Zamknij
Michał Bąkowski

Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część X

27 listopada 2020 |Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/11/27/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-x/

Bonnie Prince i Dżyngis Chan w globalnej wiosce XXI wieku

Dżyngis Chan i wytworny syn księżniczki Sobieskiej, pretendujący do szkockiego tronu, mieli ze sobą na pewno więcej wspólnego niż wystawny przepych pałaców nad Jeziorem Genewskim ma wspólnego z życiem codziennym w Pekinie w czasach, gdy miliony wymęczone ekscesami rewolucji „kulturalnej”, długich marszów i wielkich skoków, usłyszały o zgonie nieśmiertelnego wodza niezrównanej chińskiej rewolucji, przewodniczącego Mao Tse-tunga.  A mimo to, ten drugi związek jest bardziej intelektualnie płodny i bardziej – realny.  Wprawdzie jedzenie nie było oficjalnie zaliczone do „czterech starych rzeczy”, zwalczanych przez rewolucję kulturalną, jednak tylko wielki Mao mógł być opasły w komunistycznych Chinach.  Na rok przed śmiercią, wódz łaskawie zezwolił Dengowi na zniszczenie „gangu pani Mao” – ale dopiero po swoim własnym zejściu ze sceny – po czym odsunął go od siebie.  Gdy w lipcu 1976 potężne trzęsienie ziemi spustoszyło Tangshan, umierający przywódca odmówił przyjęcia pomocy z Zachodu (w rezultacie czego zmarły setki tysięcy spośród tych, co uniknęli śmierci od wstrząsu), po czym rozkazał ekipom ratowniczym „potępić Denga wśród ruin”.  Do swego następcy, Hua Guo-fenga, miał powiedzieć z typową megalomanią egotyka, że spodziewa się wrzenia i politycznych wstrząsów po swojej śmierci: „nadejdą krwawe deszcze i wichury cuchnące krwią”. [1]

Czy Mao miał tyle zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że tylko ktoś postrzegany jako jego przeciwnik, może poprowadzić dalej jego dzieło?  Nie zamierzam się zajmować bolszewicką dintojrą, jaka nieuchronnie nastąpić musiała po zgonie największego zbrodniarza stulecia.  Hua rozprawił się z bandą czworga, po czym potulnie oddał władzę ludziom Deng Hsiao-pinga.  Czy była to „gra skrzydłowymi”, na długo przed Ligaczowem i Jelcynem wobec Gorbaczowa?  Może.

Bonnie Prince Charlie miał prawowite roszczenia do tronu Szkotów i do sukcesji angielskiej, i był nawet gotów porzucić wiarę katolicką dla osiągnięcia celu.  Nie obce mu były knowania i podchody w celu zdobycia władzy, był obojętny na ilość ofiar poniesionych w walce z Anglią.  W porównaniu do Dżyngis Chana, był zaiste typowym, choć pretensjonalnym, przedstawicielem oświeceniowego barbarzyństwa.  Dżyngis, owszem, mordował i plądrował, miał wiele żon i nie patyczkował się z wrogami, ale udzielał przywilejów chrześcijanom i muzułmanom, radził się buddyjskich mnichów i mędrców taoizmu.  A jednak obstaję przy swoim, że te dwie historyczne postacie oddzielone o pół tysiąclecia, bliższe są sobie wzajem niż genewscy sowieciarze i ludzie Denga w zagłodzonym Pekinie początku lat 80.  Pomimo to, coś łączy Timczenkę i Guczkowa z maoistami.

30 lat maoizmu stworzyło państwo, które tylko z wielkim trudem potrafiło wyżywić swą ludność na poziomie nędzarskiego przetrwania.  W roku 1978 ogromna ludność Chin produkowała zaledwie 1,5% światowej produkcji brutto (GDP).  Nie wolno polegać na chrlowskich danych, ale wedle niepewnych szacunków zachodnich, chrlowska gospodarka była wówczas warta $150 miliardów, gdy gospodarka Stanów Zjednoczonych – 2,6 biliona dolarów.  Przeliczona na głowę mieszkańca, różnica była jeszcze bardziej szokująca: odpowiednio 150 i 10.500 dolarów na łebka (wg innych źródeł ponad $30 tysięcy, a gospodarka amerykańska była na kolanach pod koniec lat 70.). [2] Chrlowska ekonomia była zapewne w gorszym stanie po śmierci Mao niż w roku 1949.  Gdy zachodni liberałowie załamywali ręce nad polityką „rodziny z jednym dzieckiem”, w chrlu – jeszcze w latach 90.! – były setki tysięcy rodzin z jedną parą spodni: całe rodziny nosiły jedną parę spodni na zmianę, bo nie można było marzyć o nabyciu ani spodni, ani nawet materiału na spodnie. [3]

Chrlowskim odpowiednikiem prlowskiego „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” była „żelazna miska ryżu”.  Kajdaniarski i łachmaniarski komunizm chiński dawał każdemu prawo do głodowej racji w postaci pełnego zatrudnienia.  Ale w 1978 roku ponad 70% ludności żyło z roli, tzn. było oficjalnie zatrudnionych przy produkcji żywności (w większości ryżu) – nie w przetwórniach żywności, bo to byłaby wg komunistycznych statystyk „klasa robotnicza”, ale w „komunach ludowych” czyli maoistowskich super-kołchozach.  W tych samych czasach 3% Amerykanów pracowało na roli.  Kiedy Deng wystąpił ze swoim planem „reform rynkowych”, to jedną z pierwszych ofiar tych przemian była „żelazna miska ryżu” – partii nie było stać na „czy się stoi, czy się leży”.  Nie było wówczas jeszcze mowy o „rynku”, w zamian Deng mówił o „eliminacji chaosu i powrocie do normalności”, co brano naiwnie za próbę „de-maoizacji”.  Nieprawdopodobna liczba 30 milionów ludzi, utraciła pracę w latach 80. (wg oficjalnych statystyk).  Państwo było jedynym pracodawcą i państwo postanowiło, że nie może zatrudnić wszystkich, nastąpiły więc masowe zwolnienia z państwowych firm.  Niewiele wiadomo o sytuacji w chrlu w owych czasach.  Ogromne połacie kraju były całkowicie zamknięte dla obcokrajowców, krążyły więc tylko pogłoski o niezadowoleniu, o strajkach, o głodzie na wsi, o brutalnym tłumieniu zamieszek.  Wszystko to nie miało wszakże żadnego wpływu na rosnącą popularność Denga na Zachodzie: magazyn Time ogłosił go Człowiekiem Roku dwukrotnie: w 1978 i 1985 roku.

Gwałtowna industrializacja ściągała ludzi do miast obietnicą zatrudnienia, ale efektem było rosnące bezrobocie.  W 86 roku fala demonstracji studenckich dosięgła Pekinu i Szanghaju.  Deng odpowiedział tezą o chińskiej drodze do socjalizmu („socjalizm o chińskiej specyfice”).  „Krwawe deszcze” przepowiedziane przez Mao, narastały, aż osiągnęły swe apogeum w rozruchach roku 1989.

Dylemat Denga

Wydaje się, że wydarzenia w prlu w 1989 były ściśle skoordynowane z kgb i nie inaczej było we wszystkich demoludach, jak wykazał Andrzej Dajewski.  Czy należy jednak rozciągnąć hipotezę o koordynacji także na chrl?

Jasno postawionym celem prowokacji pt. upadek komunizmu, było zaprzęgnięcie zasad rynkowych – konkurencji, bezustannego dążenia do zwiększonej wydajności, do obniżenia kosztów przy podnoszeniu jakości (wszystko klasyczne cechy tzw. gospodarki kapitalistycznej czyli po prostu normalnej gospodarki bez socjalistycznych naleciałości), przy jednoczesnym podnoszeniu jakości życia i poprawy osobistego losu obywateli – zaprzęgnięcie tych zasad do rydwanu partii komunistycznej.  Chrlowska kompartia, przynajmniej od czasów Deng Hsiao-pinga (tzn. od lat 1978-79), miała dokładnie te same cele, sformułowane w ten sam sposób, często nawet w tych samych słowach: zastosować zasady rynkowe dla naszych celów.  Ale pośród celów Denga było także zapobieżenie potencjalnym rozruchom – nazwijmy to po imieniu: uniemożliwienie krwawej antykomunistycznej kontrrewolucji – o czym Andropow i jego ludzie, raczej nie mówili.  Poziom życia w chrlu był tak niezwykle niski w latach 80, że życie w wygłodzonym prlu lub nawet w sowietach, wydałoby się Chińczykom nieosiągalnym rajem.  Pamiętać jednak należy, że Deng (wraz z całą chrlowską wierchuszką) był dobrze wyuczony w klasycznym marksizmie-leninizmie, znał więc doskonale teorię „sytuacji rewolucyjnej” Lenina, jako podstawowego prawa rewolucji.

Ojciec bolszewizmu, w typowy dla siebie, dosadny sposób, wyróżnił dwa elementy sytuacji rewolucyjnej: „doły nie mogą żyć po staremu”, a „góra nie może rządzić po staremu”.  Oba są warunkami koniecznymi, ale nie wystarczającymi do rewolucyjnego wybuchu.  Dopiero zaistnienie obu tych elementów wywołać może „zwiększenie aktywności mas”, które z kolei spowodować może rewolucję (stąd dezyderat agitacji wśród mas).  Nie zamierzam poddawać krytyce tego bełkotu, interesuje mnie bowiem wyłącznie, zastosowanie tych zasad przez samych komunistów, nie dla zdobycia władzy, ale dla jej utrzymania.  W każdym bez wyjątku kraju, który popadł w nieszczęście komunizmu, jedną z podstawowych metod utrzymania władzy jest dla bolszewików uniknięcie sytuacji rewolucyjnej.

W oczach Denga, kierownictwo chrlowskiej kompartii, czyli „góra”, nie mogło dalej rządzić po staremu, to znaczy wedle zasad maoizmu.  Polityka Mao była tak zdyskredytowana, że Dengowi udało się nawet przeprowadzić częściowe potępienie wielkiego wodza („eliminacja chaosu”).  „Doły” tymczasem, żyły w tak nieopisanej nędzy, że również nie mogły żyć dalej po staremu, bo nie miały absolutnie nic do stracenia.  Post-maoistowska „liberalizacja” doprowadziła do zwiększenia aktywności mas, a więc powstało coś na kształt leninowskiej sytuacji rewolucyjnej.  Rzecz jasna, „przebudzenie mas” po trzydziestu latach władzy Mao, to nie jest fraszka, więc zajęło to mniej więcej całą dekadę lat 80., co wiedzie nas do 4 czerwca 1989.

Wielu zauważyło brak konsekwencji w leninowskim opisie sytuacji rewolucyjnej.  W nieopisanej nędzy, głodzie i strachu komunizmu, „doły” nie mogą dalej tak żyć, ale nie widzą żadnej szansy na zrzucenie jarzma tyranii.  Dopiero poprawa bytu przynosi myśl o buncie (a nie mityczna „aktywność mas”).  Historia komunizmu usiana jest przykładami tego fenomenu.  Nie było buntów za Stalina czy podczas ekscesów rewolucji kulturalnej w chrlu, nie było ich w Kambodży Pol Pota ani w Korei Kimów, ale bunt wybuchł spontanicznie w 1953 roku w Berlinie, gdy próbowano „zliberalizować system”.

Sowieciarze mieli wiele powodów, by przygotowywać się do buntu: oprócz Berlina były krwawe zajścia poznańskie w 56 roku i rewolucja węgierska, toteż z czasem stali się coraz lepsi w dyrygowaniu wybuchów, w tworzeniu koncesjonowanej opozycji, która w razie autentycznej rewolucji działać by mogła jako wentyl bezpieczeństwa.  Takim wentylem mogli być dobrzy, starzy komuniści wewnątrz partii, jak Nagy, Gomułka czy Dubczek, lub na zewnątrz, jak Kuroń, Sacharow i wielu, wielu innych.  Z doświadczeniem wydarzeń od roku 1956 do 1980, komuniści mogli zdobyć się na prowokację „upadku komunizmu”, mieli bowiem pewność, że potrafią pokierować liberalizacją w taki sposób, by potoczyła się w pożądanym kierunku.  Ale co miał zrobić Deng?

Miał ten sam plan – czy raczej to samo zadanie: wprowadzić elementy gospodarki rynkowej, by móc postawić swą władzę na silniejszych fundamentach – ale po wieloletniej dewastacji maoizmu nie miał nawet śladowej „opozycji”, nie mógł więc sensownie udawać, że komunizm upadł, i obserwować z boku, jak chrlowski odpowiednik paczki Mazowiecki-Michnik-Wałęsa przejmuje władzę nad miliardem wygłodzonych, zdesperowanych i gotowych na wszystko kulisów.

W maju 1989 Gorbaczow spotkał się z Dengiem w Pekinie na tle strajków głodowych, demonstracji i protestów w całym kraju.  Spotkanie miało być sygnałem zakończenia tzw. rozłamu chińsko-sowieckiego.  Stanowisko zajęte przez Józefa Mackiewicza przed 60 laty wobec rzekomych kłótni Mao z Chruszczowem, wydaje mi się słuszne, podobnie jak opinia Anatolija Golicyna – rozłam był prowokacją.  W jakim celu spotykali się w 89 roku, wśród wrzenia w Europie Wschodniej i Chinach?  Jedno jest pewne, oficjalny komunikat milczy na temat „upadku komunizmu”.  Hipoteza koordynacji działań pozostać musi hipotezą.

Dwa tygodnie po wyjeździe Gorbaczowa z Pekinu, wprowadzono w życie decyzję ustanowienia stanu wojennego, stłumienia protestów w całym kraju i zbrojnego ataku na demonstrantów zebranych na placu Tiananmen, który ze złowrogą ironią tłumaczy się ponoć jako Brama do Niebiańskiego Spokoju.  Trzydzieści jeden dywizji z jedenastu armii, plus brygady zmotoryzowane, desantowe i brygady artylerii – łącznie do 350 tysięcy żołnierzy – otoczyło Pekin i ruszyło na Plac.  Nikt nie wie, ilu uczestników rozruchów zginęło, a ilu aresztowano.  Nikt nie zna do dziś nazwiska samotnego demonstranta, blokującego drogę czołgu.

Tego samego dnia, w prlu odbyły się „35 procentowe wybory” i niektórzy do dziś nazywają to upadkiem komunizmu.

Dwie marchewki

Ile razy słyszałem protesty, że „to nie są komuniści!”, kiedy mowa była o chrlu?  Przez całe lata 90. i w pierwszej dekadzie tego wieku, próbowałem nieśmiało i bezskutecznie wykazać tym nielicznym, którzy chcieli słuchać, że kompartia całkowicie kontroluje chrlowski „kapitalizm”, a tym samym, to nie może być żaden kapitalizm; że nie ma zasadniczej sprzeczności między tego rodzaju „kapitalizmem” zarządzanym przez politbiuro a marksistowską ortodoksją.  Mówiono mi w odpowiedzi, że „nie od razu Kraków zbudowano”… że wolność gospodarki wyrwie kontrolę z rąk komunistycznych aparatczyków… że dobrobyt spowoduje pragnienie demokracji… że wolność konkurencji w dziedzinie gospodarczej doprowadzi niechybnie do stworzenia wolnych instytucji…  a to wszystko dlatego, że motyw zysku jest najpewniejszym gwarantem porzucenia jałowej ideologii…  Tyle mówiono mi prosto w oczy, a za moimi plecami najpewniej pukano się w głowę.

W rzeczywistości jedyną ideologią chińskich komunistów, jak zresztą wszystkich komunistów, jak ziemia długa i szeroka, jest władza.  Centralne zarządzanie gospodarką nie jest, i nie było nigdy, dogmatem, jest wyłącznie kwestią pragmatyzmu: jak najlepiej utrzymać kontrolę.  Od czasów Denga, komuniści zdawali sobie doskonale sprawę z potencjalnych zalet argumentu zysku i używali go z całą świadomością w negocjacjach z Zachodem.  Używali zysku jako marchewki, wymachując nią przed nosem zachodnim korporacjom i rządom.  Przede wszystkim pod postacią potencjalnych zysków z wejścia na niewyobrażalnie wielki rynek złożony z przeszło miliarda ludzi, którym nieznane są pokusy konsumeryzmu.  Ale także w formie zysków płynących z użycia taniej siły roboczej, tzn. politbiuro sprzedawało kapitalistom chińskich kulisów.  Te dwie marchewki zysku wystarczyły zupełnie, by zachodni biznesmeni naciskali na swe rządy w celu ułatwienia handlu z „Chinami”.  Przez krótki czas, Kongres amerykański nalegał na „łączenie liberalizacji handlu z prawami człowieka”, ale prędko porzucono takie mrzonki.

Politbiuro kontrolowało bez reszty dostęp do wewnętrznego rynku chrlowskiego, więc z łatwością umożliwiło działanie w Chinach tylko takim firmom, które godziły się udzielić głośnego poparcia ich strategicznym celom.  Związek między dostępem i propagandowym wsparciem był głoszony szeroko i bez ogródek, nie w zakulisowych rozmowach lub pokątnych szeptach, ale zupełnie jasno: chcecie działać w Chinach, chcecie budować fabryki i zatrudniać naszych kulisów, to musicie skakać do naszej melodii.

Użyto w tym celu starej bolszewickiej taktyki z lat 20. i 30.: uruchomiono agentów wpływu wśród byłych – zwłaszcza byłych, ale nie tylko – polityków amerykańskich (podobnie postąpiono w innych krajach Zachodu).  Prym w akcji wiódł Henry Kissinger, który zachował znakomite stosunki z chrlowską wierchuszką z czasów ping-pongowej dyplomacji z początku lat 70.  Czyżby i wówczas była mowa o „upadku komunizmu”?  Gdy na ulicach chińskich miast bito kobiety, które ośmieliły się ufryzować włosy, mordowano i zsyłano do obozów bez powodu i zniszczono materialne przejawy antycznej chińskiej kultury w potwornościach „rewolucji kulturalnej”, Kissinger i Nixon utrzymywali, że komuniści nie są tacy źli, że można z nimi robić interesy.  Dopiero po 20 latach ci sami ludzie zmienili melodię i poczęli śpiewać, że ci sami komuniści w ogóle nie są już komunistami.

O dziwo, wiele było oporu na Zachodzie przeciw zaangażowaniu w wymianę handlową z chrlem.  Opór w Ameryce jednoczył konserwatystów i związkowców, piewców praw człowieka i zielonych.  Masakra na placu Niebiańskiego Spokoju była nadal świeżo w pamięci, więc wysuwano racjonalny argument: dlaczego rząd amerykański izoluje Kubę i Wenezuelę, słusznie wskazując na komunistyczne zagrożenie z ich strony, a jednocześnie pragnie otwartego zaangażowania z komunistycznymi Chinami?  Konserwatyści wysuwali argument strategiczny: handel z chrlem da im dostęp do zachodniej technologii i zasad produkcji, a tym samym zezwoli im na podniesienie ich gospodarki i stworzy co najmniej rywala, a być może wrogą potęgę.  Związkowcy obawiali się konkurencji ze strony taniej siły roboczej, zieloni straszyli zagrożeniem dla naturalnego środowiska, a Amnesty International nie podobały się warunki pracy w chińskich fabrykach i nadużycia praw człowieka.  Ale zysk był atutem, który przebijał każdą kartę.

W 2001 roku chrl przystąpiła do Światowej Organizacji Handlu (WTO), o co kompartia walczyła od 20 lat, i tak, komunistyczny, totalitarny reżym, odpowiedzialny za śmierć milionów ludzkich istnień, za prześladowania na skalę bez porównania większą niż zbrodnie Stalina i Hitlera, dopuszczony został do organizacji, której jedynym celem jest nadzór i regulacja światowego handlu.

Teoretycznie, efektem powinno być otwarcie chińskiej gospodarki na normalną konkurencję, co z kolei winno było oznaczać napływ tanich dóbr konsumpcyjnych i wyparcie niewydajnych firm państwowych, złamanie monopolu państwa i centralnej kontroli.  Jedynym raison d’être WTO jest „granie według zasad”, toteż naturalna entropia – poprzez naturalny mechanizm wzrostu cen i płac oraz wartości waluty eksportera – miała zamknąć deficyt handlowy i wprowadzić praworządność do komunistycznego raju.  Bill Clinton wyraził nadzieje całego świata, gdy powiedział, że wstąpienie Chin do WTO to jest „droga jednokierunkowa”.  Okazało się, że miał rację.  Droga była rzeczywiście jednokierunkowa, ale ruch szedł w przeciwnym kierunku do oczekiwanego.  W ciągu sześciu lat chrl stał się największym producentem na świecie i największym eksporterem na globie.  I co na to Zachód?

Co to jest Zachód?

Miejsce tu na dłuższą dygresję.  Używam tego określenia od początku cyklu, ale przecież nie jest ono samo przez się zrozumiałe.  Zostawmy schizmę kościelną i brytyjskie imperium, z których tradycji wywodzą się podstawowe pojęcia Wschodu i Zachodu oraz ich rzekomo immanentna opozycja.  Zimna wojna nałożyła na te mgliste koncepcje ostry ideologiczny podział: Zachód oznaczał Amerykę Północną i Europę Zachodnią jako ideowych przeciwników komunizmu, ale ten podział został zatarty w procesie rozlicznych odwilży, koegzystencji, odprężeń i konwergencji, przeplatanych spotkaniami na szczycie i powolną ewolucją Zachodu.  Prowokacja upadku komunizmu rozmazała granice jeszcze bardziej, co bez wątpienia było jednym z jej celów.

Komuniści próbowali przez dziesiątki lat przedstawić podział w terminach gospodarczych: bogaty Zachód przeciw biednemu Wschodowi.  Nie miało to oczywiście sensu, ale było skuteczne.  Argentyna była jednym z najbogatszych krajów na świecie przed wojną, a Wenezuela i Liban po wojnie i w pewnym sensie „należały wówczas do Zachodu”.  Jak jednak zdefiniować bogaty Zachód, gdy setki miliarderów mieszkają w Chinach, Indiach i w sowietach.

W Ameryce próbowano kiedyś kłaść nacisk na gospodarkę giełdową, co ograniczało wówczas ramy Zachodu do krajów anglosaskich z dodatkiem Japonii, gdyż płynna wymiana udziałów giełdowych nie leży z pewnością w sercu modelu ekonomicznego Niemiec lub Włoch i Francji.

Wejście demoludów do niuni europejskiej i do NATO jeszcze bardziej zagmatwało obraz.  Nato nie może niestety być traktowane poważnie i to nie tylko odkąd zaliczono Albanię w poczet członków sojuszu atlantyckiego.  Ważniejsze, że przytłaczająca większość członków organizacji oszczędza na obronie, wydając mniej niż 2% narodowego produktu brutto na wojsko.  Brukselski sownarkom jest organizacją tak skrajnie lewicową, że trudno postawić ją – jako taką – po stronie przeciwnej do sowieciarzy.  A zatem nawet jeżeli niektórzy członkowie niuni z pewnością należą do Zachodu, to w całości organizacja ta reprezentuje interesy przeciwne.

Pozostaje nam więc dość arbitralny wybór, pozbawiony jasno określonych kryteriów, który sprowadzałby się mniej więcej do tak mglistych probierzy, jak kogo naprawdę pragną podminować Putin i Xi?  Przecież nie występują przeciw członkowi Nato, Albanii.  Kogo chcą wciągnąć w swą orbitę, do swojej strefy wpływów?  Albanię nie, ale Turcję, owszem.  Czy muszą trudzić się w celu osłabienia Hiszpanii?  Raczej nie.  Ale Japonia, Korea czy Australia są przedmiotem ich działań.  Czy przeszkadzają im nacjonaliści Orbana na Węgrzech?  Nie sądzę.  Ale podkopanie Zjednoczonego Królestwa czy ruina Stanów Zjednoczonych w wyborczej farsie rozegranej na tle zabijanych deskami okien wystawowych i płonących aut, to jest im na rękę i ku temu aktywnie zmierzają.

W takim razie, wychodziłoby na to, że „Zachód”, to są te wszystkie siły, które jeszcze w jakikolwiek sposób opierają się postępom uniwersalnej sowietyzacji całego globu albo kraje, gdzie takie siły nadal istnieją.  I jest całkowicie obojętne, gdzie są położone geograficznie.

A Zachód pewnie jest tam,
Gdzie słońce zachodzi nam,
Uciekinierom zza więziennych bram.

________

  1. Przedśmiertne wyznania Mao zaczerpnąłem z książki: Jung Chang, Jon Halliday, Mao, The Unknown Story, Londyn 2003.
  2. Dla porównania, dzisiejszy prl ma nominalny dochód per capita ponad 15 tysięcy dolarów, a Irlandia $79 tysięcy. Historyczne porównania są trudne ze względu na ilość zmiennych, zwłaszcza płynne wymiany walutowe i ogromne różnice w parytecie siły nabywczej walut. W każdym razie, $150 miliardów jako wielkość chrlowskiej „gospodarki” po 30 latach eksperymentów Mao, wydaje mi się sumą komicznie zawyżoną.
  3. Większość danych statystycznych i wiele anegdotycznych przykładów pochodzi z książki: Stewart Pattinson, China, Trade and Power, Why the West’s Economic Engagement has Failed, Londyn 2018.
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/11/27/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-x/
Kategorie: Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/11/27/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-x/