Jedenastu gniewnych ludzi
Myśl polityczną Arystotelesa sprowadzić można do jednego pytania: jak praktycznie uniknąć rewolucji? W życiu klasycznego polis rewolucja była niemalże najwyższym złem. Jego zdaniem, przed rewolucją zachodzi stasis – nie enerdowska tajna policja, ale sytuacja pata, w której życie polityczne nie może być kontynuowane; kiedy monarcha lub elita rządząca tracą autorytet, albo zgromadzenie ludowe rozpada się na skłócone frakcje i nie może niczego zdecydować. Taki polityczny paraliż, prowadzi, zdaniem Stagiryty, do wojny domowej, a ta na ogół do rewolucji (ciekawe, że nie na odwrót, jak było we Francji i w Rosji).
Stasis wywodziła się z naturalnego napięcia między demokratycznymi i oligarchicznymi tendencjami w społeczeństwie. Nie inaczej jest w dzisiejszych społeczeństwach na Zachodzie Europy. Obie grupy mają różne koncepcje sprawiedliwości. Dla demokratów, z równości wobec praw wynika równość ekonomiczna, czyli to co dzisiejsi demagodzy nazywają „sprawiedliwością społeczną”. Eliminacja nierówności ekonomicznej jest praprzyczyną każdej rewolucji. Elita powinna zatem, wedle Arystotelesa, próbować zaspokoić aspiracje każdego obywatela wewnątrz polis. Oligarchiczna koncepcja sprawiedliwości jest odwróceniem demokratycznej: skoro jesteśmy nierówni w zdolnościach, to nasze polityczne prawa także nie powinny być równe, a zatem bogactwo (jako praktyczny przejaw nierówności) powinno gwarantować władzę. Oligarchiczna rewolucja, którą dziś nazwalibyśmy raczej przewrotem, wypływa logicznie z tej koncepcji.
Dla uniknięcia stasis, Arystoteles proponował ideę równowagi. Nie chodziło mu wcale o równowagę władz, we współczesnym sensie, a raczej o równowagę wpływów. Demokracja przetrwa, jeżeli dać w niej miejsce bogatym, jeżeli pozwoli osiągać uzdolnionym; oligarchia, która daje ludowi rolę w rządzie, będzie trwała. Z tego wynikła teoria „mieszanej konstytucji”, którą po paru wiekach wprowadzili Rzymianie, a opisał Polibiusz. Ciekawe, że Arystoteles nie był wielbicielem Sparty, choć prawa Likurga były klasycznym przykładem mieszanej konstytucji.
Ludzie jednoczą się w polityczne społeczeństwo tylko wówczas, gdy zgadzają się, że warunki tej jedności są sprawiedliwe. I tak z rozmaitości interesów i przekonań, powstaje jedność polis, czyli wewnętrzna jedność państwa. Jeżeli polityka jest sztuką godzenia w praktyce rozbieżnych interesów, to naczelnym pytaniem polityki jest, w jaki sposób polityk ma dążyć do wspólnego dobra wśród tych rozbieżności? Grecki historyk, Polibiusz, jako pierwszy opisał konstytucję Republiki Rzymu. Tylko tam, gdzie władza jednego człowieka, władza najlepszych, bądź władza ogółu jest powszechnie zaakceptowana, można mówić o monarchii, arystokracji lub demokracji; bez tej akceptacji, mamy tyranię, oligarchię lub władzę motłochu, i w każdym wypadku gwałt i strach są narzędziami tej władzy. Źródła przekształcenia ludzkiego stada w społeczeństwo widział Polibiusz w zagrożeniu – kataklizmy, nieurodzaj, zarazy, dzikie zwierzęta i inne katastrofy – które zacieśnia związki stadne, aż wyłania się z grupy przywódca, który jest albo silniejszy, albo mądrzejszy, który ma pomysł, jak wyjść z trudnej sytuacji, bądź potrafi pociągnąć za sobą innych. Ale to przywództwo daje się utrzymać tylko, jeżeli wódz postępuje „dobrze”, w zgodzie z interesami członków grupy, jest sprawiedliwy, broni słabszych i karze złoczyńców. Z czasem otacza go nimb chwały, wyniesiony jest ponad innych przez swoje zalety. Ale już jego następcy, jego potomkowie, oczekują tej samej chwały bez względu na sprawiedliwość, a wyłącznie z powodu swej odziedziczonej pozycji. Nie otacza ich wcale chwała, ale wręcz przeciwnie – nienawiść; aby utrzymać się u władzy, muszą uciec się do strachu i przemocy. I tak władza królewska degeneruje się w tyranię. Wówczas najlepsi obywatele organizują bunt przeciw zbrodniczemu królowi i tworzą arystokrację. Ta z kolei powoli przeradza się w oligarchię, wąską grupę, broniącą wyłącznie swych własnych interesów, a nie wspólnego dobra. Wtedy to nowi przywódcy podnoszą głowę wśród ludu i przekonują masy, że trzeba odebrać władzę klice i oddać ją w ręce wszystkich. Ten z kolei pomysł degeneruje się we władzę tłuszczy, w stan dziczy, np. (w najlepszym przypadku) poprzez korupcję, gdy bogatsi obywatele przekupują tłum, by uzyskać wpływy polityczne (dobrym przykładem tego rodzaju korupcji jest późniejsze panem et circenses, które zrujnowało rzymską republikę i legło u podstaw cesarstwa), ale w najgorszym i najbardziej prawdopodobnym wypadku, w postaci jakobińsko-bolszewickiej dyktatury.
Likurg przewidział taki bieg rzeczy i nadał odpowiednio mieszaną konstytucję Sparcie. Aby uniknąć degeneracji władzy królewskiej, dał Spartanom dwóch królów z dwóch rodzin. Dał eforom władzę kontroli nad królami i wreszcie uczynił Spartan – Równymi. Były tu więc elementy wszystkich trzech ustrojów. Rzymianie natomiast potykali się na każdej przeszkodzie i uczyli na błędach, by dopiero w czasach Polibiusza, po ogromnych klęskach, stworzyć konstytucję, która umożliwiła im podbicie świata. Dwóch konsulów miało władzę niemal królewską, ale poddani byli rozkazom Senatu. Gdy nie było konsulów w Rzymie, republika wyglądała zapewne jak wiele innych ustrojów arystokratycznych, ale zgromadzenie ludowe miało władzę aprobowania lub odrzucania praw ustanowionych przez Senat, włącznie z kwestią zasadniczą: wojna czy pokój. Choć Polibiusz nigdy nie nazywa konstytucji rzymskiej „równowagą władzy”, była ona jednak klasycznym przykładem checks & balances. Rzymski system operował w stanie stałego ekwilibrium.
W nowożytnej teorii państwa dominuje koncepcja „podziału i równowagi władz” w nieco innym sensie. Po pierwsze, trzy podstawowe funkcje władzy nie powinny być skupione w tych samych rękach, a po drugie, żadna z gałęzi państwa – władza prawodawcza, wykonawcza i sądownicza – nie powinna mieć przewagi nad pozostałymi. Tradycyjnie, w krajach europejskich panuje prymat prawa cywilnego, które wywodzi się ze spisanej konstytucji czyli ustawy zasadniczej konkretnego wcielenia państwa. Nie istnieje tam ciągłość prawna poza ciągłością danej inkarnacji, a rolą sądów jest określenie zgodności z obecnie obowiązującą konstytucją. W krajach anglosaskich, obowiązuje prawo precedensowe (common law), które zobowiązuje sądy do rozpatrzenia każdej sprawy w wyjątkowych dla niej okolicznościach. Amerykański system jest tu interesującym wyjątkiem, ponieważ uczynił on z Konstytucji dokument o znaczeniu niemal sakralnym (wbrew życzeniom Ojców Republiki, autorów tejże Konstytucji, którzy przewidywali, że każde pokolenie stworzy własną konstytucję). W rezultacie, amerykański Sąd Najwyższy jest skrajnie politycznym organem, którego władza jest w zasadzie „ponad” władzą prawodawczą Kongresu i z pewnością ponad władzą wykonawczą Prezydenta. Zwolennicy amerykańskiego systemu, wskazują, że Sąd jest tu ostatecznym biczem na polityków, gdy krytycy zwracają uwagę na absolutny prymat Sądu nad pełnią życia politycznego w Ameryce – zamiast „rządów prawa”, rządzą w Stanach prawnicy.
Wielka Brytania szczyciła się od wieków równowagą władz. Wprawdzie zdecydowana parlamentarna większość daje egzekutywie (czyli rządowi) druzgocącą przewagę nad legislaturą (czyli parlamentem), ale tylko do czasu, tylko do następnych wyborów. W tym sensie, brytyjski system jest wybieralną dyktaturą. Jednak w ostatnich kilku latach, rządy nie posiadają wyraźnej większości w Izbie Gmin, co pozornie powinno było wskrzesić supremację parlamentu. Niestety, Izba Gmin zamiast wzmocnić kontrolę nad rządem, próbuje przejąć prerogatywy władzy wykonawczej, byleby tylko uniemożliwić odejście Zjednoczonego Królestwa z niuni europejskiej. Pisałem o tym obszerniej w ubiegłym tygodniu. Ale wczoraj wydarzyło się coś, co wydawało się dotąd niemożliwe.
Oto jedenastu gniewnych ludzi, zasiadających w londyńskim Sądzie Najwyższym, jednomyślnie orzekło, że rząd nie ma prawa przerwać najdłuższej od 350 lat sesji parlamentu, nie ma prawa do nowej Mowy Tronowej, a tym samym, sędziowie oddali władzę w ręce marszałka Izby Gmin, Johna Bercow, i jego popleczników, którzy otwarcie używają każdego parlamentarnego kruczka dla utrącenia prób odejścia z niuni, w zgodzie z wynikiem narodowego plebiscytu, ale jednocześnie odmawiają zgody na wybory powszechne, których rząd Borisa Johnsona się domaga. Najwyższy sąd, zamiast szukać precedensu, stworzył precedens. Sama instytucja takiego sądu jest nowością w brytyjskiej konstytucji; wprowadzony został zaledwie 9 lat temu i wielu wyrażało obawy, że jego istnienie zachwiało delikatną równowagę władzy. A teraz jego niekwestionowalny werdykt niweczy konstytucję, dając sędziom rolę arbitrów ponad legislaturą i egzekutywą. Dodajmy, arbitrów nie-wolnych od politycznej motywacji.
I w ten sposób Zjednoczone Królestwo znalazło swoje własne stasis, polityczny paraliż, który doprowadzić może do rewolucji i wojny domowej. Lenin nazwałby to sytuacją rewolucyjną. Nic więc dziwnego, że Corbyn i towarzysze przedstawiają się jako obrońcy demokracji – śpiewając równocześnie „Czerwony sztandar” i wygrażając kapitalistom – bo węszą możliwość dorwania się do steru. A jedenastu gniewnych ludzi z najwyższego sądu jednomyślnie prostuje ścieżki dla bolszewików.
Mam przykrą wiadomość dla najwyższych sędziów: pomimo niewątpliwych zasług, i oni pójdą pod stienku razem z Torysami, jako reprezentanci ancien regime’u.
Nie mam zielonego pojęcia, co będzie dalej. Lewaccy sędziowie i „lewicowi konserwatyści” nie mają żadnego odbicia wśród społeczeństwa, ale nikt nie będzie pytał elektoratu o ich zdanie. Przerażający powód tego artykułu jest taki, że w obecnej sytuacji, dojście czystych bolszewików do władzy w Wielkiej Brytanii wydaje się wielce prawdopodobne. Johnson domaga się nowych wyborów, czego opozycja mu odmawia (musi to być pierwszy taki wypadek w historii demokracji). Parlament popiera opozycję w tej niesłychanej sytuacji, ponieważ wielu konserwatywnych posłów przeciwnych odejściu od niuni, obawia się gniewu elektoratu, zaczem wolą oni poprzeć bolszewików, raczej niż stracić miejsce w parlamencie.
Jak powiedział wielki Gómez:
Demokrata – wobec ogromu katastrof, które wywołuje – pociesza się szlachetnością planu.