Pieczone gołąbki pandemii czyli to nie jest polemika
Rozmawialiśmy o relatywnych zaletach państwowych przedsiębiorstw…
Wyznaję, sądziłem, że nie ma tu czego debatować, bo jakość i sprawność państwowych firm mamy wszyscy wypisaną na skórze, my, co narodziliśmy się w Polsce ludowej. Pojawiły się wszak w dyskusji argumenty, które uzmysłowiły mi, że problem jest jednak godny namysłu. Warto zastanowić się nad koncepcją państwa ogóle i nad jego rolą w życiu obywateli w szczególności, poprzez odwołanie do klasycznej myśli na temat państwa. Nie jest to więc polemika, ale raczej próba uściślenia czegoś, co nie zostało powiedziane w dyskusji z wystarczającą jasnością (zwłaszcza z mojej strony).
Język politycznego dyskursu, jakim posługujemy się na codzień, zaczerpnięty został ze starożytnej Grecji. Polityka, monarchia, arystokracja, demokracja, tyrania, to wszystko terminy greckie, które miały dla antycznych Greków inne znaczenie, niż mają dla nas. Polityka dotyczyła życia publicznego wewnątrz polis. Nie mogło być życia politycznego w państwach niewolniczych, jak Persja czy Egipt. Demokracja była najbardziej agresywnym systemem władzy, a Ateny Peryklesa były przykładem rządów arystokratycznych, tj. rządów najlepszych, a nie demokracji.
Kolizja między Grecją i Persją była nieunikniona. Była to walka o istotę państwowości, konflikt między chaosem indywidualnej swobody i wysoce zorganizowaną cywilizacją, w której państwo było wszystkim. Wynik starcia nie był wcale nieunikniony, wręcz przeciwnie, pozostaje tajemnicą, dlaczego efektywna organizacja państwowa zapoczątkowana przez wielkiego Cyrusa, została zniszczona w starciu z Grekami. Ale dziś, po tysiącach lat, możemy powiedzieć z pewnością, że spór został rozstrzygnięty na korzyść Persów. Żyjemy bowiem w łagodnej i przyjaznej biurokracji państwowej, gdzie państwo jest wszystkim, nakazuje i zakazuje, organizuje i dostarcza, dokładnie tak, jak to było w Persji. Obywatele polegają na aparacie państwa w każdym niemal przejawie życia, a w zamian za to – poddają się. Godzą się, by państwo uczyło ich dzieci, byle za darmo, godzą się na drakońskie obostrzenia – aż do aresztu domowego włącznie, jak wykazała pandemia – byle tylko służba zdrowia była darmowa. Rezygnując z wielu swobód, wkładają głowę w kierat. „Współczesny świat, polityka i współczesne państwo, to spóźniona zemsta Persji za Maraton i Salamis”, konkludował profesor Alan Ryan. Grecy walczyli z Persją, bo w ich oczach, poddani szacha byli niewolnikami. Nie było tak w rzeczywistości, ale z punktu widzenia Greków, być poddanym woli jednego człowieka, zamiast prawu – to niewola. W Persji tylko jeden człowiek mógł być wolny; w Grecji, każdy Równy Spartanin, z królami Lacedemonu włącznie, był gotów zginąć za swoją wolność, bo tak nakazywało prawo.
Istotą dzisiejszego państwa jest scentralizowana biurokracja i dostarczanie publicznych usług i służb. Persja była scentralizowaną biurokracją, gdzie na ogromnym terytorium, państwo szachów organizowało sprawne sądownictwo i zdumiewająco skuteczną sztafetową komunikację (sławne hasło US Postal Service – Neither snow nor rain nor heat nor gloom of night stays these couriers from the swift completion of their appointed rounds – wzięte jest od Herodota, taki był etos perskich gońców), broniło granic, pilnowało porządku i wolności handlu – a poza tym ludzie robili, co chcieli, i żyli na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż w Grecji, choć poddani byli kaprysom władcy.
Powszechna identyfikacja z własną polis, tj. z małymi grupami przeciw innym małym grupom, była głównym powodem, dla którego Grecy przegrali wojnę o hegemonię, najpierw z Macedończykami, a potem z Rzymem. Ani Spartanie, ani Ateńczycy, nie mieli żadnych skrupułów, by wiązać się w sojusze z Persami przeciw innym Grekom, gdy tak im było wygodnie. Polis była dla nich wewnętrzną strukturą, a nie zewnętrznym autorytetem, jak państwo perskie.
„Czym jest państwo, jak nie bandą opryszków na dużą skalę? Czym są bandy, jak nie małymi królestwami?” Św. Augustyn przywoływał sławną rozmowę Aleksandra Wielkiego z piratem, jako źródło tego porównania. W klasycznym, demokratyczno-republikańskim modelu, ludzie mogli być na zmianę rządzonymi i rządzącymi (przynajmniej w teorii). Augustyn odrzucał taki model i szukał „zbożnego władcy” dla państwa ludzkiego, bo nie może być prawdziwej wspólnoty bez Jedynego Boga: państwo jest koniecznością przez grzech. Bez złodziejów i bandytów, nie byłaby potrzebna policja; gdyby nie było zaborczych sąsiadów, nie trzeba by było utrzymywać wojska; a skoro są i trzeba, to są podatki i cały Lewiatan machiny państwowej. Tak długo, jak jesteśmy na tym świecie, wśród Bożych stworzeń, musimy pamiętać o warunkach życia na ziemi, a ściślej, że wiara i Kościół Boży nie wystarczą, by zwalczyć ziemskie Zło. Państwo i prawo są koniecznością. Nie są w stanie osiągnąć ostatecznej sprawiedliwości, ale spełniają rolę. Kościół nie ma doczesnej misji, ale wypełniać powinien tu i teraz taką posługę, jakiej wierni potrzebują. Republikański Rzym, który wydawał się Polibiuszowi i Cyceronowi szczytowym osiągnięciem państwowości, w oczach Augustyna cierpiał na libido dominandi, na żądzę panowania, która doprowadziła najpierw republikę, a potem sam Rzym, do upadku, ale nigdy nie dała nikomu żadnych dóbr, oprócz ciągu wojen. Każde państwo jest magna latrocinia, wielkim złodziejem i oprawcą, wielkim rozbojem, mimo to, ograniczone dobro może być przez nie osiągnięte. Wewnątrz państwa, ludzkie namiętności mogą być zaspokojone bez zbytniego chaosu, ale namiętności zawsze tworzą chaos, więc ostatecznie, żadne państwo ich nie poskromi.
Ideowym ojcem współczesnej nam machiny państwowej jest Tomasz Hobbes. Absolutna suwerenność państwa opiera się, jego zdaniem, nie na Bożym błogosławieństwie udzielonym władcy, ale na zgodzie poddanych, by być rządzonym. Bez państwa grozi nam „wojna wszystkich przeciwko wszystkim”, więc dla własnej ochrony, ze strachu przez anarchią, ludzie oddają się w ręce „wielkiego Lewiatana” – państwa. Nawet „z mieczem na gardle”, człowiek może się poddać w sposób wolny. Lęk był dla Hobbesa podstawową motywacją, i ta najbardziej naturalistyczna koncepcja państwowości – zwyciężyła. Jednakże współczesny Hobbesowi, Lewiatan Olivera Cromwella, choć brutalny, był niczym, wobec nadchodzącego molocha.
W praktyce, państwo zostało włączone w każdy przejaw życia, nie przez komunistów (oni niczego nigdy nie wymyślili), ale przez Niemców. Wielki Bismarck odparował demagogię socjalistów przy pomocy opieki społecznej, systemu rent, emerytur i zasiłków z państwowej kasy, które na dziesiątki lat unieszkodliwiły niemieckich socjalistów. Koszt był początkowo niewielki, bo życie krótkie, ale już podczas Wielkiej Wojny postawiono całą gospodarkę niemiecką na państwowej stopie; to stąd pochodzi określenie „gospodarka nakazowa” (command economy), którą znamy z opisu państw komunistycznych. Ten właśnie model wprowadził Trocki w sowietach, a odtąd przyjęto go powszechnie, acz błędnie, za istotę komunizmu. Tymczasem w niekomunistycznych gospodarkach państwo stawało się coraz większe i potężniejsze: Roosevelt wprowadzał keynesjański New Deal, a Hitler chciał nawet produkować „auto dla ludu” w państwowej firmie Volkswagen (nic z tego nie wyszło w latach 30. i biedny Ferdynand Porsche musiał długo czekać, zanim jego rewolucyjny model stał się najpierw Garbusem, a potem Porsche 911). Po II wojnie, wydawało się, że nie ma ucieczki od państwa. Nawet Churchill był zdania, że państwo musi kontrolować działalność gospodarczą; tylko państwa mogły zbudować Concorde lub wylądować na Księżycu. Ale wśród akademików już od jakiegoś czasu wiedziano, że coś jest nie tak z państwową działalnością gospodarczą.
Ludwig von Mises urodził się we Lwowie i, jak większość mieszkańców tego miasta, mówił po polsku i po ukraińsku. Głównym motorem jego dociekań w dziedzinie ekonomii, było pragnienie refutacji socjalizmu i etatyzmu, których efekty widział niedaleko od Lwowa, w sowietach. Skupił się na pytaniu: w jaki sposób działa niewidzialna ręka rynku? Dlaczego pozornie racjonalny, centralny plan, który narzuca z góry przemyślany cel i każdemu przypisuje rolę w jego realizacji, jest w istocie mniej racjonalny niż chaotyczne działania pojedynczych ludzi? Trocki, urzeczony wizją militaryzacji produkcji, pragnął poddać całość gospodarki jednemu planowi, a ponieważ jego pomysł był w zgodzie z mglistymi receptami Marksa, to został przyjęty przez Lenina. Mises i jego uczeń, Hayek, odparli na to, że w wolnej gospodarce, działalność każdego człowieka zależna jest od wiedzy na temat innych ludzi: ich potrzeb i dążeń, ich środków i ich działań. Po drugie, wiedza ta jest rozproszona wśród społeczeństwa, nie jest nigdy w całości w posiadaniu jednostek. I po trzecie, w wolnej wymianie dóbr i usług, mechanizm cenowy jest znakiem tej wiedzy, nie w sensie teoretycznym, ale jako sygnał do działania. Punktem wyjścia centralnych planistów jest ustalenie cen – główka kapusty za 10 kopiejek, a każdy spekulant, który spróbowałby sprzedać ją za 11 kopiejek, będzie rozstrzelany na miejscu – i od tego momentu, a więc u zarania planu, planiści (a tym bardziej ich poddani) pozbawiają się sami dostępu do wiedzy na temat potrzeb (kto chce kapustę?), popytu (ile kapusty?) i podaży (ile jest kapusty na rynku?). Planiści po prostu planują popyt z góry, a poddani skazani są w rezultacie na kapustę gnijącą na polach lub brak kapusty, pozostają im kolejki i czarna gospodarka. Tylko że cena przekazuje autentyczną informację („jest sygnałem do działania”) wyłącznie w wolnej gospodarce; czarny rynek zachowuje śladowy mechanizm cen, ale daje wypaczony, nieracjonalny sygnał, bo zawiera w sobie „cenę” łamania prawa. Innymi słowy, jeżeli ludzie nie działają jako wolni agenci, to państwo działa po omacku w dziedzinie gospodarki. W wolnej gospodarce, każdy racjonalny akt jest odpowiedzią jednostki na sygnały rynku (kupuję lub nie kupuję, zwiększam produkcję lub zamykam sklepik), a dalej ma wpływ na reakcję innych racjonalnych jednostek. W oczach socjalistów, jest to spekulacja, dla ludzi wolnych, to zwykła wymiana, codzienne życie. Te konstatacje Misesa na temat działania niewidzialnej ręki rynku, dały asumpt do powstania teorii gry, która z kolei opisuje nie tylko rynek, ale także inne aspekty stosunków między ludźmi. Wymiana myśli jest także grą, w której jedna strona może się wypowiadać z ironią, a druga, brać każde słowo za sztych prosto w serce. Wynika stąd jednak, że rynek jest grą, co stało się kamieniem obrazy w oczach lewicowców. – Jakże to? – wołają – czy można oddać ekonomię w ręce graczy? Nic dziwnego, że mamy potem kasyna zamiast banków! – W rzeczywistości, gra jest tu tylko metaforą, jest obrazem normalnego, powszedniego życia.
Mimo oczywistej słuszności teorii Misesa i Hayeka, ich oponenci święcą tryumfy od lat stu (z krótkim interwałem lat 80. ubiegłego wieku, gdy monetaryści byli u władzy po obu stronach Atlantyku). Zostawmy absurdy komunistycznych wyczynów gospodarczych jako poczynania zbyt jaskrawo niedorzeczne, by je analizować; wystarczy spojrzeć na projekt europejskiej unii: klasyczny, narzucony z góry plan, nie liczący się z potrzebami ludzi, w którym wszystko poddane jest nadrzędnej idei – „coraz bliższej unii”. Czy to prawda, że €uro zniszczy gospodarkę południowej Europy? Niechby! Byle bliżej celu. Czy to możliwe, że nachalna standardyzacja stała się pożywką nacjonalizmów na całym kontynencie europejskim? To i co! Nie pozwolimy faktom stanąć na drodze do europejskiej federacji.
Drugim aspektem wzrostu znaczenia państwa jest interwencjonizm. W teorii, gospodarka pozostaje wolna, ale bezustanna interwencja państwa – w postaci odgórnej regulacji, stymulacji fiskalnej i monetarnej oraz wydatków państwowych – stale zawęża obszar tej wolności. Nieuniknioną konsekwencją są: wzrost państwa, konwergencja w kierunku planowania oraz zadłużenie. Ogromna większość rządów tzw. krajów rozwiniętych, była zadłużona po uszy na długo przed pandemią (nawet jeszcze przed kryzysem kredytowym z lat 2007-09), a w ostatnich miesiącach wszyscy pożyczają pieniądze na potęgę, by „stymulować gospodarkę”, zwiększyć konsumpcję przez wydatki państwowe. Niech przykładem będzie kanclerz brytyjski, Rishi Sunak, który rozdaje pieniądze podatnikom, by ich zachęcić do pójścia do restauracji. (W rzeczywistości, pod piękną nazwą „zastrzyków stymulacyjnych”, kryją się zwykłe zasiłki.) Ojcem tego modelu ekonomicznego był główny oponent Hayeka, John Maynard Keynes. Keynes zalecał podniesienie wydatków państwowych dla zwiększenia konsumpcji już w fazie zwolnionego wzrostu gospodarczego, a zwłaszcza w recesji, gdyż pieniądze w kieszeni ludności zwiększą popyt na dobra, a w dalszej perspektywie wartość pożyczek państwowych zostanie z czasem zredukowana przez inflację, którą taka polityka ze sobą niesie. W każdym wypadku, pożyczki mogą być zastąpione przez inne pożyczki, co jest z definicji schematem piramidy inwestycyjnej, za którą prywatni ludzie poszliby do więzienia. W rezultacie takiej polityki, zadłużenie amerykańskie wynosi ponad 26 bilionów dolarów i rośnie z zastraszającą prędkością (https://www.usdebtclock.org/ ). Inflacji na razie nie widać, dzięki usłużnemu chrlowi – którego tani eksport umożliwił Zachodowi bezkarną ekspansję monetarną bez inflacyjnej presji – ale to się może zmienić w każdej chwili. Hayek, a później Friedman, słusznie wskazywali jednak, że teoria Keynesa nagradza lekkomyślność i finansową ekstrawagancję, a karze roztropność i oszczędność, co nie może na długą metę być dobre dla gospodarki.
Keynes zwyciężył.
Nie mamy dziś żadnej szansy na augustiańskiego zbożnego władcę, który chronić nas zechce przed złem świata tego. Nie zanosi się na odrodzenie polis, w której każdy obywatel zaangażowany jest w sprawy publiczne, wsłuchuje się w sygnały rynku, a na agorze idej próbuje odczytać cudzą myśl. Pozostaje nam tylko naturalistyczny Lewiatan Hobbesa, gdzie strach przed anarchią – „wojny wszystkich z wszystkimi” – zastąpiony został lękiem o zasiłek i wygrażaniem pięściami. Nowoczesne państwo, wyposażone dzięki teoriom Keynesa, w niemal nieograniczone środki finansowe, wchodzi bez pardonu w każdy najmniejszy przejaw życia, nawet w skądinąd praworządnych krajach (generalnie rzecz biorąc), jak Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, a co dopiero mówić o putinowskiej „Rosji” czy chrlu (choć, gwoli ścisłości, to w ogóle nie są państwa, bo ich nadrzędnym celem nie jest dobro mieszkańców). Model Keynesa doprowadził Zachód do ruiny w latach 70., gdy stało się coś niemożliwego wedle jego założeń: gospodarka była w stanie stagnacji, a ceny szły w górę, co składa się na tak zwaną stagflację. W owych czasach chrl był zdewastowany ekscesami „rewolucji kulturalnej”, a sowiety ledwo stały na nogach po pół wieku centralnego planowania i kagiebiści szykowali się do wprowadzenia elementów wolnej gospodarki u siebie w domu. Dziś sytuacja jest inna, niestety bez porównania lepsza dla komunistów. Toteż kiedy pieczone gołąbki pandemii, w postaci najpotężniejszych krajów Zachodu, w stanie beznadziejnego uzależnienia od zasiłków, będą leciały do bolszewickiej gąbki, to nie ma co liczyć na słabość chrlu i sowietów. Nawet pojawienie się nowej Thatcher i nowego Reagana – które jest i tak wątpliwe, bo cuda zdarzają się rzadko – może już wówczas nie zdoła uratować Zachodu. Państwowy moloch, pożerający dusze narodów, będzie już wtedy poza kontrolą. A pomimo to niektórzy nazywają to, co się wokół dzieje – „upadkiem komunizmu”.
Ale tym zajmiemy się osobno, gdy powrócimy do przerwanego wątku.