Zamknij
Dariusz Rohnka

Szalbierze pamięci… <br />…rzecz o wileńskiej szajce polithistorycznej

10 stycznia 2018 |Cham chamem, Dariusz Rohnka
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/01/10/szalbierze-pamieci-rzecz-o-wilenskiej-szajce-polithistorycznej/

Wy chcecie żyć i nie ma podłości, której byście do ręki nie wzięli
i nie przyswoili sercu. Wy chcecie żyć i już trawicie błoto i brud,
i już was nie zadusza zgnilizna i jad; ale jadem i zgnilizną nazywacie wiew świeży od pól i łąk i lasów.
Wy chcecie żyć i plwać na wszystką rękę, która was i podłość waszą odsłania.

Stanisław Wyspiański, Wyzwolenie.

Zastanawiam się, do jakiej kategorii zaklasyfikować byłoby najtrafniej towarzystwo, które wzięło udział w ponurym wileńskim widowisku 16 grudnia 2017 roku? Kogo z uczestników można by określić jako w pełni świadomych propagatorów nieprawdy, ilu spośród zgromadzonych należałoby przypisać nieświadomy udział w incydencie, złożonym z dwóch części: wywieszenia przy Witebskiej 1 w Wilnie, na bocznej ścianie domu rodzinnego Józefa Mackiewicza, „pamiątkowej tablicy” oraz odsłonięcie kamienia przy domu Pisarza w Czarnym Borze; domu, który wraz z żoną Barbarą Toporską postanowili opuścić wiosną 1944 roku, w związku ze zwycięskim pochodem czerwonej armii. Tablica przy Witebskiej głosi:

W tym domu w latach 1907-1921 mieszkali pisarze i publicyści
Józef Mackiewicz (1902-1985)
Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966)

Na kamieniu w Czarnym Borze napisano:

„Jedynie prawda jest ciekawa”
Józefowi Mackiewiczowi
Pisarzowi i publicyście
orędownikowi wolności
Rodacy

Jak wynika z nie całkiem jasnych relacji, „uroczystość” zagaił historyk i politolog, członek Polskiego Klubu Dyskusyjnego Andrzej Pukszto. Powiedział: „Zebraliśmy się dzisiaj w przeddzień urodzin Stanisława Cata-Mackiewicz. Więc data jest przypadkowa i nieprzypadkowa…”.

Cóż dokładnie p. Puszkto chciał w ten sposób powiedzieć? Czy chciał jedynie wskazać, że uroczystość powinna się odbyć dzień później, w niedzielę? A może rocznica urodzin Stanisława Mackiewicza nie jest najlepszą okazją, bo nie o Stanisława chodzi, nie on (ani pamięć o nim) jest przedmiotem „hołdu” zgromadzonych przy Witebskiej 1 aktywistów historycznej niepamięci; że jego nazwisko niekoniecznie powinno się znaleźć na wieszanym akurat przedmiocie?

Czy tego rodzaju myśli chodziły p. Pukszto po głowie, tego wiedzieć nie będziemy. Interesujące jest co innego: jak dojść mogło do wspólnego „uhonorowania” największego w historii świata wroga komunizmu, Józefa Mackiewicza, z marnym tego komunizmu pomocnikiem, Stanisławem Mackiewiczem? Jak mentalnie zdołano „ogarnąć” ów absurd, wymieszać wodę z oliwą, urządziwszy wspólną, jedną akademię, dla niezłomnego głosiciela Kontry z ułomnym reprezentantem kapitulacji?

Czy nie jest ta „ceremonia” najcharakterystyczniejszym emblematem współczesności, gdy przez usta wypełnione po brzegi antykomunistycznymi frazesami, szepcze się jednocześnie (komu tylko można, do ucha), że tenże komunizm (który umarł jakoby ćwierć wieku temu) ma się nadal dobrze, a nawet coraz lepiej?

Kto stoi za tą akurat inicjatywą dociec nie jest łatwo. Każda tego rodzaju sposobność ma na ogół wielu ojców, osób chętnych do przypisania sobie „zasługi” (choćby nie było wiadomo, na czym owa „zasługa” miałaby polegać). Jak z grona urzędników, posłów, starostów i ambasadorów, aktywistów i badaczy, znawców i entuzjastów wygrzebać na powierzchnię tych zapewne bardzo nielicznych, którzy przyczynili się w największym stopniu? Pozostają jedynie domysły, poparte licznymi poszlakami.

Inicjatywa numer 1

Były przynajmniej dwie tego typu inicjatywy na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. Pierwsza, nieudana, próba „upamiętnienia braci Mackiewiczów” wyszła jakoby ze środowiska skupionego wokół Kuriera Wileńskiego, gazety wydawanej od roku 1990. Czyż nie piękne nawiązanie do przedwojennych tradycji dziennikarskich Wilna? Do gazety nie całkiem może przyjaznej Mackiewiczom, ależ nie bądźmy drobiazgowi. Pięknie!… – choć tylko na pozór.

Rzecz przedstawia się jakby nie całkiem tak prostolinijnie, przynajmniej jeśli o nawiązanie do przedwojennego tytułu Kurjera Wileńskiego idzie. Okazuje się bowiem, że Kurier, z kręgu którego miała wyjść pierwsza inicjatywa „hołdu”, stanowi bezpośrednią kontynuację innego tytułu, mianowicie Czerwonego Sztandaru, do roku 1990 oficjalnego organu komunistycznej partii Litwy; kontynuację do tego stopnia konsekwentną, że nad oboma tymi tytułami pieczę sprawował nieprzerwanie (w okresie „ustrojowej transformacji”) ten sam redaktor naczelny, towarzysz Balcerowicz (w niedalekiej przyszłości także redaktor naczelny rywalizującej z Kurierem Gazety Wileńskiej).

Ale na tym nie koniec. Czerwony Sztandar drukowany był wcześniej pod innym, równie interesującym tytułem, Czerwonej Gwiazdy, tej samej gwiazdy, o której pisał Józef Mackiewicz, że: „jest tym szczególnym wyjątkiem wśród gwiazd, co rzuca tylko cienie”; choć, gdy zmierzch zapadał wcześnie nad wileńską ziemią przełomowej zimy 39/40 (w trakcie efemerycznego incydentu okupacji Wilna przez Litwinów, pod kuratelą sowieckiego sojusznika), gdzie żył, pracował, wydawał, redagował swoje pismo Józef Mackiewicz, wówczas: „…od lotniska do miasta padała krwawa łuna od pięcioramiennej gwiazdy, zapalanej nad sowiecką bazą wojenną…”.

Czerwona Gwiazda, organ tejże partyjnej jaczejki (jakożby inaczej) był w prostej linii kontynuacją Prawdy Wileńskiej, stworzonej po wcieleniu Litwy do związku sowieckiego w sierpniu 1940 roku, z fuzji dwóch tytułów, Gazety Ludowej (do czerwca 1940 Kuriera Wileńskiego) i wówczas już skomunizowanej Gazety Codziennej, dziennika założonego przez Józefa Mackiewicza jesienią 1939 roku.

I tenże Kurier Wileński (a może trafniej byłoby napisać – Prawda, i tylko prawda Wileńska) głosami swoich pracowników (a może tylko czytelników?) postanowił jakoby złożyć uszanowanie dwóm wileńskim dziennikarzom, publicystom, pisarzom. Czyż nie dowód pierwszorzędny, że wyzbył się już swojej sowieckiej pępowiny?

Z relacji prasowych opisujących wydarzenia z 16 grudnia 2017 roku wynika, że także wówczas, przed wielu laty, chciano składać hołdy obu braciom: antykomuniście i komunistycznemu kolaborantowi. Obecny na „uroczystości” 16 grudnia 2017 roku Tomasz Samsel mówił tak:

„Pomysł z upamiętnianiem obu braci Mackiewiczów powstał przed 10 laty na forum Kuriera Wileńskiego wśród internautów. Inicjatorami pomysłu byłem ja oraz obecny tutaj Krzysztof Sidorkiewicz. Podjęliśmy starania, by na Wileńszczyźnie uczcić znakomitych przedstawicieli tych terenów. Zaczęliśmy od Wilna, ale niestety nam nie powiodło się z uwagi na różne trudności…”.

Interesujące. Bo otóż, jeszcze w 2012 roku do redakcji największego na Litwie portalu internetowego Delfi, a konkretnie do redaktora naczelnego polskojęzycznej odmiany tego adresu, Antoniego Radczenki, zgłosili się owi pierwsi inicjatorzy „upamiętniania”, którzy jednak, jak jasno wynika z treści artykułu, ani myśleli upamiętniać braci, Józefa i Stanisława. Przeczytajmy:

„Do redakcji PL DELFI zwrócili się pomysłodawcy upamiętnienia pisarza Józefa Mackiewicza w Wilnie Tomasz Samsel oraz Krzysztof Sidorkiewicz z Polski. Poinformowali oni, że pomysł powstał przed 4 laty, początkowo chciano zamieścić tablicę pamiątkową na jednym z budynków w mieście. Po tym jak pomysł nie udał się zwrócono się do samorządu rejonu wileńskiego.”

Zacytowano także stosowne „oświadczenie”:

„Pomysł utrwalenia pamięci o Józefie Mackiewiczu na terenie Litwy zrodził się już cztery lata temu w toku dyskusji internautów na portalu „Kuriera Wileńskiego”. Pomysłodawcami byli niżej podpisani [Samsel i Sidorkiewicz]. Po bezskutecznych próbach uzyskania zgody na wmurowanie dwujęzycznej tablicy pamiątkowej w Wilnie, w budynku stanowiącym własność Archidiecezji Wileńskiej, w którym w okresie międzywojennym mieściła się redakcja „Słowa”, jesienią 2009 zwróciliśmy się w tej sprawie do władz samorządowych rejonu wileńskiego oraz do starostwa w Czarnym Borze.”

Więc jak to jest? Czy możliwe, że w ciągu sześciu lat z głów aktywistów historycznej polityki umknęło niepostrzeżenie, przedstawicielowi którego ideowego kierunku (poputniczestwa wobec komunizmu czy antykomunizmu) chcieli składać hołdy? Może mylił się inny Radczenko (Aleksander), który będąc, jak się zdaje, centralną figurą (albo tylko jedną z wielu) aktualnej polityki „upamiętniania”, nic o pomyśle osobnego hołdu dla Józefa Mackiewicza nie wspomina, pisząc tak:

„Pierwsza próba upamiętnienia braci Mackiewiczów w Wilnie została podjęta mniej więcej przed 10 laty. Trudno dziś już o jednoznaczną odpowiedź czy chodziło o antypolonizm ówczesnego arcybiskupa, o poglądy Józefa Mackiewicza na Kościół Katolicki, czy po prostu inicjatorom zabrakło cierpliwości — próba spaliła na panewce, bo Kuria Wileńska nie zgodziła się na zawieszenie tablicy pamiątkowej na budynku należącym do Kościoła Katolickiego.”

Może za sprawą tego swoiście kolektywnego „upamiętniania” dwóch całkowicie sprzecznych idei, jakie reprezentowali Józef i Stanisław, stoi po prostu ambiwalentny stosunek do… prawdy, która, jak to odnotowano na stosownym kamieniu w Czarnym Borze, może i „jest ciekawa” (co do znudzenia przypominają entuzjaści Józefa Mackiewicza), ale też dalece nie wszyscy radzą sobie z etycznymi rygorami, jakie owa prawda narzuca?

Józef Mackiewicz na sztandary

Druga inicjatywa pod hasłem: „upamiętnić braci Mackiewiczów!” zakończyła się „sukcesem”. Powieszono tablicę, wkopano kamień, kto chciał, czy to pani peerelowska „ambasador”, czy czarnobórski „starosta”, działacze i aktywiści, badacze i tłumacze, wszyscy zyskali sposobność do autoprezentacji. Ani to wszystko godne uwagi, ani nadmiernie zaskakujące, raczej zwyczajnie… nudne, szare i ponure, jak nudna bywa bolszewicka rzeczywistość.

Czy warto w tej sytuacji zastanawiać się, komu najbardziej zależało na ugrzecznieniu twórczości Józefa Mackiewicza, na skojarzeniu go na jednej tablicy ze zdradzieckim imieniem brata, z którym (jako z poputczikiem komunizmu) zerwał braterskie (i wszelkie inne) stosunki siedemdziesiąt lat przed grudniową uroczystością? Czy zadawanie podobnych pytań w kontekście sowieckiej wileńskiej rzeczywistości może mieć znaczenie praktyczne?

Prezenterka radiowej telewizji „Znad Wilii”, której nazwiska nie udało mi się ustalić, przeprowadzając wywiad z Aleksandrem Radczenko (jak pamiętamy, inicjatorem „obchodów”) raczyła wyznać ze zdumiewającą beztroską: „Obaj byli zawziętymi antykomunistami, ale ideowo i politycznie różnili się tak bardzo, że zerwali ze sobą kontakt…”.

W odpowiedzi usłyszała wyznanie Aleksandra Radczenki: „Dzisiaj, w obliczu tych wszystkich zagrożeń ze strony Rosji, szczególnie jest ważna myśl polityczna Józefa Mackiewicza, który zawsze przestrzegał nasze narody przed sporami w obliczu zagrożeń ze strony nieprzyjaciół ze wschodu i zachodu. To jest dobry moment na upamiętnienie tych osób, szczególnie że wzrasta, także wśród Litwinów, świadomość ich dorobku. Na Litwie już się ukazały trzy czy cztery książki Józefa Mackiewicza, powoli jest odkrywany Stanisław Mackiewicz.”

Czy nie zdumiewający przykład narracji, pomieszania historycznej wiedzy z zaprogramowaną niepamięcią? A może, jako aktywiście polithistorycznemu i członkowi litewskiego politycznego establishmentu jednocześnie, brakuje p. Radczence po prostu czasu na lekturę? Może „upamiętniając” nie bardzo wie, kogo upamiętnia? Może działając i czytając, nie bardzo potrafi odróżnić prawdę od fikcji? A może być, że podobnie jak wszystkim innym z sowietlitewskich czy peerelowskich kręgów „opiniotwórczych”, całkowicie satysfakcjonującym zdaje mu się być „antykomunizm” byle nie nazbyt radykalny, taki sobie z lekka utemperowany, dysydencki, ledwie ostrożnie krytyczny wobec najjaśniej panującej bolszewickiej nemesis? Jak rozsupłać ten irytująco poplątany węzeł świadomości, która pozwala Aleksandrowi Radczence na snucie ad infinitum andronów w stylu:

„Józef Mackiewicz był na sztandarach opozycji antykomunistycznej w czasach na przykład PRL-u, dziś jest też na sztandarach tych wszystkich osób, które próbują walczyć z nowymi zagrożeniami, wywodzącymi się w gruncie rzeczy z tego samego ośrodka, z Kremla.”

Cóż to takiego, to wyznanie? Po pierwsze, powracająca, niczym bumerang, prawda (a przynajmniej kolejna wyraźna poszlaka), że poputczik komunizmu, premier i zdrajca jednocześnie prawowitego Rządu Rzeczpospolitej Polskiej na Uchodźstwie, został „przylepiony” do Józefa Mackiewicza w postaci „ideowej” przyzwoitki, tak aby Józef Mackiewicz nie drażnił wszystkich nieświętych wszechświatowej bolszewickiej rewolucji, nie prowadził do nadmiernej polaryzacji stanowisk, nie skłaniał do refleksji nad dookolną rzeczywistością; coby sprawić, że antykomunistyczna idea, którą głosił, nabrała cech nieco bardziej ludzkich, mniej kanciastych, żeby stała się możliwie wyrozumiała dla ludzkich słabości.

Po drugie, całkiem fałszywa sugestia (a może szczere przekonanie?), że Józef Mackiewicz walnie przyczynił się do „upadku komunizmu”, że był na sztandarach tych, co komunizm „obalili” (do sprawy wypadnie powrócić).

Po trzecie, podskórne przekonanie, że coś z tym (komunistycznym) zagrożeniem jest jakby na rzeczy, tyle że nie wiadomo czemu, nadszedł dziwny historyczny moment, gdy o tym akurat TRZEBA głośno mówić, bo „Rosja”, bo Kreml, bo Putin to dziś ucieleśnienie najczarniejszej reakcji.

Zatem, Józef Mackiewicz „ponownie” wystąpić winien na sztandarach.

Wnuczek Raczenki

„Wnuczek” to temat poboczny, raczej anegdotyczny, ale i niezwykły (nawet jak na wileńskie stosunki), poza tym, mimo że zdecydowanie odległy od głównego wątku, może także okazać się przydatny.

Sprawę „wnuczka” otworzył Ryszard Maciejkianiec (Ryšard Maceikianec), dziennikarz i wieloletni działacz najróżniejszych organizacji, jak Związku Polaków na Litwie, komunistycznej partii Litwy (przez blisko dwie dekady) (komunizm i polonizm mają się na Litwie wspólnie na ogół dobrze). Na prowadzonym przez siebie portalu pogon.lt, napisał:

„Niestety, nasze obawy co do obiektywności i niezależności działu budził fakt, iż na jego redaktora [polskojęzyczna odmiana portalu Delfi] wyznaczono Antona Radczenko, praktykującego w Kurierze Wileńskim (Czerwony Sztandar), i w szczególności iż jest on, jak sam to przed kilku laty oświadczył, wnukiem bohaterów powieści Józefa Mackiewicza Droga donikąd i Nie trzeba głośno mówić – wywodzącego się ze Pskowa starszego leitenanta NKGB, politruka gminy radomińskiej w czasie pierwszej sowieckiej okupacji w roku 1940 Nikołaja Raczenko i Jekateriny Aleksandrownej Raczenko, która przed udaniem się na Litwę w pierwszym eszelonie okupantów miała za sobą doświadczenia komsomołu oraz kursy agitatorów w Charkowie. Dodając, iż Józef Mackiewicz w nazwisku dziadka, niestety, opuścił literę 'd’. (Na wszelki wypadek, o ile A. Radczenko (Raczecko) mówił prawdę, zamieszczamy poniżej w załączeniu urywki z powieści Droga donikąd).”

Urywków nie czytałem, zakładam, że nie zostały przeinaczone. Rzeczywiście, nazwisko Raczenko pojawia się w powieściach. Czy Maciejkianiec napisał prawdę, powołując się na jakoby opowieść samego Antona Radczenko, czy całość opowiadania została wyssana z palca? Brat Antoniego, Aleksander, ten sam który współorganizował wieszanie tablicy, zagadnięty przez któregoś z komentatorów własnego bloga o kwestię owego „pokrewieństwa”, odpowiedział:

„Primo, co za różnica? Nawet gdyby było prawdą, czy to ma jakikolwiek wpływ na mnie czy brata, czy musimy za dziadka, pradziadka, Kaina pokutować i do którego kolana? Mój dziadek przez trzy lata walił las w 'tomskoj oblasti’, zesłany wraz z rodziną (mojej mamie było wówczas trzy latka) na Syberię, bo był kułakiem, mój pradziad walczył pod Żeligowskim i uczestniczył w słynnym zagonie na Kiejdany – czy to robi mnie lepszym/gorszym?

Secundo, to oczywiście nie jest prawdą, w 1940 r. czyli w czasach które opisuje Józef Mackiewicz mój dziadek (Jakub a nie Nikołaj) miał 13 lat i mieszkał jakieś 300 wiorst od Rudominy i Wilna.”

Więc sprawę, wielce anegdotyczną, zdaje się starszy brat, Aleksander, zamykać ostatecznie, z wyjątkiem jednej tylko kwestii. Zarówno Maciejkianiec, jak i bracia Radczenko zapomnieli (a pewniej nie zdawali sobie sprawy), że Raczenko wraz ze swoją żoną (Katarzyną), pojawiają się co prawda w druku, ale na kartach fikcji literackiej. Oboje, jak większość powieściowych bohaterów Józefa Mackiewicza, mieli swoje odpowiedniki w realnym świecie, ale w powieściach występują pod zmienionymi nazwiskami.

Czy z tej anegdoty wynika jakiś konkretniejszy wniosek? Może tylko jeden – o poziomie znajomości przedmiotu, dzieł Józefa Mackiewicza, którego zachciało się „upamiętniać”.

Utylizacja idei

Wróćmy jednak do pomysłu wykorzystania antykomunistycznej idei Józefa Mackiewicza i wplecenia jej w pejzaż polityczno-historyczny, jaki mamy nieprzyjemność obserwować w czasach po rzekomym „upadku komunizmu”. Skąd u tych ludzi mógł powstać monstrualny projekt wykorzystania dorobku pisarza dla celów bieżącej polityki historycznej? Czy którakolwiek z osób, zaangażowanych w „przedsięwzięcie” ma świadomość przepaści, jaka dzieli ich myślenie od poglądów Józefa Mackiewicza?

W lipcu 1981 roku, gdy świat opanowała bez reszty solidarnościowa euforia, Jan Paweł II był uznawany za najwyższy nie tylko religijny, ale także polityczny autorytet, Józef Mackiewicz w jednym z ostatnich listów do Stefani Kossowskiej, której stanowisko w kwestii redakcyjnej cenzury spowodowało, że Pisarz przestał publikować w londyńskich Wiadomościach, pisał:

„papież: największy (z moralnej wagi gatunkowej) 'poputczik’ bolszewizmu od r. 1917

prymas (Wyszyński): jeden z największych zdrajców w dziejach Polski.

Wałęsa: jawny człowiek partii komunistycznej, działający na jej korzyść

’Solidarność’: totalitarny zlepek autocenzury – komuny, Kościoła, i najniższego gatunku nacjonalizmu; w szarości, nudzie i zakłamaniu. Brrr…”

Człowiek reprezentujący tablicowe wydarzenie od strony, jak można się domyślać, finansowej, wiceprezes fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”, fundacji powołanej swojego czasu przez „ministra” Skubiszewskiego, Rafał Dzięciołowski, który podczas ceremonii raczył stwierdzić, że „w czasach komunistycznych” Józef Mackiewicz był dla Polaków przewodnikiem politycznym po świecie komunizmu [sic!], podjął heroiczną próbę pogodzenia Józefa Mackiewicza z rzeczywistością polityczną, w jakiej żyjemy. Wyraził to tak:

„W Polsce, w czasach, gdy powstawała Solidarność, myśleliśmy, że ważniejsza jest ewolucja systemu socjalistycznego niż jego zwalczanie. Pierwszym człowiekiem, który uświadomił nam, że to jest mrzonka, że trzeba postawić na obalenie systemu komunistycznego, był właśnie Józef Mackiewicz. (…) Był wielkim przewodnikiem po drogach prawdy i uczciwości intelektualnej. I myślę, że dzisiaj taką samą rolę powinien dla nas pełnić tutaj”.

I cóż postanowił nam p. Dzięciołowski zakomunikować? Czy to, że poczytawszy sobie gruntownie teksty Józefa Mackiewicza, siedli wraz z solidarnościowymi kolegami, odczekali moment, podyskutowali, pomilczeli, po czym idąc za wskazaniem Mackiewicza postanowili byli komunizm obalić i… obalili? Czy byłby w swojej łaskawości skłonny wskazać termin, okoliczności, uczestników tego wiekopomnego dzieła, które do tej pory umykało mojej uwadze? Czy lepiej między bajki włożyć całą tą interpretację dziejów naszych najnowszych?

Czy z wdzięczności dla Pisarza postanowiono podjąć próbę profanacji, umieszczając jego nazwisko obok nazwiska brata, komunistycznego kolaboranta i agenta?

Czy na tym drobnym szalbierstwie postanowiono osadzić zręby nowej przyjaźni litewsko-polskiej? Koncept równie wiarygodny, jak to, że: „Pomysł upamiętnienia braci Mackiewiczów powstał równolegle w polskiej i litewskiej wspólnocie Wilna i Wileńszczyzny”, jak raczyła zapewnić zebranych w tym smutnym dniu przy Witebskiej kolejna z aktywistek.

Szalbierstwo z definicji to coś małego, niewartego uwagi. Być może niektórzy zgromadzeni wokół tablicy ludzie, nie byli w pełni świadomi, że swoją jazdą na gapę po historii, współuczestnicząc w zakłamywaniu rzeczywistości, krzywdzą przede wszystkim samych siebie.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/01/10/szalbierze-pamieci-rzecz-o-wilenskiej-szajce-polithistorycznej/
Kategorie: Cham chamem, Dariusz Rohnka
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2018/01/10/szalbierze-pamieci-rzecz-o-wilenskiej-szajce-polithistorycznej/