Europejskie gołąbki
Przed niemal trzema laty, na kilka dni przed brytyjskim referendum w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z europejskiej niuni, oczekiwałem, że większość elektoratu zechce odejść z nielubianego związku, choć motywy tej decyzji będą nacjonalistycznej natury, raczej niż politycznej. Podjąć słuszną decyzję ze złych powodów, wydawać by się mogło klasycznym przykładem mniejszego zła. Ale w tym konkretnym przypadku, trudno oszacować zło sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.
Pisałem wówczas:
Werdykt opuszczenia Niuni spowoduje w najlepszym razie długotrwałe negocjacje i ciąg kompromisów, który albo pozostawi członkostwo Wielkiej Brytanii w stanie zawieszenia, albo zakończy się kolejnym referendum itd. I tak dalej w nieskończoność. Tylko że nieskończoność nie istnieje w polityce. Zanim Zjednoczone Królestwo zrobi cokolwiek, Niunia może się rozpaść. [1]
Wydawało mi się wtedy oczywiste, że nic się nie zmieni, niezależnie od wyniku plebiscytu. Na pozór, miałem rację. Ale tylko na pozór. Nie przewidziałem bowiem parlamentarnych przepychanek, które doprowadziły cały konstytucyjny porządek Wielkiej Brytanii do skraju przepaści. Zachowanie posłów, prowadzących wojnę podjazdową w celu storpedowania „decyzji głupków, którzy sami nie rozumieją, co jest dla nich dobre” (bo tak określa się decyzję prawie 17 i pół miliona ludzi w referendum sprzed trzech lat), byłoby może przewidywalne, ale konsekwencje tych machinacji całkowicie mi wówczas umknęły.
Każdy liberalno-demokratyczny system zawiera w sobie sprzeczność, którą nazwałbym „ateńską” lub ściślej „peryklejską”. Perykles zdołał doprowadzić Ateny do szczytu potęgi, gdyż utrącił przyrodzony chaos ochlokracji przy pomocy wprawnej manipulacji suwerenną tłuszczą ateńskiej polis. Robił to, co uważał za słuszne i stosowne, a pytał demos o zdanie tylko wówczas, gdy wiedział, że otrzyma poparcie. Za czasów Peryklesa, nieznośny system wprowadzony przez Kleistenesa, został ugłaskany dzięki nadzwyczajnym zdolnościom politycznym i oratorskiemu kunsztowi jednego człowieka. Perykles potrafił umiejętnie obrócić gniew ateńskiego ludu przeciw swym politycznym wrogom, używając i nadużywając strasznej metody „ostracyzmu” czyli wygnania wybijających się obywateli z demokratycznego raju. W tak zwanym „złotym wieku”, Ateny Peryklesa były demokracją tylko z nazwy, w istocie były bowiem wcieleniem klasycznego systemu arystokratycznego, ukrytym za listkiem figowym „eklezji” czyli zgromadzenia ludowego.
Współczesne nam państwa Europy Zachodniej są takimi właśnie fasadowymi demokracjami. Peryklejskie elity rządzą ciżbą, poddając się niechętnie regularnym katuszom elekcji, a pomiędzy wyborami, oddając się orgii władzy. Bezpośrednie odwołanie do ludu, do nowoczesnego demos, jest rzadkością i ma miejsce wyłącznie w okolicznościach konstytucyjnej zmiany. W Wielkiej Brytanii referenda zdarzały się niezwykle rzadko, ale w ostatnich 20 latach było ich coraz więcej i za każdym razem potulny lud głosował w zgodzie z życzeniami elit. Nic więc dziwnego, że David Cameron postanowił rozpisać plebiscyt w sprawie członkostwa niuni. Chciał za jednym zamachem rozwiązać dwa problemy: zakończyć, toczącą się od wielu lat, w Parlamencie i w mediach, rozgorączkowaną debatę na temat niuni oraz wywrzeć nacisk na polityków w Paryżu, Berlinie i Brukseli, by zgodzili się wreszcie na reformy skandalicznej, marnotrawczej biurokracji, ukrócili samowolę brukselskiego sownarkomu i zaprzestali dążenia do „coraz bliższej unii”, które zaowocować ma jednym europejskim superpaństwem, z jedną walutą, tym samym systemem podatkowym, jedną polityką zagraniczną i wspólną armią. – Co ci przypomina widok znajomy ten?
Alicja Weidel z niemieckiej partii AfD, w niedawnej mowie w Bundestagu, [2] zapytywała retorycznie, czy prośby Camerona były aż tak nierozsądne? Więcej kontroli nad wydatkami, mniej opieki społecznej, mniej ukazów z Brukseli? Pani Weidel może miałaby rację, gdyby nie to, że europejska niunia jest jeszcze bardziej fasadową demokracją niż wszyscy jej członkowie. Nie powinno nas zatem zaskakiwać, że sownarkom zmierza do usunięcia wszelkich wpływów ludności przyszłego superpaństwa na jakiekolwiek decyzje podjęte przez ludowych komisarzy w Brukseli.
Cameron nie uzyskał żadnych koncesji ze strony rządów europejskich, ale z uświęconą przez demokratyczne tradycje dezynwolturą ogłosił coś wręcz przeciwnego, a następnie stanął na czele kampanii za pozostaniem w związku. Jego taktyka wydawała się od początku błędna. Zamiast głosić zalety niuni, rząd skoncentrował się na chaosie i upadku, jaki niechybnie nastąpić miał po odejściu z niuni. Ale jeżeli rozwód miałby być aż tak złym pomysłem, to po co w ogóle było go proponować? Cameron mógł był postawić się wówczas w pozycji arbitra, nie brać udziału w kampanii, a zapowiedzieć, że wprowadzi w życie wolę wyborców, jakikolwiek byłby wynik referendum. Tylko że David Cameron – podobnie jak ogromna większość klasy politycznej Wielkiej Brytanii, większość dziennikarskiego komentariatu i większość elity władzy (niezależnie od odcienia politycznego) – był i jest zwolennikiem niuni.
Co było dalej, wiemy. Cameron zrezygnował po dramatycznej porażce. Teresa May zwołała po roku wybory, gdyż uznała, że dla przeprowadzenia negocjacji z Brukselą potrzeba jej o wiele wyższej większości parlamentarnej, po czym przegrała wybory, niesłychanie podnosząc tym prestiż otwarcie komunistycznej opozycji pod wodzą towarzysza Corbyna. Brukselscy negocjatorzy zajęli stanowisko nieustępliwe, jawnie dążąc do ukarania Wielkiej Brytanii, która ośmieliła się podać w wątpliwość wartość europejskiego projektu. I wreszcie starożytny westminsterski Parlament porzucił wszystkie swe cenione tradycje, byle tylko nie dopuścić do odejścia z niuni, wbrew jasno wyrażonej woli elektoratu (warto tu podkreślić, że wynik referendum nie był wcale wątpliwy; 52% do 48%, przy wysokiej frekwencji wyborczej, to jest druzgocące zwycięstwo).
Brytyjski system polityczny jest „wybieralną dyktaturą”, ponieważ nie stosuje proporcjonalnej metody wyborów, dzięki czemu na ogół pozwala na sformowanie względnie stabilnych rządów opartych na parlamentarnej większości. Zarówno koalicje, jak i rządy mniejszościowe są rzadkością w tym kraju. Dlaczego więc parlamentarne knowania miałyby mieć aż tak wielkie znaczenie dla przyszłości Zjednoczonego Królestwa? Z jednej przyczyny: jedyną siłą, jaka stoi pomiędzy dojściem do władzy bolszewików Corbyna jest potężna niegdyś machina polityczna Torysów. Pisałem tu już kiedyś, w jaki sposób ludzie Corbyna opanowali partię lejburzystowską [3] i nie ma żadnej możliwości, by socjaldemokratyczne skrzydło tej partii powróciło do władzy. Frakcja korbynistów(b) jest klasycznie bolszewicką jaczejką wewnątrz partii pracy. Wybór staje się zatem binarny: albo czerwoni, albo Torysi.
Tymczasem w Izbie Gmin, przewodniczący obradom Speaker, John Bercow, otwarcie torpeduje wysiłki rządu oraz grupy posłów zdecydowanych na honorowanie wyniku referendum. Odrzuca parlamentarne konwencje – a wśród nich najważniejszą tradycję, że Speaker pozostaje całkowicie bezstronny – gdy podtrzymanie ich byłoby na rękę rządowi, a jednocześnie wyszukuje najbardziej osobliwe precedensy, żeby móc powstrzymać zabiegi zmierzające do odejścia z niuni. Czyni to zupełnie otwarcie, bo – jak większość lewicowców – wie lepiej, co jest dobre dla jego gromadki. Bercow jest Torysem.
17 milionów 410 tysięcy i 742 osoby głosowały za odejściem z niuni. Ludzie ci są w ogromnej większości zdegustowani brytyjskim systemem parlamentarnym oraz wszystkimi partiami politycznymi, z partią Torysów na czele. Konserwatyści mają nikłą szansę na zwycięstwo w następnych wyborach, podczas gdy lejburzyści(b) Corbyna są wprawdzie także podzieleni i niepopularni, ale stanowią o wiele bardziej zjednoczoną i niebezpieczną siłę. Jeżeli zatem obie duże partie przegrają w wyborach, to jedyną zwartą siłą w Izbie Gmin będą zapewne korbyniści. I co czyni w tej sytuacji premier May? Zwraca się do Corbyna z prośbą o pomoc w znalezieniu rozwiązania dla impassu…
Zanim jednak dojdzie do tych fatalnych wyborów, będziemy mieli niekończący się spektakl rozciągania gumy: Odejść bez umowy czy przedłużyć członkostwo? Odejść z fatalną umową May czy pozostać na zawsze? Czy może poddać wszystkie te możliwości kolejnemu referendum?
Osobiście znam ludzi, którzy głosowali za pozostaniem w niuni, a teraz, oburzeni bezczelnym chamstwem i bezwstydnym cynizmem polityków pokroju Michela Barnier, Donalda Tuska czy Jean-Claude Junckera, zmienili zdanie. Nie wątpię, że są także wypadki odwrotne. Jednego tylko można być pewnym: gdyby kolejny plebiscyt został wygrany przez zwolenników niuni choćby jednym głosem, to nigdy więcej żadnego referendum na ten temat nie będzie. Jeżeli wynik byłby taki sam jak przed trzema laty, to wrzawa, nawołująca do kolejnego głosowania, przemieni się w jazgot.
„Demokrata – wobec ogromu katastrof, które wywołuje – pociesza się szlachetnością planu,” pisze Gómez. Demokratą nie będąc, nie powinienem przejmować się meandrami demokratycznych rozgrywek, ani rzekomą szlachetnością intencji. Trudno jednak nie dostrzec szerszego kontekstu tych europejskich machlojek. Sownarkom w Brukseli potrzebuje brytyjskich pieniędzy na finansowanie swych pomysłów. Jak słusznie wskazuje pani Weidel, bez Wielkiej Brytanii ciężar finansowy spadnie na barki Niemiec. Francja jest w głębokim kryzysie – politycznym i gospodarczym – podobnie jak Włochy, a pozostałe kraje na południu Europy są w kryzysie permanentnym. Największy napływ emigrantów do Anglii w ostatnich latach jest nie z Europy Wschodniej, tylko z Włoch i Grecji. Tymczasem niemiecka gospodarka jest bliska recesji. Rzecz jasna, Niemcy poradzą sobie z recesją lepiej niż Włochy czy Francja, lepiej nawet niż Anglia czy Stany Zjednoczone, ponieważ mają nie tylko nadwyżkę budżetową, ale także ogromną nadwyżkę w bilansie handlowym i płatniczym, gdyż są jedynym krajem w niuni, który czerpie korzyści ze słabości €uro. Wydaje mi się wszakże niewyobrażalne, żeby niemieccy podatnicy zgodzili się na finansowanie upadłych państw – jak Włochy czy Grecja – w nieskończoność. A w takim razie, rozpad niuni wydaje się na dłuższą metę nieunikniony.
Jak zachowuje się Putin w obliczu tak rozwijających się wypadków? Czym zajmuje się Xi? Chrl inwestuje we Włoszech wedle swej tradycyjnej już polityki „dziel i rządź” i prawdopodobnie podsunie jednakie inwestycje innym krajom europejskim. Putin natomiast obserwuje rozgrywkę w Europie ze spokojem, a jednocześnie wzmacnia swą pozycję na rubieżach kontynentu – i nie tylko.
Stosunki sowietów z Erdoganem są coraz lepsze, ocieplają się wprost proporcjonalnie do ochłodzenia stosunków turecko-amerykańskich. Turcja jest jednym z najważniejszych członków NATO i to nie tylko ze względu na swe położenie geograficzne. Tymczasem Erdogan postanowił zakupić od Putina system obrony przeciwlotniczej S-400 Triumf, całkowicie niekompatybilny z systemami NATO. Jego techniczna nieodpowiedniość wydaje się jednak drobiazgiem wobec zasadniczego politycznego aspektu sprawy, wobec zagrożenia dla NATO i Ameryki: S-400 w rękach tureckich umożliwi sowieckim planistom dostęp do wysoce zaawansowanych systemów operacyjnych samolotów F35. [4] A zatem Pentagon i NATO stają przed dylematem: pozwolić na sowiecką infiltrację lub odsunąć geopolitycznie ważną Turcję, tym samym pchając ją w objęcia Putina?
Putin na spółkę z Iranem kontroluje Syrię. Sytuacja jest tam tak dalece pod kontrolą, że niedawno przerzucono sowieckich spadochroniarzy i jednostki specjalne do Wenezueli, by pomóc bratniemu narodowi w obronie przed agresją imperialistów. Specnaz przyda się bardziej w Caracas niż w Damaszku (chrlowscy żołnierze także wylądowali w Wenezueli). Sowieciarze mogą swobodnie przepływać przez Bosfor z błogosławieństwem Erdogana. Mają bazy wojskowe i porty w Syrii, a niedługo będą je mieli także w Libii.
Ofensywa generała Chalify Haftara w Libii jest bliska zdobycia Trypolisu. Prasa brytyjska zwraca uwagę na wieloletnie kontakty Haftara z CIA, ale nikt nie chce zauważyć, że libijski watażka jest absolwentem akademii Frunzego w Moskwie. Kiedy Boris Johnson miał się z nim spotkać w Libii, to zmuszony był czekać na swego interlokutora, gdyż generał udał się na pilne spotkanie do Moskwy przed rozmowami z brytyjskim ministrem.
Dodajmy do tego napiętą sytuację w Algierii, jednym z najważniejszych państw arabskich basenu Morza Śródziemnego, która całkowicie uniknęła chaosu „arabskiej wiosny”. Buteflika nie był wprawdzie nigdy antysowiecki, ale pod jego kontrolą, potęga Islamskiego Frontu Ocalenia została złamana. Wraz z jego odejściem, Algieria znalazła się ponownie na liście krajów, w których wpływy sowieckie mogą wzrosnąć: albo poprzez chaos związany z islamizmem, albo przez kolejnego „człowieka silnej ręki”, który, jak Erdogan czy Assad, nie zawaha się pójść ręka w rękę z Putinem.
Wobec tak pozytywnego rozwoju wypadków na obrzeżach Europy, Putin obserwuje sytuację wewnątrz kontynentu z niezmąconym spokojem i satysfakcją. Europejskie gołąbki same fruną do Putinowej gąbki.
_________
- Dlaczego jestem pesymistą w kwestii brytyjskiego referendum http://wydawnictwopodziemne.com/2016/06/17/dlaczego-jestem-pesymista-w-kwestii-brytyjskiego-referendum/
- https://www.youtube.com/watch?v=63IcW4eo4uM
- Towarzysz Corbyn http://wydawnictwopodziemne.com/2017/06/03/towarzysz-corbyn/ i Corbyn Hood i Little John http://wydawnictwopodziemne.com/2017/06/10/corbyn-hood-i-little-john/
- https://www.airforcetimes.com/news/your-military/2019/04/05/heres-how-f-35-technology-would-be-compromised-if-turkey-also-had-the-s-400-anti-aircraft-system/