Zamknij
Michał Bąkowski

Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część VII

14 września 2020 |Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/09/14/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-vii/

Zielonkawy gaz

Jeszcze zanim Chodorkowski stanął przed sądem, Putin był niezwykle popularny i wszyscy byli przekonani, że re-elekcję ma w kieszeni.  Jednak 23 października 2002 roku, wydarzyło się coś, co poważnie zakwestionowało obraz młodego, sprężystego prezydenta.  Kagiebiści próbowali od początku kultywować ideał energicznego, zdecydowanego i kompetentnego zarządcy, który w przełomowych momentach potrafi podjąć rozstrzygające decyzje w sposób bezapelacyjny.  Katastrofa Kurska w lecie 2000, zachwiała tym wizerunkiem: Putin okazał się niezdecydowany, zagubiony i chwiejny, nie miał pojęcia, jak postąpić, aż było za późno na ratunek.  Zdołał wszakże wkrótce obrócić propagandową klęskę w sukces, gdy pod wpływem doradców (jak np. Pawłowski), obarczył oligarchów – złodziei, którzy rozgrabili matoczkę-Rossiję – winą za śmierć marynarzy.

W październiku 2002 zaszedł wypadek, który postawił sprawność administracji Putina pod znacznie większym znakiem zapytania.  Grupa czeczeńskich terrorystów opanowała moskiewski teatr i zagroziła wysadzeniem go w powietrze wraz z 900 widzami na widowni.  Wedle pogłosek, Putin miał ponownie wpaść w stupor przerażenia, ale sytuacja została opanowana przez Patruszewa, szefa kgb, i po trzech dniach siły bezpieczeństwa zaatakowały teatr.  Przez krótki czas mogło się wydawać, że akcja ratunkowa była sukcesem, ale bardzo prędko wyszła na jaw liczba ofiar tego „sukcesu” – już pierwszego dnia 115 „uratowanych” zmarło (nie ma pewności co do ostatecznej ilości ofiar, ale oficjalnie zginęło 204 zakładników i wszyscy terroryści; do tego ostatniego punktu wypadnie powrócić za chwilę).  Pierwotnie obarczono służbę zdrowia odpowiedzialnością za liczbę śmiertelnych ofiar, co w sowieckich realiach brzmi prawdopodobnie: karetki były wyposażone i przygotowane na pomoc ofiarom wybuchu lub postrzału, tymczasem ataku na teatr dokonano po wpuszczeniu gazu do audytorium, więc zakładnicy padli ofiarą zatrucia(jeżeli ktoś widzi w tym podobieństwo do wstępnej sekwencji najnowszego filmu Christophera Nolana, pt. Tenet, to ma rację).  Dochodzenia ustaliły atoli, że większość ofiar zmarło w wyniku niedopuszczenia do nich medyków na czas.  Zatrutych ludzi przewożono ich z miejsca na miejsce (pomimo bliskości szpitala), układano na chodnikach w pozycji, w której dławili się aż do uduszenia, a kiedy już dostali się do szpitala, to odmówiono wyjawienia lekarzom, jakiego gazu użyto, co uniemożliwiło w wielu wypadkach pomoc.

Kremlowska machina propagandowa ruszyła do kontrnatarcia: gaz był nieszkodliwym opioidem, a ofiary śmiertelne były rezultatem fizycznego i psychicznego wyczerpania po trzech dniach uwięzienia w nieludzkich warunkach.  Gaz nie został nigdy zidentyfikowany oficjalnie, jednak po jakimś czasie dziesiątki ocalonych poczęły wychodzić ze szpitali i opowiadać dziwne historie.  Zielonkawy gaz pojawić się miał w audytorium bardzo powoli i zauważalnie.  Budził śpiących i skonanych ludzi, zanim zdołał ich uśpić.  Jakim więc cudem, gotowi na wszystko Czeczeńcy, a zwłaszcza tzw. czarne wdowy, młode kobiety w czerni, uzbrojone w karabiny maszynowe i owinięte w ogromne, wyraźnie widoczne, pasy wybuchowe, nie wysadzili teatru k’matieri?  W widocznych miejscach wewnątrz budynku, terroryści umieścili bomby i miny, uzbrojeni byli w granaty, a niektórzy z nich mieli maski gazowe i ostrzeliwali się już po rozpoczęciu ataku gazowego, posyłając serie w kierunku barykad na zewnątrz teatru.  Dopiero po pół godzinie nastąpił atak specnazu i świadkowie mówią o długotrwałej strzelaninie wewnątrz teatru.  Oficjalnie, wszyscy porywacze zostali zabici, ale ludzie zebrani na zewnątrz kordonu policyjnego, świadczyli, że wyprowadzono z teatru mężczyzn w kajdankach.

Elizabeth Belton znalazła rozmówcę (jak zwykle, anonimowego), który był gotów jej opowiedzieć, co się działo na Kremlu podczas oblężenia teatru.  Jego zdaniem, zajęcie teatru przez Czeczeńców było prowokacją Patruszewa, szefa fsb, przeprowadzoną w celu związania Putina z prezydenturą.  Na pierwszy rzut oka, wydaje się to mało prawdopodobne, bo niby dlaczego miałoby być konieczne?  Putin nie wygląda na niechętnego (czyli najlepszego możliwego) polityka.  Jednak inni wtajemniczeni, np. Pugaczow, potwierdzają, że Putin widział się początkowo w roli przejściowego prezydenta i nie chciał stawać w wyborach w roku 2004, co doprowadzało kagiebistów w kierownictwie do rozpaczy.  Patruszew zorganizował atak Czeczeńców na teatr, po czym uspokoił przerażonego Putina, że terroryści nie mają w rzeczywistości żadnych materiałów wybuchowych, zostaną uśpieni w ataku gazowym, a on, Putin, ukaże się w glorii bohatera, gdy bez ofiar spacyfikuje zagrożenie.  Niestety, już pierwszego dnia dramatu Czeczeńcy zastrzelili kobietę, niejaką Olgę Romanową, [1] która w niewytłumaczalny sposób zdołała przedrzeć się przez kordon policyjny i poczęła przekonywać zakładników, by stanęli do walki z wrogami matoczki Rossiji – i wówczas Putin wpadł w panikę.  Posłał Igora Sieczina, swego zaufanego sekretarza, do rozmów z Patruszewem i dla nadzoru nad całością akcji.  Sieczin miał zaproponować użycie 10-krotnie większej dawki gazu, gdy usłyszał, że gaz pochodzi ze starych sowieckich zapasów i „być może zwietrzał”.  W rezultacie masakry w teatrze, Putin miał złożyć oficjalną rezygnację, która nie została przyjęta (nie wiadomo niestety przez kogo, ale między wierszami można wyczytać, że odrzuciło ją kolektywne kierownictwo, choć Belton nie używa takich określeń).  Wedle jej informatora, celem Patruszewa od samego początku, nie było wcale okrycie Putina chwałą.  Wręcz odwrotnie, planował z góry ogromne ilości ofiar w ludziach, by związać Putina z prezydenturą przy pomocy krwi ofiar.  Idiotyczna interwencja Sieczina (podobnie jak zabójstwo Romanowej) była mu tylko na rękę, gdyż wciągała Putina głębiej w intrygę, poprzez niekompetencję jego sekretarza.

Każdy rozsądny czytelnik pomyśli w tej chwili, że na podstawie informacji z anonimowego źródła, buduje się niniejszym kolejną dziką teorię spiskową.  Przecież można wytłumaczyć fakt, że terroryści nie wysadzili teatru w powietrze, gdy mieli szansę, zwykłym ludzkim strachem przed śmiercią.  Wydawałoby się to przekonujące, gdyby nie raport moskiewskiego sędziego śledczego, opublikowany w rok po wydarzeniach i zignorowany przez media, w którym dowodzi, że bomby znalezione w audytorium były marnymi atrapami.  Podobnie było z pasami samobójczymi czarnych wdów.  Wedle zeznań świadków, Czeczenki prędko zemdlały od gazu, ale wszystkie zostały zastrzelone, żadna nie przeżyła.  I nie na tym koniec niespodzianek.

Przywódcą bandy terrorystycznej miał być Mowsar Barajew, bratanek Arbi Barajewa, lidera rozłamowej grupy Specjalnego Regimentu Islamskiego, która w późnych latach 90. próbowała podważyć (aż do nieudanego zamachu włącznie) władzę Asłama Maschadowa, jedynego, w miarę umiarkowanego prezydenta Czeczenii.  Arbi był wielokrotnie oskarżany o działalność z ramienia kgb, rząd Maschadowa próbował go aresztować w latach 98-99, ale Barajew był chroniony.  W roku 2001 został zamordowany (wedle niektórych źródeł, zamęczony na śmierć) przez gru, które musiało zaatakować siedzibę fsb w Czeczenii, by dostać go w swoje ręce.  Zura Barajewa, wdowa po Arbim, była jedną z czarnych wdów w teatrze.  Natomiast 22 letni Mowsar, został aresztowany przez fsb na dwa miesiące przed atakiem na teatr.  Później, krewni innych terrorystów, rozpoznali ze zdjęć ludzi aresztowanych wcześniej przez Rosjan.  Lecz i na tym nie koniec tego dziwnego epizodu.

Uważny czytelnik spostrzegł z pewnością, że tajemnicze osoby zostały wyprowadzone z teatru w kajdankach.  Aleksander Litwinienko, przeanalizował z pomocą Ahmeda Zakajewa wszystkie dostępne dokumenty, relacje i taśmy wideo z oblężonego teatru, i wspólnie dokonali odkrycia, że jednym z terrorystów, któremu szturmujące oddziały pozwoliły opuścić budynek, był Chanpasza Terkibajew, działający w tej konkretnej awanturze pod pseudonimem „Abu Bakar”.  Zakajew spotkał Terkibajewa wkrótce w Strasburgu, gdzie terrorysta był członkiem sowieckiej delegacji.  Litwinienko przekazał dokumenty na temat roli Terkibajewa Sergiuszowi Juszenkowowi, zaangażowanemu w parlamentarne dochodzenia na temat wydarzeń w teatrze.  W dwa tygodnie później Juszenkow został zastrzelony w biały dzień na ulicy, ale na krótko przedtem zdołał przekazać dokumenty otrzymane od Litwinienki Annie Politkowskiej, która odnalazła Terkibajewa i przeprowadziła z nim wywiad.

Terkibajew okazał się osobą o gargantuicznej próżności.  Potwierdził otwarcie, że brał udział w ataku na teatr, ale okrasił swą opowieść przechwałkami: to on przeprowadził grupę uzbrojonych po zęby terrorystów z Czeczenii do Moskwy; to on dowodził akcją w teatrze; on jeden miał plan teatru, którego nie posiadała nawet moskiewska policja.  Zapytany wprost, dla kogo pracował, odparł prostodusznie, że dla Moskwy.  Terkibajew był z pewnością fantastą, mitomanem i zwykłym kłamcą (na pewno nie był przywódcą zamachowców), ale faktem pozostaje, że był obecny wśród terrorystów w teatrze i uszedł z życiem.  Nie dość, że pozostawał na wolności, to był członkiem oficjalnej, promoskiewskiej delegacji czeczeńskiej.  Udzielił sensownej odpowiedzi na jedną z zagadek oblężenia teatru: dlaczego terroryści nie detonowali rozlicznych ładunków wybuchowych, które widać było na wielu zdjęciach, gdy gaz począł wypełniać budynek?  Ponieważ nie mieli żadnych materiałów wybuchowych, odparł niewinnie.  A skoro wiedział o tym agent provocateur, to musieli wiedzieć także ci, którzy go posłali.  Chanpasza Terkibajew zginął wkrótce w wypadku samochodowym w Czeczenii.

Jego opowieść, choć przypieczętowana śmiercią, nie wygląda przekonująco, ani nawet prawdopodobnie.  Wedle wszelkich relacji, przywódcą bandy terrorystów był Barajew i możemy się domyślać, że namówiony został do ataku na teatr po aresztowaniu przez kagiebistów, zwabiony zwolnieniem innych Czeczeńców z więzień i zapewne obietnicami ucieczki.  Obecność Terkibajewa wśród grupy Barajewa była zapewne wymuszona przez kgb, jako rodzaj „polisy ubezpieczeniowej”.

Zachód, jak zwykle, zignorował wszelkie wątpliwości i poparł „walkę demokratycznego rządu Rosji z islamskim ekstremizmem”.  Maschadow, który nie miał nic wspólnego z awanturą w teatrze, został porzucony przez nielicznych zachodnich przyjaciół i Putin wzmógł akcję pacyfikacyjną w Czeczenii.  A zatem, jeżeli to rzeczywiście była gra Patruszewa obliczona na związanie Putina z prezydenturą na dobre i złe, to udała się w dwójnasób.

Biesłan

W niecałe dwa lata po napadzie na teatr, przyszedł koszmar szkoły w Biesłan.  Grubo ponad tysiąc ludzi, w tym 777 dzieci, zagnano do szkolnej sali gimnastycznej, gdzie siedzieli w potwornym upale i własnych ekskrementach, podczas gdy terroryści – tym razem wyposażeni w maski gazowe i prawdziwe bomby – prowadzili negocjacje.  Były prezydent Inguszetii zdołał wynegocjować zwolnienie matek z niemowlętami; doradca Putina, Asłambek Asłachanow, pracował nad planem zastąpienia dzieci siedmiuset ochotnikami.  Asłachanow jest rdzennym Czeczeńcem i generałem kgb.  Zanim doszło do dalszych rozmów, budynek szkoły został zaatakowany przy pomocy rakiet zapalających typu Szmiel, które wywołały eksplozje i pożar wewnątrz sali gimnastycznej.  W walce między atakującymi oddziałami specnazu i terrorystami wybuchały bomby umieszczone wewnątrz budynku, a po krótkim czasie runął w płomieniach dach sali.  Wedle oficjalnych danych 160 ofiar spłonęło żywcem, pozostałych 180 zginęło od eksplozji i postrzałów.  Świadkowie opowiadają o co najmniej dwóch czołgach T-72, które ostrzelały szkołę.  Nie wezwano straży pożarnej, a kiedy po dwóch godzinach od ataku, strażacy wreszcie się pojawili, to nie mogli podłączyć się do hydrantów…

Propaganda kremlowska zdołała z łatwością obrócić klęskę w teatrze na swój sukces, ale w wypadku Biesłanu, było to o wiele trudniejsze.  Brutalność akcji pacyfikacyjnej oraz tak ogromna liczba ofiar wśród dzieci, sprowadziły powszechne potępienie na Kreml.  Putin (ponownie pod wpływem Patruszewa) obrał dziwną na pozór linię obrony: to Zachód jest winien.  Rosja padła ofiarą spisku, a międzynarodowy terroryzm jest narzędziem w rękach imperialistów; tych samych zagorzałych wrogów, którzy zdołali najpierw rozbić wielki i silny związek sowiecki, a teraz próbują zniweczyć jedność Rosji.  A zatem dla uniknięcia powtórki tragedii szkoły w Biesłan, należy wzmocnić państwo i zwiększyć wysiłki ku wewnętrznej konsolidacji narodu (a niektórzy mówią, że komunizm upadł).  Parę elementów sytuacji w Biesłanie mogło podsunąć Patruszewowi pomysł takiej interpretacji.  Okazało się bowiem, iż ocaleni zakładnicy utrzymywali z uporem, że zamachowcy nie mówili między sobą po czeczeńsku, a niekiedy mówili słabo po rosyjsku.  Kilkunastu z nich było etnicznymi Inguszami, a kilku miało rzekomo mieć związki z ekstremistycznymi meczetami w Wielkiej Brytanii (nie ma żadnego potwierdzenia dla tych pogłosek).

Aleksander Litwinienko był zdania, że masakra była klasyczną czekistowską operacją „pod fałszywą flagą”.  Argumentował, że nie jest możliwe, by tak duża grupa uzbrojonych terrorystów poruszała się swobodnie po Kaukazie bez wiedzy kgb.  Potwierdzają jego hipotezę raporty, wedle których usunięto posterunki drogowe na drodze do Biesłan na parę dni przed zamachem, oraz inne, które twierdzą, że moskiewska policja – nie fsb – była w posiadaniu informacji na temat przygotowywanego zamachu.  Wreszcie, podobnie jak w zamachu na teatr, obecny był wśród terrorystów agent provocateur, niejaki Władymir Chodow, pospolity kryminalista, podejrzewany, że jest tajnym agentem kgb, specjalnie wyszkolonym dla infiltracji Czeczeńców.  Inaczej niż Terkibajew, Chodow zginął w Biesłanie.

Trudno jednak zrozumieć, jakie miały być zamiary i cele takiej prowokacji.  O ile oblężenie teatru można przypisać typowo sowieckiej mieszance arogancji i kryminalnej niekompetencji w celu związania Putina z prezydenturą, to co miała mieć na celu straszna masakra dzieci szkolnych?  Czy rzeczywiście Patruszew mógł był przypuszczać – i aktywnie planować! – że ostrzeliwanie budynku szkolnego przez czołgi może okazać się przydatne w celach wzmocnienia państwa?  Bo wielki i silny jest związek sowiecki?

W rezultacie biesłańskiej rzezi niewiniątek, tzw. „wskaźnik akceptacji” Putina, tak bardzo ważny w oczach demokratów miernik popularności demokratycznego polityka, spadł do najniższego notowanego poziomu, odkąd młody kagiebista pojawił się znikąd na scenie politycznej.  Spadł bowiem aż do niesłychanego poziomu 66%…  Tak, tylko dwie trzecie ludności sowietów aprobowały swego przywódcę.  Czyżby mieli rację ci, którzy nazywają to upadkiem komunizmu?

Sowiecki hymn i Cerkiew prawosławna

Podczas pierwszej kadencji, Putin umocnił swą pozycję na Kremlu, przez sprowadzenie większości znajomych z Petersburga, a wśród nich ściągnął do Moskwy osobiście sobie oddanego adwokata, Dymitra Miedwiediewa, który, dokładnie tego samego dnia, kiedy państwo przejęło akcje Jukos, mianowany został szefem kremlowskiego personelu.

Otoczony pochlebcami, spętany setkami ofiar śmiertelnych wysadzonych w powietrze budynków mieszkalnych, związany krwią zakładników z teatru, uwikłany w potworności biesłańskiej rzezi, Putin czuł się coraz lepiej i pewniej w swojej roli, z coraz większą swobodą przyjmował trudy wystawnego sowieckiego życia, coraz bardziej lubował się w znoszeniu ciężaru władzy.  Pugaczow opowiada Belton, jak powolutku i stopniowo, powszechne uwielbienie poczęło uderzać mu do głowy: uwierzył, że jest darem już nie tylko dla Rosji, ale dla ludzkości, że jest lekiem na całe zło.  W sowietach była na to nazwa – kult jednostki – ale niektórzy twierdzą, że komunizm upadł, a sowdepia się rozpadła, więc to na pewno musi być coś zupełnie innego.

Putin i jego kagiebiści przywrócili sowiecki hymn:

Славься Отечество наше свободное,
Братских народов союз вековой!

Bratnich narodów sojuz, zaiste trwa już od wieku, no i ta swoboda!  Ja drugoj takoj strany nie znaju, ale pomimo to, niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”, wskazując jako oczywisty dowód swych twierdzeń, znaczenie Cerkwi prawosławnej w putinowskiej Rosji.  Niestety Belton także należy do tych, którzy widzą w Prawosławiu „klej”, spajający nową, post-sowiecką mentalność.

Zasady wiary prawosławnej dostarczały jednoczącego credo, które rozciągało się wstecz poza sowiecką erę, do imperialnej Rosji, odwołując się do ogromnych wyrzeczeń, cierpień i hartu ducha ludu rosyjskiego i do mistycznej wiary, że Rosja jest Trzecim Rzymem, następnym władcą świata.

Cynicy wyśmiewają tę nową ideologię, jako nowoczesną pańszczyznę i podstawę najnowszego wcielenia carskiego samodzierżawia [2], ale Belton jest zdania, że ludzie Putina są w istocie spadkobiercami ideologii państwowej cara Mikołaja I, w której trzy elementy, Prawosławie, samodzierżawie i naród, splecione były w jedność przy pomocy miłości ojczyzny.  Nazywa go „najbardziej reakcyjnym carem, który zdławił pierwsze demokratyczne powstanie w Rosji”.  Jest to tego rodzaju nonsens, który aż dech zapiera swą zdumiewającą ignorancją, ale przecież i w polskiej historiografii Mikołaj opisywany jest jako „żandarm Europy” i najczarniejszy reakcjonista, a arystokratyczni dekabryści jako „demokraci”, więc może nie należy się dziwić Belton.  Sądzę jednak, że Putin i jego ludzie mieli bliższy wzorzec dla połączenia niepodważalności swej władzy z nacjonalizmem, a także bliższy i lepszy wzór traktowania Cerkwi – znaleźli go u Lenina i Stalina.

W pierwszej fazie bolszewickiej rewolucji, wszelkie przejawy rosyjskiej kultury, pozostałości państwowości rosyjskiej oraz jej najwyższy wymiar duchowy, Prawosławie, poddane były najokrutniejszym represjom.  Wszystko to, co rosyjskie, było prześladowane; bolszewicy nie ufali Rosjanom, stąd taka ilość obcokrajowców w ich szeregach, zwłaszcza Polaków.  Bolszewiccy oprawcy podkreślali na każdym kroku zerwanie nie tylko państwowej ciągłości Rosji, ale każdej ciągłości: kulturalnej, prawnej, moralnej i obyczajowej.  Kiedy z krwawej jatki wyłaniać się począł obleśny kadłub sowieckiego potwora, to bolszewicy prędko spostrzegli zalety przejęcia zewnętrznych przejawów rosyjskiej państwowości na arenie międzynarodowej.  Już na konferencji w Genui w 1922 roku, Cziczerin podkreślał normalność sowieckiego „państwa”, które przejąć miało od Rosji wszystko, co dobre, a odrzucić tylko opresję znienawidzonego caratu.  „Opiewał idyllę wolności religijnej kościołów w Rosji” wobec Arcybiskupa Genui, gdy Patriarcha Tichon był więziony przez czeka, a setki tysięcy prawosławnych gnębiono z najbardziej wyszukanym bestialstwem.

Cerkiew nie była wcale wyjątkiem.  Polityka wewnętrzna bolszewików, z całym swym marksistowskim doktrynerstwem dla idiotów, z ołowiem biurokratyzmu, z obłędnym terrorem i codziennością prześladowań, była od początku funkcją polityki zagranicznej.  Celem było tutaj podporządkowanie elementów z natury antybolszewickich, nadrzędnym zasadom polityki sowieckiej.  I tak, nie tylko rosyjska kultura i tradycje stały się narzędziami w ich rękach, ale nawet prawosławna Cerkiew przeistoczyła się w instrument bezbożników.  Zdruzgotani nieludzkim terrorem, przybici obojętnością świata zewnętrznego, prawosławni hierarchowie poddali się żądaniom nowych władców.  Tymczasem obserwatorzy wydarzeń w zrewolucjonizowanej Rosji wystąpili z teorią, że … nic się nie zmieniło!  Cerkiew miała być przecież zawsze powolna carskim ukazom, „już od Iwanów”, więc niby cóż w tym dziwnego, że poddała się kompartii?!  Niewolnicza dusza wschodnia miała iść pod tatarskie jarzmo z taką samą rozkoszą, jak szła pod bolszewicki knut.

Stosunek greckiego Kościoła do władzy świeckiej był jednak zawsze odmienny od podejścia biskupów Rzymu.  Można krytykować tę postawę, ale to dzięki niej Prawosławie uniknęło wielowiekowego skandalu papieży uwikłanych w doczesne spory ze świeckimi władcami chrześcijańskimi.  Na długo przed Iwanem, cesarz Justynian uważał się za zwierzchnika Kościoła Prawosławnego, a królowie angielscy do dziś szczycą się supremacją tronu nad kościołem anglikańskim.  Warto jednak pamiętać, że tzw. cezaropapizm nigdy nie stał się powszechną zasadą Ortodoksji.

Kiedy Patriarcha Tichon, poszedł na kompromis z bezbożnikami, to robił to dla ratowania wierzących, poddanych najgorszym prześladowaniom od czasów tatarskiej niewoli.  Bolszewików tymczasem interesowało „unieszkodliwienie akcji religijnej przez rozciągnięcie nad nią kontroli” (jak pisał Józef Mackiewicz).  Dzięki temu Stalin mógł użyć popów podczas wojny i zadziwić zachodnich obserwatorów sowiecką „tolerancją religijną”.  Nie inaczej postępuje teraz Putin, a mimo to, niektórzy widzą w tym ostateczny dowód upadku komunizmu.

_______

  1. Niewiele o niej wiadomo. Niektórzy twierdzą, że była niezrównoważona psychicznie, a inni, że była szczerą patriotką i odważnym bojownikiem za sprawiedliwość, co zresztą nie wyklucza się wzajemnie. Prawdziwą zagadką pozostaje, w jaki sposób przedostała się przez dwa kordony, to znaczy: dlaczego przepuścili ją policjanci i po co wpuścili ją do środka terroryści?  Spiskowo nastawieni interpretatorzy widzą w jej przejściu przez kordon policyjny dowód, że czekiści pragnęli ofiar w ludziach.  Ockham podpowiada nam jednak, że prostszym wyjaśnieniem jest bezmyślna, sowiecka niekompetencja.
  2. Obok Prawosławia, interesowała ekipę Putina ideologia „eurazjanizmu”, zaczerpnięta w głównej mierze od sowieckiego antropologa, Lwa Gumiliowa, jako pożyteczna dla propagowania jedności państw „byłego związku sowieckiego”, ale nie będę się zajmował szerzej tym aspektem „putinizmu”, choć rzekomy „mikołajewski” charakter tej ideologii odegra jeszcze rolę w dalszych rozważaniach.
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/09/14/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-vii/
Kategorie: Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/09/14/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-vii/