Wieczność czy nieuchronność? Co za wybór!
Timothy Snyder, znakomity amerykański historyk, zajmuje się głównie naszą częścią świata i jest niezwykle wnikliwym obserwatorem. Pisaliśmy o nim na naszej witrynie wielokrotnie, a bywał także często przedmiotem zaciętych dyskusji w komentarzach. Prawdę mówiąc, doprowadziło mnie to do pewnego – wstyd się przyznać – przesycenia jego pisarstwem. Snyder wydał kolejną książkę, przygotowuje następną, a ja jakoś nie miałem serca do jego nowych pozycji. Ale wysłuchałem ostatnio wykładu, wygłoszonego 16 października w Rydze, wykładu na cześć Sir Isaiah Berlina, wielkiego brytyjskiego filozofa, który urodził się w Rydze. Treść tego wykładu nie mogła pozostawić mnie obojętnym, choć inaczej niż zwykle, trudno było mi tym razem zgodzić się z jego tezami.
U podstaw tych tez legło interesujące rozróżnienie. Z dwóch różnych percepcji czasu, wywiódł Snyder dwie koncepcje polityki: politykę nieuchronności (politics of inevitability) i politykę wieczności (politics of eternity). Przejście od jednej koncepcji czasu do drugiej, z jednego gatunku polityki do innego, bywa znaczącym, a nawet przełomowym momentem w historii i, wedle Snydera, znajdujemy się właśnie na takich rozdrożach.
Pierwsza koncepcja wywodzi się z linearnego pojęcia czasu, które opiera się na wierze w nieuchronność postępu. W takim ujęciu, czas z konieczności posuwa się naprzód, ku lepszemu. Z czasem, więcej i więcej dobrych rzeczy stanie się udziałem ludzkości. Wyższy poziom życia, łatwiejszy dostęp do dóbr materialnych, lepsze zdrowie, więcej wolności, tolerancji itd. Z tej perspektywy, teraźniejszość jest mało interesująca, bo jest tylko etapem nieuchronnie wiodącym do lepszej przyszłości. Przyszłość, świat jaki stworzymy dla naszych dzieci, prospekty jeszcze większego dobrobytu, bardziej doskonałej demokracji i nieograniczonej wolności – jest wszystkim. Przeszłość w porównaniu, jest jeszcze mniej interesująca niż teraźniejszość. Można na nią patrzeć z pogardą dla ignorancji naszych przodków, ale z drugiej strony w sposób nieunikniony musiała doprowadzić do teraźniejszości, która jest o tyle lepsza w każdym jej wymiarze, gdyż tyle mamy dziś swobód, tolerancji, demokracji itd.
Wiele jest wersji takiej polityki, a klasycznym przykładem jest marksizm. W ujęciu ojców rewolucji, natura prowadzi ludzkość do techniki, technika do konfliktów społecznych, walka klas do rewolucji, a rewolucja do socjalistycznej utopii. Każde z tych przejść ma być nieuniknione i nieodwracalne (dodam od siebie, że jeden z nauczycieli i przyjaciół Snydera, Leszek Kołakowski, był bardzo przywiązany do idei „nieodwracalności zmian”). Ale w typowy dla siebie sposób, Snyder wskazuje na paradoks, bo oto wobec światowego upadku socjalistycznych utopii, który przeszedł do historii pod nazwą „upadku komunizmu”, Zachód zareagował w sposób dziwny. Polityka nieuchronności reprezentowana przez marksistów była w oczywisty sposób błędna; koncepcja czasu, na której opierał się komunizm, jest nonsensem. Ale zamiast wskazać na idiotyzm wszelkiej nieuchronności, zamiast odrzucić ten model polityki, Zachód powiedział: inna narracja jest słuszna. I od nowa: Natura prowadzi ludzkość do technologicznego rozwoju, technika do konkurencji, konkurencja do wolności, wolność do demokracji, i na tym historia się kończy, nie ma alternatywy, liberalna demokracja jest punktem dojścia. Snyder z sarkazmem podkreśla, że dzisiaj marksizm wydaje nam się śmieszny, ale kiedyś miliony wierzyły w ten bełkot, dokładnie tak samo, jak miliony wierzyły w nieuchronność demokracji, co jest nie mniej komiczne.
Dla każdego bystrego obserwatora musi być oczywiste, że w rzeczywistości nie ma nic nieuchronnego w linii czasu. Nie ma nic nieodwracalnego w zmianach społecznych. Kapitalizm nie zmienia się w sposób linearny, ani nieunikniony, nie dąży do celu, nie prowadzi do końca historii, tak samo jak komunizm nie wiódł nikogo do świetlanej przyszłości.
Ale nie na tym koniec sarkazmu Snydera. Wśród współczesnych Europejczyków dostrzega inną formę polityki nieuchronności, która tu przybiera postać „bajki o mądrym narodzie”. Bajka wygląda mniej więcej tak: my, Europejczycy, nauczyliśmy się rzekomo z lekcji II wojny światowej, że wojna jest zła i pragniemy wprowadzić tę lekcję w życie. Mamy suwerenne państwa narodowe i kochamy je bardzo, ale dla uniknięcia zła wojny, gotowi jesteśmy do integracji – integracja w Europie jest dobra i jest nieuchronna. Snyder ma rację, słyszymy tę bajkę na każdym kroku. Każdy brukselski oficjel powtarza tę mantrę, każdy rząd europejski czuje się zobowiązany do powtarzania tego bełkotu. „Coraz bliższa unia” jest koniecznością dziejową, by uniknąć światowego konfliktu. Snyder odrzuca to jako bajkę z wielu względów. Po pierwsze, ponieważ Europejczycy niczego nie nauczyli się z II wojny. Niemcy przegrały wojnę o kolonie. Mocarstwa europejskie na ogół wygrywały wojny kolonialne, ale niemiecka wojna o lebensraum, została przegrana, i to był jedyny powód, dla którego Niemcy zapragnęły integracji w Europie. Potrzebne im były rynki – Snyder nazywa to „przestrzenią ekonomiczną” – a skoro wojna jest zła, to trzeba znaleźć inne sposoby. Gdy z czasem inne potęgi europejskie także doznały porażek w wojnach kolonialnych, to zaświtało im, że europejski wspólny rynek może zastąpić ich utracone imperia. Zamiast jednak przyznać wprost, że utrata imperiów była praprzyczyną integracji europejskiej, wyłożyli bajeczkę: „zawsze byliśmy państwami narodowymi, a teraz z wolnej i nieprzymuszonej woli godzimy się już nimi nie być”. I tu leży druga przyczyna, dla której Snyder nazywa te euro-brednie bajką. Jego zdaniem bowiem, wielkie państwa europejskie nigdy nie były państwami narodowymi. Były zawsze imperiami. Hiszpania, Portugalia, Wielka Brytania, Holandia, Belgia były imperiami kolonialnymi, gdy Polska, Prusy (i do pewnego stopnia Niemcy Bismarcka), Austria i przede wszystkim Rosja – imperiami kontynentalnymi. Zasadą w historii Europy jest, że państwa narodowe istnieją krótko, ponieważ nie mogą przetrwać. Łotwa, w której Snyder wygłosił swój wykład, jest tego równie dobrym przykładem, co Polska, która jako państwo narodowe istniała zaledwie dwie dekady. Snyder akurat mało mówił o Polsce, ale polska historia jest dobrą ilustracją jego tezy, że Europa jest kontynentem imperiów, a nie państw narodowych. Polska, gdy tylko odzyskała niepodległość, z miejsca zapragnęła kolonii, z miejsca wysunęła mocarstwowe roszczenia. Może dziś wydaje nam się to śmieszne i nie na miejscu, ale Polacy po prostu potrzebowali ekonomicznej przestrzeni, by przetrwać. Kiedy Józef Mackiewicz pisał na łamach Słowa o odciętej od świata „ślepej kiszce” Wileńszczyzny, to miał na myśli ten sam brak przestrzeni gospodarczej, którą w historii było Wielkie Księstwo Litewskie ze swymi naturalnymi drogami wodnymi wiodącymi do Prus, do Inflantów i do hanzeatyckich portów, na Ruś (obojętne czy zwaną Białorusią, czy Ukrainą) i do ogromnych połaci Rosji, nad Morze Czarne, do Turcji i dalej. Bez tej naturalnej strefy ekonomicznej Wilno nie mogło przetrwać, ale nie mogła przetrwać także Polska. Austria w 1918 patrzyła na siebie samą jako „państwo niezdolne do życia”. Nie inaczej było z okrojonymi przez traktat w Trianon Węgrami. Nawet wielkie państwa europejskie, jak Włochy czy Niemcy, które są w pierwszym rzędzie sztuczną konstrukcją nacjonalistów, nawet one potrzebują szerszych rynków.
Co więcej, narody udowodniły wprawdzie, że ich istnienie jest koniecznością (od siebie dodałbym, że są naturalnymi społecznościami, jak choćby rodzina, więc nie potrzebowały niczego dowodzić) jako nośniki kultury i języka, ale nie dowiodły nigdy, że są wystarczające dla istnienia państwa. Snyder używa tu klasycznie Mackiewiczowskiej myśli, że życie w ponadnarodowych strukturach było lepsze niż w powstałych na ich miejsce państwach narodowych. Każde takie narodowe państewko – np. Bułgaria czy Serbia, Litwa czy Polska, ale chciałoby się powiedzieć także Szkocja czy Katalonia – musiało opuścić większą strefę gospodarczą, a tym samym pozbawić się dostępu do pewnych materiałów i do rynków zbytu. Zaduszone w swoim własnym narodowym sosiku, poczęło szukać sposobów na powiększenie swej strefy ekonomicznej, a znalazło je w wojnie i w nacjonalistycznej ideologii. Serbowie wydumali sobie pomysł (przejęty później przez Hitlera), by ratować ziomków żyjących poza Serbią, Bułgarzy odpowiedzieli na to ratowaniem Bułgarów, a jak ktoś nie znał swej własnej narodowości, to należało go uświadomić. Historia dowodzi, że państwo ściśle, etnicznie, narodowe nie jest samowystarczalne.
Snyder sformułował zasadę polityki europejskiej: państwa narodowe nigdy nie udowodniły, że mogą przetrwać bez istnienia jakiejś supranacjonalnej struktury i stąd wywodzi się bajka o mądrym narodzie, który zawsze miał swoje państwo, ale w XX wieku dobrowolnie postanowił pozbyć się swej państwowości i przystąpić do europejskiego projektu. Przemiana ta, jak to w bajkach, ma być nieuchronna i nieodwracalna. Ale, mówi Snyder, teraz są inne czasy, teraz nie wolno wierzyć w bajki. A czasy są inne, ponieważ polityka nieuchronności w różnych swych przejawach, doprowadziła do odrodzenia polityki wieczności.
W przeciwieństwie do naturalnego optymizmu wiary w nieuchronny postęp, polityka wieczności jest polityką fatalizmu. Czas w tej koncepcji nie jest linearny, nie podąża nieuchronnie naprzód, ku lepszemu, tylko kręci się w koło. Jest tylko jedno dobro, tylko jedna rzecz warta ochrony: MY, nasz naród, który jest przechowalnią wszystkich cnót i wartości. Nie ma postępu, jest tylko powtórka, wieczny powrót. To samo zdarza się od nowa. Jesteśmy otoczeni wrogami, obcymi, wszyscy są przeciw nam, ale MY znowu wyjdziemy cało z opresji. „America first!” „Deutschland über alles!” „Polak-katolik.” Polityka wieczności zastępuje rozważania historyczne koncepcją „pamięci”. Zamiast obiektywnych dociekań, nakazuje stworzenie i zachowanie obrazu: wszystko cokolwiek się stało na całym świecie dotyczyło NAS (przypomina się „słoń a sprawa polska”), naszym obowiązkiem jest zachowanie obrazu naszej własnej niewinności wobec obcych hord i najazdów, zachowanie jej dla przyszłych pokoleń, które uporać się będą musiały z tym samym problemem.
Obie polityki mają ze sobą wiele wspólnego. Obie odrzucają historię, obie odrzucają możliwość reform czy działania na rzecz poprawy stanu rzeczy. Jeżeli postęp jest nieuchronny, to reforma nie jest konieczna, a z drugiej strony, skoro wróg stoi u bram (a wrogie hordy zawsze stoją u bram), to nie czas na reformy. Obie odrzucają koncept indywidualnej odpowiedzialności, bo przecież rzeczy i tak posuną się w kierunku nieuniknionego postępu, a z drugiej strony, członek Narodu jest jako taki predestynowany do dobra, gdy obcy, z natury rzeczy, jest zły. Obie używają specyficznej propagandy: jedni obracają fakty w narrację postępu, a drudzy zaprzeczają faktom. Obama mówił np., że inwazja Ukrainy, to nie problem w ramach naturalnego postępu, a Trump, że żadnej inwazji nie było. Ale najważniejsze, że polityka nieuchronności prostuje ścieżki dla polityki wieczności, wmawia bowiem ludziom, że nie ma alternatywy dla postępu, do czasu, aż jest za późno. Np. w sytuacji wzrastającej nierówności dobrobytu na całym świecie, a zwłaszcza w Ameryce, coraz więcej ludzi nie wierzy w nieuchronność postępu. Polityka Trumpa, to polityka utwierdzania jego elektoratu w jego własnych przesądach: jesteśmy niewinni, obojętne, czy chodzi o wojnę w Syrii czy o huragan, o biedę czy dziurę w moście – MY jesteśmy niewinni, winni są ONI, obcy, brodaci terroryści albo Meksykanie-gwałciciele, ale równie dobrze mogą to być polscy robotnicy budowlani albo Żydzi.
Bajka o mądrym narodzie także otwiera drzwi dla polityki błędnego koła. Mądry naród może wejść do Niuni europejskiej albo z niej wyjść. Ponieważ mit narodowego państwa przyjęty został za rzeczywistość, wszystkim wydaje się, że mogą zawsze zmienić zdanie i wrócić do domu, odejść od Niuni i powrócić do państwowości narodowej. Ale Snyder podkreśla, że Europejczycy nigdy nie byli w tym „domu” i alternatywą Niuni jest przepaść. Nikt nie dyskutuje w Europie faktu, że państwa narodowe nie mają przeszłości, mit jest głęboko zakorzeniony. Trudno sensownie postawić pytanie o Europę, ale być może jedynym wyborem jest Niunia albo coś gorszego, bo państwa narodowe same się nie utrzymają. Snyder stawia tu interesującą tezę, że „nudna i legalistyczna Niunia” traktuje każdy człon związku jako legalny podmiot, gdy w czasach imperiów tak nie bywało. Imperialne potęgi traktowały siebie nawzajem jako legalne jednostki, ale nie poddane sobie narody. Legalizm europejskiej integracji jest więc jego zdaniem lepszy niż bezwzględne podporządkowanie, które może nastąpić po rozpadzie Niuni.
Twór, który Snyder nazywa (za całym światem) „Rosją” tkwi całkowicie w polityce wieczności i eksportuje ją na zewnątrz. Tow. Breżniew zastąpił mit postępu rozpamiętywaniem mitu świetnej przeszłości; zastąpił rewolucję, „zwycięstwem nad faszyzmem”; zamiast świetlanej przyszłości dał osiągniętą wielkość. „Wojna narodnaja” toczyła się przeciw odwiecznemu wrogowi, przeciw niepoprawnemu „faszyście”, który niczym nie różnił się od Krzyżaków na jeziorze Pejpus. Faszysta zastąpił kapitalistę, bo tamten podlegał regułom postępu i nieuchronnie wiódł do świetlanej przyszłości, gdy faszysta pozostanie wrogiem, bo jest obcy. Putin jest dzieckiem Breżniewa, całe jego życie (i jego kliki) było edukacją przeciw polityce postępu, toteż w jego „Rosji” polityka wiecznego powrotu stała się polityką oficjalną, umocnioną dodatkowo pełnym utożsamieniem państwa z posiadaniem, z pieniędzmi, z bogactwem. Jakakolwiek reforma jest tu postrzegana jako zagrożenie, odwoływanie się do prawa jest nie do pomyślenia, staje się obcym zagrożeniem. „Polityka wewnętrzna przeradza się w politykę zagraniczną.”
Zdaniem Snydera, historia jest jedyną odpowiedzią na bliźniacze zagrożenie ze strony nieuchronności i wieczności. Obie podają się za historię, ale naprawdę są tylko opowieściami, baśnią, propagacją mitów, a nie poważnym zastanowieniem się nad przeszłością. Mogą być odbierane jako odmiany myślenia historycznego, ale w rzeczywistości unicestwiają autentyczną refleksję historyczną. Historia, twierdzi Snyder, uczy nas myśleć o ideach, widzieć je w kontekście innych idej (od siebie dodałbym, przemyśleć je do najpierwszych źródeł i do ostatecznych konsekwencji) i dopiero wśród rozmaitości idej znaleźć wolność. Stawiając idee w kontekście, historia pozwala nam spojrzeć na nas samych w kontekście idej, a przez to zezwala nam na umiejscowienie siebie samych w spektrum ludzkiej myśli, co jest zaczątkiem drogi do indywidualnej wolności.
Pierwsza myśl, która nasunęła mi się po wysłuchaniu tego znakomitego wykładu, to że był on raczej hołdem złożonym innemu nauczycielowi Snydera – nie Isaiah Berlinowi, ale Leszkowi Kołakowskiemu. Myśl, że idee są czymś w rodzaju gry, że dostrzegając ich względność uwalniamy się od nich, tę myśl wyrażał Kołakowski wielokrotnie. Ale z faktu, że nie należy być nigdy niewolnikiem idei, nie wynika, że znajdujemy wolność w traktowaniu idej jak śmieci na wysypisku. Idee posiadają obiektywną treść i refleksja nad nią powinna być pierwszym zadaniem każdego intelektualisty; wyzwolenie zostawmy niewolnikom.
Podstawowe rozróżnienie Snydera wydaje mi się błyskotliwe i płodne myślowo, ale mam także wrażenie, że powtarza ono znane skądinąd tezy. Idee postępu legły u podstaw pozornie sprzecznych ideologii totalitarnych i liberalnych, są u podstaw socjalizmu i kapitalizmu. Opis polityki wieczności, którą trafniej chyba byłoby nazwać ideą „wiecznego powrotu”, jest równie znakomity, ale czy razem nie stanowią one fałszywej alternatywy naszej współczesności? Poza beznadziejnością nieuchronnego postępu i tępotą wiecznego powrotu do czarno-białej kliszy „MY i ONI” jest cała skala klasycznych postaw i klasycznej myśli o polityce. Czy klasyczny liberalizm – nie przeżutą papkę, którą się pod tym mianem dziś serwuje, ale twardy liberalizm niewielkiej ilości praw najsurowiej przestrzeganych – da się sprowadzić do Snyderowskiej dychotomii? Czy klasyczna myśl konserwatywna – nie jej prlowska karykatura spod znaku prezesa Wielomskiego, której nie sposób odróżnić od endeckich mrzonek – dałaby się wcisnąć w ciasny kaftan Snyderowskiego wykładu? Czy klasyczne idee republikańskie – nie te spod znaku antymonarchizmu, ani tym bardziej nie te, pod które podszywa się Trump – pasują do alternatywy zarysowanej w wykładzie Snydera? A monarchizm? A chrześcijańska koncepcja dobra wspólnego? Na próżno szukać śladów tych myśli u Snydera.
Jego „bajka o mądrym narodzie” wydaje mi się odkrywcza, a obrona europejskiego projektu jest na pewno przemyślana i w szczegółach trafna, ale czy rzeczywiście nie ma innej możliwości poza wbijaniem Europy na hak €uro? Poza pseudo-legalizmem i rzekomym ultra-demokratyzmem europejskich instytucji, które potrafią sprawnie robić tylko jedną rzecz: marnotrawić pieniądze podatników? Czyżby tak inteligentny obserwator jak Timothy Snyder, nie dostrzegał, że odrodzenie nacjonalizmów w Europie zawdzięczać musimy nie finansowaniu ich z Moskwy – choć jest ono jawne, bezczelne i udowodnione – ale idiotyzmowi bezustannej integracji, która zaciera wszelkie różnice narodowe, jakby były one z piekła rodem i w nieunikniony (cha, cha!) sposób musiała doprowadzić do reakcji. Tak, nacjonalizm będzie końcem Europy, ale Niunia nigdy nie była receptą na nacjonalizm.
I wreszcie rola Moskwy w tym wszystkim wydaje mi się jednocześnie o wiele prostsza i o wiele bardziej złożona. Sowieciarze używali zawsze każdej możliwej koncepcji, gdy służyła ich szczególnym celom na danym etapie. Przejście od postępu i świetlanej przyszłości, do wiecznego mitu „wojny narodnej” było i pozostaje taktyczne w swej naturze. Ich gra w Europie idzie o inną stawkę. Jeszcze kilka dekad temu integracja była im na rękę, a teraz dezintegracja jest ich celem. Kiedy Snyder mówi, że alternatywą Niuni jest przepaść, to ma oczywiście rację, bo jedyną alternatywą jest imperium – imperium sowieckie. Rzecz jednak w tym, że zintegrowana pod wodzą brukselskiego sownarkomu Niunia będzie dla nich tak samo łatwym kąskiem, jak zatomizowane państwa narodowe, które nie potrafią stać na własnych nogach. Z drugiej strony, być może doświadczenie integracji było koniecznością, korci mnie, żeby powiedzieć: było nieuchronne.
Snyder jest dobrym przewodnikiem po bezdrożach myśli ludzkiej. Jasność myśli i klarowność wykładu, pozwalają mu pewną ręką sterować słuchaczy poprzez mgłę historii i przez wzburzone wody współczesności. Ale wybór jaki stoi przed nami, to nie wybór między nieuchronnością postępu i wiecznym powrotem do tych samych zagrożeń narodowych. Wybór jest między akceptacją i Podziemiem.