Jak to było na Bałkanach
Andrzej Dajewski, autor bloga Jesień demoludów, opublikował kolejny odcinek opowieści o kontrolowanym demontażu socjalistycznego systemu, dokonanym trzy dekady temu rękami komunistów oraz wiernych akolitów. Ofiarą jego dociekań padły tym razem Bałkany, a ściślej Jugosławia, składająca się z sześciu socjalistycznych republik. Obszerny artykuł, oparty w znacznej mierze na materiałach lokalnych, wielojęzycznych, prowadzi czytelnika przez złożony ciąg wydarzeń, nazwisk, powiązań, sojuszy i konfliktów, aby tym lepiej zilustrować zasadniczą tezę: mimo rzekomej odrębności „socjalistycznej” Jugosławii wobec pozostałych „krajów” „ludowej demokracji”, proces uwalniania się z więzów komunizmu, choć pod szczególnym względem odmienny, przebiegał w sposób bliźniaczo podobny jak gdzie indziej.
Upadek komunizmu w kilku satelickich krajach równocześnie był przemyślnie skoordynowany, zaspokajając aktualne potrzeby komunistycznej strategii. Zważywszy, jak dobrze został przyjęty (szczególnie na zewnątrz), należy bez wątpienia do tego rodzaju wypadków, które bardzo szybko stają się dziejową koniecznością. Tysiące komentatorów, łącznie z tymi, którzy dostrzegają prowokacyjny charakter transformacji, z pewnością siebie mówi o tym, że bankrutujący sowiecki moloch musiał niechybnie upaść. Mówią to niekiedy ludzie, którzy jeszcze w trakcie przeprowadzania pierestrojkowej operacji twierdzili, że sowiecki system pozostanie niewzruszony w posadach aż po niewiadomy, odległy w czasie finał.
Omylny umysł z zadziwiającą łatwością zapomina. Był sobie na świecie potężny, niezniszczalny komunizm (broń Panie Boże wprawiać go w zły humor), i znikł był straszny system w mgnieniu oka, a śladu po nim (poza smrodem rozkładu) szukać niepodobna, do tego stopnia zatarł się w ludzkiej bezpamięci. Andrzej Dajewski zdecydował przyczynić się do zmiany tej sytuacji; podjąć próbę oświetlenia zdarzeń sprzed 30. lat, wydostania strzępów półprawd i manipulacji na powierzchnię; postanowił opowiedzieć jak było. Być może starszym co nieco przypomni, młodszych skłoni do refleksji.
Dajewski przywołuje postać Anatolija Golicyna, który z ogromną trafnością określił rolę, jaką do odegrania przypisano Jugosławii Tito. Jugosławia nie tylko stała się salonem wystawowym dobrego komunizmu, ale także bolszewickim motorem napędowym trzeciego bloku państw (formalnie był to „ruch”), tzw. „państw niezaangażowanych”, strategii propagandowo-politycznej, która w istotny sposób przyczyniła się do zamazania różnic pomiędzy Zachodem a komunizmem. Niewykluczone, że także w erze pierestrojki Jugosławia przyjęła szczególną rolę na arenie wydarzeń, faktycznych i fikcyjnych.
Autor „’socjalistycznej’ Jugosławii” ze skrupulatnością przedstawił meandry jugosłowiańskiej historii na przestrzeni ostatnich 80 lat, zaczynając od czasów ii wojny światowej, której polityczna aura skutecznie i trwale („wielka spółka trwa”) ukształtowała stosunki panujące pomiędzy bolszewikami, a ich starszymi demokratycznymi braćmi. Pomiędzy Stalinem z jednej, Rooseveltem i Churchillem z drugiej strony. Zawdzięczając „przyjacielskim” relacjom, możliwe było to co zaszło: odwrócenia się plecami od bałkańskich sojuszników i wsparcie tamtejszych komunistów, skazujące ludność Bałkanów na terror i totalitarną niewolę w niedalekiej przyszłości.
W dużej mierze dzięki stosunkom wytworzonym podczas wojny, jugosłowiańscy komuniści z Tito na czele mogli z powodzeniem realizować plan „niezależności” od moskiewskiej centrali oraz przeprowadzać na ogromną skalę akcję dezinformacyjną, której celem była implementacja wizji „dobrego komunizmu”, akcji pionierskiej w stosunku do późniejszej gorbaczowowskiej pierestrojki. Nie wiemy w jakim stopniu doświadczenia towarzyszy jugosłowiańskich zostały wykorzystane przy opracowywaniu strategii „upadku komunizmu”. Wiadomo, że stosowne kontakty i wymiana doświadczeń miały miejsce. Przede wszystkim jednak bałkańscy towarzysze z entuzjazmem przyłączyli się do nowej polityki pierestrojki, zgrabnie montując jej oryginalny, jugosłowiański wariant. O tym obszernie opowiada Andrzej Dajewski.
Czy konflikty na tle narodowościowym, wielostronne akty terroru oraz mordy były wpisane odgórnie w taktykę jugosłowiańskiej transformacji? Autor nie odpowiada na to pytanie wprost, ale daje czytelne tropy. Wśród nich na uwagę zasługuje przypadek przywódcy serbskich komunistów, Slobodana Miloševića. Jako wschodząca gwiazda komunizmu (już w latach 70., przed ukończeniem czterdziestki, kierował największym bankiem w Jugosławii) jeszcze w 1986 roku zdecydowanie piętnował serbski nacjonalizm. Opowiadał się za „pluralizmem”, „reformami gospodarczymi”, zgodnie z duchem sowieckiej pierestrojki (wyrastał na kogoś w rodzaju bałkańskiego Gorbaczowa). Opowiadał się za federacyjnym centralizmem, gromił nacjonalizm, szczególnie nacjonalizm serbski. Ledwie rok później radykalnie odwrócił „ideowy” front, dochodząc do niewczesnego wniosku, że pierestrojka w wydaniu jugosłowiańskim będzie miała odmienny, zdominowany uprzedzeniami narodowymi, przebieg.
Czy jest do pomyślenia, że internacjonalna partia jugosłowiańskich komunistów w ślepej nieświadomości wyhodowała na swym łonie faszystowskiego gada? Czy nie byłoby to równoznaczne z przekreśleniem dziejowego dorobku wielkiego Broza? Czy wolno domniemywać, że nowy jugosłowiański przywódca otrzymał był dyrektywy z góry? A jeśli tak, to jakie i od kogo? W artykule można znaleźć sugestię, że Milošević, początkowo krytycznie usposobiony wobec „najbardziej ciemnego nacjonalizmu”, mógł ostatecznie popaść pod wpływy serbskiego pisarza Dobricy Ćosića (przyszłego „postkomunistycznego” prezydenta Jugosławii), któremu nieobcy był serbski nacjo-sentymentalizm. Jeśli tak było istotnie, byłby to swojego rodzaju ewenement. W systemach komunistycznych to przywódcy partyjni inspirują twórców, nigdy nie dzieje się odwrotnie.
W dramatycznych czasach zdarzają się szczególne przypadki, dlatego żadnej koncepcji nie powinno się pochopnie odrzucać. Na tutejszej witrynie zdaje się dominować pogląd, że to komunizm wykorzystuje nacjonalizm, wyzyskiwanie nigdy nie przebiega w odwrotnym kierunku. Ale czy na pewno teza przeciwna jest całkiem nie-do-pomyślenia? Andrzej Dajewski pisze:
…28 czerwca 1989 roku, przed znajdującym się pod Prisztiną monumentalnym pomnikiem na wzgórzu Gazimestan, po odśpiewaniu hymnu SFRJ, w obecności patriarchów cerkwi prawosławnej (wg kalendarza greckiego był to Dzień Św. Wita), przy okrzykach „Slobo! Slobo!”, Milošević przemówił do wielotysięcznych tłumów w 600. rocznicę bitwy na Kosowym Polu. Swoją mowę rozpoczął słowami „Towarzyszki i towarzysze!”, a zakończył: „Niech żyje pokój i braterstwo pomiędzy narodami!”. Tego dnia narodowy komunizm osiągnął swój szczyt – dla większości Serbów Milošević i jego towarzysze z kompartii stali się bohaterami narodowymi. Mniej więcej w tym samym czasie, w ZSRS doszło do pierwszych zamieszek na tle narodowościowym pomiędzy Gruzinami i Osetyńcami (miesiąc wcześniej), pierwszych zamieszek pomiędzy Abchazami i Gruzinami (niecały miesiąc później), a niedaleko od miejsc tych wydarzeń, „dojrzewał” już krwawy konflikt pomiędzy Ormianami i Azerami. Nad wszystkimi tymi konfliktami „czuwała” armia czerwona i czekiści, rzecz jasna także wojskowi. Nie inaczej było w „socjalistycznej” Jugosławii, jeśli chodzi o JNA, UDBę oraz KOS.
„Dojrzewanie”, „czuwanie”, o których pisze Dajewski (od siebie dodałbym może jeszcze „koordynowanie”) wedle mnie przesądzają sprawę. Nacjonalizm po raz kolejny okazał się niezwykle przydatnym narzędziem politycznym, doprowadzając do tragicznego w swoim przebiegu rozczłonkowania „socjalistycznej” Jugosławii.
Po dziś dzień trudno jednoznacznie stwierdzić jaka była „idea” przewodnia szczególnej jugosłowiańskiej odmienności, w wyniku której „upadek komunizmu” został uzupełniony o masakrę ludności cywilnej. Obfitująca w historyczne szczegóły praca Andrzeja Dajewskiego daje do myślenia, ale nie podpowiada żadnej odpowiedzi wprost. Nie bez znaczenia były zapiekłe, wojenne (i o wiele wcześniejsze) antagonizmy narodowe i religijne, które doszły do głosu w chwili politycznego rozprężenia. Czy to one przede wszystkim zadecydowały o zbrodniach popełnianych przez kolejne lata? Czy inaczej: dla nieobarczonych nacjonalistycznymi przesądami komunistów jugosłowiańskich były okazją do zrealizowania odmiennych celów politycznych?
Terror i mordy trwały ze zmiennym nasileniem przez pierwszych kilka lat ostatniej dekady drugiego tysiąclecia, skutecznie skupiając na sobie uwagę nie tylko Europy, ale świata. W tym dokładnie czasie w związku sowieckim odbywała się wielka (sporadycznie – krwawa), „transformacja ustrojowa”. „Upadał komunizm” w wyniku czego we wszystkich sowieckich republikach do władzy dochodzili komuniści. W tym samym czasie komunistyczne Chiny z rozmachem i zdumiewającą łatwością zajmowały miejsce wśród największych ekonomicznych potęg świata. Zachodnioeuropejska lewica (w tym przefarbowani, udemokratycznieni komuniści) rozpoczynała swój wielki marsz przez soc-unijne instytucje. Czy Jugosłowiańska hekatomba nie miała za zadanie odwrócenia uwagi od tego wszystkiego, co działo się w ówczesnym świecie? Czy w pisaniu tamtejszego krwawego scenariusza mogli uczestniczyć towarzysze chińscy i sowieccy?
Od zeszłego roku począwszy Andrzej Dajewski opisuje na prowadzonej przez siebie witrynie Jesień demoludów komunistyczne prowokacje pierestrojki, prowadzone równolegle we wszystkich tzw. „krajach demokracji ludowej”, dając czytelnikowi obszerne zestawienie faktów w połączeniu z własnymi wnioskami. To istotne źródło informacji z nieco odległej już przeszłości, która wciąż silnie oddziałuje na teraźniejszość. Źródło przydatne dla każdego, kto miałby ochotę zastanawiać się nad istotą i przyczyną aktualnych zdarzeń.