„Serce mędrca zwraca się ku prawej stronie, a serce głupca ku lewej”
Rozmawiałem onegdaj ze znajomą. Dama jest wybitnym specjalistą w swej dziedzinie medycyny, toteż, jak to lekarze na Zachodzie, mieszka w ogromnym domu ze służbą, posiada apartament na Manhattanie, a wilegiaturę spędza na prywatnej wyspie na Karaibach. Nigdy w życiu nie głosowała na nikogo innego niźli socjaliści, do dziś radośnie nienawidzi Margaret Thatcher i podziwia „uczciwość Jeremy Corbyna”. Znając jej poglądy, zdziwiłem się ostatnimi czasy, dostrzegłszy po raz pierwszy zdecydowanie konserwatywne elementy w jej myśleniu na temat służby zdrowia. Poniewczasie przypomniałem sobie Pierwsze Prawo Polityki sformułowane przez Roberta Conquesta:
Everyone is conservative about what he knows best.*
Ileż razy zdarzyło mi się słyszeć, że ta zasada jest naciągana. Wynikałoby z niej, że tylko ignorant może być lewicowcem, a przecież wiele znakomitych umysłów w historii znalazło się po lewej stronie debaty. Nagminne jest przypuszczenie, jakoby wyróżnikiem lewicowości była tzw. „wrażliwość społeczna”, domniemane wyczulenie na społeczną krzywdę. W ziemiańskich domach – w dawnej Polsce, która nie istnieje od dziesiątek lat – zwykło się mawiać, że kto nie był socjalistą przed trzydziestką, pozbawiony jest serca, ale kto nim pozostał po trzydziestce, temu brak rozumu. Widać rozwój intelektualny ziemian polskich był bardzo powolny, ale myśl jest ta sama. Wraz z doświadczeniem, porzuca się mrzonki. Dziś żyjemy w czasach wąskiej specjalizacji, więc eksperci pozostają ignorantami. Moja znajoma pani profesor medycyny nie zna się na niczym oprócz swej wąskiej specjalności, zaczem, pławiąc się z rozkoszą w swej ignorancji, pozostaje socjalistką. A im lepiej się na czymś zna, tym bardziej jest w tych kwestiach konserwatystką.
Pozostałe dwie zasady Conquesta są również niezwykle trafne i godne zastanowienia. Druga brzmi następująco:
Any organization not explicitly right-wing sooner or later becomes left-wing.
Prawo to trafnie opisuje pozycję BBC, brytyjskich gazet (z Timesem na czele), a nawet mężnego i dzielnego strażnika wolnego rynku, magazynu The Economist – tak dalece obawiają się oskarżeń o prawicowość, że stali się lewicowcami. To samo da się powiedzieć o partiach politycznych, które teoretycznie powinny być prawicowe, ale za wszelką cenę próbują odżegnać się od prawicy, mam na myśli zachodnioeuropejskie partie chadeckie i konserwatywne. Ścigają się na wyprzódki, byle tylko nikomu nie postało w czerepie, że nie są w jakimś mglistym centrum. I w rezultacie stają na lewicy. Boris Johnson, Theresa May i David Cameron daliby się pokroić, byle tylko nie nazywano ich prawicą, a w efekcie przestali być konserwatystami. Amerykańska scena polityczna usłana jest trupami mężów stanu, którzy robili wszystko, żeby tylko nie wyjść na prawicowców.
Trzecie Prawo jest może najciekawsze:
The simplest way to explain the behaviour of any bureaucratic organization is to assume that it is controlled by a cabal of its enemies.
Jest to niepodważalne prawo biurokracji. Niezachwiana zasada, tłumacząca nieuchronną klęskę każdej biurokratycznej instytucji. Wrodzoną jej wewnętrzną sprzeczność, tę trudną do objęcia tendencję do tworzenia skostniałych form jawnie przeciwstawnych postawionym celom. Jak wiadomo, droga do piekła wybrukowana jest najlepszymi intencjami. Droga biurokraty wiedzie w kierunku odwrotnym do pierwotnych intencji, ale za to na skróty do piekielnego potrzasku. Conquest zasugerował tu także diaboliczny charakter biurokracji – ośmielę się wyrazić przypuszczenie, że uczynił to mimochodem, a może nawet niechcący – jak gdyby jakaś nieodparta zewnętrzna siła pchała ją ku jej własnej anihilacji. Pomimo oczywistych i mocnych odruchów samozachowawczych, które pozwalają machinom biurokratycznym przetrwać o wiele dłużej, niż wydawać by się mogło możliwe – na zgubę świata i nas wszystkich – biurokracja jest ćwiczeniem w fatalizmie.
Trzecia zasada wyjaśnia absurdy komunistycznych państw. Wpychanie ludziom do gardzieli nieprzemyślanych koncepcji, narzucanie z góry planów, i wprowadzanie ich w życie bez względu na opłakane skutki. Wyjaśnia klęski żywiołowe wprowadzone przez idiotyczne edykty Mao i niedorzeczności sowieckiej gospodarki. Tłumaczy upiorność sztywnego planowania bez oglądania się na zmienne warunki. Rzuca snop światła na nonsensy każdego państwa demokracji ludowej, nonsensy wypisywane nam latami na skórach, jak w kolonii karnej; wyjaśnia ślepotę każdej rewolucyjnej jaczejki, każdej socjalistycznej kliki. Ale nade wszystko, rozjaśnia ciemność, w jaką spowita jest europejska unia.
Wspólny rynek był zadowalająco ogólnikowym, choć rzeczowym celem. Idea przepływu dóbr bez ceł i kontroli granicznych nie musiała pociągnąć za sobą niwelującego walca setek tysięcy praw i zarządzeń regulujących najmniejszy przejaw życia. Można użyć dowolnego przykładu z historii unijnych szaleństw, od rozmiaru jabłek i kształtu bananów, poprzez ekonomiczną ekstrawagancję jaką jest €uro i monetarny analfabetyzm centralnego banku, aż do obniżenia mocy suszarek do włosów w celu ochrony środowiska naturalnego (młody niegdyś człowiek zwrócił mi uwagę, że mój przykład nie jest oczywisty, ale jeżeli nie rozumie się samo przez się, że urządzenia o mniejszej mocy trzeba używać proporcjonalnie dłużej, to niech Bóg ma nas w swojej opiece). Instytucjonalna standardyzacja Europy poprzez tysiące dyrektyw, które nie podlegają dyskusji – nie wolno ich podważać, ani choćby rozważać, nie istnieje żaden mechanizm prawny, by je zmienić – ten legalistyczny gwałt będzie grobem Starego Kontynentu. Nie tylko przez monotonię i nudę, jaką wnosi, ale znacznie bardziej poprzez pogardę dla prawa, którą nieuchronnie pociąga za sobą. Jeżeli formułowanie praw nie jest racjonalnym procesem, to nie zasługuje na szacunek obywateli.
Nic jednak nie prześcignie żenującego zachowania brukselskich komisarzy wobec szczepionek przeciw wirusowi zarazy. Najpierw odmówili zamawiania szczepionek, bo przecież wszyscy producenci będą chcieli dać je Europie za darmo. W następnej fazie wzbraniali się przed składaniem zamówień, zanim szczepionki będą zaakceptowane do użycia – przecież nie będą kupować kota w worku! A wreszcie, kiedy świat poza unią, szczepi się już na potęgę, to oskarżyli jednego z producentów – AstraZeneca, wygodnie brytyjska firma, a perfidny Albion jest wszystkiemu winien – o to, że nie dostarczono im dawek, których wówczas nadal nie zatwierdzono do użycia wewnątrz unii; tych samych szczepionek, które uznano za skuteczne w Zjednoczonym Królestwie prawie dwa miesiące wcześniej. Unia zagroziła sądem firmie farmaceutycznej, ale zmuszona była do poniżającego odwrotu, gdy prawnicy udowodnili komisarzom, że nie mają żadnych szans w sądzie. W rezultacie Bruksela próbowała zablokować eksport szczepionek do Wielkiej Brytanii, wbrew międzynarodowym umowom, z takim samym skutkiem.
Proces akceptacji leków jest oczywiście bardziej powolny w gigantycznej machinie unii niż niemal gdziekolwiek indziej na świecie. Jednak nie zaszkodzi wskazać, że rządy amerykański i brytyjski, zamawiając szczepionki w fazie badań i rozwoju, miały wpływ na postęp badań i dostęp do danych z prób klinicznych, przez co łatwiej mogły je zaaprobować. Jak wyjaśnić tę samobójczą politykę brukselskich komisarzy? Tym, że każda biurokracja oddaje się w ręce swoim najgorszym wrogom? To nie jest złe wytłumaczenie. Przecie Ursula von der Leyen nie może być winna braku szczepionek w Europie, podobnie jak nie była winna braku karabinów w Bundeswehrze, gdy była ministrem obrony Niemiec. VdL z entuzjazmem przekonuje wszystkich, że nie jest na prawicy – tyle ma do powiedzenia o globalnym ociepleniu, bez spoczynku lata prywatnym odrzutowcem po całym świecie, by z zapałem pouczać ludzkość o jej powinnościach.
Świat lewicy jest czarno-biały. Lewicowiec stwierdza fakty, jego oponent kłamie. Lewicowiec jest tolerancyjny i pobłażliwy, ale musi przecież być jasne dla każdego zdrowo myślącego człowieka, że nie wolno rozciągać tolerancji na ludzi z pomarańczową czupryną. Wszystko, co tacy mają do powiedzenia, jest kłamstwem, a w takim razie nie wolno ich wpuścić do salonów, a tym bardziej dopuścić do poważnej rozmowy dorosłych. Zamknąć usta takim. Taśma izolacyjna jako stróż poprawności demokratycznych dysput. Zaklejone taśmą usta, zakryte następnie higieniczną maseczką, żeby nie urazić proponentów faktów.
To co lewicowiec nazywa „kłamstwem” popada w dwie szuflady. W jednej zamyka się na wieki wieków fakty, których nie chce się znać. W drugiej, zamyka się niewygodne opinie. Czy to prawda, że Hitler był socjalistą? To tylko historyczny fakt, ale lewicowiec nie życzy sobie być konfrontowanym z takimi faktami. Fakt czy nie, szast z nim do szuflady i pod klucz. Natomiast ktokolwiek zechce być sceptyczny wobec domokrążców sprzedających globalne ocieplenie, zamknięty zostaje w osobnej szufladzie z etykietką „niebezpieczny wariat”. Na razie nie ma jeszcze dla takich kaftanów bezpieczeństwa, ale już krytycy zamykania całego świata pod kluczem dla powstrzymania wirusa podobnego do grypy, będą niebawem musieli się liczyć z zamknięciem w domu bez klamek. Tymczasem, zanim będzie można przejść do ostatecznego rozwiązania, odbiera się im platformę. Nie będą pisać w gazetach, nie będzie z nimi wywiadów, a kilku miliarderów wyłączyło ich mikrofony. Taśma izolacyjna bardzo skutecznie zastępuje cenzora.
Osobnik występujący przeciw utartemu poglądowi, zwalczający powszechne mniemanie, miewał w przeszłości dobrą prasę, bywał popularny. Zwykło się określać takich ludzi mianem „dysydentów” od łacińskiego dissidere (od dis sedere czyli „siedzieć osobno”, choć ściślej byłoby chyba używać słowa „dissent” od dissentire czyli „różnić się w odczuciu”). Przez wieki całe, dysydenci byli ulubieńcami lewicy. Zdaje mi się, iż doszło mych uszu słabe echo zdesperowanego jęku z elitarnego salonu: jak to? lewica od wieków? „Lewica” jest oczywiście pojęciem post-jakobińskim, co nie przeszkadzało jej zaciągnąć pod swój sztandar każdego przejawu nonkonformizmu w historii. Każdy odszczepieniec od jedności wyznania był im miły, błogosławili wszelaką herezję, apostazję i schizmę, w imię wolności słowa. Wychwalali każdego buntownika i postrzeleńca, wynosili pod niebiosa nawet przestępców jako przykłady wyzwolenia z kajdan drobnomieszczańskiej moralności. Otaczali nimbem romantycznej legendy błaznów i piratów; każdy kraj ma dziś swego mitycznego Dyla Sowizdrzała lub Janosika, Robin Hooda lub Thierry Śmiałka.
Zmienili piosnkę, gdy dobrali się do władzy. Ani jakobini, ani bolszewicy nie doceniali „siedzenia osobno”. Jakobini nie tolerowali żadnej formy sprzeciwu, posyłali duchownych i arystokratów do Madame La Guillotine, na równi z żyrondystami i rewolucjonistami. Rewolucja, jak Kronos, pożera swoje dzieci, ale gdy krew się lała strumieniami w zrewoltowanym Paryżu, lewicowe salony poza zasięgiem terroru, wysławiały tytanów rewolucji, wyznaczających drogę ludzkości ku jutrzence swobody. Zwolennicy jakobinów nie widzieli sprzeczności w „despotyzmie wolności” Robespierre’a. Po upływie wieku, bolszewicy kreatywnie zreinterpretowali tę krwawą ideę: wyzwolenie przez zniewolenie, mogłoby być ich hasłem, bo interesowała ich już tylko władza. Otwarcie i cynicznie zniewalali z hasłami wolności na sztandarach.
W oczach Lenina, lewicowość prędko okazała się „dziecięcą chorobą”, a bunt bolszewickich marynarzy z Kronsztadu został zatopiony w morzu krwi. Siedzenie osobno jest dobre dla pięknoduchów. Stalin tłukł jajka, choć nie myślał nawet o robieniu omletu. Ojcowie bolszewickiej rewolucji kończyli w kazamatach Łubianki, nadzy i zbici na krwawą miazgę, nim dostali kulkę w łeb. Ale jednocześnie, poza zasięgiem pachołków Stalina, modne salony wysławiały Trockiego. Kiedy czekan do łupania lodu rozłupał mu czaszkę, to przerzuciły swój podziw na jego mordercę. A jak zabrakło wielkiego zwycięzcy nad faszyzmem, to wynieśli Mao na swe sekularne ołtarze, w imię postępu i wolności…
Przymusowy progresywizm nie jest cechą dzisiejszej lewicy bardziej, niż był charakterystyczny dla jakobinów i bolszewików. Tamci wspierali swoje dewiacje terrorem fizycznym, ci niemoralną presją. Wśród liberałów też nie ma miejsca dla tych, którzy pragną siedzieć osobno. Zapomnij o karierze akademickiej, jeżeli nie popierasz wyraźnie każdej dewiacji seksualnej, lesbo-homo-bi-trans – im dziwaczniej tym lepiej. Nie wolno być nawet cieciem na starożytnym uniwersytecie w Cambridge, jeżeli nieśmiało wypowiada się wątpliwość, czy „kobieta”, która była do niedawna mężczyzną, powinna używać przestrzeni przeznaczonych wyłącznie dla kobiet.
W 1977 roku, Simone de Beauvoir i Jean Paul Sartre wraz z wieloma luminarzami francuskiej lewicy, podpisali petycję, domagającą się dekryminalizacji pedofilii, wszystko w imię wolności. „Nie wolno zakazywać”, brzmiało ich głośne hasło. „Soixante-huitards”, dzieci paryskiej rewolucji 1968 roku, doszli wkrótce do władzy i bez wysiłku doprowadzili Francję do ruiny. Dziś lewicowy salon odrzuca pedofilię z obrzydzeniem, ale nie w imię zwykłej ludzkiej przyzwoitości, nie dlatego, że nawrócił się nagle na tradycyjną moralność. Czyni tak dla pognębienia patriarchalnego, burżuazyjnego społeczeństwa, które odpowiedzialne być musi z definicji za każde nadużycie, czyli dokładnie z tych samych powodów, dla których Foucault, Derida i Cohn-Bendit domagali się przed laty wolności stosunków płciowych z dziećmi, by móc epatować burżujów swym wyzwoleniem.
„Serce mędrca zwraca się ku prawej stronie, a serce głupca ku lewej”, pisał Kohelet (czyli być może sam król Salomon, ale raczej nie). Pomimo pożądliwych zakusów na ten cytat ze strony bezecnych prawicowców, pragnących sankcji z autorytetem Pisma Świętego dla bezwstydu swej prawicowości, trudno doprawdy dociec, co mógł mieć na myśli Eklezjasta. Godzi się wszak być świadomym, iż w wielu językach „prawa strona” posiada pozytywne konotacje z prawem i słusznością, prawością i sprawiedliwością, gdy „lewa strona” jest jakaś lewa i podejrzana, nieudana i niepełna, a nawet ma podskórny wydźwięk czegoś złowieszczego i groźnego.
A jednak, mimo autorytetu Eklezjasty i Roberta Conquesta, całe to „lewa-prawa” należy do maszerujących tłumów, i powinno być poniżej godności człowieka myślącego. Człowiek wolny skłania się ku prawości i nie maszeruje w nogę wraz z ciżbą.
______
* Autor nie zechciał przełożyć Trzech Praw Polityki Conquesta. W moim przekładzie brzmiałyby, jak następuje: 1) Każdy jest konserwatystą w sprawach, na których się zna. 2) Każda organizacja, która nie jest otwarcie prawicowa, prędzej czy później staje się lewicowa. 3) Najłatwiej wyjaśnić zachowanie każdej biurokratycznej organizacji, przyjąwszy, że jest kontrolowana przez klikę swych wrogów. [przypis –mb]