Zamknij
Dariusz Rohnka

Co rozsierdziło Ludwika Abramowicza?

21 września 2021 |Dariusz Rohnka, Dociekania
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/09/21/co-rozsierdzilo-ludwika-abramowicza/

Dobrze się dzieje w państwie podziemnym, skoro uznaliśmy, że nic ważniejszego do czynienia nie mamy, jak tylko zgłębianie tajemnicy pewnego artykułu Józefa Mackiewicza, sprzed niemal stu lat. Gdy wokół sromota pomieszana z głupotą, że aż zęby bolą od wlewających się mimowolnie w uszy zgrzytów wszędobylskich absurdów, my wpatrujemy się w skromny, choć fascynujący, artefakt przeszłości.

Niby co lepszego robić? Zastanawiać się na definicją odwiecznej instytucji małżeństwa? Rozważać kwestię, wiele znaczy życie Murzyna, gdy przykazanie nakazuje kochać każdego bliźniego? Albo też pochylać się nad problemem, czy istota frymarcząca swoim ciałem ćwierć, albo i pół wieku temu, ma stosowny tytuł, aby domagać się zadośćuczynienia za swoją grzeszność? A może dociekać przyczyny, dla której zgraja ideologicznych sodomitów usiłuje zawłaszczyć tęczę, biblijny symbol Bożego miłosierdzia?

Łuk mój położę na obłokach i będzie znakiem przymierza między mną a między ziemią.

I wielomaż innymi, równie nonsensownymi kwestiami, podsuniętymi pod debatę światu przez sprytny bolszewizm? W żadnym razie. Z bolszewikami się nie dyskutuje, można do nich jedynie strzelać.

Póki co, posiedźmy przy artykule opatrzonym datą i miejscem: 24 stycznia [1926 roku], Kowno, i to mimo silnego przekonania (graniczącego z pewnością), że prawdy, związanej z tym zapisem, nigdy nie zgłębimy. Zapewne też nie uda nam się ustalić jednej wersji. No i, w gruncie rzeczy, po co? Każdy z nas czyta i czytać będzie Mackiewicza na swój własny sposób. W dodatku, najpewniej, za każdą kolejną lekturą tego samego tekstu, nieco inaczej.

Jeśli wierzyć gazetowym zapisom (założenie najdelikatniej mówiąc – ryzykowne, znając nieporządki panujące w redakcji „Słowa”), wciąż trudna do wyjaśnienia wydaje się niekonsekwencja związana z datami. Jak pisałem uprzednio, korespondencja z Kowna z 24 stycznia została wydrukowana dopiero 28 stycznia, gdy pierwsza korespondencja z Rygi, spisana 27 stycznia, trafiła do numeru z datą 29 stycznia. Daje to różnicę dwóch dni.

Jeden spośród tych dwóch dni możemy ze spokojem odhaczyć – 25 stycznia, w poniedziałek, „Słowo”, zgodnie z panującym ówcześnie zwyczajem, nie było drukowane. Wiele to jednak nie wyjaśnia. Mogło być jeszcze i tak, że we wtorek, 26 stycznia, najzwyczajniej nie znaleziono dla tekstu Mackiewicza miejsca na pierwszej stronie gazety (a tam powinien trafić). Możliwe. Tego akurat dnia, obok standardowych informacji agencyjnych (z kraju i ze świata) wydrukowano słowo wstępne wygłoszone w sobotę przez Jego Magnificencję Rektora Uniwersytetu Stefana Batorego, profesora Mariana Zdziechowskiego. Zdaje się dość oczywiste, że nie wypadało zwlekać z publikacją wystąpienia osoby tak wyjątkowej, w dodatku jednego z inicjatorów powstania samego dziennika. Dlaczegoś jednak powstrzymano się przed publikacją także w dniu następnym, 27. Skoro nie istniały przeszkody techniczne (z hipotezy Michała Bąkowskiego zdaje się wynikać, że tekst leżał sobie najspokojniej w redakcji, czekając kolejki), jaki tym razem mógłby być powód zwłoki? Wątłe wyjaśnienie znajdujemy na stronie drugiej tego numeru, w postaci tekstu „Przedwyborcze horoskopy w Kowieńszczyźnie”. Skoro zdecydowano się na jego publikację (możliwe, że został napisany wcześniej niż tekst Józefa Mackiewicza i zwyczajnie należało mu się pierwszeństwo), nie było sensu publikować na pierwszej stronie artykułu o podobnej tematyce. W tej sposób docieramy do właściwej daty publikacji, 28 i wszystko staje się proste i jasne. Voilà. Jest to wyjaśnienie naszego problemu, nazwijmy je – redakcyjnym.

No, tak. Ale mogłoby być też (i chyba powinno) całkiem inaczej. Józef Mackiewicz pisze swój „figlarny” tekst 24 stycznia (lub wcześniej), w tym zapewne dniu zapada wspólna, redakcyjna decyzja o jego publikacji wraz z bulwersującymi dodatkami, („Od specjalnego wysłannika 'Słowa’”), „24 stycznia, Kowno”, a termin publikacji tej, niewątpliwie (wedle hipotezy Michała) medialnej bomby, na… który dzień chciano by wyznaczyć? Czy podekscytowana pomysłem „młoda” redakcja nie wybrałaby terminu najbliższego, 26 stycznia? Mnie się zdaje, że owszem, ale…

W przebiegłości swojej, redakcja „Słowa” mogła wykoncypować słusznie, że korespondencja napisana w Kownie 24 stycznia, w żaden sposób nie mogła dojść do redakcji przed mniej więcej godziną 10.00 wieczór następnego dnia, czyli w poniedziałek, a więc do tej pory dnia, gdy zapewne zamykano numer. Korzystano wówczas co prawda z korespondencji telefonicznych (w tym czasie z takiej formy korzystał Józef Mackiewicz, przesyłając korespondencję do redakcji warszawskiego „Kuriera Porannego”), można się jednak domyślać, że nie była to metoda najwygodniejsza, a korzystano z niej głównie w przypadku krótszych tekstów. Co więcej, nie istniała prawdopodobnie szansa na nadejście korespondencji pocztą w dniu następnym. Jak pamiętamy, granica była zamknięta, także dla komunikacji kolejowej, a więc i wagonu pocztowego. List zmuszony był podróżować poprzez Królewiec. Niby niedaleko, ale jednak.

Nakreślony powyżej, hipotetyczny przebieg zdarzeń, jest oczywiście bardzo prawdopodobny, ale nie dość przekonujący, żeby wykluczyć całkowicie Mackiewiczowski marsz przez zieloną granicę. Wiemy, że był to sposób praktykowany często, mimo bezwzględnej surowości litewskiej administracji. Wspomniany w tekście Michała „Czesio M.” (Czesław Miłosz) miał nieprzyjemność przemierzać w ten sposób pieszo zieloną granicę, rozdzielającą na dwie skłócone ze sobą części jedną ojczyznę. Miłosz miał wówczas, jak dobrze nie pamiętam, mniej więcej 10 lat i szczęście go opuściło. Został schwytany i przez wiele godzin trzymany pod kluczem, bodaj w chlewiku. Michał przekonuje, że w przypadku dziennikarza „Słowa”, notorycznie i bezwzględnie atakującego kowieńskie władze, konsekwencje pojmania mogły być bardzo poważne. Na pewno. Co „upiekło się” dziesięcioletniemu dziecku, dla dorosłego dziennikarza z wojskową (a może też polityczną) kartoteką, mogło zakończyć się oskarżeniem o szpiegostwo, dywersję, w konsekwencji – długoletnim więzieniem.

Z innej strony patrząc, ludzie lat dwudziestych dwudziestego wieku nie bali się dochodzić swego, gdy rozwiązania systemowe okazywały się wadliwe. Ponad prawo instytucjonalne przekładano prawo moralne. To stąd mama dziesięcioletniego Czesia zdecydowała się na nielegalne przekroczenie granicy. Prawo zabraniające dostępu do własnego domu, nakładane bez racjonalnego powodu, nie jest prawem (nawet prawem surowym), a jego odwrotnością. Gdy w 1939 roku Mackiewicz powziął zamiar powrotu do Wilna, cierpliwie czekał przy granicy na jej otwarcie. Ale już jego powieściowy alter ego nie zastanawiał się wiele, czy przekroczyć „nielegalnie” granicę, rozdzielającą litewską od białoruskiej sowieckie republiki. Powód był prosty – pojęcie instytucjonalnej legalności w systemie bolszewickim nie działa. Czy na podobnie motywowany krok mógł zdecydować się w styczniu 1926 roku? Litwa nie była państwem totalitarnym. Choć wiemy, że m. dostrzegał analogię pomiędzy wewnętrznym ustrojem kowieńskiej Litwy i „Bolszewii”:

Tu i tam panuje dyktatura partii. Tu i tam partia ta jest ciemna, niekulturalna, ślepa w swej nienawiści, dzika w czynach. Patriotyzmem Bolszewika jest nienawiść do „burżuja”, patriotyzmem Litwinów kowieńskich – jest nienawiść do Polaka.

Niezależnie od tego, czy korespondencja powstała w Wilnie, w Kownie, a może w Rydze, wynika z niej jasno, że koncepcja podróży poprzez zieloną granicę mogła mu wówczas po głowie spacerować. Był zdeterminowany, zdegustowany i oburzony poczynaniami kowieńskich polityków. Chciał wpływać na rozwój wydarzeń. Po upływie ledwie kilku tygodni, w lutym, przyczynił się wyjątkowo mocno do nagłośnienia pewnego incydentu granicznego (o czym za chwilę).

Michał pisze w którymś miejscu, że gdyby Mackiewicz istotnie przekroczył był granicę nielegalnie, w mniej lub bardziej dramatycznych okolicznościach, to z całą pewnością wyzyskałby to wspomnienie w swojej przyszłej twórczości. Poważny argument. Wiemy jak często wracał Mackiewicz pamięcią do przeszłości, z jak wielką pieczołowitością opisywał (niekiedy kilkukrotnie) dramatyczne zdarzenia z własnego życia. Jednocześnie wiemy także, że nie do wszystkich wypadków powracał, nie wszystkie wspomnienia przelewał na papier. Koronnym przykładem jest pewien incydent zaszły w grudniu 1939 roku na rogu ulicy Wileńskiej i zaułku Dobroczynnego w Wilnie, w barze „Louvre”.

To co zdarzyło się tam wówczas, stało się bezpośrednim impulsem do napisania całego niniejszego cyklu. Mackiewicz opisał to zdarzenie w książce. Rzecz w tym, że istniały zaledwie dwa jej egzemplarze, z czego jeden (wiemy to z relacji samego autora książki „Prawda w oczy nie kole”) został spalony, a drugi pozostał na zajętej przez bolszewików Litwie. W praktyce – książka przepadła. Wiedząc to, Mackiewicz nigdy nie wspomniał o niewątpliwie bardzo ciekawym incydencie ze swojej biografii – o próbie wywołania antysowieckiej irredenty. Nie znalazł okazji? A może nie chciał o tym pisać? Podobnie mogło być też (z niewiadomego dziś powodu) z mniemanym incydentem ze stycznia 1926 roku.

Michał Bąkowski pisze interesująco o tzw. „mowie materialnej”:

…podmiot wypowiada zdania nieprawdziwe z pełną świadomością, że one są nieprawdziwe, a pomimo to nie są one kłamstwem na mocy zewnętrznych okoliczności, gdyż wszyscy rozgarnięci słuchacze są także świadomi, iż słowa te nie są, i nie mogą być, prawdziwe.

Przyznam, że to mnie przekonuje. Mam też jednak pewne wątpliwości. Żeby wyjaśnić czego dotyczą, muszę powrócić do pewnego prasowego wydarzenia, opisanego przeze mnie w V części cyklu – fikcyjnego druku całego numeru gazety „Dzień Kowieński”. Fałszerstwa dopuścili się litewscy szowiniści. Wówczas, ledwie trzy miesiące przed styczniem 1926 roku, Józef Mackiewicz grzmiał oburzeniem, pisząc w tytule o „małpich sztuczkach karłów kowieńskich”. Tamta manipulacja prasowa zdała mu się być czynem niedopuszczalnym. Czy z tak poważnym stosunkiem do drukowanego słowa, jakie zaprezentował, można się było po nim spodziewać figla w postaci fikcyjnej korespondencji?

Można. Kowieńskie fałszerstwo było w oczach Mackiewicza procederem „instytucjonalnym”. Stały za nim skrajne instytucje o charakterze publicznym, mogące liczyć na realną pomoc ze strony państwa, także na bezkarność. Korespondencyjny żart Mackiewicza (jeżeli przyjąć tę hipotezę za trafną) był nieszkodliwym, a zabawnym pomysłem jednego autora lub redakcyjnego zespołu.

Powiedziawszy to wszystko, muszę przyznać, że i mnie hipoteza „żartu”, wykoncypowana ćwierć wieku temu przez Michała Bąkowskiego, wydaje się najbardziej prawdopodobna. Przekonujące zdają mi się jego argumenty, przedstawione w sugestywnym sytuacyjnym szkicu: Romera, wznoszącego oczy ku niebu, pękającego ze śmiech Kodzia, skrobiącego się po łysinie warszawskiego dziennikarza, kowieńskiego urzędasa oraz roześmianego Abramowicza. Zdaje mi się jedynie, że w ostatnim przypadku, emocjonalnej reakcji Abramowicza, uśmiechu nie było.

***

Gdy wiele miesięcy temu odnalazłem w „Przeglądzie Wileńskim” pierwszą wzmiankę Ludwika Abramowicza (wzmianka jest niepodpisana, dlatego autorstwo Abramowicza ma charakter hipotetyczny) na temat dziennikarza, podpisującego się w „Słowie” literką m., odkrycie wydało mi się rewelacyjne:

Czy państwo litewskie chyli się do upadku, to jeszcze wielkie pytanie, natomiast nie ulega wątpliwości, że jeżeli „Słowo” będzie zapełniało swe szpalty elukubracjami aroganckich błaznów, to szybko się stoczy do poziomu świstka brukowego i nie będzie mogło konkurować nawet z „Dziennikiem Wileńskim”.

Zafascynowany ekspresją tej wypowiedzi, pominąłem wątpliwość, która nasunęła mi się już w chwili dokonania „odkrycia”. Może poczułem się nieco jak sir Leonard Woolley, odkopujący pałac królewski w Ur? W każdym razie nie żałuję tamtego zaniechania, bo nie miałbym o czym pisać dzisiaj. Moja wątpliwość dotyczyła skali tego wybuchu. Czy to co napisał Mackiewicz w relacji z kowieńskich wyborów, było dostatecznie bulwersujące, żeby zasłużyć aż na epitet „aroganckiego błazna”, „aroganckiego” i specjalnie „błazna”? Notatkę poprzedzał cytat, najbardziej „gorszący” passus artykułu m.:

W poszukiwaniu lepszego jutra, naród litewski ważył się na wielki krok – na próbę. Wydaje się nam, że próba ta wypadnie również niefortunnie, nie tylko dla dawniej rządzącej chrześcijańskiej demokracji, ale i dla dzisiejszych „ludowców” i socjal demokratów i „tautininków” i „pażangi” i jak ich tam jeszcze nazywają, te wszystkie partie i twory i hasła panów Stulginskausów, Waldemarasów, Gałwanauskasów, Sidzikauskasów, Wilejszysów, tych wszystkich Europy powojennej nouveax riches’ów politycznych, którzy rozsiedli się w kowieńskim grodzie i ziemie litewskie wiodą do upadku!

Co w tych kilku zdaniach rozsierdziło Ludwika Abramowicza (trzymając się hipotezy, że to właśnie on nie podpisał krótkiej notatki na temat walorów publicystyki m.)? Czy tylko mnie się zdaje, że nie ma w nich nic szczególnie bulwersującego? Bywało, że m. pisał ostrzej i śmielej. Jako zaprzysięgły demokrata, który przyglądał się grzeszkom kowieńskich polityków mocno przymrużywszy oczy, mógł Abramowicz uznać wypowiedź m. co najwyżej za aroganckie obśmiewanie świętej instytucji demokratycznych wyborów, ale przecież i on musiał zdawać sobie sprawę z żulikowskiego oblicza kowieńskiego sejmowładztwa (bez wątpienia najsilniej wyróżniającej cechy każdej instytucji demokratycznej). Mógł być zatem m. od biedy „arogantem”, ale czy „błaznem”? Zagadka. Kolejna.

Czy możliwe, że epitet ten miał bezpośredni związek z mniemaną wizytą młodego Mackiewicza w Kownie? Czy nie należałoby poszperać jeszcze ciut więcej w starych gazetach? Kto wie, może gdzieś leży odpowiedź, spisana drobnym szarawym drukiem na pożółkłym papierze?

Niestety, stosownego zapisu nie ma w „Przeglądzie Wileńskim”. Nie można więc jednoznacznie określić, jak ustosunkował się Ludwik Abramowicz do przedmiotu naszych przyczynkarskich dociekań. I choć nie wydaje mi się niemożliwie, że termin „aroganckiego błazna” ugruntowany został na podstawie lektury styczniowej „korespondencji z Kowna”, dowodu nie ma. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, aby Abramowicz przeoczył tę wypowiedź, w której znaleźć mógł sformułowania o wielkiej śmiałości:

Ta ciemna masa rozagitowanych, rozintrygowanych, rozjątrzonych, karierowiczów, szpiegów, groszorobów, analfabetów – półinteligentów. To zarówno chrześc.-demokraci, socjaldemokraci, to ludowcy i inni. Z tego ciemnego chaosu, brudnego, chamskiego tłumu, trochę… trochę wyróżniają się narodowcy.

Pozwolę sobie na następującą supozycję: jeśli Abramowicz czytał tę szczególną „korespondencję”, to z pewnością zapadła mu w pamięć. Dobrze spamiętał także widniejącą pod tekstem sygnaturę, a w jego wyczulonej na zniewagi pod adresem kowieńskiej demokracji głowie, wrzód gniewu począł proces wysklepiania.

m. nie dał o sobie zapomnieć. Już kilka tygodni później zajął się „rozdęciem” (jak sam o swoich poczynaniach pisał po latach) incydentu podgajskiego. Przesadzał. Nie wiemy jak bardzo – to wymagałoby odrębnych badań, pojażdżek do wileńskich archiwów i podobnie fascynujących przedsięwzięć. Wiemy, że narobił wiele szumu, a główny bohater incydentu po stronie polskiej, Wiktor Bibiłło, stał się bohaterem prasy popularnej. Przebieg incydentu wydał się Abramowiczowi podejrzany. A tak się złożyło, że m. był specjalnym wysłannikiem „Słowa”, relacjonującym szczegółowo wydarzenia z samej granicy. Już w tytule pisał o „bezczelnej prowokacji kowieńskiej wobec Polski”. Tej relacji Abramowicz nie mógł nie zauważyć. Irytacja narastała, wrzód pęczniał. W numerze 5 „Przeglądu” z 7 marca 1926 roku w kolejnej niepodpisanej notatce (której autorem mógł być Abramowicz, ale także każdy inny przedstawiciel redakcji) czytamy:

Incydent graniczny polsko-litewski w Podgajach przedstawia się niezwykle zagadkowo. Informacje polskie i litewskie są biegunowo ze sobą sprzeczne. Bardzo dużo daje do myślenia wybitnie ugodowa postawa władz polskich w zestawieniu z zaczepnym i wojowniczym tonem polskiej prasy wileńskiej. Cały szereg okoliczności, wymienianych w komunikatach prasowych wileńskich, jak np. gromadzenie od samego początku zajścia rzekomo znacznych sił zbrojnych litewskich na granicy i t. p. nie daje się logicznie wytłumaczyć na tle pokojowego przebiegu i zakończenia incydentu.

[…]

Na razie stwierdzić tylko możemy wyjątkową jednomyślność hallerczyków spod znaku „Dziennika Wileńskiego”, dowborczyków spod znaku „Słowa” oraz piłsudczyków z „Kuriera Wileńskiego”.

Militaryści wszystkich odcieni, łączcie się!

W następnym numerze „Przeglądu”, w stałej rubryce „Z mego notatnika”, sygnowanej Licz. (sygnatura Ludwika Abramowicza), nawiązując do tekstu cytowanego przeze mnie powyżej, Abramowicz odnosił się już bezpośrednio do stanowiska reprezentowanego przez „Słowo”:

Incydent graniczny polsko-litewski w Podgajach tak i pozostał niewyjaśniony, mimo że „Słowo” twierdzi, że jest mu on wystarczająco znany do najdrobniejszych szczegółów.

O ileż jest szczęśliwsze „Słowo” od „Przeglądu Wileńskiego”, któremu nie tylko nie są znane szczegóły, lecz nawet zasadnicza treść zatargu nie przedstawia się wyraźnie.

Bo jeżeli Litwini byli stroną zaczepną, to czemu prasa polska z takim triumfem ogłasza, że Liga Narodów odrzuciła żądanie rządu litewskiego rozpatrzenia całej tej sprawy? Była to przecież doskonała sposobność ujawnienia wobec całego świata cywilizowanego bandyckich, według określenia tegoż „Słowa”, metod postępowania rządu litewskiego.

Nie wymienia nikogo wprost. W dodatku Józef Mackiewicz, poza relacją z 23 lutego, nie opublikował w „Słowie” żadnego innego tekstu na temat incydentu podgajskiego, choć, w związku z incydentem, pisał liczne korespondencje dla prasy warszawskiej. Abramowicz pamiętał jednak zapewne dobrze spod czyjego pióra wyszła pierwsza reporterska relacja. W końcu, w czerwcu tego samego roku, dał upust emocjom, nazywając m. „aroganckim błaznem”.

Nie sposób dociec, w jaki sposób rozsierdzenie Abramowicza przyjął m. Czy wstrząsnęło nim czy rozbawiło? Czy była to sposobność do osobistego spotkania i wymiany poglądów na złożone kwestie litewskie. Wiemy, że poznali się dobrze, i nawet zdarzało im się wspólnie biesiadować. Z czasem Abramowicz z uznaniem począł traktować wypowiedzi m. Te zresztą ewoluowały; podobnie zmieniały się stosunki polityczne w Kownie, niekiedy dynamicznie. Zmieniało się także nastawienie Abramowicza do „Słowa”, w jakim stopniu za sprawą m., i tego także nie wiadomo.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/09/21/co-rozsierdzilo-ludwika-abramowicza/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Dociekania
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/09/21/co-rozsierdzilo-ludwika-abramowicza/