Zamknij
Michał Bąkowski

Bolo Liquidation Club VI Sidney Reilly

1 października 2017 |Bolo Liquidation Club, Cykle, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2017/10/01/bolo-liquidation-club-vi-sidney-reilly/

Operacja „Trust”

Przypuszczam, że czekiści nie mogli uwierzyć własnemu szczęściu, gdy, pomimo aresztowania Sawinkowa, nikt na Zachodzie nie podawał poważnie w wątpliwość istnienia masowej monarchistycznej organizacji w sowdepii.  Podlegało jedynie dyskusji, czy Trust ma rzeczywiście tak wielki zasięg i możliwości, jak sugerowali jego wysłannicy na Zachód.  ‘C’ postanowił sprawdzić stan rzeczy na miejscu, i w tym celu zwrócił się do komandora Ernesta Boyce’a, szefa placówki wywiadowczej w Helsinkach, a byłego rezydenta brytyjskiego wywiadu w Moskwie.  Boyce natomiast, bez zgody i wiedzy Cumminga lub kogokolwiek innego w SIS, skontaktował się z Reillym.  Cook podaje obszerne wyjątki z ich korespondencji w pierwszych miesiącach 1925; początkowo mowa w niej o sowietach tylko w zakamuflowany sposób: wspominają o „interesach w Kalifornii”, o „nieudanym przedsięwzięciu”, używając tego rodzaju przejrzystego kodu.  Dopiero niedawno wyszło na jaw, że Boyce został przekonany co do autentyczności i potęgi Trustu przez dwoje agentów, Marię Zacharczenko-Szulc i Nikołaja Bunakowa.  Oboje byli Białymi Rosjanami, Maria była nawet siostrzenicą generała Kutiepowa i pozostaje niejasne do dziś, na ile sama była świadoma roli, jaką odegrała.  Bunakow natomiast był klasycznym podwójnym agentem.  Jego kod w SIS brzmiał ST28 (gdy Reilly miał numer ST1) i Boyce ufał mu na tyle, że skontaktował go bezpośrednio z Reillym.  W jednym z listów do Bunakowa, Reilly wyłożył swą koncepcję aktów terrorystycznych skierowanych przeciw indywidualnym reprezentantom sowieckiego reżymu.  Oprócz usunięcia niebezpiecznych ludzi, argumentował, ważniejszym celem jest „zakończenie letargu, zniszczenie legendy nietykalności bolszewizmu”.

Postawa Reilly’ego była całkowicie zgodna ze stanowiskiem Organizacji Bojowej generał Kutiepowa, który domagał się drastycznych aktów terroru na terenie sowietów, a także ataków na przedstawicieli sowieckich na Zachodzie.  Nie kto inny, a właśnie Kutiepow ze swą organizacją był jednym z głównych przedmiotów prowokacji Trustu.  Niektórzy przypisują jej powstanie przypadkowi.  Polski czekista, Kijakowski (w rzeczywistości Wiktor Steckiewicz, były peowiak przekabacony do czubaryków przez swego szefa z POW, Ignacego Dobrzyńskiego) miał przesłuchiwać Aleksandra Jakuszewa w kwestii listu, który krążył z rąk do rąk wśród emigracji rosyjskiej, wynosząc pod niebiosa potęgę podziemnej organizacji antybolszewickiej.  Jakuszew zdołał przekonać czekistę, że list zawierał tylko wymysły „ku pokrzepieniu serc”, w rezultacie czego Kijakowski wybrał się wraz z nim do Talinna, pozując jako reprezentant organizacji.  To on pierwszy miał dostrzec potencjał polityczny takiej prowokacji.

Ze strony gpu operację nadzorowali Artuzow i Pilar, ale nie ma wątpliwości, że Dzierżyński i Peters byli także informowani o rozwoju sytuacji.  Bezpośrednią pieczę nad szczegółami sprawowali Styrne, Fiodorow i Sosnowski (czyli wspomniany wyżej Dobrzyński).  Najważniejszymi prowokatorami byli Jakuszew i Eduard Opperput.  Ściśle rzecz biorąc, prowokacja, która przeszła do historii pod nazwą „Trustu”, była naprawdę miriadą wielu operacji dopasowanych do specyficznych okoliczności.  Operacja zwabienia Sawinkowa nosiła nazwę „Syndykat 2”.  Inne fikcyjne organizacje podziemne służyły innym celom, np. „Bractwo Ruskiej Prawdy” nastawione było na nacjonalistów rosyjskich na emigracji.  Ta niesłychanie złożona prowokacja miała wiele celów, wśród których zniszczenie poszczególnych antykomunistów było na pewno ważne, ale nie najważniejsze.  Tak widział to Mackiewicz:

Miała ona na celu nie tylko rozłożenie antykomunistycznej emigracji od wewnątrz, ale głównie wprowadzenie w błąd obcych wywiadów, oraz rozbrojenie przez dezinformację opinii publicznej świata zachodniego. Narzędziem ku temu posłużyć miał zmontowany w Sowietach „własny” podziemny ruch. Przez cztery lata, od 1923 do 1927 wodził on za nos nie tylko ogłupioną opinię zachodnią, ale i wytrawnych speców sowietoznawstwa, posuwając się aż do tolerancji antysowieckich ulotek w Rosji, włącznie.

Reilly zgodził się „dokonać inspekcji urządzeń fabrycznych na miejscu”, jak napisał do Boyce’a na początku kwietnia, czyli pojechać do sowdepii, by zbadać siły i możliwości Trustu.  Zamknięcie jego amerykańskich interesów zajęło jednak dużo czasu, więc przybył do Paryża dopiero we wrześniu.  Tu odbył wiele konferencji z generałem Kutiepowem, który był także przekonany co do autentyczności Trustu, ale uważał, że nie należy godzić się na wyjazd do sowietów, gdyż niesie to ze sobą zbyt duże niebezpieczeństwo.  Reilly dał się przekonać argumentom Kutiepowa, i wreszcie udał się do Vyborga na granicy Finlandii z sowietami, gdzie spotkał się z przybyłym z sowdepii Aleksandrem Jakuszewem, obok Opperputa, jedną z najważniejszych postaci Trustu.  Jakuszew, był wyraźnie zawiedziony, że Reilly zmienił zdanie i odmawia przekroczenia granicy.  Ale sprytnie grając na próżności i odwadze Sidneya, prędko przekonał go, że byłoby tchórzostwem przyjechać z Ameryki, by zatrzymać się nad ojczystą granicą.  Wyposażony w fałszywy sowiecki paszport Reilly znalazł się w Leningradzie, gdzie został przedstawiony Władymirowi Styrne, łotewskiemu czekiście, zastępcy Artuzowa w kontrwywiadzie gpu, który odegrał rolę jednego z liderów monarchistycznej organizacji.  Po licznych spotkaniach, udali się większą grupą slipingiem do Moskwy.  Ze stacji pojechali autem do luksusowej daczy pod nazwą „Małachowka”.  Mackiewicz pisał:

Tu pozwólmy sobie wtrącić dygresję o szczególnej trwałości w Sowietach pewnych miejscowości o specjalnym przeznaczeniu, które w spadku po Czeka przechodziły do GPU, NKWD itd. Tak na przykład wiadomo, że Katyń był już miejscem straceń w okresie wczesnego bolszewizmu. Tak samo słynna Małachowka pod Moskwą, owa „willa szczęścia” gen. Berlinga i towarzyszy z katyńskiego okresu, gdzie ich pojono, karmiono i „przekuwano” na „polskich patriotów”, już w r. 1925 używana była przez GPU dla wysoce specjalnych celów. Do tej samej bowiem willi w Małachowce przywieziono Reilly’ego niby to do kwatery „organizacji konspiracyjnej”.

Reilly, pod wrażeniem sprawności organizacyjnej konspiratorów, poprosił, by zawieziono go w bezpieczne miejsce i zezwolono na posłanie raportu do Boyce’a.  Po napisaniu listu w mieszkaniu Opperputa – został aresztowany.

Został poddany intensywnym przesłuchaniom na Łubiance, a także (co wydaje mi się nietypowe dla czekistowskiego modus operandi) w prywatnych mieszkaniach.  Zabierano go na przejażdżki samochodowe po mieście, a nawet na spacery, by mógł zaciągnąć świeżego powietrza (jak się zdaje, głównie w nocy).  Nie był bity, ani poddany fizycznym torturom.  O przebiegu przesłuchań wiemy jednak tylko ze źródeł sowieckich, tzn. oficjalnych raportów, wspomnień oraz bardzo dziwnego źródła, jakim były notatki robione przez Reilly’ego w celi na bibułkach z papierosów.  Zostały one ujawnione w miarę późno, bo dopiero w latach 90., i trudno doprawdy wyrokować, co do ich autentyczności, ale muszą być uznane za źródła sowieckie.  Równie niejasne są w tym wypadku motywy samego Reilly’ego w pisaniu tego rodzaju „dziennika”, co motywy czekistów, które skłoniły ich najpierw do utajnienia tych dokumentów, a później do ich publikacji.  Wydaje się jednako możliwe, że Reilly pisał swe mikro-notatki dla samo-usprawiedliwienia w jakiejś trudnej do wyobrażenia przyszłości, a także iż robił notatki na temat sowieckich technik przesłuchania, które mogły się przydać brytyjskim służbom wywiadowczym.  Mógł mieć na myśli podtrzymanie swego własnego mitu, tak samo jak udowodnienie swym oprawcom, że mówił im wszystko, co wiedział.

Jeżeli notatki są w istocie autentyczne, a tak się wydaje, to wraz z protokołami zeznań, wskazują, że Reilly zachowywał się godnie podczas przesłuchań, że nigdy nie zbliżył się nawet do pokajania.  Ale jednocześnie, bardzo liczył na uwolnienie z sowieckiej niewoli.  Wedle wszystkich źródeł, Reilly prowadził otwartą dyskusję z przesłuchującymi go oficerami – rozmawiał z Artuzowem, ze Styrne i z innymi – ale przekazał im tylko informacje, które już i tak musieli znać skądinąd.  Otwarcie przyznawał się do działalności antykomunistycznej i, jak się wydaje, był przygotowany na śmierć, ale miał nadzieję ujść z życiem.  Wedle Borysa Gudza, który jako młody człowiek „słyszał opowieści od znajomych czekistów obecnych przy śmierci Reilly’ego”, rozkaz wykonania egzekucji przyszedł od samego Stalina.  Politbiuro rzekomo debatowało los Reilly’ego i odrzuciło możliwość wypuszczenia go na wolność, czego domagali się oficerowie prowadzący Trust.  Argumentacja Stalina wydaje się jednak mało przekonująca.  Miał on obawiać się kompromitacji, gdyż komunikat wydany w dzień po przekroczeniu granicy przez Reilly’ego sugerował, że obcokrajowiec został zamordowany w wymianie strzałów.  Doprawdy, tego rodzaju niekonsekwencje nigdy nie przejmowały zbytnio bolszewików.  Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że Stalin domagał się likwidacji jeszcze jednego, zajadłego wroga.  Ale w pierwszym rzędzie: dlaczego mamy ufać zeznaniom byłego czekisty, który nie był na miejscu?

Według oficjalnego raportu obecnego przy egzekucji tow. Fadulejewa do Styrnego, Reilly został zamordowany dwoma strzałami 5 listopada 1925 roku, około godziny 9 wieczorem, w lesie pod Moskwą.  Pierwszy strzał oddał tow. Ibragim w plecy idącego przed nim Reilly’ego, a następnie dobił leżącego tow. Syrojeżkin.

Ale nie na tym koniec historii „asa szpiegów”, jak go wkrótce ochrzczono.  Pepita od samego początku uważała Boyce’a za sowieckiego agenta i obciążała go odpowiedzialnością za śmierć męża, ale być może nie należy się dziwić, że nikt nie brał poważnie opinii bolejącej wdowy.  Dopiero w 2001 roku ukazała się książka Edwarda Gazura, byłego agenta FBI, który przeprowadził wywiad-rzekę ze słynnym uciekinierem sowieckim, generałem Aleksandrem Orłowem w 1972 roku, na krótko przed śmiercią czekisty.  Gazur dowodził m.in., że Boyce był wieloletnim agentem czeki i jako źródło podał Orłowa.  Problem jednak w tym, że Orłow nigdy nie wskazał na Boyce’a jako podwójnego agenta w swych oficjalnych zeznaniach.  Wedle Gazura, generał udzielił mu zaledwie pewnych wskazówek, na podstawie których zdołał on wydedukować, że agentem sowieckim w otoczeniu Reilly’ego musiał być Boyce.  Wywody Gazura są jednak mało przekonujące, i jeżeli dodamy do tego, że w osobie Orłowa, mamy do czynienia z człowiekiem, który po ucieczce na Zachód odmówił podania nazwisk aktywnych agentów sowieckich, a wśród nich był Kim Philby i inni agenci z kręgu Cambridge, to otrzymujemy klasycznie sowiecki obraz zmącenia klarownych wód.

Boyce został odwołany z placówki w Helsinkach i oskarżony przez Cumminga, że wciągnął człowieka spoza agencji do zadania powierzonego mu przez SIS – jak gdyby to było czymś niespotykanie dziwnym – ale poza Pepitą nikt nie oskarżał go o zdradę.  Akta osobowe komandora Ernesta Boyce’a znikły z archiwów brytyjskich, co nie jest wprawdzie rzadkością, ale nie jest przez to mniej podejrzane.

Istotne wydaje mi się w tym punkcie samo podejrzenie, że w otoczeniu Reilly’ego był jakiś podwójny agent.  Znaczyłoby to bowiem, że infiltracja zachodnich służb wywiadowczych przez sowieciarzy zaczęła się znacznie wcześniej niż dotąd sądzono.  Cień nieufności padł nawet na George’a Hilla, bliskiego przyjaciela Reilly’ego i uczestnika obiadów dla likwidacji Bola.  Podobnie jak Reilly, Hill wielokrotnie, jakby cudem, uniknął aresztowania, pomimo że był zawsze w pobliżu centrum wydarzeń, ale konkretne posądzenie wzięło się stąd, że opublikowane akta sowieckie na temat Reilly’ego zawierają informacje identyczne z tymi, które podawał o nim Hill, niezależnie od ich prawdziwości.  Przytaczam ten fakt, pomimo że nie jestem nim przekonany.  Sowieccy informatorzy mogli zaczerpnąć te same historie od Hilla, który nie musiał wiedzieć, z kim rozmawia.  Co więcej, publikacja akt Reilly’ego w latach 90., mogła mieć na celu także kompromitację Hilla.

***

Józef Mackiewicz pisał o Reillym:

Reilly-Rosenblum należał do tych nielicznych, którzy rozumieli, że bolszewizm trzeba obalić i zniszczyć, inaczej zagrażać będzie zniszczeniem wolnego świata. Brał udział w różnych spiskach antykomunistycznych, lecz mimo wieloletniego doświadczenia i niezwykłej zręczności, wpadł w końcu w pułapkę GPU. W nocy z 28 na 29 września 1925 przekroczył granicę fińską do Sowietów koło wsi Alekul z zamiarem skontaktowania się z rzekomą antysowiecką organizacją podziemną. Od tej chwili słuch o nim zaginął. Dopiero słynny swojego czasu Opperput, o którym do dziś nie wiadomo z pewnością, czy był nawróconym agentem kontrwywiadu GPU, czy tylko grał rolę wyznaczoną mu z góry, w rewelacjach ogłoszonych na Zachodzie w r. 1927 przedstawił, jak się rzekomo rzecz odbyła.

Być może Mackiewicz za bardzo polegał na zeznaniach Opperputa, który rzeczywiście jest postacią fascynującą i równie niemal tajemniczą, co sam Sidney Reilly.  W kwietniu 1927 roku Eduard Opperput uciekł do Finlandii i ogłosił, że Trust był od początku prowokacją gpu.  Jego dalsze losy owiane są tajemnicą.  Wiele wskazuje na to, że Maria Zacharczenko-Szulc, która być może była kochanką Opperputa, nie była świadoma swej roli w prowokacji Trustu (takiego zdania był także Mackiewicz).  Po kilku miesiącach przekonała go do powrotu do sowietów, w celu dokonania zamachu terrorystycznego na Łubiankę.  Zamach dokonany w czerwcu tegoż 1927, nie udał się (mówił o nim sam Jagoda w wywiadzie dla Izwiestii).  Wedle jednej wersji Opperput zginął na miejscu, według innej zniknął.  Maria wraz z trzecim zamachowcem zdołała zbiec, ale zginęła (lub popełniła samobójstwo) w strzelaninie z czekistami w lasach pod Połockiem.  Na ile prawdziwa jest historia o jej śmierci, trudno wyrokować.  Zamachy na sławnych bolszewików były wówczas w modzie, zaledwie kilka tygodni wcześniej, wileński licealista, Borys Kowerda, zastrzelił na dworcu warszawskim posła sowieckiego Wojkowa, którego głównym tytułem do chwały był udział w zabójstwie rodziny carskiej.

Czy Opperutowi udało się zbiec?  Czy raczej wydał planowany zamach swym mocodawcom z gpu?  Niektórzy utrzymują, że nawet jego denuncjacja Trustu była częścią prowokacji, że gpu pragnęło okazać swoją wszechwładzę, w celu sparaliżowania wszelkich akcji antysowieckich u zarania, a nikt na Zachodzie nie uwierzyłby, gdyby ogłoszono szczegóły prowokacji w Moskwie.  Kolejna wersja głosi, że Opperput pracował dla gpu w latach 30. w Chinach.  Ciekawą puentą tej historii jest opowieść o człowieku, przedstawiającym się jako baron von Manteuffel, który pojawił się w okupowanym Kijowie w latach 40., został rozpoznany jako Eduard Opperput i rozstrzelany przez Niemców jako sowiecki agent.

Mackiewicz był zdania, że pomimo ogromnych sukcesów, prowokacja Trustu zakończyła się niepowodzeniem, dzięki nieugiętej postawie generała Kutiepowa.

Kutiepow początkowo sam – jak inni – uwierzył w autentyczność rzekomej antysowieckiej organizacji zmontowanej przez GPU.  Ale nie zgodził się na warunek odwołania akcji czynnej i obstawał przy stosowaniu antykomunistycznego terroru w Moskwie.

Artuzow i Pilar, Styrne, Fiodorow i Sosnowski, wszyscy zostali rozstrzelani w 1937 roku.  Jakuszew zginął w gułagu.  Generał Aleksander Kutiepow, którego organizację miał sparaliżować Trust, został porwany w Paryżu w styczniu 1930 roku i przemycony do Moskwy.  Najprawdopodobniej umarł od zbyt dużej dawki morfiny podanej mu przez porywaczy.

Trust nr 2

Józef Mackiewicz jako pierwszy wskazał na prowokację Trustu jako wzór dla operacji sowieckich od lat 60. począwszy.  Nazywał ruch dysydencki w sowietach i prlu „Trustem nr 2”.  Anatolij Golicyn potwierdził domysły Mackiewicza, dowodząc, że pod wpływem studiów nad operacją Trust, młodzi czekiści pod wodzą Szelepina i Mironowa zdołali przekonać Chruszczowa, do „przekształcenia KGB z typowej tajnej policji w elastyczną, wyrafinowaną broń polityczną, zdolną do odgrywania skutecznej roli w realizacji polityki, podobnie jak OGPU w czasie NEP-u”.

Wieloletnia, długoterminowa prowokacja, polegająca na przekonaniu całego świata, że komunizm ewoluuje, że sowiety są potęgą na drewnianych nogach, że sowieci nie potrafią opanować fałszywej opozycji podkomunistycznej, byle tylko nie walczyć, a wszystko samo się zmieni – ta wielka prowokacja powiodła się całkowicie i zaowocowała bezprzykładnym spektaklem z lat 1989-1991, widowiskiem, które przeszło do historii pod nazwą „upadku komunizmu”.

Czy warto pisać dziś o ludziach pokroju Sidneya Reilly?  O Borysie Sawinkowie?  O Karolu Jaroszyńskim?  O generale Kutiepowie?  O uczestnikach obiadów na rzecz likwidacji Bola?  Jaroszyński nie jest lubiany w Polsce, bo próbował ratować rodzinę carską z rąk bolszewickich oprawców.  Kutiepow jest widziany jako reakcjonista i spadkobierca jedimoj i niedielimoj Rossiji.  Sawinkow to terrorysta.  Angielscy spiskowcy przeciw władzy Lenina pozostają zupełnie nieznani.

Nikogo doprawdy nie interesują tajemne konspiracje sprzed stu laty, knowania podejrzanych ludzi z innego świata, w celu obalenia najgorszego reżymu, jaki ziemia nosiła.  Na pozór, mogłoby się zdawać, że powód jest jeden: upadek komunizmu.  Skoro komunizm upadł, to jakie znaczenie mogą mieć nieudane próby jego obalenia przed wiekiem?  To, co się wówczas wydarzyło ma wagę wyłącznie historyczną, nie ma żadnego wpływu na świat, w którym żyjemy.  W moim przekonaniu jednak, to nie fantastyczna maskarada, znana pod nazwą „upadku komunizmu”, winna jest braku zainteresowania dla ludzi pokroju Dukesa, Hilla czy Sidneya Reilly.  Odnoszę raczej wrażenie, że coś tak trudnego do określenia, jak „sympatia” czytającego ogółu, leży po drugiej stronie: po stronie Lenina i Trockiego, po stronie tych romantycznych rewolucjonistów, którzy marzyć mieli rzekomo o nowym, lepszym świecie.  Widmo komunizmu krąży dziś po świecie i nie wzbudza już lęku ani niechęci.  Wręcz przeciwnie, witane jest z radością przez młodych i starych, jak jutrzenka swobody, która wyzwoli ich wreszcie od tyranii „establishmentu” albo od władzy bankierów; podniesie zasiłki dla bezrobotnych i obdarzy każdego wszelkimi dobrami – byle za darmo; da im prawdziwą demokrację i równość, a może nawet dorzuci trochę chleba i igrzysk; uwolni od rasizmu albo neokolonializmu, seksyzmu (który podobno w prlu nazywa się „seksizmem”) i wszystkich innych izmów, od których wyzwolenia domaga się polityczna poprawność; pozwoli inteligentnym młodym ludziom zastanawiać się z nabożnym spokojem, jakiej mogą być płci; wzbudzi gniew przeciw „faszystom” i „czarnej reakcji” (zresztą nie tylko czarnej, białej reakcji też, bo równość być musi); uwolni od globalistów z londyńskiej City i od groźby teutońskiej dominacji; wyzwoli od lęku przed chrlowskim jedwabnym szlakiem i ukróci globalne zagrożenie panislamizmu; i wreszcie najważniejsze: komunizm na całym świecie będzie gwoździem do trumny globalnego ocieplenia.  Przynajmniej w tym ostatnim wypadku być może mają rację, bo widmo komunizmu zmrozi kulę ziemską na amen.

Polityka wieców i żądań, pikiet i marszów, plakatów, haseł i wymachiwania pięściami, manifestacji i jednogłośnego skandowania, ostatecznie wyparła racjonalną wymianę zdań.  Dyskusja sprowadza się dziś do wzajemnego zakrzykiwania – i nie mówię tu wcale o mało istotnych pseudo-debatach na blogosferze, ale niestety o poziomie debaty politycznej w zachodnich „ostojach demokracji”.  Argumentacja coraz częściej sprowadzana jest do tego, kto krzyczy głośniej.  A przy tym wszystkim dominuje atmosferę polityczną i myślową społeczny radykalizm i gloryfikacja rewolucji.  Kiedy wytykam młodym ludziom, że nie wiedzą, co mówią, wołając o rewolucję w takt piosenek pop, to słyszę w odpowiedzi, że im braknie doświadczenia, więc są usprawiedliwieni.

W moim przekonaniu, nie doświadczenia im brak, tylko szarych komórek.  Jak to określił niedawno Roger Scruton, „marksistowska wizja przetrwała zebrane świadectwo swego morderczego dziedzictwa” i przyciąga dziś odmóżdżonych idealistów z coraz większą siłą.

Wobec tego krążącego po świecie widma, Kutiepow i Jaroszyński wydają mi się wzorami godnymi przypomnienia.  Wobec nierozważnej beztroski tych wszystkich, którzy idą z piosenkami na ustach – and I pray, oh my God do I pray, for revolution! – pod bolszewickie jarzmo, wydaje mi się bardzo na czasie przywołanie przykładu tych nielicznych, którzy pragnęli walczyć z kolektywną bezmyślnością, walczyć z komunizmem.  Sidney Reilly i jego weseli towarzysze biesiad w Savoyu są dobrym wzorem na przyszłość.  Toteż wybrałem się i ja do londyńskiego Savoya na bibkę.  Wprawdzie nie było mowy o likwidacji Bola, bo nie ma na to dziś żadnych szans, ale komuż „wiesielitsia”, jak nie nam, starym kontrrewolucjonistom?

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2017/10/01/bolo-liquidation-club-vi-sidney-reilly/
Kategorie: Bolo Liquidation Club, Cykle, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2017/10/01/bolo-liquidation-club-vi-sidney-reilly/