Lewa wolna w Pałacu Westminsterskim
Wydarzenia ostatnich kilku tygodni w Londynie przeszły moje najbardziej ponure oczekiwania. Nie mam wiele szacunku dla demokracji, ale wiekowe tradycje westminsterskiej Izby Gmin zasługują na poszanowanie. Wielka Brytania nie ma spisanej ustawy zasadniczej, tzw. konstytucji, ale ma, rzecz jasna, konstytucję, na którą składa się moc praw, przywilejów, zarządzeń i konstytucyjnych konwencji. Wszystkie one razem tworzą prawdziwą konstytucję Zjednoczonego Królestwa; konstytucję podziwu godną w swej pragmatycznej giętkości, dzięki której podołała przez wieki godzić cztery, często skłócone ze sobą narody, i nawet różne systemy prawne. To szczęsne królestwo chlubi się ciągłością prawną, jaką nie mogą się poszczycić współczesne nam państwa: każdy akt prawny obowiązuje tutaj tak długo, aż nie zostanie odwołany przez inny akt prawny wydany przez westminsterski parlament. Parlament jest jedyną legislaturą, autentycznie niezależne sądownictwo stoi na straży interpretacji istniejących praw, a Rząd Jej Królewskiej Mości jest jedynie władzą wykonawczą.
W sercu tego systemu leży Izba Gmin, ze swymi hałaśliwymi debatami, w których pomimo pozornego chaosu i bezładu, projekty ustaw poddane są skutecznie wnikliwej, bo często nieprzyjaznej, lustracji. Pomimo zewnętrznych przejawów antagonizmu, posłowie zwracają się do siebie wzajem z wyszukaną grzecznością. Styl brytyjskiej debaty politycznej jest konfrontacyjny, po jednej stronie Rząd, naprzeciw oficjalna Opozycja oraz mniejsze partie opozycyjne, nie ma w Izbie Gmin miejsca na szeroki wachlarz, od lewa do prawa, na wzór jakobińskich zgromadzeń. Na straży archaicznych procedur i starodawnych zwyczajów stoi speaker (odpowiednik marszałka sejmu), jako neutralny arbiter w sporach, wedle parlamentarnego powiedzenia, „speaker jest rozjemcą, a nie graczem”. Jego obiektywna bezstronność musi być całkowicie poza wszelkim podejrzeniem, tylko w ten sposób może kontynuować swą rolę z poparciem całej Izby.
Brytyjski system elekcji, w którym każdy okręg wyborczy wybiera jednego posła bez odniesienia do proporcji głosów oddanych na partię w całym kraju, owocuje zazwyczaj wyraźną większością parlamentarną, ale od 2010 roku, trzykrotnie już, zwycięzcy nie uzyskali wyraźnej większości (wyjątkiem był rząd Camerona z roku 2015, ale jego przewaga w Izbie była nadal znikoma). A jednak sceny, których byliśmy świadkami w ubiegłym tygodniu, nie dadzą się wytłumaczyć faktem, że administracja Johnsona jest rządem mniejszościowym. Są one wynikiem rosnącego napięcia między skrajnie lewicowymi elitami brytyjskimi, reprezentowanymi przez histeryczne media, z państwową BBC na czele, a większością elektoratu, który głosował za odejściem z europejskiej niuni. Ponad 400 okręgów wyborczych (z 650) głosowało za odejściem z niuni, ale 480 posłów głosowało osobiście za pozostaniem, a wśród nich John Bercow czyli speaker. Efektem tej uderzającej dysproporcji są trzyletnie przepychanki w parlamencie i nasilające się próby storpedowania odejścia z niuni w jakiejkolwiek postaci.
Główną rolę w tym haniebnym spektaklu odegrał Bercow. Używał najbardziej tajemniczych precedensów, by zdławić wysiłki zwolenników odejścia, ale jednocześnie odrzucał ustalone wielowiekową tradycją konwencje parlamentarne, by wspomóc proponentów pozostania. Jego barwny, choć nieparlamentarny język (I couldn’t give a flying flamingo what your view is!) uczynił z niego popularną postać wśród lewicy, ale zniszczył całkowicie wszelkie pozory bezstronności; podał w wątpliwość pojęcia speakera jako arbitra i strażnika parlamentarnych procedur. Bercow miał na szybie swego auta nalepkę ze słowami Bollocks to Brexit (co w wolnym przekładzie znaczyłoby „chromolę Brexit”, ale jest bez porównania bardziej ordynarne). Zapytany o to w Izbie, odparł, że samochód należy do jego żony.
Takie jest polityczne tło zajść z ubiegłych tygodni. Ale dodajmy do tego, że gospodarka, która kwitła pod zarządem Torysów, jest w stanie stagnacji, ponieważ od trzech lat nikt nie wie, jak będą wyglądały przyszłe relacje z kontynentem. Londyńska giełda, gdzie handluje się akcjami wielu firm o globalnym zasięgu, straciła potencjalnie lukratywny kontrakt na akcje saudyjskiej Aramco. Zarządcy funduszów globalnych wycofują pieniądze z firm brytyjskich, bo nie rozumieją, co się dzieje w tym kraju i mają obawy, czy rządy prawa mogą być zachowane. I wreszcie, funt szterling, niegdyś potężna, rezerwowa waluta całego świata, przypomina bardziej pieniądz bananowej republiki niż jedną z najstarszych walut na świecie, za którą stoi pierwszy centralny bank w historii.
Nowo wybrany premier, Boris Johnson, wystąpił z propozycją zamknięcia sesji parlamentu, w archaicznej terminologii Pałacu Westminsterskiego znaną pod nazwą proroguing (nie mylić z „pierogi”). Jest to normalna procedura, która odbywa się zazwyczaj raz w roku (na ogół w maju, choć niekoniecznie) i sprowadza się do zamknięcia sesji Parlamentu, który po przerwie wraca, by wysłuchać tzw. Mowy Tronowej, w której Królowa ogłasza projekty legislacyjne rządu na następną sesję. Zważywszy, że ostatnia sesja trwała od czerwca 2017 roku (była to najdłuższa sesja parlamentu od połowy XVII wieku, kiedy Anglia pogrążona była w krwawej wojnie domowej), nie ma nic nadzwyczajnego w jej oficjalnym zamknięciu po ponad dwóch latach. Czas zawieszenia parlamentu jest wprawdzie długi, ponad miesiąc, ale zawiera w sobie tygodnie zarezerwowane dla konferencji partyjnych, kiedy i tak nie byłoby posiedzeń w Izbie. John Major zawiesił parlament na dłużej w roku 1997, choć tamten czas objął też wybory.
Pomimo to jednak, rząd Borisa Johnsona został oskarżony o „pogwałcenie prawa”, o „konstytucyjną zniewagę” i ciupasem podano go do sądu (w Szkocji i, osobno, w Anglii). Bezstronny speaker przyłączył się do głosów zarzucających premierowi dyktatorskie tendencje, protestował otwarcie przeciw próbom uciszenia parlamentu. Gwiazdy filmu i telewizji, pisarze, komicy oraz ludzie sławni tylko z tego, że są sławni, wszyscy przyłączyli się do chóru oburzenia. Sławny lewacki powieściopisarz, Philip Pullman, napisał, że Johnson „kojarzy mu się ze sznurem i najbliższą latarnią”. Bercow nawyzywał w Izbie posłowi konserwatywnemu, który ośmielił się go skrytykować. Pod koniec długiej debaty na zakończenie sesji, odmówił początkowo opuszczenia Izby, nie powstrzymał protestujących posłów lejburzystowskich, a wręcz podjudzał ich do demonstracji. Czerwona część opozycji parlamentarnej uczyniła z zawieszenia sesji casus belli. Nie myślałem, że usłyszę w życiu śpiewy w czcigodnej Izbie Gmin, doczekałem jednak gromkiego wykonania „Czerwonego sztandaru”. Było też wiele wygrażania pięściami i wrzasków pod adresem praworządnych posłów.
Tymczasem angielski sąd odrzucił sprawę przeciw rządowi (sponsorowaną m.in. przez byłego konserwatywnego premiera, Johna Major), ale szkocki sąd ogłosił, że zawieszenie sesji było bezprawne! Konsekwencje tej czysto politycznej decyzji sądu w Edynburgu, są trudne do objęcia. Tego rodzaju polityzacja sądownictwa nieuchronnie obniży zaufanie społeczeństwa do sądów w ogóle, ale także do praworządności jako takiej. Na dodatek, zaostrza to, i tak już napięte, stosunki między Szkocją i Anglią – najważniejszych dwóch krajów Coraz Mniej Zjednoczonego Królestwa.
Kilkudziesięciu posłów konserwatywnych głosowało przeciw rządowi i albo odeszło, albo zostało usuniętych z partii. Wielu byłych ministrów (zasiadających teraz w Izbie Lordów) oraz dwaj byli kanclerze, ogłosili, że głosować będą przeciw rządowi Johnsona, zarówno w Parlamencie, jak i w generalnych wyborach. Ale „przeciw rządowi”, to znaczy naprawdę jak? Johnson prowadzi wprawdzie w ankietach popularności, ale jeżeli nie zdobędzie absolutnej większości w wyborach, to jedyną alternatywą będzie rząd komunistów Corbyna.
Nie mam cierpliwości dla ludzi, porównujących Borisa Johnsona do Trumpa. Ten pierwszy jest inteligentnym, wykształconym, elokwentnym, myślącym człowiekiem, a drugi jest półgłówkiem, który nie potrafi sklecić dwóch zdań. Jeden z czytelników naszej witryny wyraził głęboką opinię, że łączy ich ten sam fryzjer. Nie, Panie Przemku, Trump ma ufryzowaną, pomarańczową czuprynę, z trwałą ondulacją, zaczesaną z rozmachem forehandu Rafaela Nadala, a Johnson ma naturalnie jasne włosy, ostrzyżone – raczej ujmująco, z mojego punktu widzenia – byle jak, ponieważ nie przywiązuje do tego zbyt wielkiej wagi. Johnson należy do liberalnego skrzydła swej partii, więc jest pod wieloma względami odległy od mojego ideału tradycyjnego konserwatyzmu, ale media brytyjskie uczyniły z niego „skrajną prawicę”, nazywają go otwarcie „rasistowskim zbirem” i „patologicznym kłamcą”, wedle wszelkich zasad stalinowskiej terminologii: każdy z kim się nie zgadzamy, musi być faszystą.
Dochodzimy tu do istoty wydarzeń w Londynie. Nieświęte przymierze lewicujących konserwatystów, lewackich mediów, goszystowskich elit, różowych, zielonych, żółtych i szarych partii politycznych, z otwarcie czerwonymi, tj. ze skrajnie bolszewickim odłamem partii lejburzystowskiej pod wodzą Corbyna i McDonnella – jest jedyną alternatywą wobec Johnsona. Głosowanie przeciw rządowi otwiera bowiem jednoznacznie drogę Corbynowi. Corbyn mówi bez żenady, że „odda prywatne firmy w ręce robotników” – wiemy, jak to wygląda w rzeczywistości. McDonnell zapowiedział, że prywatni lokatorzy będą mieli „prawo do wykupienia mieszkań”, co oznacza wywłaszczenie legalnych właścicieli – wiemy, jak to wygląda. Dodał wczoraj, że uwięzi wszystkich doradców podatkowych – wiemy, czym się kończy tego rodzaju proskrypcja. Upadek gospodarczy, załamanie rządów prawa, odpływ kapitału, wypłynięcie na wierzch najgorszych szumowin, dyktatura w imię mitycznej większości, a w dalszej perspektywie braki w zaopatrzeniu i głód – tak to wygląda w rzeczywistości.
Ale John Bercow (członek partii Torysów), John Major (były premier), Ken Clarke i Philip Hammond (byli konserwatywni kanclerze) i wielu, wielu innych, widzą wroga tylko na prawicy. Gotowi są bronić praw parlamentu i ducha demokracji, przeciw „rządowym dyktatom”. Podobnie jak politycy rosyjscy w roku 1917 widzieli wroga tylko z prawej strony, i w ten sposób, zwalczając Korniłowa i kontrrewolucję, otwierali tylko drogę bolszewizmowi, tak samo dziś w Anglii, niesmaczne koligacje parlamentarne między konserwatywnymi „obrońcami demokracji” (pomimo niekiedy najlepszych intencji), a bolszewikami w rodzaju McDonnella, otworzyć mogą szeroko bramę do władzy Corbynowi i jego bolszewickim wesołkom. A bolszewicy, raz dopuszczeni do władzy, łatwo tej władzy nie oddają.
W ten sposób dopełzliśmy do sytuacji, w której okrzyk „Lewa wolna!” mógł się rozejść w dostojnych i wiekowych murach Pałacu Westminsterskiego w Londynie.