Męki Tantala
Zachęcony przez p. Łukasza Kołaka, przeczytałem artykuł Coryllusa pt. Komunizm i komunizmy. Tytuł intrygujący dla autorów Wydawnictwa Podziemnego, jak każdy czytelnik niniejszej witryny z łatwością zgadnie, bo od lat zajmujemy się tu niewdzięcznym przedsięwzięciem przybijania kisielu do ściany, to znaczy próbą zdefiniowania, czym jest zjawisko, które konsekwentnie uważamy za największe zagrożenie świata, gdy miliardy ludzi na tym świecie żyją w przekonaniu, że komunizm dawno upadł. Natura komunizmu sprawia, że niezwykle trudno ująć go w karby definicji. Potwór przepoczwarza się na naszych oczach, właśnie wówczas, gdy wydaje się, że zdołaliśmy uchwycić jego istotę. Czyżbyśmy, jak Syzyf, skazani byli na wieczne wtaczanie tego głazu pod górę, po to tylko, by przetoczył się po naszych umęczonych członkach? A może lepszą metaforą na próby definiowania komunizmu, bolszewizmu, sowietyzmu, ale także zastanawiania się nad różnicami między prlem i prlem bis, jest mityczny Tantal skazany przez olimpijskich bogów na wieczne męki niezaspokojonego pragnienia i głodu. Stać miał Tantal po kolana w chłodnym strumieniu pod owocowym drzewem, ale ilekroć pochylił się, by zwilżyć wyschnięte wargi, woda znikała; ilekroć wyciągnął rękę po dojrzały owoc, gałąź umykała mu. Definicja jest blisko, wydaje się w zasięgu ręki, ale wymyka się naszemu niedoskonałemu poznaniu.
Artykuł Gabriela Maciejewskiego, bo tak się nazywa autor podpisujący się „Coryllus”, pochodzi z 2012 roku. Fakt ten jest o tyle ważny, że p. Maciejewski jest niezwykle płodnym autorem, np. w styczniu bieżącego roku opublikował 35 artykułów. Nie mam pojęcia, czy Komunizm i komunizmy, to jest ostatnie słowo Maciejewskiego w sprawie przybijania kisielu do ściany, ale obawiam się, że rzetelne zbadanie czy wypowiedział się gdzieś ponownie na ten temat, przekracza moje skromne możliwości. Zatrzymam się zatem przy owym artykule z 2012 roku jako symptomie pewnego zjawiska, raczej niż jako przedmiocie polemiki. Podobne opinie wypowiadane były bowiem często, np. zaprzyjaźniony z naszą witryną p. Jaszczur, określał pokrewne stanowisko w artykule pt. „Trzeci poziom spisku”, do którego jeszcze powrócę.
Artykuł Coryllusa jest interesującą mieszaniną twierdzeń w oczywisty sposób prawdziwych z koncepcjami zaskakująco nietrafnymi. „Świat nie zmienił się wcale,” pisze słusznie Coryllus, „myśl ludzka krąży wokół tych samych spraw.” Po czym natychmiast kładzie petardę pod swoje własne twierdzenie, gdy pozwala sobie na klasyczny redukcjonizm. Oto jego zdaniem myśl ludzka krąży tylko wokół spraw przyziemnych: „nieruchomości, kosztów pracy, kontroli nad obrotem żywnością i kruszcem oraz masowej propagandy”. Naprawdę? Ogromna większość ludzi fascynuje się posiadaniem, płaceniem jak najmniej się da za wykonaną pracę, a jednocześnie otrzymaniem jak najwyższej zapłaty za wykonaną pracę, pasjonuje się tym, co można zjeść i tym, za co można kupić coś do jedzenia – to wszystko prawda. Ale czy zasługuje to od razu na miano „myśli ludzkiej”?
Kiedy jednak zostawia Coryllus utylitarną pseudo-myśl, a zajmuje się komunizmem, to sprawy gmatwają się jeszcze bardziej.
Wśród serwowanych nam przez historyków i filozofów złudzeń najczarniejsze jest to, które dotyczy komunizmu. Oto był sobie komunizm, pomyłka dziejowa, źle zinterpretowana idea, w istocie szlachetna, przerodziła się w system zbrodniczy. Był to jeden przypadek na całe eony i już się więcej nie powtórzy, udział w powstaniu komunizmu miał z pewnością szatan, a winni jego realizacji są ci podli Azjaci z Rosji i Chin, którzy co prawda studiowali na Sorbonie i w Oxfordzie, ale nie ma to przecież znaczenia.
Domyślam się, że to jest powiedziane ironicznie, ale pod czyim adresem ta ironia? Czy nie lepiej wypowiadać się klarownie? Bez tych arabeskowych zastrzeżeń, bez wyśmiewania, bez przedstawiania czegoś, co było od początku absurdalne, w sposób komiczny, by potem móc triumfować nad niedorzecznością? Żaden „filozof” nigdy nie przedstawiał komunizmu jako „szlachetnej pomyłki” – Marks i marksiści filozofami nie byli. To jest zaledwie hasło propagandowe pt. „socjalizm tak, wypaczenia nie”, a nie żadna „filozofia”. Dalej bierze Coryllus rozbrat ze zdrowym rozsądkiem, bo oto dowiadujemy się, że komunizm jest rodzajem kolonializmu, ale jego ekspansja jest pozorna (wiem, że to nonsens, ale tak w oryginale). Komunizm okazuje się tylko straszakiem na społeczeństwa niekomunistyczne, by z lęku spłacały zaciągnięte pożyczki.
Ekspansja komunizmu w krajach tak zwanego trzeciego świata, była związana z poszukiwaniem surowców dla chwiejącej się gospodarki, a także z tym, że komunizm XX wieczny wymknął się jednak nieco spod kontroli i próbował pofikać po swojemu.
Bardzo to dowcipne, ale kompletnie mija się z prawdą. Czy naprawdę komunizm zapanował na Kubie w poszukiwaniu surowców? Niby jakich? Trzciny cukrowej? Chyba się Coryllusowi pomyliły stulecia. A w poszukiwaniu jakich surowców zapanował komunizm na półwyspie koreańskim? A Wietnam i Kambodża? Jakie potrzeby „chwiejącej się gospodarki” zaspokoiła ekspansja komunistyczna w Indochinach?
„Komunizm może być zwinięty, a następnie rozwinięty”, pisze dalej Coryllus i jest to bez wątpienia słuszne – pisaliśmy tu o „składanym komunizmie” nie raz – ale to zwijanie nie zależy od „potrzeb gospodarczych”, tylko od potrzeb politycznych. Pytanie jednak: kto może „rozwinąć lub zwinąć komunizm”? I co to naprawdę znaczy wedle Coryllusa „rozwinąć komunizm”? Być może w obfitym jego oeuvre są odpowiedzi na te pytania, ale nie ma ich w cytowanym artykule.
Kiedy sytuacja zaczyna się pogarszać wtedy wyłącza się z normalnego użytkowania jakiś teren, nazywa go w określony sposób i eksploatuje bez litości. To jest komunizm sterowany z zewnątrz. Teraz zaś pora na komunizm rodzimy czyli na takie regulacje gospodarcze, które pozwolą – mimo ogromnych trudności – utrzymać władzę kosztem oczywiście ograbienia obywateli.
Żeby uzasadnić tę karkołomną tezę, Coryllus wskazuje na XIV-wieczną Anglię, gdzie po zarazie Czarnej Śmierci próbowano zaradzić brakowi rąk do pracy i szaleńczej inflacji przy pomocy przymusu pracy i unormowanych stawek. W jego oczach jest to przykład „wewnętrznej kolonizacji” dokonanej przez „rodzimą elitę”. Regulacja pracy miała doprowadzić do buntu Wata Tylera „inspirowanego i finansowanego przez Londyn”. Kto dokładnie w „Londynie” finansował Tylera? – tego Coryllus nie wyjawia, ale konkluduje z mocą, że „chodziło zawsze o to samo – o wyłączenie jakiegoś obszaru lub grupy, odebranie praw i eksploatację na warunkach bandyckich, a często także zbrodniczych”. Kto tu wyłączał obszar? „Londyn” finansujący Tylera czy król regulujący prawo pracy? Kto tu jest bandycki a często zbrodniczy? Wat Tyler, nastoletni król Ryszard II czy zamaskowany „Londyn”? Tego nie wiadomo.
Z pól podlondyńskich przerzuca się Coryllus ze swadą do pól podmoskiewkich, a dokładniej do Słobody Aleksandrowskiej, do opryczników i cara Iwana. Kto wyzyskiwał biednych w moskiewskim państwie? Car? Nie. Okazuje się, że „Londyn”. I to w sposób bandycki a często zbrodniczy. Bandytyzm gospodarczy, to nic innego jak znany nam już z Anglii komunizm. Złoto ukradzione przez cara zostało wywiezione po bandycku do – Londynu, a jakże! Zatem wszystko to razem sprowadza się do komunizmu – q.e.d.
Kiedy w kilkaset lat później car Aleksander III dokonuje reform gospodarczych i politycznych, a między innymi wprowadza parytet złota, to „Londyn” wprowadza do Rosji buntowników na kształt zwolenników Wata Tylera: „wspiera ruchy demokratyczne, antyklerykalne, terrorystyczne.” Ale gdy rewolucja 1905 roku nie obaliła caratu, to Londyn wywołał wojnę.
No, a na koniec ktoś wpada na pomysł, by utworzyć gigantyczny obszar opriczny, w którym ludzie będą zamienieni w bydło, a niewielka lokalna lub obca elita sprawować będzie całkowitą kontrolę nad kruszce[m?], pracą, cenami żywności i nieruchomości. Jak za Wata Tylera.
Pod piórem Coryllusa wychodzi więc na to, że City of London, londyńska finansjera, działa przeciw samej sobie, byle tylko móc kontrolować Słobodę Aleksandryjską. Co więcej, Wat Tyler i król Ryszard także działali wbrew własnym interesom, carowie i rewolucjoniści, wszyscy wbrew sobie prowadzili politykę „Londynu”. A że w XIV wieku nie istniała jeszcze angielska finansjera, to Coryllusa nie interesuje; że banki (lombardy) były raczej w Italii (w Lombardii); że Anglicy musieli się uczyć finansów od wschodnich handlowców ze związku Hanzeatyckiego, których nazywali Easterlings (stąd nazwa: funt szterling), to wszystko drobiazgi, które nie mącą metodologicznego sumienia coryllusowego. Ale mniejsza o szczegóły, bo nie zasługują na uwagę, ważna tu jest pewna tendencja. Tendencja do pomniejszania zagrożenia komunistycznego; do sprowadzania komunizmu do „czegoś innego”. Hipoteza, że to Zachód używa komunizmu, by utrzymywać Rosję w zacofaniu i żyć dostatnio z jej bogactw naturalnych, nie obawiając się konkurencji z tej strony, jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem, ale sama tendencja jest warta zastanowienia.
Jaszczur w przytoczonym już artykule stawia tezę, że globalistyczny spisek odbywa się na trzech poziomach: sowietyzmu, panislamizmu i … spisku globalnych finansistów. Jest to analiza na wysokim poziomie i w szczegółach zazwyczaj trafna. A jednak, w moim przekonaniu, prowadzi nieuchronnie do zlekceważenia nadrzędnego zagrożenia, jakim jest komunizm. Jeżeli pan-islamizm rzeczywiście zagraża światu, to tylko jako taran, który utoruje drogę dla bolszewickiej dziczy, jak „lodołamacz”. Jeżeli globalizm kapitalizmu – wszystkie te kluby i wykwintne hotele, tajne spotkania na pokładach luksusowych jachtów albo w elitarnych kurortach, wszystkie te umowy, których nikt nie dotrzymuje – jest spiskiem zmierzającym do opanowania świata, to cała ta konspiracja może być co najwyżej prostowaniem ścieżek dla nadchodzącego bolszewickiego anty-mesjasza.
City of London jest odpowiedzialna za wiele złego i wiele dobrego, odpowiada na przykład, za uwolnienie kapitału poprzez modele posiadania stosowane do dziś. Model „akcji”, tj. udziałów w przedsięwzięciu, powstał w kontekście ryzykownych wypraw morskich z Londynu do Rosji przez Morze Barentsa. Model udziałów w firmach internetowych jest repliką udziałów w wyprawach wielorybniczych, gdzie można było zarobić krocie albo zostać bez grosza. Finansowanie handlu, który z jakiegoś powodu nazywa się w dzisiejszym prlu „handełesem” i trzyma w ogólnej pogardzie, jest o wiele starsze od londyńskiej City, wywodzi się już od Fenicjan. City nie jest z pewnością najgorszym centrum finansowym na świecie. Nowojorska Wall Street, zdominowana przez Goldman Schmucks, jest o wiele bardziej agresywnym i brutalnym ośrodkiem globalnych manipulacji. W porównaniu z Wall Street, City wygląda jak klub, w którym dżentelmeni, rozparci wygodnie na leżakach, oglądają mecz krykieta, sącząc powoli Pimm’s. Gdybyż tylko było prawdą, że finansiści londyńscy mają długoterminowy plan, ale niestety nie mają. Interesują ich tylko zyski, natychmiastowe zyski, tu i teraz. Toteż zawsze gotowi są sprzedać bolszewikom sznur, na którym wszyscy w przyszłości mamy zawisnąć.
***
Moje dobre intencje leżą w gruzach. Kisiel znowu się wymknął. Dojrzały owoc, kuszący słodyczą zaspokojenia, zniknął. Tantalowe męki będą trwać nadal. Och, jakże by to było dobrze, gdyby erudycja i energia Gabriela Maciejewskiego, analityczny talent p. Jaszczura czy pryncypialność Aleksandra Ściosa, żeby ten ogrom talentów dał się skierować na określenie zagrożenia jakie stanowi sowiecki komunizm nie tylko dla Polski, ale dla całego świata.