Nasz człowiek w Londynie czyli dziwne przypadki Olega Gordijewskiego. Część III
W tajemnicy przed CIA
Brytyjczycy zdołali utrzymać w tajemnicy istnienie wysokiej rangi agenta w łonie kgb. Przekazywali zakamuflowane informacje sojusznikom, udając, że pochodzą z podsłuchu lub analizy danych, ale z czasem Amerykanie zorientowali się, że MI6 ma źródło bezpośrednie. Nie mogło być inaczej, gdy Brytyjczycy poczęli nastawać na przekazywanie informacji samemu Prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Burton Gerber, szef sowieckiej sekcji CIA, poprzez prostą analizę śladów i proces eliminacji, doszedł do wniosku, że tylko Gordijewski mógł być brytyjską wtyczką. Nadano mu tajny kryptonim, założono teczkę, i bez informowania strony brytyjskiej, zaczęto monitorować rozwój wydarzeń. Szefem kontrwywiadu w sowieckiej sekcji był niejaki Aldrich Ames i to jemu powierzono analizę danych.
Jeżeli ustalenie tożsamości agenta przyszło CIA z taką łatwością, to dlaczego kgb nie zdołało tego uczynić? Odpowiedź jest zawsze ta sama: bo byli, są i pozostaną amatorami, pokrakami i nieudolnymi aparatczykami, co jest oczywiście prawdą, ale tylko do pewnego stopnia.
MI6 przy pomocy prowokacji i manipulacji usunęło dwóch zwierzchników Gordijewskiego w rezydenturze londyńskiej, a sukces wizyty Gorbaczowa podniósł jego reputację w oczach moskiewskiej centrali, toteż Gordijewski został wezwany do Moskwy w styczniu 1985, kiedy to potwierdzono, że obejmie pozycję rezydenta. Jego brytyjscy przyjaciele byli podekscytowani perspektywą kierowania rezydenturą, ale jednocześnie niepokoiły ich rosnące podejrzenia kgb, w związku z trafnością materiału podanego do wiadomości Gorbaczowa. Gordijewski nie raportował zwierzchnikom z kgb żadnych źródeł brytyjskich, które mogły były dostarczyć mu materiałów tak ściśle odpowiadających autentycznym planom strony brytyjskiej. Skąd zatem znał je tak szczegółowo?
Pod koniec kwietnia 1985 Gordijewski został oficjalnie rezydentem kgb w Londynie. Otworzył sejf, w którym tradycyjnie powinien znaleźć tajne dokumenty i specjalne kody wyłącznie dla jego użytku. Tymczasem znalazł tylko jedną kopertę, a w niej fotokopie listów od Bettaney’ego, w których Anglik oferował swe usługi kgb. Treść tych listów była już publikowana w prasie brytyjskiej, więc zawartość sejfu była albo okrutnym żartem, albo poważnym ostrzeżeniem.
Po dwóch tygodniach, w których centrala całkowicie ignorowała nowego rezydenta, Gordijewski został ponownie wezwany do Moskwy. Szyfrowany telegram nadszedł 16 maja, w dzień po pierwszym spotkaniu Aldricha Amesa z kgb.
Decyzję, czy wracać do Moskwy, czy natychmiast przejść na drugą stronę, pozostawiono Gordijewskiemu, który zdecydował się na powrót. [6] Generalnie rzecz biorąc, agent w takiej sytuacji powinien być jak żona Cezara, tzn. ponad wszelkie podejrzenie. Najmniejszy cień wątpliwości jest zazwyczaj końcem kariery szpiega; na ogół, ale nie zawsze. Przykładem mogą służyć Philby i Blunt, czy choćby niesławnej pamięci Nosenko, za którymi podejrzenia ciągnęły się przez dziesiątki lat. Jeżeli jednak Gordijewski miał wrażenie, że jest podejrzewany wewnątrz kgb – a tak otwarcie twierdzi – to jego decyzja powrotu do Moskwy wydaje się szczytem odwagi albo szczytem głupoty. Jego argumentacja jest na pozór przekonująca: gdyby wiedzieli, że jest szpiegiem brytyjskim, to aresztowaliby go w Londynie, albo posłali speców od porwań z XIII departamentu; mogli wreszcie zaaranżować wypadek samochodowy czy zlikwidować go w inny sposób. Rzecz w tym, że rzadko kto rozumowałby w taki sposób w podobnej sytuacji. Ogromna większość podwójnych agentów przy pierwszym, najmniejszym tchnieniu podejrzenia, wieje, gdzie pieprz rośnie, bo już ślad nieufności może oznaczać śmierć.
W Moskwie
Drzwi jego moskiewskiego mieszkania były zamknięte na trzeci zamek, którego Gordijewski nigdy nie używał. Pewny znak, że apartament był wypełniony mikrofonami, a może nawet kamerami. Mimo to, ta sama myśl uspokoiła go ponownie: gdyby wiedzieli, to już byłby aresztowany. Macintyre dodaje od siebie, że kgb była „paradoksalnie legalistyczną organizacją”. Jako pułkownik kgb, Gordijewski nie mógł być aresztowany z powodu podejrzeń:
Istniały ścisłe reguły dotyczące torturowania pułkowników. [sic!] Cień czystek z lat 1936-38, kiedy tylu niewinnych zginęło, ciągle pozostawał. W 1985 należało zebrać dowody, postawić przed sądem, wydać wyrok.
Ciekawe, że Macintyre nie podaje tych rzekomych „reguł”. Chciałbym to widzieć. Czy np. te reguły mówiły, jakie napięcie prądu można przyłożyć do genitaliów pułkownika, a jakie zastosować wobec generała? Czy były to reguły równie rygorystycznie przestrzegane, jak prawa człowieka i obywatela gwarantowane w konstytucji stalinowskiej? A czym były procesy pokazowe z lat 30., jak nie karykaturą zbierania dowodów, przewodu sądowego, legalnego wyroku? Wszystkie wcielenia czeki były „paradoksalnie legalistyczne”, z naciskiem na paradoks. I czy doprawdy historyk nie powinien wiedzieć, że ludzie ginący w czystkach nie byli niewinni? Byli to w większości bolszewicy z rękami unurzanymi we krwi po łokcie, jak powiedział o sobie samym jeden z nich, Stiekłow.
Podejrzenie z całą pewnością wystarczyło do aresztowania. Być może posądzony o nielojalność agent nie byłby torturowany w roku 1985 tak brutalnie, jak za czasów Jeżowa, ale trudno mieć wątpliwości, że wydobyto by od niego przyznanie się do winy. Tymczasem Gordijewski był „wolny”, na ile wolnym być może obywatel raju krat. Jeżeli umieszczono w jego mieszkaniu kamery, to uczyniono tak, by sprawdzić, czy szukał podsłuchu:
Odtąd musiał założyć, że każde jego słowo jest podsłuchiwane, że każdy jego ruch jest obserwowany, każda rozmowa telefoniczna nagrywana. Musiał zachowywać się, jak gdyby wszystko było w najlepszym porządku.
Odtąd?!? A jak zachowywał się dotąd? Jak inaczej miał się zachowywać oficer kgb, kagebista z czekistów? Każdy z nich musiał się mieć na baczności zawsze i wszędzie, a już zwłaszcza ten, który spędził wiele czasu na zgniłym Zachodzie, niezależnie od tego czy miał kontakty z MI6. Nieufność była podstawą sowieckiego systemu. Każdy czuł się obserwowany i podsłuchiwany, na każdego można było złożyć donos. Gordijewski wiedział od dzieciństwa, że nie mógł mówić z nikim otwarcie i zawsze zachowywać się musiał, „jak gdyby wszystko było w najlepszym porządku”. Gordijewski trzymał ponoć książki Orwella i Sołżenicyna w pudełku pod łóżkiem, ponieważ „Liubimow doradził mu, że trzymanie ich na półce nie było dobrym pomysłem”. A ja, naiwny, myślałem, że każde dziecko w sowietach to wiedziało. A tu, proszę, subtelny słuchacz Bacha, nie wiedział. Ot, myślał sobie, będę trzymał „Archipelag Gułag” na półce, co mi tam.
Przez wiele dni Gordijewski siedział za biurkiem na Łubiance, gdzie nie miał nic do roboty, i czekał. Oficjalnie, czekał na zaproszenie na spotkanie z Kriuczkowem, ale według Macintyre’a czekał na aresztowanie. W poniedziałek 27 maja, wyczerpany bezsennością, wziął pastylkę kafeinową (otrzymaną od MI6), która dodała mu werwy i animuszu. Po przyjściu do biura został wezwany na spotkanie poza biurem z dwoma oficerami, którzy „chcą przedyskutować operacje londyńskiej rezydentury”. Czterech kagebistów zasiadło w małej willi za wysokim murem. Pojawiła się służba i podała panom oficerom armeński koniak i zakuski.
Wedle relacji Gordiewskiego, został poddany próbie. Podano mu zapewne „serum prawdy”, psychotropowy narkotyk sformułowany przez kgb, a znany pod nazwą SP-117. Był następnie przesłuchiwany przez wiele godzin przez generała Gołubiewa, szefa dyrektoriatu K, i pułkownika Budanowa, oficera śledczego kontrwywiadu. Byłoby zrozumiałe, gdyby przesłuchiwany w taki sposób człowiek, pamiętał zaledwie strzępy rozmów. O dziwo, Gordijewski zapamiętał bardzo wiele; np., że z pomocą przyszedł mu Kim Philby, a dokładniej jego porada, by „nigdy się nie przyznawać”. Toteż z uporem pijanego narkomana zaprzeczał wszystkiemu, a nawet wyrzucał swym dręczycielom, że „nie są w niczym lepsi niż tajna policja Stalina, wymuszająca fałszywe zeznania od niewinnych”. Tak im wygarnął towarzysz pułkownik.
Następnego dnia obudził się w czystej pościeli i z bólem głowy, ale na pewno nie w więzieniu. Budanow był wprawdzie obrażony i wyrzucał mu, że nie wolno znieważać dobrych komunistów przez porównanie do jeżowszczyzny, więc Gordijewski uprzejmie przeprosił, że pozwolił sobie na takie grubiaństwo, po czym udał się służbowym samochodem do domu, a nie do więzienia. Są dwie hipotezy wyjaśniające cudowne przeżycie testu: angielska pigułka kafeinowa mogła mieć ten niespodziewany efekt, że osłabiła działanie narkotyku albo Budanow chciał mu udowodnić, że jest lepszy od siepaczy Stalina, zatem postanowił trzymać go pod ścisłą obserwacją, bo niby dokąd miałby Gordijewski uciec?
28 maja żona i córki Gordijewskiego zostały wezwane do Moskwy. Poleciały pierwszą klasą, jak przystało na córkę i wnuczki generała kgb. Samemu Gordijewskiemu pomachano palcem przed nosem – „wiemy, że zdradzałeś nas od wielu lat, ale pozwolimy ci zostać w kgb” – i posłano na urlop. Gordijewski w odpowiedzi zaczął pić. Niektórzy znajomi komentowali, że był dotąd jedynym niepijącym oficerem kgb.
13 czerwca Aldrich Ames przekazał kgb pierwsze dokumenty dotyczące 25 podwójnych agentów. Według CIA, co najmniej 10 szpiegów wydanych przez Amesa zostało straconych. Ale nie Gordijewski. Nawet Macintyre pisze, że niniejszym pojawił się „dowód, na który czekał Budanow”:
Pomimo to, kgb nadal nie rzuciło się na ofiarę. Dlaczego tak się stało, nie zostało ustalone, ale kombinacja zbytniej pewności siebie, nieuwagi i ambicji jest zapewne najlepszym wyjaśnieniem: kontrwywiad był zajęty dwoma tuzinami szpiegów wydanych przez Amesa; Budanow chciał złapać Gordijewskiego in flagrante z MI6, by spowodować maximum kłopotów stronie brytyjskiej.
Zresztą, pod stałą obserwacją, Gordijewski nie miał żadnych możliwości ucieczki.
Plan
Plan ucieczki z Moskwy został sformułowany wiele lat wcześniej, wiosną 1978. MI6 zdołało uprzednio wykraść ludzi z Czech i Węgier, ale przeprowadzenie eksfiltracji z sowietów było uważane za niemożliwe. Plan był niepraktyczny i szaleńczo skomplikowany – domagał się na przykład obserwacji piekarni w Moskwie, niezależnie od tego czy Gordijewski był w Moskwie, czy nie – sygnałami były plastikowe torby z angielskich sklepów Safeway i Harrods, czekoladki marki KitKat i Mars, noszenie szarych rzeczy (w szarej Moskwie!) i kaszkiecików na głowach, niezależnie od pogody. Przekazywanie wiadomości miało się odbywać w galerii na piętrze w Soborze Św. Wasyla na Placu Czerwonym. Kiedy Gordiijewski chciał przekazać wiadomość, galeria była zamknięta. Wszyscy bez wyjątku uczestnicy eksfiltracji uważali to za błogosławieństwo, bo Plac Czerwony zawsze pełen był kagebistów.
Gordijewski gubił obstawę i zostawiał umówione sygnały, ale Brytyjczycy ich nie zauważali, a śledzący go kagebiści nie donosili gdzie trzeba, że zgubili delikwenta, bo bali się fatalnych konsekwencji dla ich własnej kariery. Wreszcie, 16 lipca, a więc w dwa miesiące po powrocie do Moskwy, w sześć tygodni po próbie psychotropowej, w miesiąc po donosie Amesa, Gordijewski, ubrany w szary garnitur i duński kaszkiecik (w upalny letni dzień), uzbrojony w torbę Safewaya, stanął przy krawężniku przed sklepem z pieczywem. Macintyre twierdzi, że wybór miejsca i cała sytuacja wydały mu się nagle „idiotycznie rzucające się w oczy”. Specem od szpiegostwa nie będąc, wyznaję, że mnie się to wydawało idiotyczne od początku do końca.
Oficer MI6, któremu tego dnia przypadło monitorowanie piekarni, utknął w korku, ale przez dziwny zbieg okoliczności, inny oficer przejeżdżał tamtędy na kolację. Nie mógł jednak zawrócić, by dać sygnał rozpoznawczy, bo wszyscy obcokrajowcy byli pod stałą obserwacją. Po dłuższym czasie, gdy Gordijewski już miał opuścić swój posterunek przed piekarnią, spóźniony oficer dotarł na miejsce i przeszedł obok z torbą Harrodsa w ręku, zajadając angielską czekoladkę. I tak rozpoczęła się jedna z najsławniejszych ucieczek końca XX wieku.
Zespół kgb, śledzący Gordijewskiego, zgubił go już kilkakrotnie, więc wydawać by się mogło, że powinni być bardziej ostrożni. Ale i tym razem zgubił ich bez trudu, by udać się w stronę granicy fińskiej, gdzie na z góry wybranym przydrożnym parkingu miał czekać, na samochód MI6, który miał go przewieźć przez granicę w bagażniku. Sam pomysł, że zagrożony agent może ujść inwigilacji, a następnie przemieszczać się po sowietach w kierunku jednej z niewielu granic z krajem zachodnim – Finlandia była wprawdzie sfinlandyzowana, ale nie była demoludem – jest najzwyczajniej w świecie niedorzeczny.
Eksfiltracja
Plan zakładał, że cała rodzina Gordijewskiego, a więc dwie córki i żona także, miała być wykradziona z sowietów. Potrzebne były zatem dwa samochody z dużymi bagażnikami, żeby przewieźć czwórkę uciekinierów przez granicę. Samochody dyplomatyczne tradycyjnie nie są przeszukiwane, ale sowieci znani byli z łamania tego zwyczaju. Jak postąpiliby zaalarmowani, że znajdujący się pod obserwacją szpieg, nagle zniknął?
Nie zamierzam przytaczać szczegółów ucieczki, a Macintyre opowiada równolegle, co się działo w Londynie, w Finlandii, wśród przygotowujących ucieczkę w Moskwie Anglików, w centrali kgb – i wreszcie co dokładnie robił Gordijewski. Zatrzymam się ponownie tylko nad pewnymi aspektami wydarzeń między 18 i 20 lipca 1985 roku. Dość powiedzieć, że eksfiltracja była od początku do końca zbiegiem szczęśliwych okoliczności i nieprawdopodobnych skrętów fortuny.
Oficerowie przygotowujący ucieczkę w ambasadzie w Moskwie, ogarnięci byli przekonaniem o daremności swych wysiłków. Wielu zauważyło większą niż zwykle aktywność kgb pod piekarnią, gdy pojawił się tam tajemniczy osobnik z torbą Safewaya. Warto podkreślić, że obserwowali to miejsce od lat, byli więc dobrze obeznani z ilością przechodniów i z poziomem ruchu kołowego – tym razem uderzył ich niespodziewany ruch. Podejrzewali więc, że wchodzą w zwolnionym tempie w pułapkę kgb.
Nawet jeżeli mieliśmy wpaść w zastawione sidła, mówił po latach jeden z nich, nie mieliśmy wyboru, musieliśmy brnąć przed siebie. Sygnał ucieczki został podany.
Gordijewski spędził dzień z matką i siostrą, po czym zadzwonił do Liubimowa, któremu podał zakodowaną wiadomość, o której mówiłem na wstępie: „Czy pamiętasz Mr Harrington’s Washing?” Macintyre komentuje postępek Gordijewskiego jako „nieroztropność” – osobiście nazwałbym to szaleństwem – ale interpretuje go jako akt kulturalnego buntu, manifestację kulturowej wyższości nad gruboskórnymi niedojdami z kgb.
Dyplomaci zachodni potrzebowali specjalnego zezwolenia kgb na opuszczenie raju krat. W tym celu musieli otrzymać specjalną tablicę rejestracyjną na wyjazd, którą zakładał tylko jeden warsztat w Moskwie. Tymczasem jedna z żon oficerów zgubiła swoje prawo jazdy, a bez tego o żadnym wyjeździe mowy być nie mogło. Nowe sowieckie prawo jazdy pojawiło się w ambasadzie cudownie na godzinę przed zamknięciem rzeczonego warsztatu. Ot, szczęśliwy traf. Tylko, że takie trafy nie zdarzały się w Moskwie, toteż wszyscy uczestnicy przygotowań uznali to za ostatnie delikatne popchnięcie w stronę zastawionych sideł.
Gordijewski pozbył się obstawy po raz Bóg wie który, i ponownie nikt nie raportował jego zniknięcia. Pojechał nocnym pociągiem do Leningradu i spadł z najwyższej kuszetki, czym zwrócił na siebie uwagę pasażerów. Nawet Macintyre zwraca uwagę, że kagebiści powinni coś zrobić w sprawie zniknięcia wysokiego oficera podejrzanego o współpracę z wrogiem – przesłuchać sąsiadów, przeszukać mieszkanie, aresztować rodzinę, wzmóc kontrolę na granicy – ale nie zrobili nic. Gordijewski pomykał w stronę granicy fińskiej, a kiedy znalazł się w okolicy przydrożnego parkingu, skąd mieli go zabrać angielscy dyplomaci, to zamiast ukryć się w krzakach… pojechał autostopem na piwo.
Być może jest psychologicznie zrozumiałe, że człowiek żyjący od kilku miesięcy w stałym napięciu i realnym zagrożeniu życia, postępuje w sposób aż tak skrajnie idiotyczny. Może. Ale według wszystkich relacji, Gordijewski był zawsze bardzo profesjonalny, a do tego raczej – nudny. Skąd więc nagle taka fantazja? Napić się wodnistego sowieckiego piwa ostatni raz przed opuszczeniem socjalistycznej ojczyzny? Ale i na tym nie koniec, bo oto nasz szpieg zasnąć miał w knajpie nad kuflem piwa i w rezultacie musiał biec w kierunku miejsca spotkania.
Dwa zachodnie auta z dyplomatycznymi tablicami rejestracyjnymi jechały mu na spotkanie, ale razem z nimi jechała czekistowska obstawa w ni mniej ni więcej tylko w trzech samochodach: kagebiści z przodu i dwa radiowozy za nimi. I taki to konwój miał zabrać uciekiniera. Na 10 kilometrów przez miejscem spotkania zatrzymani zostali przez inny konwój: kolumnę czołgów i wozów wojskowych. Po przepuszczeniu jej Brytyjczycy ruszyli z piskiem opon i pozostawili kagebistów na tyle daleko z tyłu, że zdołali nie zauważeni skręcić na wybrany parking.
Anglicy spodziewali się czwórki uciekinierów, więc śmierdzący alkoholem obdartus, który wyszedł z zarośli wzbudził ich podejrzenia. Sam Gordijewski natomiast był skonsternowany widokiem koszyków na piknik i niemowlęciem w objęciach jednej z dam. Po dłuższej chwili wzajemnego mierzenia się wzrokiem, Gordijewski zapytał po angielsku: który samochód?
Po dotarciu do punktu, gdzie czekała skołowana obstawa, Brytyjczycy spodziewali się, że zostaną zatrzymani, byli przecież w strefie nadgranicznej. Ale nic podobnego nie zaszło i cały konwój dojechał bez przeszkód do granicy fińskiej, gdzie odbyła się jedna z najdziwniejszych eksfiltracji w historii szpiegostwa.
Anglicy mieli obawy, że pasażer w ich bagażniku – śmierdzi. Śmierdzi brudem, potem i alkoholem, co jest typową mieszanką dla Rosjanina, ale nie dla dyplomatycznego auta. Wszystkie pojazdy przekraczające granicę były obwąchiwane przez psy milicyjne, na co Brytyjczycy mieli z góry ukartowany plan. Rozsypali na ziemi i poczęstowali psy najbardziej cuchnącymi płatkami kartoflanymi o smaku sera i cebuli, ale prawdziwym asem w rękawie okazało się niemowlę, które trzeba było przewinąć na pokrywie bagażnika. A w bagażniku ukrywał się szpieg.
Przekroczywszy granicę fińską, Brytyjczycy włączyli symfonię Sibeliusa pt. „Finlandia”.
_____
6. Warto tu zaznaczyć, że jest to jeden z niewielu punktów niezgody między Gordijewskim i jego oficerami prowadzącymi z MI6. Gordijewski twierdzi, że zmuszono go do powrotu, czemu Brytyjczycy zdecydowanie przeczą.