Baśń o odwadze pisarzy
Józef Mackiewicz niekiedy latami nie mógł znaleźć wydawcy dla swoich pism wśród niepodległościowej emigracji, więc zmuszony był pisać do szuflady lub drukować rzeczy własnym nakładem. W emigracyjnym samizdacie wydał w pierwszym rzędzie jedno ze swych najważniejszych dzieł, Zwycięstwo prowokacji. Uciekł się następnie do samizdatu w wypadku kilku broszur. Pisałem na ten temat obszernie w (niestety nadal niedokończonym) cyklu o potyczkach Mackiewicza z cenzurą w najrozmaitszych konfiguracjach. Nie pozwalano mu publikować w periodykach emigracji polskiej i odmawiano drukowania jego książek. Było tak do czasu, aż powstało wydawnictwo Kontra, założone przez Szymona Szechtera i Ninę Karsov. Dopiero wówczas możliwa okazała się publikacja dwóch książek watykańskich, „których nikt nie chciał wydać”. Wtedy dopiero ukazały się drugie wydania Nie trzeba głośno mówić, Lewej wolnej, Drogi donikąd, Sprawy pułkownika Miasojedowa, Kontry i Zwycięstwa prowokacji. Z inicjatywy Kontry, Mackiewiczowie wybrali i opracowali artykuły do dwóch wyborów, które ukazały się na krótko przed ich śmiercią: Droga Pani i Fakty, przyroda i ludzie. Tylko dzięki wytrwałym wysiłkom Niny Karsov książki te trafiły do Polski w latach 80. To jej zawdzięczaliśmy podziemny „festiwal wydawniczy” Mackiewicza po jego śmierci.
Mackiewicz miał odwagę wypowiadania prawdy i było mu obojętne, czy była to prawda popularna, czy nie, bo chowanie głowy w piasek było mu obce. W Warszawie w 1944 roku przed powstaniem, wydawał własnym sumptem antykomunistyczny Alarm, „nadpartyjny organ do walki z bolszewizmem”. W Krakowie, w październiku tegoż roku, Biuro Studiów hrabiego Ronikiera wydało jego broszurę pt. Optymizm nie zastąpi nam Polski. Wypowiadał w tych strasznych czasach opinie, za które można było zginąć w Gestapo, będąc wydanym w ręce hitlerowców przez jaczejki komunistycznej al, ale można było także dostać w czapę od AK. Tak, trzeba było odwagi, by publikować takie rzeczy.
Lewa wolna, powieść o wojnie polsko-bolszewickiej, spotkała się z bezprzykładną odpowiedzią londyńskiego Instytutu im. Piłsudskiego, gdzie zdecydowano opublikować broszurę pod sarkastycznym tytułem „W obronie prawdy historycznej”. Jak na stosunki wśród wolnych ludzi, uciekinierów przed komunistyczną okupacją ich ojczyzny, był to niesłychany atak na powieść, na dzieło sztuki i jej autora. Piłsudczycy domagali się, by nie publikowano więcej Mackiewicza. Pisał wtedy do Michała Chmielowca, podówczas redaktora londyńskich Wiadomości:
Jeżeli po tym [tzn. po wydaniu kilkunastu dzieł i tysiącach recenzji w wielu językach – mb] zjawia się jakiś generał i „interweniuje żeby mnie nie drukować”, jest to świadectwem hańby. Dlatego nie mogę poczytać redakcji Wiadomości za akt „odwagi” – jak Pan pisze – że w cichości odmówiła zastosowania się do żądań generała, zamiast głośno i jawnie wystąpić, napiętnować i zaprotestować przeciwko ingerencji drobnej kliki politycznej i jej szantażu w dziedzinę kultury i literatury. Sam bowiem fakt jest skandalem.
Po wydaniu Nie trzeba głośno mówić, zaatakowały go kręgi AK w zorkiestrowanej nagonce pod batutą Jana Nowaka. Nakładem Zarządu Głównego Koła Żołnierzy AK ukazała się kolejna anonimowa broszura pt. „Pod pręgierzem”. Akowcy zniżyli się w nim do fałszowania „dowodów” przeciwko pisarzowi, jak to wykazał Włodzimierz Bolecki w Ptaszniku z Wilna (por. wyd. II, s. 402). Niestety nie było w tym nic nowego. Podziemna Niepodległość oskarżała Mackiewicza w latach wojny, wbrew oczywistym faktom, o to, że był „współwłaścicielem i współwydawcą” niemieckiego dziennika urzędowego. Szermowano wówczas nie tylko oskarżeniami, ale także groźbą wydania kapturowego wyroku śmierci.
Tak, trzeba było nie byle jakiego męstwa, by być Józefem Mackiewiczem. Choć on sam, w typowy dla siebie sposób, był bardziej powściągliwy:
„Odwaga” pisarza, ażeby się o niej czytelnicy dowiedzieli i mogli ocenić, uwarunkowana jest „odwagą” wydawcy.
Trzech odważnych pisarzy
Kiedy więc przesłał mi przyjaciel linkę do opowieści pt. „Trzech odważnych pisarzy”, to zacząłem oglądać z zainteresowaniem. Opowiadaczem jest Rafał Ziemkiewicz, który z entuzjazmem gawędzi o swoich ulubieńcach. Pierwszym z nich jest Wiktor Suworow. Nie ma co owijać w bawełnę: Suworow z pewnością odznaczał się odwagą jako oficer specnazu i gru, a potem jako uciekinier z raju krat. Ale jako pisarz? Nie chciałbym się powtarzać, a pisałem o nim obszernie, analizując dwie jego książki w szczegółach. Jednak zapytam, czyżby Suworow wykazał się odwagą, gdy „bronił” jakości sowieckich aeroplanów i niezniszczalnych tanków? Gdy z brawurą wysławiał niepokonaną krasną armię? Niech mi Ziemkiewicz wierzy, proszę Ziemkiewicza, że nie potrzeba do tego odwagi na Zachodzie. Stalin jest tu bardzo popularny, jako wyzwoliciel bez cudzysłowów, jako ten, który pokonał absolutne zło faszyzmu. Nikt na Zachodzie nie napadnie na sowieckiego patriotę, za jakiego uważa się Suworow. Tutaj w ogóle lubią Stalina, podczas gdy sam Suworow nie przepada za nim tylko dlatego, że obwinia go za upadek sowdepii. Tu nawet im nie przeszkadzają miliony ofiar, pomordowanych i zagłodzonych. – Jak to było z tym omletem? – zapytają wielbiciele wielkiego Soso, przymrużając filuternie oko. – A zresztą pewnie należało się tym milionom, pewnie też byli faszystami, białogwardzistami, burżujami, kontrrewolucjonistami, szkodnikami albo inną antykomunistyczną swołoczą.
A jednak opowiadacz opowiada zupełnie inną baśń. W jego baśniowym świecie cudów, Lodołamacz Suworowa okazuje się „genialnym odkryciem”, a autor nieustraszonym szewczykiem, który ubił w pojedynkę smoka przesądów, przemyślnie kwestionując powszechnie zaakceptowaną narrację, wedle której Hitler be, a Stalin cacy, gdy naprawdę obaj byli be. (Jeżeli ktoś sądzi, że upraszczam uproszczenia Ziemkiewicza i sprowadzam je do baśniowych andronów, to pozwolę sobie odesłać czytelnika do bajki w oryginale; proponuję posłuchać, co sam opowiadacz ma na ten temat do powiedzenia, a jest to niestety na poziomie „be i cacy”.) Bez Suworowa świat żyłby w niewiedzy, że spółkę Hitler-Stalin zastąpiła spółka Roosevelt-Stalin, przypieczętowana w Norymberdze. Los mężnego odkrywcy trudnych prawd bywa ciężki…, choć w tym wypadku, jak to w bajce, los odkrywcy był jak najlepszy. Głupi Jasio nie dostał wprawdzie ręki królewny, ale świetnie mu się powodzi. Osobiście, zamieniłbym się z nim, choć nie chciałbym mieć na sumieniu przeszłości w gru i specnazie. Nie wiem więc nadal, dlaczego Suworow jest „odważnym pisarzem”.
Słuchając tych bajek, myślałem sobie, że biedny Ziemkiewicz nie byłby się tak zakałapućkał w swoich baśniach, gdyby był przeczytał Mackiewicza. Suworow niczego nie odkrył, pisał rzeczy od lat znane, a tam gdzie był bardziej kontrowersyjny, np. w „hipotezie 6 lipca”, nie miał racji w sposób dość oczywisty i łatwy do wykazania. Ale o tym już pisałem. Opowiadacz opowiedział wszakże dobrą anegdotę-przestrogę o Suworowie, wcale nie spomiędzy bajek wziętą. Oto były szpion gru, zobaczywszy go po raz drugi w życiu, wiedział doskonale, z kim ma do czynienia. Tak, agenci gru i specnazu są lepiej wyszkoleni, niż byłoby wygodnie nam przyznać, i zapewne dobrze zrobiłoby nam wszystkim, gdybyśmy się z tym liczyli.
Następnym odważnym pisarzem okazał się Sławomir Cenckiewicz. Z laurki wystawionej przez opowiadacza wynika, że w prlu bis potrzeba odwagi, by pisać o Bolku. Cenckiewicz, to jego zdaniem (cytuję): „przykład takiej odwagi, na jaką się naprawdę nie zdobył nikt chyba od czasów wojny światowej, a i ci którzy się na wojnie na nią zdobywali też inna to była odwaga i może łatwiej im to przychodziło w tamtych okolicznościach”. Zachwiałem się przez moment, kontemplując baśniowy krajobraz po bitwie. Nie, nie ze względu na absurdalność porównania – odwaga autorska wyniesiona ponad postawę ludzi narażonych na straszną śmierć? – bo przecież bajkopisarze z natury rzeczy nie stronią od hiperboli. Trudno winić opowiadacza, snującego baśniowe wątki, o nieumiejętność rozróżnienia odrębnych aspektów cnoty męstwa, o zapomnienie o bohaterach antykomunistycznego podziemia, o pominięcie tysięcy ofiar komunistycznego terroru, ludzi, którzy wykazali się chyba nie mniejszą odwagą niż Sławomir Cenckiewicz. Zawahałem się z innego powodu. Opowiadacz wypowiedział bowiem także następujące słowa, które warte są zastanowienia:
Aktem założycielskim kraju, w którym żyjemy, państwa, które zbudowano, nie jest umowa zawarta między dyktatorami, ustępującą władzą, a przedstawicielami rewolucji, tylko między dyktatorami a ich własnym agentem, kapusiem ich tajnej policji.
Ziemkiewicz pomija milczeniem szerszy kontekst prowokacji „upadku komunizmu”, jak gdyby poza baśniowym światem jego opowieści, wolno było pić wódkę pod okrągłym stołem bez zezwolenia z Moskwy. A jednak, skoro prl bis stworzony został na skutek bolkowych prowokacji, to, na zdrowy rozum, rzeczywiście chyba konieczna jest duża doza śmiałości, by nazwać po imieniu, czym naprawdę był Lech Wałęsa. Wałęsa nie jest przecież groteskowym wilkiem z bajki o Czerwonym Kapturku, ale kimś znacznie gorszym. Nie zdołałem zmóc książki Cenckiewicza (być może zabrakło mi waleczności), ale zgódźmy się, że autor prlowskiej książki o Bolku nie może być pozbawiony cnoty męstwa, niezależnie od niedorzeczności laurki mu wystawionej. Zaiste słowa Ziemkiewicza brzmią prawdziwie: prl bis został zbudowany na tajnym układzie między komunistami i ich agentami. Józef Mackiewicz nazwał to kiedyś drogą donikąd, która teraz uznana została przez „instynkt narodu” za docelową (że pozwolę sobie sparafrazować jego słowa).
Ponownie, słuchając opowiadacza, myślałem sobie z melancholią, jakże by to było dobrze, gdyby zatroszczył się o poznanie Mackiewicza, może jego baśniowa opowieść przybrałaby wówczas bardziej realne kształty. Mackiewicz nie miał dostępu do ubeckich akt ani do żadnej wiedzy tajemnej, a pomimo to, opierając się wyłącznie na racjonalnej analizie powszechnie dostępnych faktów, widział, czym była Solidarność i co sobą przedstawiał Wałęsa:
papież: największy (z moralnej wagi gatunkowej) „poputczik” bolszewizmu od r. 1917
prymas (Wyszyński): jeden z największych zdrajców w dziejach Polski
Wałęsa: jawny człowiek partii komunistycznej, działający na jej korzyść
„Solidarność”: totalitarny zlepek autocenzury – komuny, Kościoła, i najniższego gatunku nacjonalizmu; w szarości, nudzie i zakłamaniu. Brrr…
Jakież więc było moje zdziwienie, gdy trzecim ulubieńcem Ziemkiewicza, najważniejszym przedmiotem opowiadania, okazał się nie kto inny, jak Józef Mackiewicz.
Pierwsza refleksja, jaka mi się nasunęła w tym momencie, to że ani Suworow, ani Cenckiewicz, nie są pisarzami. (Chyba, że Ziemkiewicz używa tego słowa w pojęciu un pissage polonais, w co wątpię.) Czytałem Suworowa niewiele i wyłącznie w angielskich przekładach, trudno mi więc ocenić literackie walory jego pisania, ale sądzę dlaczegoś, że uśmiałby się, gdyby usłyszał, że nazwano go „pisarzem”. Zważywszy, jakie kokosy zarobił na swoich książkach, trudno pojąć, dlaczego jego angielskie przekłady są aż tak złe (czyżby oszczędzał na tłumaczach?). Cenckiewicz zaś, jest akademikiem i publicystą. Znowu, nie sądzę, żeby miał pretensje do literatury. Tymczasem Józef Mackiewicz podkreślał:
Byłem – ale nie: jestem „starym dziennikarzem”. Jestem: starym pisarzem.
Zestawienie tych trzech autorów jako „odważnych pisarzy”, byłoby więc drobnym nadużyciem, i być może zasługiwałoby na kilka słów polemiki na marginesie, gdyby nie to, co miał Ziemkiewicz do powiedzenia o Mackiewiczu. Tylko że, jak by to powiedzieć i nie spłonąć ze wstydu? On nie ma absolutnie nic do powiedzenia o Józefie Mackiewiczu.
Żeby zaprezentować najbardziej odważnego pisarza, opowiadacz nie przedstawia jego powieści, nie pokazuje tomów korespondencji, które czyta się jak powieści, nie stawia na biurku obszernych woluminów jego publicystyki, nie wymachuje przed kamerą jednym z trzydziestu tomów Dzieł – tylko ucieka się do bajek z Pacanowa, to znaczy wyciąga cegłę Grzegorza Eberhardta, którą bardzo nam poleca (po czym dodaje bez wstydu: „polecam także i książkę Witolda [sic] Boleckiego”).
Książka Eberhardta jest infantylnym wypracowaniem, bajką pełną rzeczowych błędów i świadomego fałszu; jest impertynenckim poklepywaniem wielkiego pisarza po plecach; jest lekceważącym ćwiczeniem w egotyzmie drugorzędnego pisarczyka, który trzyma się kurczowo połów fraka ważnego powieściopisarza; jest niezdarnym paszkwilem, nieporadną napaścią na jedynego prawowitego wydawcę Mackiewicza na świecie. W całym tym morzu wielokropków, wykrzykników, znaków zapytania i odsyłaczy donikąd – nie ma żadnej treści. A zatem dość. Dość o Eberhardcie, o którym napisałem i tak więcej niż na to kiedykolwiek zasłużył. (A przy okazji pierwszego wydania pisał o jego cegle również Darek.)
Wziąwszy narratora z Pacanowa za swego przewodnika, Ziemkiewicz musiał opowiedzieć bajkę o Mackiewiczu. W baśniowej rzeczywistości jest „do dzisiaj nie wyjaśnioną plamą na życiorysie Jana Nowaka, dlaczego z taką nienawiścią odnosił się do tego wielkiego pisarza, że starał się go zniszczyć finansowo”. Może to jest niejasne w świecie bajkopisarzy, ale jest zupełnie oczywiste w realnym świecie, w którym obracamy się my, zwykli śmiertelnicy powyżej ósmego roku życia. Wystarczyłoby zajrzeć do Mackiewicza, by to zrozumieć. W bajce Ziemkiewicza Mackiewiczowie utrzymywali się „z zasiłku niemieckiego, który był przeznaczony dla przestępców”, bo rzekomo był to „jedyny sposób”, w jaki pomóc im mogli przyjaciele. A skąd zaczerpnął bajkopisarz informację o „zasiłku dla przestępców”? Czyżby to sam Marchołt, gruby a sprośny, objawił mu to, czerpiąc z krystalicznego źródełka, które okazało się fontanną ekskrementów zaczarowaną przez złego czarnoksiężnika? Mackiewiczowie otrzymywali nędzną zapomogę z niemieckiego Sozialamt, ale dzięki niej Barbara Toporska mogła się leczyć na raka w dobrych szpitalach, na co inaczej nie byłoby ich stać. Co mogą z tym mieć wspólnego niemieccy przestępcy?
Nic w tym osobliwego, że baśń Ziemkiewicza wkracza prędko w świat fantazji. Oto z zamaszystym pociągnięciem pędzla baśniowej maniery, jego zdaniem, Mackiewicz „został zabity przez tajne służby po śmierci”. Wielcy artyści żyją po śmierci w świadomości swoich odbiorców, ale nawet najwięksi bywają zapomniani. Bach został odkryty na nowo w 80 lat po śmierci, a Carlo Gesualdo nie bywał słuchany przez 350 lat. Mackiewicz natomiast należy do tych szczęsnych autorów, którzy są równie pilnie czytani dziś, jak za jego życia, i wywołują nadal równie zacięte dyskusje. Od 1985 roku datuje się popularność jego twórczości w Polsce. Próbowano go dezawuować piórami aparatczyków w rodzaju Michnika czy Surdykowskiego, ale bezskutecznie. Jest czytany, ale nieobecny w prlowskich mediach, co być może nie powinno nas dziwić.
W baśni Ziemkiewicza rzecz wygląda inaczej. Oto wielki pisarz „dał się opętać komuś”, i przekazał prawa autorskie jakiejś pani, co przez swą krecią robotę „realizuje misję służb, których już nie ma”. Niewątpliwie jest to ta sama przebrzydła czarownica, która na rok przed urodzeniem zmarła, trzymając w ręku kwadratowe kółko. Tak, w skrócie, wygląda (chyba) myśl opowiadacza. „Chyba”, ponieważ trudno się niekiedy zorientować w jego skomplikowanych okresach zdaniowych. W baśni jest równie możliwe, że służby mszczą się zza grobu, by zabić po śmierci, jak i, że zginąć można marnie z rąk służb, których nie ma. Trudno się w tym połapać, więc spróbujmy rozwikłać ten mętlik przy pomocy zdrowego rozsądku, skoro opowiadacz nie potrafi nazwać rzeczy po imieniu. Józef Mackiewicz i Barbara Toporska przekazali swoje prawa autorskie swemu wydawcy – Ninie Karsov. Nie zostawili ich córce Mackiewicza, Halinie Mackiewiczównej, ponieważ postrzegali ją jako prlowską lojalistkę i mieli w pamięci, że chciała kiedyś „poprawiać” Zwycięstwo prowokacji (o czym zresztą pisze nawet Eberhardt, więc opowiadacz nie może bronić się nieświadomością rzeczy). Pomińmy już ten drobiazg, że w 1985 roku, Mackiewiczówna nie chciała mieć nic wspólnego z trefnymi prawami autorskimi po swoim śp. Ojcu-antykomuniście.
A zatem w swoistej, baśniowej „logice” Ziemkiewicza, osoba, która odmawia uznania państwa stworzonego na mocy układu między komunistami i ich kapusiem, spełnia wolę tajnych służb (które nie istnieją), gdy nie uważa za stosowne publikowania książek największego antykomunisty w takim kraju. Opowiadacz nie przebiera w słowach: w jego baśni Nina Karsov postępuje tak „pod kretyńskim pretekstem, że Józef Mackiewicz by sobie tego nie życzył, bo powiedział, że póki komunizm, to on nie chce w Polsce, żeby jego książki drukowano, ale już komunizmu nie ma”. Tak jej wygarnął opowiadacz i nie nabrał nawet tchu przed rozlicznymi zdaniami podrzędnymi, przez co zapomniał zupełnie o tym spółkowaniu kapusiów z ubekami pod okrągłym stołem.
W dalszym ciągu swojej bajki, opowiadacz twierdzi, że Nina Karsov „uniemożliwia przekłady”. Mackiewicz żalił się wielokrotnie na to, że rodacy utrącali wszelkie możliwości przekładów jego książek na Zachodzie. Tymczasem pod kuratelą Niny Karsov ukazało się znakomite tłumaczenie Zwycięstwa prowokacji w prestiżowym Yale University Press, ukazały się także przekłady węgierskie i litewskie, czeskie i rumuńskie, oraz wybór publicystyki w przekładzie rosyjskim. Oczywiście, że byłoby dobrze, gdyby było więcej przekładów, ale nie ma na nie popytu. W baśniowym świecie Ziemkiewicza, Karsov „uniemożliwia także wznawianie Mackiewicza”. „Wznowienie” to z definicji, ponowne wydanie tej samej pozycji. Mackiewicz nie miał żadnych wznowień, do czasu aż Kontra opublikowała drugie wydania jego powieści. Od tego czasu, wszystkie pozycje spośród 30 tomów Dzieł, są wznawiane, gdy ich poprzedni nakład zostanie wyczerpany, ponieważ takie są realia rynku, z którymi oczywiście nie trzeba się liczyć w baśniowej rzeczywistości.
Ba, mówi bajkowy narrator, ale Kontra wydaje te książki „w homeopatycznych nakładach”. Ciekawe, skąd wie, jakie są nakłady? W moim amatorskim mniemaniu, kiedy Witkacy wydawał przed wojną swoje książki w kilkudziesięciu egzemplarzach, to można było nazwać taki nakład homeopatycznym; kiedy Mackiewicz publikował na powielaczu swoją broszurę o Radiu Free Europe, to można było mówić o znikomej liczbie egzemplarzy, ale nie można tak określić nakładów Kontry. Może to będzie odkryciem dla Ziemkiewicza, ale generalnie nakład jest funkcją popytu (podobnie jest z przekładami). Wszystkie książki Mackiewicza są w polskich księgarniach, a jeżeli ich nie ma, to wystarczy poprosić księgarza, żeby zamówił je z hurtowni. Podobnie, wszystkie są do nabycia w księgarniach internetowych. Jeżeli ludzie ich nie kupują, to dlatego, że są przekonani nieustającą od lat propagandą baśniopisarzy, takich jak Ziemkiewicz, oraz koziołków matołków z gatunku Eberhardta, że „książek nie ma”.
„Mackiewicza ciężko czytać, ciężko znaleźć, ale właśnie dlatego trzeba go znaleźć,” wyrokuje opowiadacz, nie zaprzątając swej baśniowej narracji logiką rozumowania. Mogę mówić tylko za siebie, ale mnie nigdy nie było „ciężko Mackiewicza czytać”. Wręcz przeciwnie, jego potoczysta narracja, jędrna polszczyzna, słuch do dialogu i głęboka myśl, przenikająca jego pisarstwo, czyniły zeń dla mnie pisarza łatwego, ale być może jestem wyjątkiem. Pisząc niniejsze, zajrzałem do internetowych księgarni i znalazłem bez trudu wszystkie jego książki, więc jeżeli rzeczywiście Ziemkiewicz jest zdania, że go „znaleźć trzeba”, to nie ma potrzeby wybierać się z Głupim Jasiem w poszukiwania Wody Życia, bo 30 tomów Mackiewicza znaleźć łatwo.
„Mackiewicz miał rację co do natury kolaboracji z komunizmem”, oznajmia górnolotnie nasz baśniopis. O dziwo, i ja tak sądzę. Ale skoro „miał rację”, to dlaczego nie wziąć z niego przykładu i nie zaprzestać kolaboracji z państwem zrodzonym pod okrągłym stołem? „To hańba dla państwa polskiego”, grzmi dalej, ale już pogubiłem się w tych jego bajkowych wykrzyknikach. Byłoby zaiste hańbą wydawać Józefa Mackiewicza w państwie, które zbudowano, „na umowie zawartej między dyktatorami a ich własnym agentem, kapusiem ich tajnej policji”. „Mówienie prawdy jest misją pisarza”, ciągnie nasz opowiadacz, i za to ceni Mackiewicza. Słusznie. A skoro tak, to dlaczego nie mówi prawdy o tym, że książki Mackiewicza są łatwe do nabycia w prlu bis, oraz że dzieje się tak wyłącznie dzięki wysiłkom Niny Karsov?
Odwaga wydawcy
Wysiłki Kontry w ratowaniu spuścizny obojga Mackiewiczów są bez precedensu w historii polskiej literatury i publicystyki. Słusznie Jury Nagrody Związku Pisarzy Polskich Na Obczyźnie przyznało niegdyś Ninie Karsov nagrodę za dokonania edytorskie. A mimo to „nie było oszczerstwa, którego by Ninie Karsov oszczędzono, nie było podłości, której by Jej pożałowano…”, jak pisał profesor Wacław Lewandowski. Może tylko dla Barbary Toporskiej i dla Józefa Mackiewicza nie byłoby niespodzianką prostactwo tej nagonki, obrzydliwość kalumnii rzucanych na „tę najlepszą z możliwych do pomyślenia opiekunkę spuścizny wielkiego pisarza”. Oni sami musieli się uporać w życiu z podobnym zalewem chamstwa i takim samym wykazali się stoicyzmem.
Teksty rozproszone Mackiewicza zostały zebrane w bibliografii w jasno określonym celu, żeby każdy mógł dotrzeć do oryginału bez borykania się z różnorodnością źródeł i niespotykanie rzadkim w polskiej publicystyce geograficznym rozprzestrzenieniem oryginalnych publikacji. Nieprzypadkowo jednak są one rozsiane po całym świecie. Zmuszony był publikować w efemerycznych publikacjach w Australii lub Argentynie, w mało znanych gazetach Polonii amerykańskiej, w podrzędnych pisemkach, o których rzadko kto słyszał, ponieważ odmawiano mu łam wielkich i sławnych periodyków emigracyjnych. Pisał z goryczą do redaktora londyńskich Wiadomości o nagonce prowadzonej za pieniądze Nowaka:
Ponieważ dzieje się to jednocześnie z tym, gdy ten sam „polski desk” Radia Free Europe, a wskutek jego penetracji i cała emigracyjna prasa polska pełna jest rozdzierania szat z powodu prześladowania lub nagonki na tego lub innego komunistę polskiego w Warszawie (Kuroń, Modzelewski, Kołakowski etc. etc.) – uważam milczenie w mojej sprawie ze strony wolnych pisarzy polskich za objaw wyjątkowo hańbiącego zakłamania.
To hańbiące zakłamanie było przyczyną, że czuł się osamotniony na emigracji, ale było także wezwaniem do odwagi, do bezkompromisowości w wypowiadaniu prawdy.
Żadne gremium literackie nie zajęło stanowiska wobec poniżającego wolność słowa i twórczości literackiej wystąpienia przeciwko mojej powieści Lewa wolna czynników „urzędowych” emigracyjnych. Mimo iż komunikat Instytutu im. Piłsudskiego, dwa zebrania publiczne SPK, przebieg tych zebrań i tekst broszury wydanej przez SPK pt. W obronie prawdy historycznej, w zestawieniu ze stenogramem procesu Siniawskiego, Daniela etc. w Moskwie – narzuca daleko idące analogie.
Ziemkiewicz ma rację. Józef Mackiewicz był odważnym pisarzem. Mężnym ponad zwykłe standardy odwagi. I miał szczęście znaleźć odważnego wydawcę, który pomimo nagonek ze strony różnych odłamów emigracji, pomimo wrogiego nastawienia wszechpotężnych (wydawałoby się) instytutów i kół emigracyjnych, wbrew nieskrywanej nienawiści tych wszystkich Korbońskich, Garlińskich i Nowaków, podjął się wydawania jego książek. A później, pomimo globalnej psychozy, by poddać się prowokacji pt. „upadek komunizmu”, odmówił i odmawia nadal publikacji pism wielkiego antykomunisty w kraju, którego „aktem założycielskim jest umowa zawarta między dyktatorami, ustępującą władzą, a ich własnym agentem, kapusiem ich tajnej policji”, że pozwolę sobie raz jeszcze posłużyć się słowami Ziemkiewicza. Mackiewicz, jeżeli patrzy na to z niebiesiech, to z ironicznym uśmiechem:
Zawsze uśmiecham się z melancholią, gdy czytam zwroty o czyjejś „odwadze” pisarskiej etc. etc. „Odwagę” wykazuje w danym wypadku nie autor, lecz wydawca, redaktor, który puszcza do druku. Mój Boże, żeby mi pozwolono pisać co chcę!
Oboje Mackiewiczowie znaleźli w Ninie Karsov nieustraszonego wydawcę. Odwaga wydawcy zaowocowała w tym wypadku niezrównanym wydaniem 30 tomów Dzieł Mackiewicza, wydaniem dzieł jego żony, odnalezieniem tekstów uważanych przez lata za bezpowrotnie zaginione, publikacją artykułów nigdy przedtem nie publikowanych i krytyczną edycją korespondencji. A wszystko to zrobione zostało z pietyzmem i profesjonalizmem.
Męstwo jest w tym wypadku może mniej kardynalną cnotą, a bardziej koniecznością, jest naturalną postawą człowieka wolnego wobec potopu chamstwa i tępoty. Być może najlepiej podsumowała kwestię odwagi pisarzy Barbara Toporska, pisząc:
Zdrową opinię publiczną poznaje się po tym, że nikt nie potrzebuje odwagi cywilnej do wypowiadania swoich własnych sądów.
W prlu bis nadal potrzeba odwagi, by mówić, kim naprawdę był Lech Wałęsa. Męstwem okazuje się odmowa wydawania tam powieści Józefa Mackiewicza. Wychodzi na to, że aktem dzielności jest mówić prawdę o nim. Oby potrafił znaleźć w sobie tę odwagę pan Rafał Ziemkiewicz. Niechby przejrzał i dostrzegł zasługi wydawcy, zamiast rzucać bezpodstawne oskarżenia, a byłoby w tym coś więcej niż tylko cywilna odwaga wypowiadania swych własnych sądów. Trzeba bowiem nie lada dzielności, by umieć przyznać się do błędu. Zdaje się, że w prlu bis to wymaga prawdziwej brawury.