Głód wiedzy o <i>Hołodomorze</i> (czyli pani Applebaum w piętkę goni) IV
Anne Applebaum podsumowuje Hołodomor tak: klęska nie była wynikiem nieurodzaju, ani złej pogody. Wprawdzie chaos kolektywizacji przyczynił się do ilości ofiar, ale głód był wynikiem „usuwania siłą pożywienia z ludzkich domostw; kontroli i barier na drogach, które uniemożliwiły głodującym znalezienie posiłku; czarnych list; restrykcji handlu; i wreszcie propagandy, która przedstawiała głodujących jako wrogów ludu”. Po czym dodaje z domniemanym triumfem, że „zapisy archiwalne potwierdzają wspomnienia tych, którzy przeżyli”. Co to za historia, która szuka potwierdzenia w podejrzanych archiwach? „Stalin nie próbował wymordować wszystkich Ukraińców,” kontynuuje autorka, „ale chciał fizycznie wyeliminować najbardziej aktywnych i zaangażowanych.”
Mamy tu więc do czynienia z trzema zjawiskami, trzema zagadnieniami na zakończenie rozważań o Hołodomorze. Po pierwsze, kwalifikacja zbrodni jako notorycznego „ludobójstwa”. Po drugie, jest tu dolegliwa kwestia stosunku do sowieckich archiwów. Poruszaliśmy ją na naszej witrynie wielokrotnie, ale domaga się to kolejnej analizy w świetle książki Applebaum. I wreszcie „kwestia ukraińska”. Na ile był Hołodomor wyrazem walki sowietów z narodowym ruchem wyzwoleńczym i jakie są tego konsekwencje dziś? Zajmijmy się więc tymi trzema problemami.
Ludobójstwo
Użycie słowa „ludobójstwo” prowadzi nas prostą drogą do pracy lwowskiego jurysty, Rafała Lemkina, autora prawnej koncepcji ludobójstwa. Lemkin, urodzony w okolicach Wołkowyska, a wykształcony we Lwowie we wczesnych latach 20., jak wielu Polaków z tamtych stron, znał ludobójcze tendencje bolszewików lepiej, niż ludzie na Zachodzie, toteż osobiście wypowiadał się wielokrotnie i bez ogródek na temat „sowieckiego ludobójstwa na Ukrainie”.
Applebaum zdaje sobie z tego sprawę i rzetelnie referuje jego poglądy. Podkreśla, że wedle Lemkina, sowietyzacja Ukrainy i Hołodomor należały do klasycznych przykładów ludobójstwa, a jednak, ku memu zdumieniu, odrzuca taką klasyfikację prawną tej zbrodni! Odrzuca, ponieważ „koncepcja ludobójstwa stała się częścią międzynarodowego prawa w zupełnie innym kontekście: procesów norymberskich i batalii prawnych, które potem nastąpiły”. Nazwijmy rzecz po imieniu. Stalin nie mógł się zgodzić na szerszą definicję ludobójstwa, gdyż potencjalnie otwierałoby to drogę do wytoczenia procesu sowietom. Potencjalnie, bo nie w rzeczywistości, gdyż brakło wówczas, jak i zawsze, politycznej woli postawienia przed międzynarodowym sądem najgorszych zbrodniarzy, jakich ziemia nosiła. Applebaum dostrzega problem i określa to tak:
Pomimo, że Lemkin argumentował za rozszerzeniem terminu i nawet opisał sowietyzację Ukrainy jako „klasyczny przykład sowieckiego ludobójstwa”, trudno jest dziś zaklasyfikować ukraiński głód albo jakąkolwiek inną zbrodnię sowiecką, jako ludobójstwo w świetle prawa międzynarodowego. To nie dziwne, zważywszy, że sowiety brały udział w formułowaniu prawa w taki sposób, by uniemożliwić zaklasyfikowanie sowieckich zbrodni, z Hołodomorem włącznie, jako ludobójstwa.
Powszechny jest wśród zachodnich historyków pogląd, że głód nie był wywołany celowo. Np. znakomity skądinąd Orlando Figes odrzuca tę interpretację „Rząd był zaskoczony głodem,” twierdzi. Jak wobec tego wytłumaczyć odbieranie ostatnich ziarenek ludziom bezpośrednio dotkniętych głodem? Jak wyjaśnić blokadę strefy głodu, uniemożliwianie ucieczki głodującym? Jak zinterpretować złośliwe i bezpodstawne oskarżenia ofiar o wyimaginowane zbrodnie? Na te pytania Figes nie odpowiada. Takie jednak nie jest stanowisko Applebaum.
Kilkakrotnie wspominałem tu już Sheilę Fitzpatrick, autorkę recenzji z Czerwonego głodu w lewicowym The Guardian. Bez owijania w bawełnę: Fitzpatrick jest czerwona, jest bezwstydną apologetką Stalina. W swej recenzji napisała, jak dobrze świadczy o Applebaum, że ostatecznie nie zaakceptowała argumentów, by zaklasyfikować Hołodomor jako akt ludobójstwa, na co Applebaum, ku memu zdziwieniu, zareagowała z furią tu:
To jest dokładne przeciwieństwo tego, co napisałam – odwrócenie o 180 stopni. Moja teza brzmi, że głód pasuje doskonale do oryginalnej definicji ludobójstwa, jak ją stworzył prawoznawca Rafał Lemkin. Centralnym punktem mojej książki, którego [Fitzpatrick] nigdy nie dotyka, jest teza, że Stalin umyślnie użył głodu nie tylko dla zabicia Ukraińców, ale również w celu zniszczenia ukraińskiego ruchu narodowego, który uważał za zagrożenie dla władzy sowieckiej, a także by zniszczyć ideę niepodległego państwa ukraińskiego na zawsze.
Tłumaczę także, jak podczas debaty w Narodach Zjednoczonych na temat konwencji do spraw karania ludobójstwa w latach 40., delegacja sowiecka zmieniła prawną definicję, specjalnie by uniknąć włączenia głodu, co z kolei uniemożliwia zaklasyfikowanie głodu jako „ludobójstwa” w obowiązującym prawie międzynarodowym. Czy Fitzpatrick nie rozumie rozróżnienia?
Trudno mi doprawdy wyobrazić sobie wiele punktów, w których mógłbym się zgodzić z poputczykiem tak godnym politowania, jak Sheila Fitzpatrick, ale w tej sytuacji niestety i ja odniosłem takie samo wrażenie: Applebaum odrzuciła klasyfikację prawną Hołodomoru jako ludobójstwa.
Kiedy człowiek zbyt długo goni w piętkę, to w końcu może zasupłać się sam w węzeł gordyjski, obwarowany taką masą zastrzeżeń, że już ani on sam, ani nikt wokół nie wie, czy ten oto biały sufit nad głową jest szary, czarny czy różowy, i czy jest doprawdy nad głową, a nie pod stopami. Spróbujmy jednak rozplątać ten misterny kłębek sprzeczności.
Applebaum zdaje się twierdzić, że skoro międzynarodowa konwencja do spraw karania zbrodni ludobójstwa nie nazywa ludobójstwem rozmyślnego i systematycznego zagłodzenia milionów ludzi na śmierć, to sprawa jest zamknięta, nie wolno się dalej spierać, tylko otrzeć ręce z krwi niewinnych ofiar i brać się do pisania kolejnej książki. Być może powinniśmy przyjąć to jako generalną zasadę jurysprudencji? Kanibale niech zdefiniują kanibalizm tak, by wykluczyć jedzenie ludzi jako zbrodnię. Zwróćmy się do gwałcicieli, niech określą gwałt na użytek międzynarodowego prawa tak, jak im wygodnie. Niechaj złodzieje ukształtują konwencje prawne definiujące, co stanowi kradzież. W końcu, każdy z nich ma ważne doświadczenia na polu ich życiowej specjalizacji, a wedle modernistycznej ortodoksji, „doświadczenia nie da się zastąpić niczym”.
Odkąd międzynarodowa jaczejka bolszewicka pod dość dowolną nazwą „narodów zjednoczonych”, w której Stalin miał od samego początku trzech reprezentantów – „Rosję”, „Białoruś” i „Ukrainę”, tak jest Ukrainę – zanim jeszcze dodatkowych głosów dostarczyły mu wszystkie demoludy, o których zniewoleniu tak ciekawie pisała kiedyś Applebaum; odkąd ta żałosna instytucja sformułowała definicję ludobójstwa pod dyktando sowieckich ludobójców, to już nie ma o czym mówić i trzeba przyjąć ich definicję jak słowo objawione. I to mówi autorka książki o gułagu!… Czerwonych katów Ukrainy, Balickiego, Kosiora i tylu innych, o których mowa w Czerwonym głodzie, Stalin wykończył w czystkach w kilka lat później, ale ich ukraińscy następcy sami mieli ręce unurzane we krwi po łokcie, gdy z powagą brali udział w debatach „zjednoczonych narodów” nad definicją ludobójstwa. Mieli bez wątpienia wiele doświadczenia w tej kwestii, ale nie jest to doświadczenie, na które wypada się powoływać Anne Applebaum w książce o Hołodomorze. Jej zdaniem, kiedy już raz skonsultowaliśmy kanibali, zaciągnęli opinii u ludobójców i wysłuchali zdania gwałcicieli, jak byłoby dla nich najlepiej skonstruować ramy prawne w dziedzinach ich szczególnych zainteresowań, to odtąd wykazać się musimy szacunkiem dla prawa i nie podważać go przenigdy, na wieki wieczne. I niech nas Ręka Boska broni przed jakąkolwiek krytyką. Jedenaste Przykazanie: nie krytykuj! A w tym wypadku, trzymaj się litery prawa ustanowionego pod sowiecką presją – i nie waż się go krytykować.
W znanej anegdocie o słoniu, sowieciarz miał powiedzieć:
„Stalin powiedział o słoniu…” i basta, żadnego sprzeciwu, żadnej krytyki, żadnej wątpliwości, wszystko jasne, wszystko wiadome.
Czy Applebaum nie staje szokująco blisko takiego stanowiska?
Sowieckie archiwa
Jak już wspominałem kilkakrotnie, stosunek Applebaum do zawartości sowieckich archiwów jest złożony, ale w niektórych wypadkach pozostaje dla mnie niezrozumiały.
Sowiecka łżeczywistość ma specyficzny status ontyczny: istnieje nie to, co jest, ale to co powiedziano, że jest (dla uniknięcia nieporozumień: istnieje naprawdę tylko jedna rzeczywistość, więc w tym wypadku mowa zaledwie o sowieckiej pseudo-ontologii). A ponieważ tylko jeden autorytet ma władzę nazywania, władzę określania, co jest, a co nie istnieje, to trzeba podchodzić z najwyższym sceptycyzmem do wszelkich dokumentów w sowietach. To samo dotyczy artykułów prasowych, jak i tajnych sprawozdań, dzieł sztuki i wypowiedzi ludzi na ulicy, głośnych enuncjacji i skrywanych raportów – wszystko było (i jest) w zamierzeniu kłamliwe, gdyż służyło propagandowemu obrazowi. Ich zasadniczym, a może wręcz jedynym, zadaniem była falsyfikacja rzeczywistości, dostosowanie jej do narzuconego z góry obrazu. Wszędzie na świecie i zawsze w historii, ludzie kłamali i będą kłamać, ale w komunistycznych krajach mamy do czynienia z innego rodzaju fałszem, bo czym innym jest na przykład podkolorowanie własnej roli w historycznych wydarzeniach, a czym innym stworzenie dokumentów, dowodzących, że stało się coś, co się nigdy nie stało. Innymi słowy, każdy sowiecki dokument może być potencjalnie fałszywy.
Jest oczywiste, że tak doświadczona obserwatorka sowieckiego świata i bywalec wielu archiwów, jak Anne Applebaum, doskonale rozumie powyższe trudności. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że i tu w piętkę goni. Podaje na przykład dwa wypadki listów do redakcji sowieckich gazet, które stawiają jej osąd pod znakiem zapytania.
Niestety pierwszy przypadek z roku 1927 nie jest dla mnie jasny. Ogpu miało „odnotować anonimowy list” nadesłany do nieznanego pisma, traktujący o niewoli ukraińskiego chłopa „pod butem mowskiewsko-żydowskim” i pod „carami z czeka”. Wygląda na to, że list nie został opublikowany, a oddany przez redakcję w ręce czekistów. Applebaum podaje go jako przykład rosnącego oporu na Ukrainie, ale sama wie doskonale, że mogła to być część kampanii przygotowującej de-ukrainizację albo nawet tylko sprawdzian lojalności redaktorów.
Drugi przykład jest jeszcze dziwniejszy. Anonimowy list nadesłany został z rejonu Połtawy do pisma Kommunist (autorka nie podaje daty, ale najwyraźniej po 1932 roku) i uznany za aż tak ważny, że raport posłano samemu Stalinowi. „Fizyczne zniszczenie ukraińskiego narodu, jest historycznie bez precedensu… był to jeden z głównych celów nielegalnego programu bolszewickiego centralizmu.” List taki mógł wyjść albo od rewizjonistycznego członka kompartii, na co wskazuje nacisk na rzekomą „nielegalność” centralizmu, jak gdyby bolszewicka decentralizacja była wcieleniem legalizmu; albo wyszedł z ogpu. Applebaum przykłada większą wagę do tego listu, ponieważ uzasadnia on jej tezę, że Hołodomor był walką z nacjonalizmem, ale jest co najmniej równie możliwe, że list był prowokacją.
Muszę ponownie podkreślić, że autorka jest świadoma tych dwuznaczności. Kiedy w innym miejscu relacjonuje antymoskiewskie hasła „ludowej republiki ukraińskiej”, to komentuje przytomnie:
Te teorie mogły być również stworzone przez kolektywną wyobraźnię OGPU. Niektóre ugrupowania i ulotki mogły być wyprodukowane przez tajną policję. Jedną z ich technik, przejętych od ich carskich poprzedników, było stworzenie fałszywych ruchów opozycyjnych i organizacji, których zadaniem było przyciągnięcie potencjalnych dysydentów w celu ich zdemaskowania.
Wyraża także wątpliwości, co do zawartości archiwów, gdy rozważa, czy istniały pisemne rozkazy regulujące zachowanie poszukiwaczy ziarna z grup rekwizycyjnych:
Być może nie było pisemnych rozkazów, albo zostały zniszczone wraz z innymi materiałami archiwalnymi z tego okresu na Ukrainie, które, zarówno na prowincjonalnym i regionalnym poziomie, są znacznie uboższe niż archiwa rosyjskie z tych samych czasów.
Wiadomo z wielu źródeł, że archiwa sowieckie poddawane były wielokrotnym czystkom. Choć niszczone materiały same nie musiały być wcale prawdziwe, to bez wątpienia nie mniej przez to kompromitujące. Applebaum sama przytacza zeznania świadków niszczenia ksiąg zgonów i fałszowania statystyk. Wziąwszy to wszystko razem, całą jej wiedzę na ten temat, wszystkie te wątpliwości, nie potrafię doprawdy pojąć, dlaczego aż tyle wagi przywiązuje do materiałów archiwalnych. Już na wstępie, pisze, że dopiero dostęp do archiwów ukraińskich umożliwił przedstawienie syntetycznego obrazu klęski. W innym miejscu przytacza historię, jak za czasów Gorbaczowa dano historykom ukraińskim dostęp do tajnych materiałów, by pomóc im odeprzeć „faszystowskie oskarżenia”, ale wynik był niespodziewany. Partyjni historycy przekonali się oto, że głód nie był wcale wymysłem wrogów. Z czego wynika, że sowieckie archiwa przekonują bolszewików, ale czy do nich zwraca się Applebaum?
Najbardziej bolesne – a używam tego słowa z pełną świadomością, bo Applebaum pozostaje w moich oczach w pierwszym rzędzie autorką znakomitej książki o gułagu – jest jej naleganie na „dowody”. Skoro nie ma potwierdzenia w archiwach, to znaczy, że nie ma dowodu w ogóle, twierdzenie pozostaje hipotezą, albo jeszcze mniej – subiektywną interpretacją.
Sens pracy historyka – ale także sens działalności publicystycznej, którą Applebaum para się na co dzień – nie może być zredukowany do poszukiwania archiwalnego potwierdzenia zbrodni u samego zbrodniarza. Gdyby tak było, to przyznanie się do winy w moskiewskich procesach pokazowych powinno być końcem historii. Wielokrotnie w swej narracji autorka obstaje, że „brak dowodów na premedytację”, że „nie ma śladu wydanego rozkazu” i temu podobne niedorzeczności, które prowadzą ją do odrzucenia tez o premedytacji jako zaledwie „interpretacji”, gdy sama wskazuje na istnienie wystarczająco wielu przekonujących dowodów, by obciążyć zbrodniarzy pełną odpowiedzialnością.
Wydaje mi się to wielką słabością jej pracy.
Nacdemszczyzna i demokratura
Centralnym założeniem książki Applebaum jest teza, że Hołodomor był narzędziem w rozmyślnej i szeroko zakrojonej akcji unicestwienia ukraińskiego ruchu narodowego. Teza ta wydaje mi się głęboko niesłuszna i oparta na nieporozumieniu. Klamrą jej pracy jest twierdzenie, że „głód zniszczył nacjonalistyczne tendencje na Ukrainie, ale ruch narodowy został wskrzeszony w roku 1991 i przywódcy współczesnej Rosji nadal kwestionują prawowitość państwa ukraińskiego”. Mamy tu piękną symetrię i eleganckie, błyskotliwe wyjaśnienie współczesności, choć niewiele w tym historycznej ścisłości.
Autorka traktuje historię sowietów jako część historii Rosji i Ukrainy i nie jest w tym odosobniona. Jednak zaczątek wszystkich nieszczęść Ukrainy w ostatnich 100 latach, nie leży wśród Wiśniowieckich i Chmielnickich, nie wśród Kozaków i hajdamaków, czyli tam, gdzie ukraiński ruch narodowy szuka swych korzeni, ani w imperialnych zakusach domu Romanowych – tylko w bolszewickim przewrocie. Zamiast dostrzec w rewolucji zasadniczą cezurę, Applebaum widzi ciągłość. Konsekwentnie, dzisiejsze przepychanki na Ukrainie są dla niej także tylko dalszym ciągiem. I tak na przykład, „dzięki rosyjskiej presji, naród jednoczy się w języku ukraińskim, jak nigdy od lat dwudziestych ubiegłego wieku”. Ale przecież sama pisała wcześniej, że w latach 20. to była tylko wygodna dla Moskwy polityka ukrainizacji. Z jednej strony, widzi zatem, że metody pozostały te same, że intencje są identyczne, ale z drugiej, nie zauważa, że ma do czynienia z sowiecką ciągłością, a nie z wolną Ukrainą. Co więcej, nie dostrzegając, że leninowski pucz przeciął continuum historii Rosji i Ukrainy, czepia się kurczowo każdej powierzchownej analogii między stosunkiem carskiej Rosji do Małorusów (czyli mniej więcej współczesnych Ukraińców i Białorusinów), a podejściem bolszewickiej Moskwy do Ukraińców i Putina do rzekomo „wolnej Ukrainy”, co zakrawa na ahistoryczny nonsens (nawet jeżeli niestety wszyscy powtarzają ten sam nonsens w korytarzach zachodnich uniwersytetów i w redakcjach liberalnych gazet).
Różnica jest zasadnicza: dla Rosji ruch narodowy na Ukrainie był zagrożeniem. Dla sowietów był i jest – narzędziem.
Kolonizacja Ukrainy była głównie narzędziem do sowietyzacji. Applebaum podaje rozliczne przykłady, że zniszczenie wolnego chłopstwa, z jego kontrrewolucyjnym przywiązaniem do ziemi, do własności, a dalej dopiero z aspiracjami niepodległościowymi, było nadrzędnym celem (który wygodnie, dla propagandowych celów, zastąpiony został problemem zaopatrzenia). Teoretyczny, marksistowski pomysł „przemienienia chłopów w proletariat” został wprowadzony w życie na Ukrainie na przełomie lat 20-30 nie po to, żeby „zniszczyć ruch niepodległościowy”, ale wyłącznie dla masowej sowietyzacji.
Ukrainizacja z lat 20., do której Applebaum przykłada taką wagę, była częścią planu sowietyzacji, tego co Józef Mackiewicz nazywał „nacdemszczyzną” albo „narodowym nepem”. Nadanie bolszewizmowi „narodowej twarzy” czyniło go w oczywisty sposób bardziej atrakcyjnym, łatwiejszym do zaakceptowania. Lenin zastosował tę taktykę na Ukrainie już w 1918 roku (o czym była mowa w części II). Pod koniec lat 20. uznano w Moskwie, że „taktyka nacjonał-komunizmu osiągnęła rezultaty wystarczające, zrobiła swoje”, pisał Mackiewicz w Zwycięstwie prowokacji, „należy więc z nią skończyć i przejść do następnego etapu”, którym było rozgromienie „burżuazyjno-nacjonalistycznego odchylenia w łonie partii” i dokręcenie śruby poprzez brutalne rozkułaczenie i kolektywizację. Applebaum natomiast widzi w nacdemszczyźnie na Ukrainie coś w rodzaju idealnego, nacjonalistycznego raju, ukraińskiej Arkadii, do której z utęsknieniem powraca w marzeniach umęczony naród. Zdaje się tym samym zapominać, że była to zaledwie tymczasowa koncesja udzielona wybranym bolszewikom ukraińskim – i nikomu innemu. Nacjonał-komunizm z lat 20. nie był z pewnością żadnym zagrożeniem dla Stalina. Podobnie jak nacjonał-komunizm Gomułki nie był groźny dla Chruszczowa.
„W 1990 stało się to, czego Stalin obawiał się najbardziej,” pisze Applebaum. „Ukraina zadeklarowała niepodległość.”
Jak próbowałem wykazać w I części, podpierając się Lievenem, ruski charakter Ukrainy miał kluczowe znaczenie dla zachowania narodowej natury imperium rosyjskiego. Ale Imperium carów mogłoby trwać i bez Ukrainy. A sowiety? Leninowi Ukraina potrzebna była jako kolonia, jako źródło żywności i materiałów dla centrali rewolucji światowej. Dla utrzymania Ukrainy należało ją zsowietyzować na równi z każdym innym terytorium. Fazy ukrainizacji i de-ukrainizacji były częścią tego samego procesu. Applebaum tymczasem podtrzymuje klasyczną tezę, że nacjonał-komunizm – czy to z lat 20., z lat 50., czy w swym dzisiejszym wcieleniu – jest jakoś mniej komunizmem, że jest lepszy, jest „postępem”, jest krokiem w stronę wyzwolenia. W jej oczach Skrypnyk i Chwylowyj, będąc ukraińskimi nacjonalistami, byli przez to mniej bolszewikami. W rzeczywistości byli bardziej groźnymi komunistami i to samo niestety dotyczy Krawczuka, Janukowycza, Juszczenki i wszystkich innych głośnych postaci współczesnej Ukrainy.
Applebaum przypisuje dzisiejsze problemy na Ukrainie – nieufność wobec instytucji państwowych, korupcję, słabość instytucji narodowych – wyniszczeniu elit ukraińskich w latach 20. i 30. Tylko że członkowie tych elit byli w większości bolszewikami lub ich poputczykami. Ofiarami Hołodomoru nie padły nacjonał-komunistyczne elity, ale najlepsi, najbardziej pracowici, uczciwi i wierzący chłopi, którzy nie nadawali się do sowietyzacji, bo zaciętą, kułacką nienawiścią, z całego serca nienawidzili bolszewii.
O ile bolszewicki pucz całkowicie zerwał ciągłość dziejową Ukrainy i Rosji, to tzw. „upadek komunizmu”, niczego nie przeciął, a podtrzymał w swym istnieniu te same instytucje i te same problemy. Z klasycznie ukraińskim, wisielczym poczuciem humoru, poddani dzisiejszych kacyków kijowskich ochrzcili panujący tam od ćwierć wieku system, mianem „demokratury” czyli barbarzyńskiej i obleśnej sowieckiej „nomenklatury”, odzianej w nowo skrojone, fantazyjne, demokratyczne ubranko.