Głód wiedzy o <i>Hołodomorze</i> (czyli pani Applebaum w piętkę goni) III
Nowy szczep
Anne Applebaum identyfikuje trzy główne „decyzje” Moskwy, które doprowadziły do masowego głodu: 1. Nakaz rekwizycji ziarna przy jednoczesnym wprowadzeniu czarnych list i kontroli granic między regionami i kontroli transportu; 2. Zakończenie ukrainizacji; 3. Bezwzględne poszukiwanie ziarna i odbieranie żywności. Jako motto do rozdziału o rekwizycjach, podaje cytat z eseju Maksyma Gorkiego z 1922 roku „O ruskim chłopie”. Otóż zdaniem barda rewolucji, „jak Żydzi, których Mojżesz wyprowadził z egipskiej niewoli, półdzicy, głupi, ociężali ludzie z ruskich wiosek wymrą, a na ich miejsce przyjdzie nowy szczep – ludzi wrażliwych, oczytanych i serdecznych”. Nu, tam Gorki, bolszewicka jego chrząstka, czego innego się po nim spodziewać? Bardziej interesuje mnie tu intencja, z jaką autorka użyła tego motto. Mojżesz prowadził lud żydowski po pustyni przez 40 lat, co nie jest łatwe, zważywszy rozmiary półwyspu Synaj, ale Mojżesz pragnął, by wymarły wśród ludu niewolnicze nawyki, by wolni ludzie weszli do Ziemi Obiecanej. Może tu być więc wezwanie do zrzucenia kajdan, wezwanie do trudnej, indywidualnej wolności. Znając książki Applebaum o gułagu i zniewoleniu Europy Wschodniej, trudno sobie wyobrazić, by mogła przyjąć taką wykładnię.
Druga, bardziej prawdopodobna możliwość jest taka, że idzie tu o sowietyzację, o przekucie ludu w „nowy szczep” ludzi sowieckich (choć wrażliwość i serdeczność będziemy musieli złożyć na karb licentia poetica piewcy bolszewizmu). Ale jest jeszcze trzecia interpretacja, która kładłaby nacisk na słowo „wymrą”. Ci rzekomo tępi i ociężali ludzie z ruskich siół, muszą odejść, muszą zniknąć. Rewolucja nie ma czasu, rewolucji się spieszy, nie może czekać 40 lat, aż stary chrzan, którego się nie przemieni, zdechnie śmiercią naturalną. Trzeba będzie temu półdzikiemu ludowi pomóc zejść z tego padołu łez, żeby zrobił miejsce dla ludzi wrażliwych – na nakazy i zakazy; oczytanych – w tym tylko, co się im poda do czytania jako politycznie poprawne; i serdecznych – w swej nienawiści do wrogów i szkodników, niebieskich ptaków i bumelantów, faszystów i imperialistów wszelkiej maści.
Załóżmy, że taka właśnie intencja przyświecała Applebaum, gdy umieściła ów cytat na wstępie do rozdziału o zniszczeniu wsi ukraińskiej i w tym świetle spójrzmy raz jeszcze na niektóre jej słowa. Powtarza na przykład kilkakrotnie, że posunięcia Stalina prowadziły wprost do kataklizmu, jakim był Hołodomor:
Naleganie, żeby chłopi dostarczyli ziarno, które wedle Stalina powinno było istnieć, stworzyło humanitarną katastrofę.
Czy wiele różni się takie stanowisko od zaprezentowanego w I części poglądu Sheili Fitzpatrick (i wielu innych „sowietologów”), że „państwo nie wiedziało, ile ziarna było w posiadaniu chłopów, ale podejrzewało (słusznie), że wiele było w ukryciu”? Applebaum przytacza poglądy innych, zwłaszcza ukraińskich historyków, którzy widzą telegram Stalina z 1 stycznia 1933 do przywódców ukraińskiej kompartii, jako ostateczny i jasny dowód, że masowy głód został zaplanowany. Wielki Soso domagał się w nim użycia dekretu z 7 sierpnia 1932 (była o nim mowa w części II) o „karaniu kradzieży dóbr państwowych”, w celu ścigania chłopów ukrywających ziarno. Dlaczego autorka odrzuca taki pogląd jako interpretację? Cytuję:
Ten pogląd jest interpretacją raczej niż twardym dowodem: Stalin nigdy nie napisał, lub nigdy nie zachował, żadnego dokumentu nakazującego zagłodzenie ludzi.
Nie potrafię pojąć, co doprowadziło Applebaum do gonienia w piętkę wokół czegoś tak oczywistego. Jak sama pisze już w następnym zdaniu: ukraińscy chłopi mieli odtąd fatalny wybór:
Mogli oddać swe zapasy ziarna i umrzeć z głodu, albo ukryć część zapasów i ryzykować aresztowaniem, egzekucją bądź konfiskatą reszty pożywienia – po czym także umarliby z głodu.
Nie mógłbym tego lepiej określić. A zatem jakich dowodów Łaskawa Pani oczekuje? Podpisanego rozkazu – w siedmiu notarialnie potwierdzonych kopiach, z podpisami członków politbiura „za zgodność” – żeby zagłodzić na śmierć siedem milionów ludzi i ani jednego więcej? Czy może obłąkańczej notatki na jakimś marginesie: „giń Ukraino z głodu, co mnie to obchodzi! Podp. Stalin”? Jakiego dokładnie „dowodu” jej tu braknie? Czyż Stalin nie zrobił precyzyjnie tego, co opisało wybrane przez nią motto z tow. Gorkiego? Czy z całą świadomością nie wprowadził w życie mechanizmu, tak precyzyjnie opisanego przez nią, a który mógł mieć tylko jedną konsekwencję – masową śmierć głodową? Gdy ludzie umierali z głodu, eksport żywności z sowietów nie ustawał – czy to nie jest wystarczający dowód? W 1932 roku 3500 ton masła i 586 ton bekonu wyeksportowano z samej tylko Ukrainy. W następnym roku eksport wzrósł do 5433 ton masła i 1037 ton bekonu. A p. Sikorska prosi o dowód?
Metody ekspropriacji
Moim zamiarem nie jest streszczanie książki Applebaum, wyjmuję z niej tylko niektóre wątki, które wydają mi się warte zastanowienia, bądź warte polemiki. Pomijam na przykład czarne listy czyli skuteczną proskrypcję pojedynczych osób, gospodarstw, całych wiosek, a w wypadku Kozaków Kubańskich – całego regionu. Ludzie na czarnej liście nie mogli produkować, kupić, ani nawet przygotować żadnego pożywienia, byli skazani na śmierć. W zamian chcę się bliżej przyjrzeć metodom brutalnej ekspropriacji, bo to jest warte większej uwagi.
Zwykła kradzież, grab nagrablionnoje, leżała w sercu bolszewickiego projektu od samego początku. Nie stało się tak przez przypadek. Prawo prywatnej własności było pierwszym naturalnym prawem, które należało zniszczyć, by móc podkopać fundamenty tradycyjnego społeczeństwa. Iwan Bunin opowiadał, jak bolszewickie władze w Odessie nakazały odebranie ubrań, butów, pieniędzy, jedzenia, i wszelkich kosztowności od „posiadaczy”. Ponieważ jednak posiadacze zdefiniowani byli jako ci, co mieli więcej niż jedną koszulę, to bardzo prędko rewolucjoniści poczęli protestować przeciw rekwizycjom, bo odbierano im to, co nakradli dzień wcześniej. Sens ekspropriacji był zawsze polityczny, a nie gospodarczy, czego najlepszym dowodem jest historia nepu.
Pierwszym bodźcem w kierunku leninowskiego nepu była świadomość, że brutalne rekwizycje ziarna nie rozwiążą problemu wyżywienia. Tak powstała wstępna koncepcja zastąpienia rekwizycji przez podatek w naturze i pozostawienia chłopom prawa do sprzedaży nadwyżki na wolnym rynku. Jednakże wcześniej Trocki wystąpił z pomysłem militaryzacji produkcji rolnej (której wersję później wprowadził Stalin) przy jednoczesnej liberalizacji polityki wobec kułaków. Projekt Trockiego został odrzucony z obrzydzeniem, ale z drugiej części – zachęty do sprzedaży produktów dla zysku – zrodził się nep. Pomysł był fundamentalnie leninowski, ale wysunięty przeciw Leninowi i początkowo ostro przez niego krytykowany. Rzeczywisty nep poszedł o wiele dalej niż oryginalna idea Trockiego, ale zalążek myśli pochodził od niego. Geniusz Lenina polegał na dostrzeżeniu wszystkich konsekwencji takiego kroku, i na wyciągnięciu z tego maksymalnych korzyści. Dla historii Hołodomoru, ważne jest tylko, że bolszewicy doskonale wiedzieli, iż rekwizycje nie mogą zastąpić systemu zaopatrzenia.
W latach 30. nie było inaczej, tj. nie chodziło o zaopatrzenie, ale o osiągnięcie politycznego celu. Applebaum zwraca jednak uwagę, że w porównaniu do amatorskich rekwizycji z przeszłości, zachowanie aktywistów zmieniło się w tym okresie zasadniczo. Tym razem nie było już „komitetów biedniaków”, złożonych z drobnych wiejskich pijaczków, upojonych władzą nad bogatymi gospodarzami; tym razem, systematycznie szukano pożywienia ukrytego w ścianach i pod podłogami, rozbierano piece, niszczono strzechy, kominy, psie budy, studnie, rozrzucano nawet sterty śmieci. Poszukiwacze wyposażeni zostali w długie, zaostrzone, stalowe pręty, którymi przekłuwali każdą powierzchnię, niszcząc niekiedy samą strukturę chat i zabudowań. Ale konfiskowali już nie ziarno, którego i tak nie było; konfiskowali wszystko, co mogło się nadać do jedzenia. Kiedy przyłapano rodzinę przy posiłku, zabierano pożywienie ze stołu, zupy wylewano z garnków na podłogę, po czym agresywnie pytano, skąd mieli cokolwiek, by gotować zupę. Po kilku tygodniach takiego traktowania, już sam fakt przeżycia stawał się podejrzany.
Skoro rodzina przeżyła, to miała coś do jedzenia. Ale jeżeli mieli pożywienie, to powinni je oddać, a jeśli nie oddali, to znaczy, że są kułakami, Petlurowcami, polskimi agentami, wrogami.
Czy wylewano zupę na podłogę na oczach głodujących dzieci, by poprawić zaopatrzenie miast w zboże? Potworności doprowadzenia do śmierci głodowej milionów istnień, przechodzą ludzkie wyobrażenie. Niektóre z historii przytoczonych przez Applebaum mogą dręczyć czytelnika przez długi czas. Litościwe zabójstwa członków rodziny i kanibalizm, grzebanie ludzi żywcem oraz wybieranie kto ma przeżyć, i to wszystko w mlekiem i miodem płynących, bliskich polskiemu sercu, Berdyczowie, Winnicy, Żytomierzu… Równie mocno ściskają za gardło opowieści o przeżyciu, ale jednak coś się chyba autorce pomyliło w tej części książki.
Przytacza bowiem z aprobatą Timothy Snydera, przywołując jego zdumiewającą, ale przekonująco słuszną tezę, że instytucje państwowe, gdziekolwiek przetrwały podczas II wojny, ochroniły Żydów przed zagładą. Przypomnę, że teza Snydera opiera się na faktach: w Danii czy Belgii, a nawet we Francji, gdzie instytucje państwa istniały nadal pomimo niemieckiej okupacji, Żydzi w dużej mierze przeżyli. Na Łotwie, gdzie państwo zostało najpierw zniszczone przez sowiety, a potem Hitler przyszedł na dzikie pola, Żydom było niezmiernie trudno przeżyć. Applebaum twierdzi per analogiam, że państwo sowieckie uchroniło przed głodem niektórych Ukraińców podczas Hołodomoru. To jest tak szokujący nonsens, że na wszelki wypadek podaję adres: s. 273-282, rozdział 12, Survival: Spring and Summer 1933. Przykłady tej bezprzykładnie idiotycznej tezy zapierają dech w piersiach. Oto pewna młoda Ukrainka została zapędzona przez milicjanta do opieki nad sierotami uwięzionymi w wagonach kolejowych w Charkowie. Applebaum konkluduje:
Nawet wobec ogromu cierpień i śmierci, historia Drażewskiej ukazuje brutalną prawdę: bez milicjanta, który zorganizował „ochotników”, bez brudnych, niedofinansowanych sierocińców – nawet tych z nieuczciwymi pracownikami i potwornymi warunkami – jeszcze więcej dzieci by zginęło. Sierocińce były koszmarne, ale ich istnienie ratowało życie.
Bez milicjanta i bez sowieckiego pseudo-państwa w ogóle nie byłoby głodu, więc przypisywanie im choćby cząstkowej „zasługi” w ratowaniu ludzi jest niezamierzenie obraźliwe wobec ofiar. To tak jakby powiedzieć, że morderca, który wymordował całą rodzinę, ale tylko zgwałcił małą dziewczynkę i pozostawił ją przy życiu, „ochronił jej życie”… Państwo Stalina zabierało głodującym jedzenie z ust, karało za pomoc dla umierających, a Applebaum przypisuje mu zasługi?
Jej wywody na temat sklepów Torgsinu (sowieckiego prekursora Pewexu) są (jeśli to w ogóle możliwe!) jeszcze bardziej oszołamiające w swej naiwności. Autorka nie ma żadnych wątpliwości, że rozwinięcie działalności Torgsinu na Ukrainie w latach 1932-33 było cynicznym zabiegiem Stalina dla wyciągnięcia z rąk głodującej ludności złota, innych kosztowności oraz wszelkich wartościowych (tzn. wymienialnych) dóbr. Torgsin w 1932 roku przyniósł sowieckiemu skarbowi 21 ton złota czyli półtora raza więcej niż kopalnie złota w gułagu. Zachodni korespondenci z niedowierzaniem opisywali obfitość sklepów Torgsinu. Mordercy i złodzieje napadali na ludzi w okolicach drzwi sklepów w nadziei na rzadki łup, a obsługa oszukiwała zdesperowanych klientów. Applebaum podaje wiele szczegółów na ten temat, a pomimo to daje kredyt Torgsinowi za „ratowanie życia”, bo można tam było dostać kawałek chleba za złoty pierścionek. To już nie jest gonienie w piętkę, to jest triumfalna próba złapania własnego ogona. Jeżeli tow. Corbyn (albo inny bolszewik) przyjedzie za parę lat do prlowskiego dworku państwa Sikorskich, odbierze im wszystko jako obszarnikom, zabierze im wszystkie zapasy, po czym łaskawie zezwoli przehandlować złote pierścionki za kawałek chleba, to czy wówczas p. Sikorska będzie wdzięczna światowemu bolszewizmowi za uratowanie jej przed śmiercią głodową?
Przyznam się w tym miejscu do osobistego zainteresowania w tej kwestii. Otóż mój rodzony ojciec spędził był prawie sześć lat w niewoli w niemieckim oflagu. Gdy front wschodni zaczął się zbliżać, oficerowie umykali przed „wyzwoleniem” na Zachód wraz z niemieckimi strażnikami. Głód panował w Niemczech i, kto mógł, uciekał przed bolszewikami, ale pomimo to, sprzedawano uciekającym polskim oficerom chleb. I tak, mój ojciec przehandlował swój rodowy sygnet za bochenek chleba. Jako dziecko, miałem do niego wielkie pretensje, za tak małoduszny postępek, ale z czasem zdołałem pojąć, że skarb ma tylko względną wartość. Moje pytanie pod adresem p. Sikorskiej brzmi jak następuje: czy powinienem być wdzięczny nazistowskiemu państwu za tę przydrożną wymianę, która umożliwiła przeżycie memu ojcu? Bo mnie się wydaje, że nie. Co więcej, wydaje mi się, że pani Sikorska nie zrozumiała, o czym mówił Snyder.
Statystyczne anomalie
Nowoczesne metody statystyczne wykazują, że najwyższa śmiertelność w czasach głodu panowała wśród dzieci. Średni wiek chłopca urodzonego na Ukrainie w roku 1933 wynosi 5 lat (dla dziewczynek 8). Statystycy ukazali także interesujące anomalie. Oto tradycyjnie, południowe i wschodnie rejony stepowe były najbardziej podatne na głód w wyniku suszy. Tak było w XIX wieku i nadal w latach 1920-23. Ale w latach 32-33 najwyższa śmiertelność zaszła w regionie kijowskim i charkowskim, a ponad przeciętną ucierpiały żyzne okolice Winnicy i Jekaterynosławia (Noworosyjska, a dziś Dnipro). Applebaum zgadza się, że jedyne wyjaśnienie ogromnych różnic między regionami jest polityczne. Donieck ucierpiał mniej, ponieważ tam byli potrzebni robotnicy, a rejony Kijowa i Charkowa były sceną najostrzejszego oporu. Jej konkluzja jest następująca:
To był polityczny głód, stworzony specyficznie w celu osłabienia oporu chłopów i ich narodowej tożsamości. I osiągnął swój cel.
Opisując napaści wierchuszki sowieckiej na ofiary głodu – na przykład: „nie byli wcale ofiarami, to oni sami stworzyli głód, więc zasłużyli na śmierć” – takie wysuwa wnioski:
Śmierć milionów ludzi nie była znakiem, że polityka Stalina zawiodła. Wprost przeciwnie, był to znak sukcesu, wrogowie zostali pokonani.
Jest to podsumowanie ze wszech miar słuszne, ale niestety przyjdzie do niego powrócić.
Jak zatuszować masową zbrodnię?
Nie ma żadnych śladów rozkazu, że nie wolno używać słowa „głód” w prasie, ale nikt go w sowietach nie używał (o głodzie mówiono w tajnych listach i telegramach, ale nie oficjalnie). Jest oczywiście możliwe, że taki ukaz istniał, ale się nie zachował, a jednak, w moim głębokim przekonaniu – choć nie mam na potwierdzenie, żadnych dokumentów – jest to klasyczny przykład powszechnej wśród ludów podsowieckich autocenzury. Każdy obywatel sowdepii, każdy redaktor, każdy dziennikarz wie doskonale, co dla niego dobre, a nie mogło wyjść nikomu na zdrowie mówienie o takich rzeczach, jak rozmyślne zagłodzenie milionów. Nie musi przeczytać nakazu czarno-na-białym, żeby wiedzieć, że o głodzie lepiej nie mówić.
Zacieranie śladów zbrodni zaczęło się od razu. Księgi zgonów zostały usunięte z wiosek, gdyż „znalazły się w rękach wrogów i sabotażystów”. Naoczni świadkowie wspominają fizyczne zniszczenie ksiąg w prowincjach żytomierskiej i czernihowskiej; winnickiemu sekretarzowi nakazano spalenie ksiąg i napisanie ich od nowa. Kusi mnie, żeby zapytać Applebaum, czy znalazła w archiwach jakieś dokumenty nakazujące zniszczenie dokumentów?
Zatuszowanie zbrodni tak niesłychanej jak Hołodomor, musi być niezwykle trudne, ale sowiety były idealnym miejscem dla tego rodzaju operacji. Nawet opłakiwanie zagłodzonych członków rodziny było niebezpieczne, okazywanie jakichkolwiek oznak żałoby groziło śmiercią lub wywózką. Kiedy spis ludności ze stycznia 1937 roku wykazał 162 miliony ludności w raju krat – podczas gdy Stalin spodziewał się 180 milionów – to publikacja wyników cenzusu została zakazana, a jego autorzy rozstrzelani.
Stalin nie miał jednak takiej samej władzy nad prasą wolnego świata. Applebaum ograniczyła się do ukraińskich źródeł, więc wspomina wyłącznie o artykule we lwowskim pismie Diło, z maja 1933. Szkoda. Mogła była zajrzeć do wileńskiego Słowa, gdzie o głodzie pisano wielokrotnie, np. 12 listopada 1932, „Rosja przed piątym głodem”. Rząd polski był doskonale poinformowany o sytuacji na Ukrainie, ale Piłsudski zadecydował, że nie może nic zrobić w tej sprawie. Inne rządy europejskie, a także Japonia i Stany Zjednoczone, także wiedziały o klęsce, ale nikt nie podniósł alarmu.
Applebaum przytacza opowieść o obchodach 75 urodzin George’a Bernarda Shaw w Moskwie w 1931 roku. Dziękując swym gospodarzom, Shaw opowiedział, jak jego przyjaciele obdarowali go zapasami na wieść, że jedzie do głodujących sowietów. „Ale ja wyrzuciłem przez okno w Polsce wszystkie te smakołyki!” zadeklarował pisarz. Jego słuchaczom zaparło dech w piersiach i słychać było, jak burczy im w brzuchach, na samą myśl o zachodnich konserwach. Słyszeli to burczenie zachodni korespondenci obecni na widowni. Wszyscy wiedzieli o głodzie, ale żaden z nich nie pisnął słówkiem w swych korespondencjach. Milczenie przełamał dopiero młody Walijczyk, imieniem Gareth Jones.
Jones wyruszył do Charkowa w marcu 1933 z pozwoleniem na odwiedzenie fabryki traktorów. Już bez pozwolenia, ale za to z plecakiem pełnym chleba, konserw i czekolady zakupionych w sklepach Torgsinu, wysiadł z pociągu 40 mil przed Charkowem. Przez trzy dni szedł piechotą w stronę stolicy sowieckiej Ukrainy w najgorszym okresie głodu. Bez oficjalnego opiekuna wszedł do ponad dwudziestu wiosek i kołchozów. Spał na klepiskach chat i dzielił się z głodującymi chlebem. Mówił płynnie po rosyjsku, więc rozmawiał ze swymi gospodarzami i notował ich opowieści.
Sam fakt, że jego eskapada trwała przez trzy dni, zanim go zatrzymano, dowodzi, jak niedoskonała była jeszcze kontrola na sowieckiej Ukrainie, ale wskazuje także, jak bardzo pewni siebie byli sowieciarze wobec masy „pożytecznych idiotów” wśród korpusu dziennikarzy akredytowanych w Moskwie.
Reportaże Jonesa wstrząsnęły zachodnią opinią i z miejsca wystawiły go na niewybredne ataki ze strony innych korespondentów, a zwłaszcza Waltera Duranty, amerykańskiego dziennikarza, nagrodzonego nagrodą Pulitzera w roku 1932 za reportaże z sowdepii. Duranty był tubą sowieckiej propagandy. Był niestety także bliski nowej administracji Roosevelta, który pragnął polepszenia stosunków ze Stalinem i w tymże 1933 roku oficjalnie uznał sowiety. Jones natomiast przypłacił swą prawość i odwagę życiem. Został zamordowany w Mongolii przez „bandytów”. Okoliczności jego śmierci nie są jasne, ale fakt, że niemiecki dziennikarz schwytany z nim razem i uwolniony, miał koneksje z nkwd, daje do myślenia.