Zamknij
Dariusz Rohnka

Historycyzm Morawieckiego

7 grudnia 2018 |Dariusz Rohnka, Peerelowska logika
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/12/07/historycyzm-morawieckiego/

I tak dalej… i tak dalej…
Coraz śmielsze wnioski przędzie,
I nicując dawne sądy
Nie powstrzyma się w zapędzie,
Aż dowiedzie, że król Herod,
Dobroczyńcą był dla sierot.

Adam Asnyk

Studiując sobie historię na jednym z komunistycznych uniwersytetów lat bardzo wiele temu pociłem się niemiłosierne pod nawałem nakładanych na ówczesne żakostwo zadań. Nie było łatwo czytać tysięcy stron podręczników, dziesiątek, a może setek mniej lub bardziej opasłych lektur. Dbano, a przynajmniej starano się, o przyzwoity poziom wiedzy przyszłych magistrów. Gdy dziś docierają do mnie informacje z pierwszej ręki o najbardziej niezwykłych wyczynach kadry profesorskiej (rekordzista miał jakoby zasnąć w trakcie własnego wykładu; inny raczył słuchaczy tekstem czytanym wprost ze źródła naukowego nazywanego „wikipedia‟) – nie chce się wierzyć, jak gigantyczne sukcesy odnosi trend zrównywania poziomu intelektualnego w dół.

To, co zanadto nie rzucało się w oczy, to próby pro-marksistowskiego ideologizowania młodzieży. Marksistowscy profesorowie, adiunkci, asystenci starali się możliwie omijać mądrości sławnego komunistycznego „filozofa‟ i jego licznych naśladowców. Ponieważ zjawisko (ucieczki od ideologii na komunistycznym uniwersytecie) zdawało mi się nie tylko zabawne, także frapujące, spróbowałem kiedyś niewinnej prowokacji. Gdy podczas zajęć, poświęconych dziejom bolszewickiego przewrotu, prelegentka usilnie starała się wyminąć wstydliwe kwestie ideowe (przy pełnej aprobacie i zrozumieniu sali) pozwoliłem sobie napomknąć, że nie sposób mówić o tych wydarzeniach, nie wspominając choćby tylko o leninowskim wynalazku proletariackiej dyktatury. W jakiś ekwilibrystyczny sposób wątek nie został podjęty. Zacząłem sobie uświadamiać, że tzw. komunistyczna ideologia nie odgrywa w tym ustroju pierwszych skrzypiec, a może i zgoła żadnej roli.

Moje indywidualne doświadczenie o niczym nie świadczy. Tak zdaje się sugerować przypadek innego historyka, kształconego nieco później, w dobie „ustrojowej transformacji‟, „premiera‟ Mateusza Morawieckiego. Obserwując jego zachowanie można by dojść do wniosku, że nauki pobierał w szkole, w której z o wiele większą powagą traktowano jej marksistowski profil, a pilny Mateusz ufnie wchłaniał zadawane treści, tyle że nie chce mi się w to wierzyć. Wierzyć nie tyle w pilność premiera, co w ideologiczną determinację bakałarzy. A jednak, jedna z wielu dziwacznych wypowiedzi Morawieckiego, zdaje się sugerować coś przeciwnego:

Tak jak z mąki może powstać tort, ale z powrotem nie da się już tego procesu odwrócić, tak nasz proces przemiany gospodarczo-społecznej jest nieodwracalny.

Tak o „przebudowie Polski‟ w „duchu solidarności społecznej‟ raczył się wyrazić obecny premier peerelu, z wykształcenia historyk. Czy wolno na tej podstawie domniemywać, że zapewne nigdy nie zetknął się ze zjawiskiem notorycznej zmienności i przemijania: konceptów politycznych, państw, kultur, cywilizacji? Nie słyszał nigdy o upadku Rzymu, Babilonu, Sumeru, Asyrii; o klęsce „wyborczej‟ niedawnych swoich kolegów z obywatelskiej platformy, którym się pewnie także zdawało, że nierządzić będą przynajmniej tuzin kolejnych kadencji? Zastanawiające.

Cóż takiego chciał wyrazić Morawiecki jako reprezentant myśli mocno podszytej marksizmem? Potwierdził werbalnie przynajmniej dwa charakterystyczne dla tej pseudo-ideowej formacji mity. Mit pierwszy, mówiący o „nieodwracalnym‟ procesie postępu, wiodącym do pełnej i powszechnej szczęśliwości, gdy wszystkiego będzie w bród, a życie szarego człowieka popłynie w niemąconym dostatku. Mit drugi: celem nierządników nie jest bezwzględna władza nad ludem, ale wprost przeciwnie – ludu dobro.

Stosując retorykę „społecznej solidarności‟ wpisał się jednoznacznie i celnie w fasadowe założenia realnego socjalizmu. Czy jest choćby trochę oryginalny? Zdaje się, że nie jest i to w dwójnasób. Po pierwsze, serwuje przecież tę samą wyborczą kiełbasę, która od peerelowskich pradziejów wabiła gawiedź, głodną „społecznej sprawiedliwości‟. Po drugie, całe to quasi-marksistowskie bajdurzenie ma ścisły związek z polityczno-społecznym programem, za którym stoi ojciec premiera, Kornel Morawiecki.

W programie, którego pierwociny powstawały rzekomo już w roku 1982, możemy przeczytać między innymi:

Demokratycznie rządzony kraj będzie stać na minimum dla każdego – na jedzenie i odzież – niezależnie od tego czy ten ktoś umie czy nie umie, chce czy nie chce pracować [podkreślenie DR]. Zapewnienie każdemu takiego minimum przez państwo lub przez władze samorządowe byłoby praktyczną realizacją prawa do życia, wyrazem bezwarunkowej solidarności ogółu z jednostką.

Zastanawia ilu członków Solidarności Walczącej czytało program własnej organizacji. Czy byli świadomi jak przedstawia się ideologiczna „nadbudowa‟ ich ówczesnych poczynań? Czy wszyscy zdawali sobie sprawę, że w istocie podejmują działania w kierunku jeszcze lepszego socjalizmu, ze wskazaniem na komunizm? Czy w gronie świadomych (zdaje mi się, że nie mogło być zbyt szerokie) był także młody Morawiecki? Może to nie przypadek, że po całkiem podobne koncepcje sięga współcześnie? (Ma być jakoby wielkim zwolennikiem okrzykniętego współczesnym Marksem, niejakiego Thomasa Pikkety, autora książki „Kapitał w XXI wieku”).

Ponieważ mamy w jego osobie do czynienia z kształconym historykiem-marksistą oraz peerelowskim aktywistą politycznym, można przypuszczać, że słowa, które wypowiada niekoniecznie mają identyczne znaczenie z tym, które zwykło im się przypisywać w normalnym świecie. Mamy tu sposobność zetknięcia się z problemem demobolszewickiej semantyki, gdzie „nieodwracalne‟ oznacza mniej więcej tyle, co do… przyszłych wyborów, najbliższego posiedzenia „rady ministrów‟, czy jakiegoś innego, dowolnie obranego, epokowego zdarzenia. Jak jest w rzeczywistości trudno dociec. Może byłoby jednak lepiej, żeby owe ideologiczne deklaracje nie miały umocowania w wewnętrznych predylekcjach „premiera‟? Socjalizm jako rzetelny cel polityczny (nie zaś jedynie zasłona dymna dla odmiennych zamysłów) jest niemal równie groźny co sam bolszewizm.

***

Historia często pada ofiarą politycznego szalbierstwa. Staje się narzędziem w służbie propagandy. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy historyk jest uwolniony od natrętnych, zewnętrznych uwarunkowań. Przykładem mogą być dwie, ukształtowane w połowie dziewiętnastego wieku szkoły historyczne: szkoła krakowska i szkoła warszawska. Obie wychodząc z identycznego punktu źle pojmowanego patriotyzmu, uznały za właściwe „dopasowywanie‟ historycznych faktów do z góry przyjętej tezy. A przecież obie szkoły były reprezentowane przez ludzi obdarzonych wysokim poziomem kultury, ogromną wiedzą. Wśród historyków obu szkół pojawiają się nazwiska: Kalinki, Szujskiego, Smolki, Bobrzyńskiego, Pawińskiego, Korzona.

Czy można ich uznać za protagonistów ideologizacji historii? Cytowany na wstępie Asnyk, zdecydowany krytyk tendencyjnych dociekań szkoły krakowskiej, odpowiedziałby zapewne twierdząco (gdyby pojęcie ideologii było modne w jego czasach). Mierząc ich aktywność miarą tego, co działo się z historią jako nauką przez kolejne stulecie, zawarta w ich pracach tendencja jest co najwyżej odmiennym punktem widzenia. W zamierzchłych czasach drugiej połowy dziewiętnastego wieku, ideologie ledwie raczkowały. Mało komu śniły się po nocach wybryki kolejnych pokoleń. Nie wiedziano, że w imię heglowsko-marksistowskich praw rządzących jakoby historią będzie się nie tylko ową historię fałszować, ale także budować totalitarne fabryki śmierci i niewolnictwa.

Z całą pewnością żadnemu z ówczesnych historyków nie przyszedłby do głowy groteskowy pomysł stosowania w praktyce terminu „polityka historyczna‟, którego śladem licznych innych peerelowskich historyków, używa także Morawiecki, usiłujący przy pomocy niesławnej pamięci ipeenowskiego dekretu zamazywać historyczną rzeczywistość (mowa o groźbie penalizacji niewygodnych – z punktu widzenia peerelowskiej „polityki historycznej‟ – dociekań badawczych). Ten sam Mateusz Morawiecki potrafi, przy innej okazji, wygłaszać dezyderaty z gatunku:

[Polska historia] powinna być przynajmniej królową pamięci świata, [a] stała się w ostatnich 25 latach takim chłopcem do bicia wygodnym.

Uważam, że instytut Yad Vashem powinien to docenić i cały naród polski powinien mieć jedno wielkie drzewo Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

***

Adolf Bocheński napisał kiedyś:

Patriotyzm niekoniecznie musi polegać na chwaleniu wszystkiego co swoje. Wręcz odwrotnie, zdarza się niekiedy, że błędy jednostki czy społeczności nam bliskiej i drogiej uderzają nas i gniewają więcej jak kogoś obojętnego.

Ta banalna pozornie myśl poległego w czasie ii wojny światowej publicysty brzmi dzisiaj jak echo zamierzchłej przeszłości.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/12/07/historycyzm-morawieckiego/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Peerelowska logika
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/12/07/historycyzm-morawieckiego/