O gustach się nie dyskutuje?
Według mnie to równie niesłuszna zasada jak ta, nakazująca o zmarłym mówić tylko dobrze, albo wcale. Choć w przypadku gustu/bezguścia przypadki z jakimi się stykamy miewają bardzo różną wagę gatunkową. Jeżeli przykładowo kto przekłada placek drożdżowy w miejsce przepysznej eklerki to rzecz niegodna najmniejszej uwagi. Jeżeli zaś kto inny wychwala quasi totalitarny ustrój antycznej Sparty, nakazujący bezwzględnie mordować nie całkiem zdrowe niemowlęta, wówczas debata nie jest całkiem wyzbyta sensu. Bo, pomyślmy – czy wszyscy beneficjenci surowego obyczaju, dumnie obnosząc cnotę spartańskiej wolności, witali jego skutki z równą pogodą ducha, bez żalu i cierpienia?
Ostatnio sporo zajmowaliśmy się humorem, a ściślej jego specyficzną odmianą nazywaną na ogół humorem czarnym, którego idei przewodniej – przyznam – nie potrafię zgłębić. Czy groza, horror, mord, wszystko podane w anturażu obrzydliwości najniższych ludzkich instynktów przemielonych w jednym tyglu z traumatycznym przeżywaniem ofiar, winno bawić, skłaniać do uśmiechu, kierować w stronę pseudo uniwersalnej refleksji o trywialności najpiękniejszego ze znanych światów?
Iannucci nie przeciągał struny. Niezbędne dla dzieła dekorum obrzydliwości poukrywał w ułamkowych dawkach ohydy. Iannucci jest sprawnym reżyserem. Nie chciał przemilczać, że film nie opowiada tylko o tępej dyktaturze, że w tle czyhają wielkie zbrodnie, ale też z premedytacją nie opowiedział o nazbyt drastycznych faktach. Widza nie ucieszy niepokój ofiar oczekujących na śmierć przy brzegu zbiorowego grobu, ani jęki ludzi, którym oprawca wydziera pasy skóry z żywego jeszcze ciała. W inteligencji swojej Iannucci sięga po umiejętniej zważone środki wyrazu. Jego zbrodniarze to w gruncie – rubaszni staruszkowie o nie całkiem czystych duszach. Stalin kocha muzykę, Mołotow żonę (na specyficzną bolszewicką modłę), Malenkow zdaje się być zabawnie nieinteligentny, Żukow nie kryje zamiłowania do sztubackich żartów. Ponieważ całość rozgrywana jest przez doborową obsadę aktorów, publika ma poczucie rozpierającej przyjemności, humor triumfuje.
Jedynie nieuleczalni w braku tolerancji malkontenci mogą mieć jakie ale (żale). Syn wydający z gorliwością ojca – ach! boki zrywać? Dyrygent umierający ze strachu przed ospowatym potworem – wyborne delicje żartu! Zdeflorowana przez żałosnego zboka panienka, witana z dumą przez rodzonych rodziców – toć szczyt uzasadnionej wesołości.
Całość niezbędnej ohydy dozowana w ułamkach sekundy, nie pozwalającej na zawiązanie się smętnej refleksji. W korytarzach i lochach Łubianki (obrazek zapewne mocno odbiegły od realiów scenografii) ofiary przemykają przed obiektywem niepostrzeżenie. Zwięzłe cierpienie i gwałt lepiej oddziałują na poczucie humoru: katowany człowiek z uszami wypełnionymi własną krwią, jedna po drugiej dwie przystojne kobiety w cierpliwym, bezwolnym oczekiwaniu na pohańbienie, ludzka kukła z przywiązaną do grzbietu belą czegoś, turlająca się po schodach – kunsztowne perypetie statystów.
Ja wiem – trudno określić granice przyzwoitości. Możliwe, że jest ich bardzo wiele, albo też jedna – kauczukowa. W poczuciu wielu nie wolno naigrawać się z męki Pańskiej. Dla innych taką nieprzekraczalną granicą jest ból bliźniego, choćby najzgrabniej zakamuflowany w uciesznym dziele celuloidowej sztuki.
Jeszcze innym nic zgoła nie przeszkadza rozkoszować się jakże przecie ludzkim humorem.