okazja do ponownego ułożenia się z sowietami, wtedy, niezależnie od wszystkiego, nastąpi kolejne „kochajmy się”. Czy musi to być związane z „deputinizacją”? Putin i jego ekipa, od rozpoczęcia „operacji specjalnej” wciąż podtrzymują ten sam propagandowy wizerunek na użytek świata i jak się zdaje nie mają zamiaru go zmieniać. Czyli podnoszą poprzeczkę. Wydaje mi się, że zasadniczo chodzi tu o USA, bowiem Europa czy NATO jako siła polityczna i militarna, są dostatecznie zneutralizowane wcześniejszymi działaniami, aby mogły stanowić realną siłę, z którą sowieci muszą się liczyć. Jeśli Wielka Brytania ma dziś 75 tysięczną armię, to ile może mieć razem cała Europa Zachodnia? 300-400 tysięcy to chyba maksimum?
Po czwarte, poza tym wszystkim co powyżej, Zachód od początku nie chce zaangażować się bezpośrednio w walki na Ukrainie, choć w praktyce stał się już stroną i tak jest przedstawiany przez sowietów i ich komunistycznych sojuszników. Czyli nie zamierza ogłaszać „końca Jałty”, jedynie tak jak w latach powojennych, usiłując „grać na demokrację” w komunistycznych (dziś „postkomunistycznych”) tworach. Sowietom zaś chodzi o coś przeciwnego – o modyfikację „Jałty”, co ostatnio dał do zrozumienia Putin, mówiąc o końcu „starego porządku światowego”. Może to dlatego Zachód tak się opiera militarnemu zaangażowaniu się?
Co z tego wyniknie? Wydaje mi się, że sowieci będą konsekwentnie dążyć do celu i chcąc go dopiąć, będą coraz mocniej naciskać. Także to, że możliwa jest niebawem „trzecia faza”, być może z kolejną eskalacją.
Jacek Szczyrba: Wobec bardzo ograniczonych możliwości analizy całości zagadnienia, postanowiłem skupić się na polu, z wielu względów mi najbliższym, czyli działań lotnictwa w obserwowanym konflikcie, co ująłem w osobnym tekście. Większość obserwatorów wciąż nie jest w stanie wyjaśnić zaskakującej słabości i nieskuteczności sowieckich sił powietrznych. Podstawa każdej współczesnej operacji militarnej, czyli zmasowany atak lotniczy na infrastrukturę przeciwnika w pierwszej fazie wojny, w tym przypadku okazał się całkowitym fiaskiem. Jak to wyjaśnić? Pozorowanie własnej słabości ze strony sowietów, wydaje mi się coraz mniej prawdopodobne. Śledząc opinie ekspertów, można wysnuć wnioski, że przyczyny nieskuteczności, czy wręcz nieudolności sowieckich działań w powietrzu są innej natury.
Analitycy z „think tanku” Strategy & Future przyglądający się działaniom militarnym na Ukrainie, przedstawili ostatnio swoje wnioski [https://www.youtube.com/watch?v=W7hJHyowkUk] ze spotkania z przedstawicielami izraelskich sił powietrznych. Między wierszami można z nich wyczytać, że ogólna słabość sowieckiego lotnictwa wynika ze strukturalnych zaniedbań, przestarzałych rozwiązań i taktyki nieprzystosowanej do warunków konfliktu. Co uderza w powyższej prezentacji, to brak pewności w formułowaniu jakichś kategorycznych wniosków. Nikt, łącznie z izraelskimi lotnikami, nie jest w stanie wyjaśnić, dlaczego pierwsze operacje lotnicze przeciwko siłom ukraińskim były tak nieskuteczne. Bardzo ostrożne analizy sugerują, że nieskładne działania sowietów są wynikiem rywalizacji poszczególnych związków taktycznych, czy wręcz rodzajów sił zbrojnych między sobą, o wpływy na Kremlu. Brzmi to absurdalnie, ale spotkałem się już kilka razy z takimi poglądami. To tłumaczyłoby na przykład brak koordynacji działań lotnictwa i naziemnej obrony przeciwlotniczej, co pozwoliło lotnictwu ukraińskiemu na skuteczne przeciwdziałanie.
Zastanawiająca jest też nieobecność sowieckiego lotnictwa strategicznego nad Ukrainą. Masowe niszczenie miast odbywa się głównie przy użyciu artylerii, zwłaszcza rakietowej. Jest to stara sowiecka taktyka z okresu II wojny światowej i jeśli celem sowietów na tym etapie ma być zrujnowanie ukraińskiej infrastruktury i sianie terroru, to wydaje się to nieefektywne z punktu widzenia militarnego. Podobne cele Amerykanie próbowali osiągnąć stosując masowe naloty bombowców strategicznych podczas wojny w Wietnamie. Operacja Rolling Thunder na dłuższą metę okazała się nieskuteczna ze względu na brak strategicznych celów w Wietnamie Północnym, ale przecież na Ukrainie takich celów nie brakuje. A jednak ani Mariupol, ani obszar Donbasu nie stały się obiektami ataków Tu-95 czy Tu-160, tak ochoczo używanych do prowokowania skandynawskich i brytyjskich sił powietrznych. Jedyne doniesienia o atakach lotniczych mówią o maszynach wsparcia pola walki i śmigłowcach szturmowych. A więc sowieci próbują osiągnąć strategiczne cele używając środków taktycznych. Z jednej strony nieskuteczność ich działań napawa optymizmem, z drugiej prowokuje pytania o rzeczywisty obraz sytuacji.
To tylko jedna z wielu zagadek związanych z tą dziwną wojną i kolejny przyczynek do dyskusji.
Dariusz Rohnka: Skoro, jak wszyscy doskonale dostrzegamy, nie da się rozwiązać tajemnicy „dziwnej wojny” przy użyciu ogólnie dostępnych narzędzi w postaci przekazu medialnego, dziwnego zachowania sowieckiej armii, jawnej bezsensowności uprawianej polityki, która powoduje, że Kreml z poziomu kogoś z kim warto robić interesy, przechodzi do kategorii (niechby werbalnej) niepoczytalnego agresora, należy być może sięgnąć do źródeł i zastanowić się nad istotą percepcji bolszewizmu przez świat zewnętrzny (nazywany tradycyjnie Zachodem). Dostrzeżemy wówczas paradoks towarzyszący bolszewizmowi od zarania. Nie licząc wąskiej grupy obserwatorów, jego istnienie, jako nowego fenomenu w dziejach świata, nigdy nie zostało dostrzeżone. Rapallo, uznanie sowietów przez Stany Zjednoczone, braterski alians z czasów ii wojny, „wielka spółka”, amerykańskie wsparcie dla chińskich komunistów (identyczne zjawiska miały miejsce w Europie), rozgrywanie rzekomego sporu chińsko-sowieckiego, aż po pingpongową dyplomację Kissingera, fenomen Gorbaczowa z jego pierestrojką, wszystko to jest dowodem absolutnego niezrozumienia nowego dziejowego zjawiska. A skoro tak, czym jest sowiecka napaść na sowiecką Ukrainę, jeśli nie standardową (z zachodniego punktu widzenia „historii tradycyjnej”) chęcią supremacji nad sąsiednim terytorium? Agresywna wojna z jej niesprawiedliwością, wpisuje się banalnie w dzieje świata. Jest imperium (choćby podupadłe), które przejawia aktywność wojenną: niszczy, gwałci, morduje, łupi – cóż w tym niezwykłego? Możemy rozważać ton retoryki strony zaniepokojonej przejawem niespodziewanych aspiracji (w tym przypadku ze strony Kremla), ale nie dajmy się jej zwieść. Agresja jest wpisana w sens dziejów, dlatego nie wydaje mi się, ażeby ktokolwiek z możnych tego świata mógł być takim rozwojem zdarzeń zdegustowany. Werbalnie, i owszem, bo tego domaga się wielce nieoświecona demokracja, ale w praktyce z pewnością nie. Z ich perspektywy kremlowska Rosja wyciąga łapę po nie całkiem swoje. To może niepokoić, ale nie zdumiewać. Konflikt, z którym borykamy się myślowo od czterech miesięcy, nie jest w percepcji świata niczym ekstraordynaryjnym. To nic innego jak Clausewitzowskie przedłużenie polityki. To, rzecz jasna, nie jest trafne myślenie, ale obowiązujące.
W przełożeniu na język konkretu, bo inaczej możecie mi Panowie słusznie zarzucić, że bajam banały, sowieci nie tyle narazili się na złą ocenę opinii światowej, ale przeciwnie – zrobili bardzo wiele, aby taką naganną cenzurkę wykreować. Pobrali nauki z całkiem świeżej lekcji, mianowicie z Donbasu 2014. Co się wówczas okazało? Mimo hałasu, jęków i zawodzeń zachodniego bolszo-establishmentu, interesy chadzały jak wcześniej (a nawet lepiej, odnotowując przyrost w handlu np. ropą o 15%, rok do roku), tzw. sankcje mogły co najwyżej wywołać salwy śmiechu, sowiecka Ukraina przyjęła zaistniały stan rzeczy za dopust bezbożny i raczej nie miała zapędów, aby odbijać Krym oraz inne tereny, co najgorsze – zachodnia, rozkrzyczana zwykle „opinia publiczna” nie raczyła przejawić zainteresowania agresją w należytym stopniu. W 2022 natrudzono się wielce, żeby nadać konfliktowi odpowiedni wymiar, co można przekonująco zilustrować (ale nie wiem czy warto i jest ku temu miejsce). Konflikt miał tym razem wywołać reakcję, pytanie tylko… po co?
Michał Bąkowski: Odnoszę wrażenie, że wszyscy zgadzamy się, iż Ukraina nie jest ani przedmiotem, ani podmiotem wojny. Konflikt toczy się o „coś innego”. Tylko o co? Nie przekonywa mnie czwarta hipoteza – z całym szacunkiem dla p. Gniewoja, nie czytałem nigdy „Bartosiaka i Zychowicza”, a znam tę hipotezę od trzech miesięcy, więc dajmy sobie spokój z przypisywaniem autorstwa – gdyż dla odwrócenia uwagi od Pacyfiku w ogóle, a Tajwanu w szczególności, nie wywołuje się światowej paniki i powszechnego zwiększenia wydatków zbrojeniowych. Pierwsza hipoteza jest przyjęta powszechnie na Zachodzie. Tu rozważa się tylko „imperialne interesy Rosji”, Putina jako spadkobiercę Denikina i temu podobne niedorzeczności. Druga pada ofiarą brzytwy Ockhama, a trzecia jest wprawdzie przekonująca, ale tylko do czasu, aż uświadomimy sobie, że te same efekty można było osiągnąć bez niezwykle kosztownej – nie materialnie, bo to dla Putina bez znaczenia, ale politycznie – wojny. Zmierzam do tego, że ja nadal nie pojmuję, w jakim celu dokonano tej inwazji. Nie widzę w tym żadnych strategicznych zysków. A rozpętać III wojnę też można było skuteczniej, nie tracąc przy tym ogromnych ilości materiału i żołnierzy.
Zwróćmy jednak uwagę na pewien punkt, który nie jest chyba wystarczająco mocno podkreślany. Nie istnieje żadna „jedność Zachodu”, oprócz chóru „potępienia dla bezprzykładnej agresji” i unisono śpiewanych pieśni pochwalnych pod adresem wszystkiego co ukraińskie. Ameryka nie zamierza się w to wdawać w ogóle. Biden będzie za kilka miesięcy jeszcze słabszy, niż jest teraz, a Trump (jeśli wygra następne wybory) jest nieprzewidywalny. Niunia jest pozbawiona jakiejkolwiek siły i można ją zignorować (zwłaszcza, że stoi nad krawędzią kolejnego i tym razem zapewne fatalnego kryzysu €uro). Włosi i Niemcy są uzależnieni od sowieckiej ropy i gazu, ale nie dajmy się oszukać temu uzależnieniu, robią wszystko, żeby nie kiwnąć palcem w tej wojnie. Ukrywają się za parawanem pro-ukraińskiej retoryki, i po cichu odmawiają posyłania broni, płacąc jednocześnie słono za energię. Putin dostaje 800 milionów dolarów dziennie , z czego więcej niż ćwierć pochodzi od Niemiec. Te ogromne sumy są o prawie 10 miliardów miesięcznie wyższe niż przed inwazją. I tak w praktyce wyglądają sankcje. Wobec tak ogromnych sum, sowieciarze zmniejszają dostawy, podbijają ceny i uniemożliwiają budowanie rezerw na miesiące zimowe, spokojnie oczekując zaostrzenia kryzysu w Europie. W tej sytuacji łatwiej zrozumieć, dlaczego Scholz cichaczem torpeduje dostawy broni do Ukrainy: chce po prostu prędkiego zwycięstwa Putina i powrotu do normalnych interesów.
Macron jest najciekawszym przypadkiem w zachodnim froncie jedności narodów. Francja, podobnie jak Wielka Brytania, nie jest zależna od dostaw sowieckiego gazu i ropy. A mimo to, Macron jest pierwszym adwokatem udobruchania rozsierdzonego watażki z Moskwy. Trzeba przecież rozumieć, jak bardzo Putin czuje się zagrożony przez Estonię.
Mogłoby się wydawać, że Wielka Brytania jest chwalebnym wyjątkiem pośród zachodnich głaskaczy Putina. Nic bardziej błędnego. Johnson woli rozmawiać z Zelenskim niż z członkami swej własnej partii, którzy nie mogą go znieść. Ukraina jest jedynym sukcesem w jego kadencji, więc trzyma się swej „antyrosyjskiej retoryki”, za którą niewiele stoi, ponieważ Zjednoczone Królestwo ma małą armię, mało broni, mało pieniędzy i rozjuszony elektorat, który coraz bardziej skłania się na lewo.
Jak zatem wygląda ta skwapliwa koalicja antyputinowska Zachodu?
Gniewoj: Pan Jacek mówi o dziwnej taktyce sowieciarzy, jeżeli chodzi brak próby przejęcia kontroli przestrzeni powietrznej nad Ukrainą. A czy w takim wypadku nie powinna dziwić próba przekazania „polskich” migów niebiesko-żółtym? Jaki byłby sens takiego pomysłu skoro, o ile wiem, w ogóle nie dochodzi do żadnych walk w powietrzu? Oczywiście nie jestem żadnym specjalistą, ale znowu wrócę do wspomnień z dzieciństwa, jako dzieciak zaczytywałem się książką Fiedlera Dywizjon 303. Czy świat poszedł już tak do przodu, że dziś myśliwce stron przeciwnych nie toczą walk w powietrzu? Czy siły niebiesko-żółtych, w cichości poza kamerami reporterów, utraciły swój sprzęt w takim stopniu, że potrzebne było wsparcie „polskimi”, a może raczej „natowskimi” migami?
I jeśli można to chwilę chciałbym poświęcić temu, co powiedział Pan Dariusz na temat zachowania Kremla i reakcji Zachodu. Też mam wrażenie, że Kreml zachowuje obecnie się jak dziecko, które chce na siebie zwrócić uwagę dorosłych. Krzyczy, psuje zabawki, rozrabia tylko po to, żeby być zauważonym. Awanturuje się coraz bardziej, głośniej, dłużej i coraz bliżej salonu rodziców. Najpierw Czeczenia, potem Gruzja, Krym, a teraz wreszcie awantura na całego: wojna w Europie. Oczywiście Kreml to nie jest żadne niekochane, zakompleksione dziecko i w jego działaniu musi być cel. Zgadzając się w tej ocenie z Panem Darkiem chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, a mianowicie na strukturę współczesnego komunizmu. Nie twierdzę, że tak jest, ale reakcja niebiesko- żółtych każe zastanowić się nad współczesną konstrukcją komunistycznych struktur. Czy mamy nadal do czynienia z władzą centralną ulokowaną gdzieś na Kremlu i w Pekinie. Czy może raczej współczesna struktura uległa spłaszczeniu i zatomizowaniu w taki sposób, że obok Kremla i Pekinu, jak równi zachowujący dużą niezależność stoją, Bruksela, Kijów, Hawana, Phenian i podobne ośrodki, jak to opisuje Loudon w wywiadzie udzielonym WP Tylko prawda może nas uratować. Wywiad z Trevorem Loudonem
Nasuwa się pytanie o zachowanie władz w Kijowie. Czy jest to postawa niekonsultowana, niezależna podobna do reakcji Finów w 1939 czy Polaków w 1920 roku. Czy raczej jest to od początku zorkiestrowana farsa podobna do Praskiej Wiosny czy Stanu Wojennego?
Jacek Szczyrba: Króciutka dygresja odnośnie wspomnień o peerelowskim sprzęcie audio: wciąż nie mogę się nadziwić, że w przaśnym okresie lat 70 i 80-tych rodzimy przemysł był w stanie wytworzyć taką różnorodność modeli, podczas gdy dziś przemysłu brak w ogóle. Ale to temat na osobną dyskusję. Wracając na Ukrainę, to dwie ostatnie hipotezy przedstawione przez Pana Gniewoja wydają mi się dość prawdopodobne, przy czym widzę możliwość połączenia ich w jedną, wspólną linię polityki Kremla i Pekinu. Z jednej strony działania wojenne wywołują gigantyczny kryzys i niepokoje społeczne w Europie i USA, z drugiej, kolejna „odwilż” w sowietach sprowokuje Zachód do znanego z historii ochoczego wspierania finansowego i gospodarczego Moskwy, byle tylko wszystko wróciło do normy. Tak by to można interpretować, ale w tym wszystkim zdaje się tkwić jakiś element, który wprowadza dodatkowe zamieszanie. Postawa USA jest w tym przypadku dość zaskakująca, biorąc pod uwagę dotychczasową uległość wobec czerwonego Kremla. Oczywiście nie ma żadnej jedności na Zachodzie, jak zauważył Pan Michał. Następuje właśnie głęboki rozłam pomiędzy Ameryką a Niemcami i Francją, co też, być może było wykalkulowane przez Putina. Waszyngton zdaje się od kilku lat dość konsekwentnie kontynuować kurs na konfrontację z Chinami. Próba przeciągnięcia sowietów do swojego obozu rzecz jasna nie mogła się udać i po chwilowym zachwianiu stanowiska, Biden wrócił do blokowania ekspansji Moskwy na zachód. To jest się dość niespodziewane w przypadku tego polityka, bo wydawał się on całkowicie uległy i chętny do realizowania polityki ugodowej. Wydaje mi się, że postawa Ameryki wobec gospodarczego zagrożenia ze strony ChRL jest niezależna od chwilowych wahań nastrojów w Białym Domu i sugeruje, że tak zwane „głębokie państwo” ma decydujący wpływ na główne kierunki polityki zagranicznej. Zasadnicze pytanie brzmi, czy taki stan rzeczy utrzyma się w sytuacji kumulującego się kryzysu i czy lewicowe kręgi (w zasadzie można powiedzieć: piąta kolumna) nie wymuszą uległości, podobnej do tej z okresu wojny w Wietnamie.
Odnośnie do pytania Pana Gniewoja o działania lotnictwa myśliwskiego na Ukrainie, to jak wszystko w tej wojnie jest to zagadka. Ze skąpych doniesień wynika, że topniejące jednostki myśliwskie Ukraińców toczą klasyczne walki powietrzne z lotnictwem sowieckim. Czyli dochodzi do pojedynków jeden na jeden, na krótkim dystansie, tzw. dog fights przy użyciu pocisków powietrze-powietrze i broni lufowej. A wiec jest to (w bardzo dużym uproszczeniu) taktyka z II wojny światowej, nie przystająca raczej do nowoczesnego konfliktu w XXI wieku. Dlaczego nie słychać nic o starciach znanych z Wojny w Zatoce, czyli zwalczaniu celów powietrznych z dużej odległości, na dużym pułapie przez myśliwce przewagi powietrznej, nie mam pojęcia. Obie strony dysponują maszynami SU-27, czyli takim trochę gorszym F-15, a więc myśliwcem dysponującym znacznie większymi możliwościami, niż MiG-29, zarówno jeśli chodzi o ilość śledzonych i atakowanych celów powietrznych, jak też zasięg, pułap, czy prędkość wznoszenia. Być może działania w powietrzu odbywają się wyłącznie na małej wysokości i mają charakter głównie CAS (Close Air Support), a więc angażowanie ciężkich myśliwców do kontrowania tych działań byłoby nieefektywne. Wojna na Ukrainie pokazuje, że obie strony, w miarę rosnących strat, wyciągają z magazynów coraz starszy sprzęt. O ile w starciu z F-35, nie mówiąc o F-22, samoloty takie, jak MiG-29 byłyby w zasadzie bezużyteczne, to jako bat na szturmowe Su-25, czy bombowce Su-24 są jak najbardziej skuteczne. Z czysto wojskowego punktu widzenia przekazanie stronie ukraińskiej MiG-ów-29 miałoby sens. Gdyby chodziło o konflikt z maszynami V generacji, takiego sensu by nie było. Jak jednak wiadomo, sowieci nie użyli do tej pory Su-57, który według ich propagandy jest taką właśnie maszyną. Dziwna ta wojna.
Andrzej Dajewski: Pozostaję przy swojej hipotezie, bowiem sądzę, że dla sowietów bardziej liczy się czas osiągnięcia celu niż koszty. Dziś wszakże zmodyfikowałbym ją nieco. Początkowo sądziłem, że „deputinizacja” może nastąpić w stosunkowo krótkim czasie, ale jak widać sowietom jest na rękę dłuższy przebieg „militarnej operacji specjalnej”.
W kwestiach militarnych – użycia czy nie użycia przez Kreml takich czy innych rodzajów broni – zaryzykowałbym hipotezę, że jest to celowe, że używają takich środków, jakie są im w danej chwili potrzebne. Dzięki temu przebieg inwazji jest taki a nie inny. Wbrew temu co się powszechnie twierdzi, jej deklarowanym celem nie było zajęcie „postsowieckiej” Ukrainy, lecz eliminacja „elementów antyrosyjskich” (faktycznie antysowieckich) i „wyzwolenie Ukrainy”. W pierwszej fazie było to „danie nauczki” – stąd terror i miliony uchodźców, a w drugiej, która jeszcze trwa, przewlekły konflikt na rzecz „wyzwolenia”. Nieudolność operacji kijowskiej była tak demonstracyjna, że każe się zastanowić, czy nie było to celowe (nie słyszałem, aby skończyła się ona źle dla dowództwa armii, która ją przeprowadzała, ani dla sztabu, który to opracował i nadzorował). Zakończenie pierwszej fazy odbyło się na warunkach Moskwy, Ukraińcy niczego nie wyzwolili (lub niewiele wyzwolili, ograniczając się zasadniczo do obrony), lecz weszli na opuszczony teren. Kreml demonstruje słabość militarną także dziś (braki kadrowe użytych jednostek, stary sprzęt, braki wyszkolenia i planowania), jednak od czasu do czasu używa broni, która jest tak skuteczna, że druga strona niewiele jest w stanie zrobić. Dają więc do zrozumienia, na co naprawdę ich stać. Nie jest trudno ustalić, jak i jakimi trasami dostarczana jest broń z zewnątrz i przerwać linie komunikacyjne – sowieci też mają satelity. A jednak tego nie robią.
Można szukać analogii w wojnach czeczeńskich, krótkiej interwencji gruzińskiej i wreszcie w pierwszej operacji ukraińskiej, ale także w niedawnych „akcjach pokojowych” w Górskim Karabachu oraz z „postsowieckim” Kazachstanie, gdzie użyte środki były adekwatne do potrzeb. Jednak operacje te były ewidentnie kwestiami „wewnątrzsowieckimi” (w sensie zachowania kontroli nad „byłym” ZSRS) i chociaż Zachód angażował się w nie politycznie, to jak sądzę robił to jedynie pro forma (zaangażowanie się Turcji w ostatnim konflikcie azersko-ormiańskim to oddzielna kwestia, Turcja jest dziś faktycznie poza Zachodem i prowadzi własną grę). W tych przypadkach chodziło, jak sadzę, o „przywrócenie porządku” wewnątrz sfery „postsowieckiej”, ale nie można wykluczyć tego, że w Gruzji i na Ukrainie było to także testowanie reakcji Zachodu – na ile skłonny jest się zaangażować (na ile gotowy jest do negocjacji przyszłego nowego układu). Dziś jak się zdaje jest inaczej, operacja ukraińska jest skierowana militarnie do wewnątrz, ale politycznie na zewnątrz.
Odnośnie tutejszych „strategów przyszłości” sądzę, że ich koncepcje są niewiele warte, bowiem popełniają zasadniczy błąd, zakładając że czekistowska „Rosja” i komunistyczne ChRL są zwykłymi państwami, które mają klasyczną postać dążących do ekspansji kolonialnej imperiów. Tymczasem to są komunistyczne twory, które mają inne zasady i cele. Przypomina mi to zachodnich „sowietologów” sprzed pół wieku (we wspólnej książce z Zychowiczem – szeregu wywiadów – Bartosiak zachwyca się komunistycznymi Chinami, a chińską kompartię uważa za „partię mandarynów”). Fundamentem takiego myślenia zdaje mi się być wszechobecny w tutejszowie polrealizm – konkretnie, postrzeganie kontynuacji peerelu jako wolnej Polski.
Oczywiście dziś o żadnej „jedności Zachodu” nie ma mowy. Myślę, że wszyscy ustalają już swoje pozycje w ramach przyszłego „nowego rozdania”. W tym kontekście poleciłbym artykuł zamieszczony w Jerusalem Post ([The four horsemen of the apocalypse – opinion]), którego autor, jakkolwiek pomija podstawową kwestię istnienia i ekspansji komunizmu – co jest dziś obowiązującą postawą elit na tzw. Zachodzie – wydaje mi się przeprowadzać logiczną analizę posunięć bolszewików na przestrzeni ostatnich lat. Gdyby sprawy wyglądały tak, jak pisze autor analizy, należałoby się zastanowić czy nie mamy już do czynienia z zapowiedzianą przez Golicyna fazą użycia przez komunistów „jednej zaciśniętej pięści”.
Dariusz Rohnka: Może należy zastanowić się nad brakiem nie tyle „jedności”, co nieobecnością „Zachodu” we współczesnym świecie, Zachodu traktowanego przez dziesięciolecia jako stojącego po przeciwnej stronie wobec bolszewizmu. Od kilku dekad jesteśmy widzami postępującej, dynamicznej bolszewizacji tej części świata. Leninowski cel, można by rzec, został osiągnięty. Jeżeli zatem patrzymy na nasz glob w kategorii potencjalnego konfliktu, może się tak zdarzyć (nie musi), że będzie to konflikt wewnątrz jednej ideologii. Pytanie, o co? Czyżby, najzwyczajniej, o władzę, tyle, że nie w świecie bi- czy trój-polarnym, ale „ideowo” niemal jednorodnym?
„Idealny” bolszewik, Lenin, przepełniony zachwytem dla rozwiniętego komunizmu niemieckiego, skłonny był uznać nad sobą supremację Berlina. Czy Putin skłonny byłby hołdować Scholzowi albo Macronowi (jak Lenin Róży), gdyby tego domagała się strategia? A może i sam Lenin nie miałby obecnie ochoty brać na siebie dobrowolnie tego rodzaju, no… upokorzenie?
Bolszewizm zachodni w osobach Merkel, Scholza, Bidena, Harris, młodzieży jak Ardern czy Trudeau jest ledwie raczkujący, daleko mu do zdyscyplinowanego centralizmu. To bolszewizm dziecięcy, nieświadom leninowskich surowych reguł. Aspirujący co prawda do zamordyzmu, ale w wymiarze bicia pałką po hemoroidach, nie zaś krwawej rzeźni. To nie są prawdziwi, godni zaufania, bolszewicy. Dziesięcioleci potrzeba, aby doszli do pełni sprawności, a tego czasu może zabraknąć, gdy wybudzona z letargu hydra reakcji… etc.
Czy oddawanie komukolwiek władzy, detronizacja z własnej woli, jest w swojej naturze bolszewicka? Jeśli sam Lenin nie byłby skłonny oddać symbolicznego Berlina Róży, to pora, aby ten „zachodni” bolszewizm dorósł. Tego zaś procesu nie da się przeprowadzić w białych rękawiczkach.
Na marginesie kwestii militarnych, czy nie jest tak, że Kreml stosuje w tej wojnie ograniczony zakres środków? Celowo nie wykorzystuje swojej ogromnej przewagi, walczy – jak słusznie wskazuje Jacek – przy zastosowaniu rozwiązań rodem z ii wojny światowej? O ile mi wiadomo, prowadzi równolegle gry wojenne w różnych rejonach świata. Czy to ma sens? Czy Hitler, atakując o wiele słabszą Polskę w 39, nie użył – pomimo ogromnej przewagi – wszystkich swoich zasobów wojennych, na granicy z potężną Francją pozostawiając ledwie dwie czy trzy dywizje? O ile mi wiadomo, nie wysyłał w tym samym czasie bezcennych dywizjonów Luftwaffe na gry wojenne do Japonii.