Zamknij
Dariusz Rohnka

Paradoks Międzymorza

22 stycznia 2022 |Dariusz Rohnka, Dociekania
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/01/22/paradoks-miedzymorza/

Oto wszystkie narody, zagrożone w swym istnieniu przez Niemcy i bolszewików jednocześnie, jak Finowie, Estończycy, Łotysze, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Słowacy, Rumuni, że już nie wymienię Węgrów i Bułgarów, uznali za wroga bardziej niebezpiecznego, za wroga śmiertelnego nr 1 – bolszewików.

Tak definiował tytułowy paradoks Józef Mackiewicz w tekście „O Międzymorzu”.

Rację ma, rzecz jasna, Michał Bąkowski, stwierdzając że w przypadku Finlandii wskazany przez Mackiewicza paradoks, sprowadzający się do definicji wroga nr 1, nie mógł zadziałać z końcem 1939 roku, a to z tej prostej przyczyny, że ówczesne Niemcy zajmowały, w swojej polityce zagranicznej, stanowisko  prosowieckie (zresztą jak najbardziej logiczne i zgodne z istotą kultywowanej ideologii narodowego socjalizmu). Trudno także zaprzeczyć arystokratycznemu pochodzeniu marszałka Mannerheima, co jednakowoż w niczym nie podważa tezy o chłopskim „pochodzeniu” fińskiej państwowości, która wyzbyła się kulturowego patronatu szwedzkiej szlachty (była państwem dwujęzycznym, z dwujęzycznymi banknotami, nazwami ulic etc.), jako jedyny kraj w tej części europy zachowując w latach poprzedzających wojnę demokratyczny charakter. Także teza o „chłopskim” pochodzeniu antykomunizmu Finów wydaje się dobrze osadzona w politycznych realiach. Tak się bowiem składa, że Finlandia była pierwszym krajem na świecie, w którym komunistyczne zagrożenie (na niemal dekadę przed wybuchem wojny) spotkało się z mocnym, zdecydowanym odporem prostych chłopów. Niezwykłe to zjawisko opisywał  Mackiewicz w artykule zatytułowanym „Finlandia na drodze do dyktatury”:

Niespodziewanie w pewnej miejscowości chłopskiej powstaje coś w rodzaju faszyzmu, ktoś w rodzaju Mussoliniego, powstaje masowy ruch chłopski, ogarniający dziś nieomal kraj cały, skierowany zarówno przeciwko parlamentowi, jak władzy wykonawczej, i 12 tys. kmiotków fińskich maszeruje do stolicy.

Można by się spodziewać w naszych warunkach – pisał Mackiewicz – że ruch jest skierowany przeciwko „szwedzkim panom”, że ma podłoże „krystaliczno-nacjonalistyczne”, w całym „zoologicznym” znaczeniu słowa lub że jest ruchem rewolucyjnym. Nic z tych rzeczy. Ruch nie był skierowany przeciwko szwedzkiej klasie panującej, ale miał poparcie Szwedów, podobnie miał poparcie wszystkich partii umiarkowanych. Paradoksalnie ruch spotkał się z przejawami sympatii ze strony rządu. Istotą ruchu było tzw. „Lex Lapua”. Władza wykonawcza jest skrępowana w swoich poczynaniach setkami ustaw i nie może skutecznie bronić kraju przed zalewem komunizmu, dlatego należy dążyć do zmiany tej sytuacji. Inicjatywa „lapowców” (tak nazywano wówczas Lapończyków) – komentował Mackiewicz – wzbudziła popłoch w sąsiadujących krajach. Wydawało się powszechnie, że „Akcja lapowców zwalcza socjalizm!” Istotnie – dopowiadał – zwalczają socjalizm, ale tylko jako przejaw taktyki, stanowiącej awangardę komunizmu.

Komunizmowi wypowiedziana jest bezwzględna walka na śmierć i życie. Komunizm musi sczeznąć z Finlandii za wszelką cenę!

Tak przedstawiało się polityczne rozeznanie wśród prostej ludności wiejskiej Finlandii w początkach czwartej dekady XX wieku. Jeśli przyrównać owo z rozeznaniem panów z AK, reprezentujących Rzeczpospolitą Polską w czasie niemieckiej i sowieckiej okupacji, będziemy (być może ze zdumieniem) zmuszeni skonstatować, o ile wyżej światopoglądowo stał fiński „kmiotek” od polskiego pana. Ale nie wybiegajmy naprzód.

Finowie znali niebezpieczeństwo infiltracji bolszewickiej, wiedzieli też zapewne doskonale jaki los spotyka ich etnicznych pobratymców w „autonomicznej sowieckiej republice karelskiej”, znali nieludzkie warunki panujące w raju krat. Zdawali sobie sprawę z panującego tam terroru, walki z „kułakami” i religią, głodu, mordów, katorgi. (Pisała na ten temat Barbara Toporska w tekście „160.000 km2 katorgi”).

Podobnie jak Finowie,  również Węgrzy mieli swoje bezpośrednie doświadczenia z bolszewizmem. Ich kraj padł ofiarą bolszewickiego przewrotu w 1919 roku, w wyniku zgrabnego wyeliminowania z rządu socjaldemokratycznych towarzyszy. Utworzono czerwoną armię (z komisarzami politycznymi na czele), znacjonalizowano przemysł i ziemię, „uspołeczniono” banki, sklepy, domy etc. Ofiarą „uludowienia” padły prywatne zbiory biblioteczne oraz łazienki w równie prywatnych wcześniej mieszkaniach (nie licząc dodatkowego „zakwaterowania” mieszkań, łazienki musiały być udostępniane biedniejszej części ludności oraz przedszkolnym dzieciom. Przy czym „właściciel” mieszkania, a ściślej – „właściciel” adresu, pod którym funkcjonowało jego byłe mieszkanie, zobowiązany był do zabezpieczenia owych „pięćset-plusowych”, „narodowo-nowo-ładowych” ablucji w mydło). Terror, mordy, „przypadkowe” zejścia oskarżonych podczas interrogacji, trupy wrzucane do Dunaju, niewyobrażalny chaos – sugestywnie uplastyczniały romantyczną wizję  lepszego świata. Działo się to wszystko w niebywałym tempie. Komunizacja życia postępowała nierównie szybciej aniżeli miało to miejsce w sowieckiej Rosji. Na przeprowadzenie swoich rewolucyjnych obsesji krwawy Kun miał, wraz z towarzyszami, ledwie pięć miesięcy.

W świetle tego komunistycznego epizodu z połowy 1919 roku antybolszewicka motywacja Węgrów (nie tylko węgierskiej szlachty, ale także niewęgierskiej ludności wiejskiej), zdaje się mieć bardzo specjalne, namacalne, ugruntowane w świeżej pamięci korzenie. A w związku z powyższym, problemat, która szlachta lepsza, węgierska czy polska (acz wielce interesujący), niekoniecznie ma tu zastosowanie.

Decydowało doświadczenie, bezpośrednia styczność z bolszewizmem. W tym aspekcie właśnie, doświadczenia, warto spojrzeć jeszcze raz na występującą w Mackiewiczowskim paradoksie „polską szlachtę”. Zanim zajmę się problemem istotniejszym, pytaniem, co dokładnie miał Mackiewicz na myśli, używając tego terminu, chciałbym zwrócić uwagę na wynikającą z „doświadczenia” wyraźną dychotomię.

Definiując zjawisko „paradoksu Międzymorza” pisał Mackiewicz o „szlacheckiej Polsce”, tak jakby nie dostrzegał różnic istniejących w obrębie tego terminu. Skądinąd wiemy (z jego licznych wypowiedzi publicystycznych i poglądów przedstawianych w powieściach), że wyraźnie rozgraniczał polityczne kompetencje, przekonania, nastawienie przedstawicieli zachodnich i wschodnich terenów Rzeczypospolitej. Najbardziej klarownym wskaźnikiem występujących odmienności była reakcja ludności na wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku. Traktując rzecz z dużym uproszczeniem, Wschód RP cieszył się z ucieczki bolszewików (oraz potencjalnej szansy na ostateczne pokonanie zarazy), Zachód RP – myślał dokładnie przeciwnie, dostrzegając w zarysowującej się sytuacji geopolitycznej możliwość sojuszu z sowietami. To zróżnicowanie w myśleniu politycznym, widoczne bardzo wyraźnie w pierwszych miesiącach po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, stopniowo zatracało swoją wyrazistość, czego ilustracją, w wymiarze polityczno-militarnym może być tzw. akcja ostrobramska, sprowadzająca się do współudziału w zdobywaniu Wilna dla bolszewików. (Zbeletryzowanym „dokumentem” tego zróżnicowania jest powieść Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”).

O odmiennej optyce światopoglądowej wobec zagrożenia bolszewizmem decydowało, jak wspomniałem, doświadczenie. Było to doświadczenie zaledwie rocznej okupacji sowieckiej 1940-41, ale niewątpliwie także doświadczenia z wojny polsko-bolszewickiej oraz zapadłych nie tyle w jej wyniku, co w związku z nią, haniebnych postanowieniach traktatowych ryskich. W trakcie tego pierwszego konfliktu 1919-1920, podobnie jak dwadzieścia lat później, jedynie wschodnie tereny II RP doświadczyły bolszewickiego panowania. To Wilno (nie Warszawa), podobnie jak Budapeszt rok wcześniej, w lipcu i sierpniu 1920 roku zetknęło się bezpośrednio z „realiami” bolszewickiego barbarzyństwa.

Michał Bąkowski, zgadzając się z argumentem „snobizmu okcydentalnego”, nie kryje swoich wątpliwości w związku z tezą o kulcie Anglii, jaką wysunąłem. Ma istotnie rację, jeśli idzie o snobistyczne nastawienie warstw uprzywilejowanych do, powiedzmy, końca przewspaniałej belle époque oraz – rzecz jasna – epok wcześniejszych. Mało kto z wyższych sfer (nie licząc parweniuszy zainfekowanych socjalizmem) usiłował w tym czasie czerpać z cywilizacyjnych dobrodziejstw wielkobrytyjskich. W pałacach, zamożnych domach i dworach na ogół nie uczono dzieci języka angielskiego, zadowalając się francuskim, niemieckim, włoskim. Zdarzyło się jednak tak, że dominująca w kulturze europejskiej Francja, pomimo ogromnego wojennego triumfu, odniosła w wyniku trwania wojny światowej niebywałą klęskę, zarówno pod względem zniszczeń wojennych, upadku gospodarki, ale (co najistotniejsze) pod względem demograficznym. Francja topniała. Paryż nie stał się co prawda nigdy zapyziałym miastem Europy (tak jak stało się to z o wiele mniejszym i mniej znaczącym Wilnem), ale Francja zaczęła wyraźnie tracić polityczną pozycję. Także Locarno, słusznie uznawane za klęskę polskiej dyplomacji, podważało  mocarstwowość III Republiki, która w zaledwie 7 lat od pokonania i upokorzenia niemieckiego wroga przystała, kosztem wiernego sojusznika, na podpisanie dokumentu potwierdzającego integralność jej własnego terytorium.

Pisząc o upadku szlacheckiego etosu, Michał wspomina dramatyczną historię profesora Cywińskiego, pobitego w Wilnie przez oficerów wojska polskiego. Całkiem podobny przypadek spotkał kilka lat wcześniej znanego publicystę i pisarza popularnych powieści Tadeusza Dołęga-Mostowicza. Napastnikami byli podobno także oficerowie, ale nie wojska tylko policji państwowej. Mostowicz miał odwagę pisać o „rozluźnionych fundamentach armii” oraz o sprawie zaginięcia generała Zagórskiego. W wyniku pobicia („lekcji pisania”) stracił słuch w jednym uchu i rozchorował się na serce. Podobno złagodził w konsekwencji ton swoich publicystycznych wypowiedzi. Możliwe. Ale kilka lat później, w 1931 roku, napisał jedną z najbardziej znanych swoich książek, ośmieszającą dokumentnie ówczesne elity, „Karierę Nikodema Dyzmy”. Jednym z istotniejszych postaci jest Żorż Ponimirski, hrabia, absolwent Oxfordu, co prawda to prawda, uznawany za chorego psychicznie. Główny bohater, ćwierćinteligent Dyzma, uchodząc za kolegę Żorża z lat studenckich, uczy się angielskiego z zapałem. Ten jeden język ma nie tylko uwiarygadniać zmyśloną biografię, ale stanowi niejaką przepustkę do świata wyższych sfer. Angielski staje się… modny. Może to przypadek, zabieg narracyjny. Nieważne.

Pisząc o kulcie Anglii nie miałem – rzecz oczywista – na myśli kultu dla tamtejszej cywilizacji i języka. Chodziło mi o aspekt czysto polityczny. Francja, która była nominalnie najważniejszym dyplomatycznym partnerem Polski międzywojennej, mówiąc najdelikatniej nie zaspakajała polskich politycznych apetytów. Owładnięta pacyfizmem, notorycznym strachem przed wybuchem kolejnej wojny, fołksfrontyzmem,  jedyne rozwiązanie geostrategiczne widziała w sojuszu z sowietami. To było nie do przyjęcia, nawet dla triumwiratu Beck-Sławoj-Rydz. Stąd zapewne brał się entuzjazm (nie tylko wielce iluzoryczny, ale także, co nierównie istotniejsze, pozbawiony racjonalnych podstaw) z jakim powitano gwarancje brytyjskie z marca 1939 roku, następnie pustą deklarację wypowiedzenia wojny Niemcom… oraz bardzo długi szpaler dyplomatycznych i politycznych szalbierstw brytyjskich, kulminujących Jałtą i cofnięciem uznania rządowi RP.

Pisząc o „szlacheckiej Polsce”, podatnej na bolszewizację, sięgałem po termin ukuty przez Józefa Mackiewicza, starając się zrozumieć intencje, tkwiące w tym jego sformułowaniu. (O paradoksie szlachty podatnej na bolszewizm, tak jak go postrzegam, napiszę całkiem odrębnie i w innym tekście.) Teraz chciałbym się skupić na sformułowaniu zapisanym piórem Mackiewicza oraz na znaczeniu, jakie niesie. Widzę w tej krótkiej frazie ogromną dozę Mackiewiczowskiej ironii, szyderstwa przemieszanego z rozpaczą. „Szlachecka Polska”, o której pisał to Polska międzywojnia, kraj który wyzbył się wszelkich nobliwych – jak słusznie pisze Michał – pretensji. Świat zbiurokratyzowanego chamstwa, ciemnoty, braku kompetencji, zasad, elementarnej uczciwości, w pełni przygotowany na przyjęcie dobrodziejstw bolszewizacji.

„Szlachecka Polska” byłaby więc rodzajem obelgi rzuconej w stronę adwersarzy. W znaczeniu historycznym, świętej czy nieświętej tradycji, Józef Mackiewicz nie mógł traktować tego terminu z pełnym namaszczeniem. W jego historycznej świadomości zapisane być mogły co najwyżej „szlachecka Korona” i „szlachecka Litwa”; „szlachecka Polska” bardziej przystawała do obcej mu, mentalności 3-majowej.

Mackiewicz nie zawsze pisał o „szlacheckiej Polsce”, w kontekście probolszewickich inklinacji. W tekście „O Międzymorzu” jest mowa po prostu o Polsce.

Polska jedna wyłamała się z tego łańcucha i uznała za wroga nr 1 – Niemców.

Niestety.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/01/22/paradoks-miedzymorza/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Dociekania
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/01/22/paradoks-miedzymorza/