Zamknij
Michał Bąkowski

Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XVIII

3 czerwca 2021 |Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/06/03/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xviii/

Głęboka penetracja Zachodu przez sowieckie służby jest przedmiotem książki Catherine Belton.  Rozmiary tej penetracji w Zjednoczonym Królestwie stały się tematem parlamentarnego Raportu o Rosji, do którego jeszcze powrócę.  Jego autorzy konkludują, że „zagrożenie ze strony Rosji jest zasadniczo nihilistyczne, tj. cokolwiek w ich oczach osłabia Zachód, jest dla nich dobre”.  Należy się zgodzić z tą diagnozą.  Mimo to, próbowałem wykazać w poprzedniej części, dlaczego, w moim przekonaniu, mącenie sowieciarzy w referendum brytyjskim, nie miało wpływu na ostateczny wynik plebiscytu.  Odejście Wielkiej Brytanii jest Putinowi na rękę, ale nie należy przypisywać mu zasługi.  (Powstała nawet sztuka o „Maszy z fabryki trolli”, która pracowała mozolnie nad zmuszeniem tępych Angoli do głosowania wbrew ich interesom w plebiscycie. [1])  Moim zdaniem, był to dobry wynik niezależnie od kremlowskich zachcianek.  Osłabia europejską unię, to niewątpliwie prawda, ale jednocześnie daje Europie ostatnią być może szansę na przebudzenie z somnambulicznego snu.  Obawiam się, że Europa z tej sposobności nie skorzysta.  Przyjrzyjmy się zatem Staremu Kontynentowi i narzuconej mu, unijnej skorupie.

Punkt drugi.  Na czym polega europejska jedność czyli kto naprawdę osłabia Europę?

Był sobie islandzki wiking (czyli pirat), imieniem Kolskegg, brat sławnego wojownika, Gunnara z Hlidarendi.  Obaj zostali niesprawiedliwie skazani na banicję, ale Gunnar odmówił opuszczenia ojczystej wyspy i zginął, a zdegustowany Kolskegg popłynął z Islandii do Norwegii, następnie służył królowi Danii, gdzie się ochrzcił; udał się na Bałtyk, a dalej do swych pobratymców Rusów, poprzez nordyckie miasta nad wielkimi rzekami – przez Nowgorod aż do Kijowa – dotarł na Morze Czarne i znalazł się w Konstantynopolu.  Wstąpił do gwardii cesarskiej i został jej kapitanem.

Harald Sigurðarson walczył po stronie Św. Olafa przeciw Knutowi (znanemu lepiej jako Canute), musiał uciekać i osiadł w Starej Ładodze; został następnie przywódcą wojsk Jarosława Mądrego w Kijowie, walczył z Polakami w 1031; pojechał do Konstantynopola, gdzie został kapitanem gwardii cesarskiej, jak mieli w zwyczaju Waregowie; walczył z Arabami w Mezopotamii, Jerozolimie i na Sycylii, najpierw razem z Normanami, a potem przeciw nim; powrócił do Kijowa, ożenił się z córką Jarosława, wnuczką króla Szwecji.  Zdobył tron Norwegii, jako Harald Hardrada czyli Groźny, i ruszył odzyskać tron angielski – we wrześniu 1066 roku został zabity w bitwie pod Stamford Bridge przez „angielskiego” króla Harolda (naprawdę w połowie Wikinga), który w miesiąc później sam zginął w bitwie pod Hastings, zabity przez normandzkiego Wilhelma Zdobywcę, potomka skandynawskich piratów osiadłych w północnej Frankii.

Harald jest postacią historyczną, klasycznym europejskim arystokratą sprzed tysiąclecia, ale Kolskegg jest na poły mitycznym chłopem islandzkim, a mimo to w porównaniu z jego światem, niunia bez granic jest zamknięta na klucz i powieszona na haku.  W islandzkich sagach mamy do czynienia z historyczną jednością Europy.  Wspomniane walki o Sycylię są także dobrym przykładem.  Z wyjątkiem Polski (zajętej innymi sprawami, a potem rozbitej na dzielnice) nie było dworu na kontynencie i wokół, który nie odczuł konsekwencji wydarzeń w Palermo.  Po arabskich i normańskich podbojach wiele nici rozchodzi się z wyspy, by zejść się ponownie w jednym wydarzeniu – w Nieszporach – i znowu rozejść w konsekwencjach dla całej Europy, Północnej Afryki, Lewantu, Syrii, Azji Mniejszej, Bizancjum i Rusi.  Jedność Europy polega przecie na wspólnocie kultury i interesów, a nie na sztucznych, narzuconych, ponadpaństwowych strukturach.  Takie struktury próbował ustanowić Rzym, a następnie Bizancjum i papiestwo (w swym doczesnym wydaniu), Karol Wielki i Święte Cesarstwo Niemieckie, ale prędko okazywały się być tylko jednym z graczy w grze politycznych sił.  Nie inaczej było z imperium napoleońskim.  Niunia europejska nie jest niczym innym w dłuższej perspektywie politycznej.  Papiestwo nabrało autorytetu dopiero, gdy zaprzestało politykierstwa.  Rzesza niemiecka przetrwała tyle wieków, gdyż siła cesarstwa tkwiła w szacunku dla autonomii prawnej i zwyczajowej państw, państewek i miast, republik, księstw i udzielnych królestw, składających się na ogromną Rzeszę.  Podobnie było z wielonarodową i wielowyznaniową monarchią Habsburgów.  Niunia nie ma czasu dla różnorodności, domaga się uniformizacji, unifikacji i niwelacji.

Obrońcy „coraz bliższej wspólnoty” utrzymują, że tylko zjednoczenie Europy chroni nas przed konfliktem, gdyż duch współpracy zastępuje wreszcie ducha wrogości.  Historia wskazuje, że do wzajemnej pomocy nie potrzeba niuni, niech przykładem służy fragment XIII-wiecznej kroniki Matthew Parisa.  W 1236 roku były w Anglii tak potworne deszcze, że najstarsi ludzie itd.  Lało od stycznia do marca, wezbrane rzeki zrywały mosty, Tamiza wystąpiła z brzegów i zalała Pałac Westminsterski.  W lecie tego samego roku nastąpiła susza, bagna wyschły, a ziarno schło na łodygach.  Nikt nie mówił o globalnym ocipieniu, bo ludzie byli wówczas ciemni i rozsądni.  W 1258 roku przyszła kolejna fala głodu i groźba masowej zagłady, gdyby nie nadeszła pomoc z kontynentu: z niemieckich i niderlandzkich portów przypłynęły statki z ziarnem.  Można było wzajemnie sobie pomagać bez dyrektyw od komisarzy, co kontrastuje zgrzytliwie z wrogością brukselskiej komisji wobec Anglii, która ośmieliła się odejść z ich wspólnoty.

Supra-narodowa i ponad-państwowa struktura europejskiego projektu jest „antyeuropejska” w tym sensie, że Europa zawsze rozbita była na dziesiątki organizmów, w stałej konkurencji ze sobą wzajem, ale największe osiągnięcia europejskiej kultury biorą się z tej właśnie rywalizacji, np. Aten z Tebami, Wenecji z Florencją, Katalonii z Aragonem, Lucerny z Genewą, Krakowa z Wiedniem.  Z odmiennych tradycji zrodziła się różnorodność i bogactwo europejskiej kultury, a nade wszystko wzajemna inspiracja.  Z włoskiej tradycji muzycznej wyłoniła się muzyka niemiecka, a bez niej nie pojawiliby się wielcy kompozytorzy rosyjscy XIX wieku.  Cechą europejskiej kultury jest jej otwartość, podatność na wpływy, osmoza przy zachowaniu odrębności.  Autentyczna pomoc i współpraca możliwe są tylko w takich warunkach, inaczej stają się nakazem, dyrektywą z centrum.

Tymczasem Bruksela nie zamierza współpracować z rządami państw członkowskich, czego przykładów jest dość.  Komisarze gotowi są narzucać swoje własne edykty także państwom wolnym od ich dyktatu.  Kilka dni temu, rząd Szwajcarii zerwał negocjacje z Brukselą, gdyż domagano się od wolnego państwa rezygnacji z suwerenności w procesie tzw. „dynamicznego zrównania”, wedle którego Szwajcaria musiałaby przyjąć każdą dyrektywę komisarzy bez możliwości odwołania.

Co prowadzi mnie do punktu trzeciego.

Punkt trzeci.  Nieadekwatność europejskich struktur politycznych

Instytucje w Brukseli i Strasburgu są, nie dość że frywolne i pozbawione legitymacji, są wręcz z ducha antyeuropejskie.  Niewiarygodna, międzynarodowa extravaganza, jaką okazała się niunia, doprawdy zapiera dech w piersiach.  Zawiłe i niepojęte wewnętrzne procedury zdają się mieć za cel obezwładnienie ciekawskich, a prowadzą tylko do bezustannego tanga konferencji i sympozjów, posiedzeń i zjazdów, spotkań na szczycie i niekończących się uczt, gdzie euro-bogowie olimpijscy pałaszują frykasy i przepijają się najlepszymi winami – bezwstydny bankiet z okazji konferencji na temat głodu na świecie, nasuwa się jako obsceniczny, choć nie odizolowany, przykład – wszystko za pieniądze europejskich podatników.  Ale nie zamierzam się koncentrować na milionach wyrzucanych corocznie w błoto dla każdego bezużytecznego posła do strasburskiego parlamentu, który jest pozbawiony władzy i znaczenia; na niesłychane sumy marnowane dla wyimaginowanych ciał politycznych, których jedyną rolą jest emitowanie rzygownego strumienia dyrektyw i nakazów, nieodwołalnych interdyktów i ostatecznych klątw, oraz wydawanie pieniędzy podatników z 27 nieszczęsnych krajów.  A przecież obok parlamentu jest rada europejska i komisja, i jeszcze rada wspólnoty, trybunały i sądy, co jeden to bardziej wierchowny, że nie wspomnę o „zintegrowanym systemie administracji i kontroli”, który Stalinowi wydałby się przerostem biurokracji.  Każdy aparatczyk w tych zbędnych instytucjach ma na zawołanie setki urzędników i rzesze tłumaczy, i żaden z nich nie płaci podatków, bo służą wyższej sprawie, tj. coraz ściślejszej integracji, której nie pragnie nikt, z wyjątkiem aparatczyków.

A zatem nie, nie będę pisał o groteskowym spektaklu misternej kłótni o honorowe miejsce na fotelu raczej niż na kanapie, bo o takie rzeczy kłócą się tylko dzieci i infantylni brukselscy niuniokraci.  Zatrzymam się w zamian na fundamentalnym projekcie zdziecinniałych komisarzy czyli na €uro.  Wspólna waluta, łącząca gospodarki tak różne jak Irlandia i Niemcy, Holandia i Grecja, Hiszpania i Estonia, jest monetarną i ekonomiczną niedorzecznością, o czym pisałem tu wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał.  A jednak nawet tak niepoprawny sceptyk jak niżej podpisany, uporczywie zakorzeniony w przekonaniu o ekonomicznym analfabetyzmie proponentów €uro, musiałem przetrzeć oczy w zdumieniu, gdy przeczytałem o wpływie eksperymentu na europejską gospodarkę.  Niby każdy wie, że wspólna waluta, obniżając wartość Deutschmarki, jest dobra dla Niemiec, bo ich eksport jest tańszy, i kiepska dla prawie wszystkich innych; że powoduje bezrobocie we Włoszech i pełne zatrudnienie w Holandii, że uniemożliwia inflację tam, gdzie by się przydała, tj. na Południu, a sztucznie osłabiając niemiecką walutę, obniża koszty produkcji w Niemczech i na Północy kontynentu (ale nie w północnych Włoszech, gdzie €uro podnosi koszty) – że, generalnie, jest projektem politycznym, a nie ekonomicznym.  Ale cyfry zaszokowały nawet mnie.

Od 1999 do 2017 Niemcy zarobiły na €uro 1,9 biliona (1900 miliardów), 23 tysiące €uro na łebka.  Ale w całej wspólnocie tylko Niemcy i Holendrzy zyskali.  Francja straciła 3,6 biliona, a Włochy 4,3 biliona czyli 74 tysiące na głowę mieszkańca.  W imię czego trzymać się takiego nonsensu?  Dla jakiejś wydumanej idei o „coraz bliższym związku”?  Południowe kraje domagają się teraz uwspólnienia długów, ale to dałoby im carte blanche na zwiększenie zadłużenia, więc to też absurd, bo niby dlaczego rządy oszczędne mają finansować rządy rozrzutne?  Polityczne kłótnie wewnątrz strefy €uro ani mnie ziębią, ani mnie grzeją, ale ich niedorzeczność mówi wiele o niuni, podobnie jak sam fakt, że takie problemy mogą być rozważane.

Nazwałem ich kiedyś żartobliwie brukselskim sownarkomem, ale to przestaje być śmieszne.  Ludowi komisarze nie liczą się z niczym, zupełnie jak ich poprzednicy; to jest klasyczny bolszewicki „woluntaryzm” – bez wysiłku wielkich rzek zawracam bieg… – którego esencją jest przeprowadzanie z góry zamierzonych projektów, centralnie wydumanych „planów”, niezależnie od rzeczywistości, bez względu na ich wpływ na życie ludzi.  Masowy eksperyment przeprowadzany jest na żywych ludziach, na niespotykaną skalę.  Rzeźnicki hak €uro, na którym bez wahań powieszono ludność Europy, nie jest sednem problemu.  Jest zaledwie przejawem.  Wynikiem racjonalistycznej wiary, że stosunki między ludźmi można zbudować na lepszej podstawie, że można je ułożyć ra-cjo-nal-nie, zamiast polegać na „dzikich i nieracjonalnych siłach rynkowych”, zamiast zaufać zwyczajom i tradycyjnym instytucjom.

Legislacyjny ocean

Niunia jest największym na świecie szaleństwem instytucjonalizacji, której najbliższym historycznie precedensem są sowiety.  Standardyzacja ma być drogą do unifikacji, a narzucana jest przez strumień regulacji, aż do zachwiania zasad praworządności włącznie.  „Coraz bliższy związek” jest celem, którego nie wolno debatować ani kwestionować, i wszystko jest mu podporządkowane.

Katolicka zasada subsydiarności oznacza, że decyzje podejmowane być powinny na najniższym możliwym szczeblu.  Jej pierwotne zastosowanie we wspólnym rynku europejskim było w miarę bliskie Kościołowi: decyzje podejmować lokalnie, łącznie z decyzją odesłania problemu do wyższej instancji.  Większe jednostki – regiony, państwa itd. – mogły się zaangażować tylko wówczas, gdy zostały eksplicytnie do tego zaproszone „od dołu”.  Niepostrzeżenie, dzisiejsza Europa odwróciła tę zasadę.  Subsydiarność oznacza, że decyzje mogą być podjęte lokalnie tylko wówczas, gdy centrum na to zezwoli.  Rządy państw członkowskich są dla nich autonomiczne wyłącznie na „pomocniczym poziomie” i tylko komisja może jednoznacznie określić ten poziom: decyzje podejmowane są na najniższym poziomie, gdy pozwala na to komisja.  Jak to trafnie określił Roger Scruton:

Wszystkie decyzje są usankcjonowane, oprócz tych, które naruszają plan.  Tylko stróżowie planu wiedzą, jakie to są decyzje.

Potrzeba zatem więcej praw, więcej norm i więcej władzy dla centrum.  Mało tego, każdy edykt brukselski staje się prawem nieodwołalnie.  Wedle anglosaskiego systemu znanego pod nazwą common law, prawo musi być ustalone przez suwerena w antagonistycznym (adversarial) procesie badania przez parlament oraz poddane próbie w sądzie.  Dyrektywy brukselskie wydawane są podczas tajnych posiedzeń komisarzy i zarządza nimi diaboliczna doktryna „wspólnej kompetencji”: kiedy komisja wydaje prawa w strefie wspólnej kompetencji między Brukselą i rządami członków związku, to kompetencja rządowa w tej strefie ustaje.

Opoką jurysprudencji jest reguła poprawiania pomyłek, ciągłego poddawania praw próbom (trial) i ulepszania ich.  Fundamentem niuniowego prawodawstwa jest niezachwiany autorytet komisarzy ludowych (choć niektórzy sądzą, że komunizm upadł).  Ich nieomylne edykty są z miejsca wcielane w korpus prawny państw-członków; bez dyskusji, bez rozważań i poprawek, bez możliwości odwołania; stają się prawem na mocy traktatu.  Tylko nowy międzynarodowy traktat może zmienić poprzedni.  Nie ma żadnej instytucji wewnątrz związku, która mogłaby poddać krytyce sam system, nawet gdyby ktoś tego pragnął, ale nikt się nie wychyli ze swymi niewczesnymi dążeniami, bo obowiązuje nakaz prowadzenia codziennie bohaterskiej walki o coraz bliższy związek.

Każdego roku ludowi komisarze z Brukseli wydają 80 dyrektyw, 1200 przepisów i 700 rozporządzeń.  Proszę mnie nie pytać o różnicę między przepisem a rozporządzeniem, bo nie jestem niuniokratą i rozumieć jej nie potrzebuję.  Ponad sto tysięcy praw zarządza życiem obywateli niuni.  Legislacyjna sraczka przemieniła się dawno w przewlekłą dyzenterię, ale nadal nikt nie zamierza jej leczyć.

Legislacyjny ocean ma oczywiste konsekwencje.  Prawa stają się zbyt szczegółowe, niekiedy przeczą sobie wzajem, a system prawny stał się tak skomplikowany, że i Salomon był tego nie rozebrał (nawet przy wódce).  Efektem jest powszechna ignorancja prawa i równie otwarte jego lekceważenie.  W takim razie, rzec by można, w czym problem?

„Jesteśmy niewolnikami prawa, abyśmy mogli być wolni”, pisał Cyceron i wiedział, co mówi.  Przestrzeganie prawa jest podstawą wolności w społeczeństwie (nie ma nic wspólnego z duchowym wymiarem wolności, ale to do sprawy nie należy).  Autentyczną podstawą historycznej wielkości Europy nie jest idea demokracji i braterstwa, ale idea prawa, praworządności i równości wobec prawa (izonomii).  Prawo ugruntowane na prawie naturalnym, pozwala rozkwitnąć ludzkim jednostkom, doskonalić się i realizować ich własne cele, konstytuując ochronę prywatnej własności.  Tylko wolne jednostki tworzyć mogą kulturę i naukę.  Gdy wszakże prawa stały się tak skomplikowane, że łatwiej je ignorować niż sumiennie się do nich stosować, to ta powszechna nieznajomość eurodyrektyw, obojętne wzruszanie ramionami na brukselskie ukazy, podmywa na dłuższą metę fundamenty Europy.  Erozja praworządności prowadzi nieuchronnie do pogardy dla prawa w ogóle, co z kolei rujnuje równość wobec prawa, bo każdy orze, jak może, więc kiedy ma dojście do żłoba, to żre.

Po raz któryś dochodzimy do analogii z sowietami.  Pod komunistami łamało się prawo, żeby żyć.  Żeby włożyć coś do garnka, nakarmić rodzinę, nachlać się i zabawić, trzeba było być na bakier z prawem, albo mieć dojście do żłoba.

Mówią mi, że to nieodpowiedzialne z mojej strony, że ośmielam się porównywać niunię do sowieciarni.  Tam były deportacje i tortury, a tu tylko delikatne popychanie w pożądanym kierunku; tam gułag i głód, a tu uprzejme dyrektywy.  Czy miałoby z tego wynikać, że sowiety byłyby akceptowalne, gdyby nie kazamaty czeki?  Gdyby nie „bezmiar człowieczej udręki”, to Lenin i Trocki, i Stalin, i Mao, nie byliby tacy źli?  Jeżeli tak, to nic dziwnego, że zaakceptowano powszechnie i ochoczo operację pod kryptonimem „upadek komunizmu”.  Nie kopcie nas więcej, a popychanie zniesiemy; zapełnijcie półki chrlowskim chłamem, a przyjmiemy wasze dyrektywy z pokorą, zwłaszcza jeśli przyjdą z Brukseli a nie z Moskwy; zezwólcie zwalić się w ścisku na plaży w Costa del Sol, a będziemy pracować dla dobra socjalistycznego sojuza jewropejskich respublik.

W czasach rewolucyjnego romantyzmu, bolszewicy zdzierali rękawiczki białoruczkom.  W parcianym prlu oddawali im zarządy pegieerów, a dziś w Anglii dają im stołki w zarządach swych firm.  Widać stąd naocznie, że komunizm ewoluuje ku Nowej Świetlanej Przyszłości, zgodnie z pouczeniami marksistowskich ojców-założycieli, tylko że na każdym etapie zachowuje wszystkie opcje.  W niewolnictwie Stalina była opcja kapitalizmu dla Armanda Hammera.  W feudalizmie pegieerów były obozy dla niepokornych.  W kapitalizmie Xi jest opcja niewolnictwa dla Ujgurów, bo komunizm naprawdę przystosowuje się do wymogów czasu, a nie ewoluuje.

Dziś wreszcie dopełzliśmy do nowoczesnej mordy socjalizmu.  W tej wersji, niewolnicy nie wiedzą, że są w niewoli.  Traktowani są jak dobrowolni klienci, konsumenci, petenci.  Zbierają punkty, i w nagrodę mogą szurać na nartach w Alpach.  Lud nie pragnie wolności i nigdy jej nie pragnął, bo wolność obciąża odpowiedzialnością.  Lud łaknie niewoli i nieodpowiedzialności, marzy, by państwo zajęło się jego zdrowiem, wychowało mu dzieci, służyło w powodzeniu i w ubóstwie, w zdrowiu i chorobie, w ułomności i starości.  Ubiega się pokornie o wygody niewoli, o chleb i igrzyska, a intelektualiści spod czerwonej latarni przekonują nas, że to dopiero najprawdziwsza wolność.  I tym wcieleniem komunizmu z głupią gębą – jest niunia.

Cała ta misterna konstrukcja unii-niani jest zjawiskiem raczej groteskowym, jest fasadą, za którą nic nie stoi.  Toteż runie wreszcie kiedyś pod ciężarem własnej niedorzeczności i tylko kikuty sterczeć będą, pozostawione „żywym na pamiątkę głupoty” i na postrach potomnym, jak ślady karnawałowych dekoracji, gdy nikt już nie pamięta, co to jest karnawał.  Niestety ludzie Putina (lub ich następcy) będą czekali na ten spektakl, by ruszyć z braterską pomocą i przynieść wyzwolenie uciśnionym narodom Europy, tak jak przed nimi czekał Stalin, by ratować krwawiącą Europę w początkach lat 40.  Stalin się przeliczył, ale następcy Putina będą bardziej cierpliwi, zwłaszcza, że nie zanosi się na kolejną operację Barbarossa.  Kto ma bronić Europy?  Bundeswehra wyposażona przez von der Leyen w kije do mioteł zamiast karabinów?  Czy może siły zbrojne Estonii?

***

Muszę jeszcze powrócić do kwestii narodowej.  Zarówno brytyjska jak i polska tradycja państwowości jest zdecydowanie ponadnarodowa.  Mówię, rzecz jasna, o tradycji Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, a nie prlu, bo prl polski nie jest, ani nie jest państwem.  Dlaczego właściwie, z czysto teoretycznego punktu widzenia, ponadnarodowa struktura Wielkiej Brytanii, czy wielonarodowa Rzeczpospolita, wydają się dostojne i godne naśladowania, a ponadnarodowa niunia zieje zgrozą?

Zastanawiam się nad tym od dawna, poszukując przyczyn w specyficznej naturze państwowości wielonarodowych organizmów.  Jednak cokolwiek byśmy powiedzieli o dobrowolności unii państwowych, które legły u podstaw Rzeczypospolitej i Zjednoczonego Królestwa, albo na temat „atrakcyjnej siły polskości”, trudno nie przyznać, że nikt nie zmuszał 27 państw do przyłączenia się do niuni, a jej atrakcyjność mierzona jest dotacjami, więc nie tędy droga.  Rozwiązanie podsunął mi Roger Scruton, paradoksalnie, występując w obronie państwa narodowego.  Jego zdaniem zwartość społeczeństwa bierze się nie ze wspólności celów, jak utrzymują totaliści i brukselscy komisarze, ale z ograniczeń.  Już scholastycy wiedzieli, że powinniśmy być gotowi odrzucić swe cele z szacunku dla prawa naturalnego – oto klasyczne ograniczenie.

Spokojne współżycie obcych sobie ludzi w jednym społeczeństwie, osiągnięte jest nie przez wspólne cele lub reglamentowany plan, ale przez drobne ograniczenia, które chronią każdą osobę przed zamierzeniami i planami wszystkich innych.

Wiedza przydatna człowiekowi do poradzenia sobie ze zmiennymi okolicznościami życia, nie jest mu podana na tacy, nie jest dostępna przez doświadczenie, nie da się wydedukować z apriorycznych zasad, nie mieści się w tysiącach niuniowych edyktów, a zawiera się w zwyczajach, instytucjach i tradycjach, uformowanych przez pokolenia w mozolnym procesie prób i błędów.

Starożytni Grecy mieli pojęcie hubris, zarozumiałości i pychy, która odbiera rozum i skazuje na straszliwą klęskę tych, którzy sprzeciwiają się bogom.  Jaka szkoda, że architekci europejskiej katastrofy nie znają historii.

________

  1. Cat Goscovitch, A Russian Doll. Być może należałoby przyjąć, że sztuka o takim przesłaniu jest prowokacją, ale nie zniżajmy się do poziomu naszych krytyków. Sądzę, że autorka musi być zawiedzioną zwolenniczką niuni i nie może się nadal pogodzić z wynikiem referendum, więc przypisuje obcokrajowcom winę za to, że Brytyjczycy nie chcą przyjmować dyrektyw od obcokrajowców…
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/06/03/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xviii/
Kategorie: Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/06/03/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xviii/