Trump
Prezydent Stanów Zjednoczonych przyjechał do Warszawy i dał mieszkańcom prlu wykład na temat historii Polski, dzięki czemu jest wiwatowany, jak gdyby był Sowińskim w okopach Woli i Ordonem z reduty w jednej osobie. Fetowano prezydenta na placu Krasińskich, nie przymierzając, prawie jak towarzysza Wiesława (to znaczy Władysława Gomułkę, szefa polskiej kompartii, że pozwolę sobie dodać na pożytek tych szczęsnych, co nieobeznani są z historią prlu) na placu bolszewickich defilad w październiku 1956 roku.
Oglądałem warszawski odczyt Trumpa w stanie, w którym wzrastające obrzydzenie walczyło z niekłamanym zdumieniem, ale nic nie przygotowało mnie na reakcję, jaką następnie znalazłem na polskim internecie. Niejaki Foxmulder napisał np., że „w zdjęciu prezydentów Dudy i Trumpa oglądających Rejtana Matejki jest coś bardzo symbolicznego, prometejskiego…” Czy to znaczy, że Duda z Trumpem niosą ogień dla zgnębionej ludzkości? Tylko przy czym tu Reytan? Darmo szukać wyjaśnień. Autor tego bełkotu, przedstawia się jako „głos radykalnego centrum” i „pacyficznych atlantystów”, co oczywiście pozbawione jest jakiegokolwiek sensu, poza dziecięcą uciechą w gromadzeniu sprzeczności. Nie wątpię, że Foxmulder znał kiedyś pobożną grzesznicę, która na rok przed urodzeniem zmarła, trzymając w ręku kwadratowe kółko. Trump, to w oczach autora „proimetejski [tak w oryginale] prezydent z turbosłowiańską [znowu: tak w oryginale!] żoną i córką”, który, jak przystało Odynowi i Wotanowi, obłapiał Walkirie, gdzie popadło. Ponieważ to jest zupełnie nie do wiary, podaję na wszelki wypadek adres, gdzie spisano te androny: http://foxmulder2.blogspot.co.uk/2017/07/donald-trump-prometejski-prezydent.html
Kim jest prezydent Trump? Zostawmy bogatej wyobraźni radykalnych centrystów z wysp bezludnych zarówno „turbosłowiańskiego Prometeusza” jak i „Wotana od obłapki”. Niektórzy przedstawiają go jako „konserwatystę”, prawicowca, reakcjonistę i zachowawcę – wszystko terminy bliskie memu sercu. Inni jako wybitnego „biznesmena”, kapitalistę par excelence i wcielenie wszelkich cnót liberalno-demokratycznych. Jeszcze inni, widzą w nim bezwstydny populizm, demagogię i jawny oportunizm, ale także mianują go „antypolitycznym politykiem”. – Przyznajmy, te obrazy wzajemnie się wykluczają.
W pierwszym rzędzie przyjrzyjmy się mitowi nadzwyczajnych zdolności w prowadzeniu interesów. Trump odziedziczył w 1974 miliony dolarów. Ponoć nie wiadomo dokładnie ile, ale wiadomo, że w roku 1982 Donald Trump wart był 200 milionów dolarów, a dziś wart jest 3 i pół miliarda. Wydawać by się mogło, że 17-i-pół-krotny wzrost, to jest wystarczające potwierdzenie jego renomy w interesach. Tylko że w 1982 roku Dow Jones, czyli miernik akcji 30 najważniejszych firm amerykańskich, wahał się między 800 i 1000 punktów, a dziś stoi grubo powyżej 21 tysięcy punktów, a więc w najgorszym wypadku jest to wzrost więcej niż 21-krotny. A po drodze, Trump zdołał zbankrutować więcej niż raz.
Już sam fakt, że nie wiadomo ile razy firmy Trumpa zgłosiły się pod ochronę tak zwanego Chapter 11 – prawa, które zezwala bankrutom na prowadzenie interesów w czasie trwania negocjacji z dłużnikami – jest zdumiewający. Ale nie na tym kończą się wątpliwe talenty Trumpa-kapitalisty. W latach 1979-80 nasz turbosłowiański Prometeusz wynajął nielegalnie kilkuset polskich robotników budowlanych do pracy przy rozbiórce i niwelacji gruntu pod budowę Trump Tower w Nowym Jorku. Polacy, jak to Polacy, pracowali po 12 godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, za śmieszne grosze (poniżej 5 dolarów za godzinę, co na pewno było fortuną w oczach ludzi z prlu, ale amerykański robotnik dostałby wówczas ponad 10 dolarów za godzinę za podobną pracę) i bez jakiegokolwiek ubezpieczenia, po czym Trump odmówił im wypłaty, bo przecież nie byli legalnie zatrudnieni. Następnie wyrzucił wszystkich polskich robotników, a gdy zagrożono mu sprawą sądową, odpowiedział groźbą natychmiastowej deportacji. Po latach został za to podany do sądu i wypłacił zaległe pieniądze z własnej kieszeni.
Trzeba zaiste być zaślepionym turbosłowiańską urodą panny Trumpówny, żeby brać poważnie jego warszawski odczyt. „W Polakach można dostrzec duszę Europy”, miał się wyrazić prezydent Stanów Zjednoczonych, i nie wiem już, czy miał na myśli pracę za darmo czy turbosłowiańską obłapkę. Pamiętać jednak należy, że przemówienie nie zostało napisane przez Trumpa (w czym nie ma nic dziwnego), ani nie wyraża jego poglądów (co już nie jest wcale normalne). Poglądy prezydenta dadzą się bowiem wyrazić przy pomocy 140 znaków, bo na tyle tylko zezwala Twitter, a jego wiedza na temat Polski sprowadza się do empirycznie udowodnionej pewności, jak łatwo można Polaków nabić w butelkę.
Trump nie jest konserwatystą. Konserwatyzm jest z definicji postawą, która stawia wartość w sercu wszelkich działań, przekłada ewolucję instytucji ponad gwałtowne zmiany polityczne i wreszcie szanuje tradycyjną moralność. W żadnym z tych punktów Trump nie da się określić jako zachowawca. Społeczny konserwatyzm jest w jego rękach wyłącznie wygodnym narzędziem, by móc się przedstawić jako wróg klasy panującej w Stanach Zjednoczonych. Przydawanie mu miana „reakcjonisty” jest nadużyciem, gdyż czarna reakcja na demo-liberalny koszmar wokół nas, twarde „nie” w odpowiedzi na szaleństwo ochlokracji, jest jedyną godną człowieka wolnego postawą w dzisiejszych czasach. Trump natomiast jest częścią systemu, który krytykuje, należy bez reszty do demokratycznej elity, którą rzekomo odrzuca. Sam fakt, że jest „wrogiem naszych wrogów”, nie czyni go wcale naszym sojusznikiem.
Trump nie jest nawet Republikaninem. Bill i Hilary Clinton należeli przez lata do grona jego nielicznych przyjaciół. Chelsea Clinton była od lat przyjaciółką Ivanki Trump. Osobisty doradca i wieloletni towarzysz zabaw prezydenta, Michael Cohen, był wcześniej doradcą Dukakisa, głosował na Obamę i uważa się do dziś za lewicowca. Ogromna większość Republikańskich senatorów i członków Izby Reprezentantów, jest przeciwna populizmowi Trumpa.
Słyszę z wszystkich stron, że za wcześnie na ocenę nowego prezydenta; że wielu jego poprzedników wyglądało na idiotów, a dziś się na nich patrzy z rozrzewnieniem. To prawda, że lewactwo jeździło sobie po Reaganie przez lata, a przecież był to najlepszy prezydent Stanów Zjednoczonych w XX wieku. Nie można jednak porównać Trumpa do Reagana, gdyż Ronnie trzymał się zawsze wyraźnej, jasno określonej postawy politycznej, miał jasną koncepcję ekonomiczną, którą jego osobisty wróg i następca, George Bush, ochrzcił tak niesłusznym mianem voodoo economics, przejętym następnie przez wszystkich krytyków. Reagan był szczerym antykomunistą, nawet jeżeli w końcu dał się wywieść w pole Gorbaczowowi; i był wreszcie czarującym, szarmanckim człowiekiem, który osiągał swoje cele polityczne przy pomocy osobistego uroku. Trump mówi o sobie, że jest negocjatorem (deal maker), że on dopiero nauczy Waszyngton, jak należy przeprowadzać transakcje. Ale konstytucja amerykańska jest skonstruowana w taki sposób, żeby zachować równowagę władzy. Potężna egzekutywa w rękach Białego Domu, jest bezustannie kontrolowana przez inne instytucje amerykańskiego państwa. Na pierwszym miejscu przez Kongres i niezależne sądownictwo, ale także przez wszechpotężne media i wreszcie nie wolno zapominać o rozlicznych organach bezpieczeństwa państwa: FBI, CIA, Pentagon, Secret Service, rozmaite wywiady, kontrwywiady i tajne agencje – wszystkie one podlegają władzy prezydenta, ale on sam jest im także poddany. Przeprowadzenie polityki bliskiej sercu prezydenta, jest w takim układzie zawsze kwestią negocjacji, kompromisu, transakcji. Trzeba zawsze stworzyć jakąś koalicję, i ciągle uważać, żeby nie zrazić zbyt wielu potencjalnych przeciwników. Wbrew swym gromkim zapowiedziom, Trump nie prowadzi żadnych negocjacji. Art of the deal zostało zastąpione przez bullying. Próbował rządzić przez Twitter, ale wreszcie ktoś mu wyrzucił tę zabawkę z kołyski. Próbował rządzić przy pomocy dekretu (jak każdy tyran w historii), ale jego zarządzenia wykonawcze są kwestionowane przez sądy, a prezydent nie może stać ponad prawem. Co więcej, każdy prezydent zmuszony jest przysiąc, że będzie podtrzymywał konstytucję i system prawny Stanów Zjednoczonych, więc jeżeli jego dekrety są niezgodne z prawem, to otwiera się na ryzyko starożytnej procedury usunięcia z urzędu (impeachment). Na marginesie, zadziwia mnie nieuctwo rozlicznych komentatorów, zwłaszcza amerykańskich, którzy w swej krótkowzroczności uważają „usunięcie prezydenta” za szczególnie amerykański proceder, a nie dostrzegają, że jego korzenie wywodzą się wprost z rzymskiej tradycji usuwania, na drodze długiego i bolesnego przewodu, niegodnych senatorów z Senatu.
Plany gospodarcze Trumpa są mieszaniną skrajnego liberalizmu z socjalistycznym interwencjonizmem oraz klasycznie anglosaskiego izolacjonizmu z ekonomicznym analfabetyzmem. Podczas kampanii wyborczej obiecywał amerykańskim wyborcom, że posady dla prostych robotników powrócą do Ameryki, ale tego nie da się zrobić przy skrajnie liberalnych założeniach, wedle których „niewidzialna ręka rynku” przesuwa zatrudnienie tam, gdzie można produkować taniej. Koszty produkcji są wysokie w Ameryce, więc prace odpływają za oceany. Co gorsza, w przyszłości odpływać będą nadal, ale już nie do chrl, tylko w ręce robotów, tworzonych przez zaawansowane technicznie amerykańskie firmy. Żaden kretyński uśmiech prezydenta ani uniesiony arogancko palec wskazujący, nie zdołają tego procesu zahamować.
Żeby już nie owijać w bawełnę, powiedzmy wprost: Trump jest narcystycznym dzieckiem we mgle, które nie potrafi sklecić trzech zdań, bez powtórzenia słów takich jak „piękny” czy „fantastyczny”, albo „zły” i „przegrany”; otacza się zgodnym chórem sykofantycznych piewców i klakierów, wśród których niewielu potrafi mu powiedzieć w oczy, że nie ma racji; nie ma pojęcia o działaniu instytucji rządowych; ucieka się do demagogii dla omamienia wyborców, a w ostatnich dniach zdołał nawet omamić prlowskich blogerów. I tak doszedłem do najdziwniejszej strony sukcesu Trumpa w prlu. Czytam od lat, że np. konflikt chińsko-sowiecki o Syberię jest nieunikniony, albo że sino-amerykańska wojna o dominację Pacyfiku jest nieuchronna. Do takich enuncjacji dodano ostatnimi czasy, że Trump sprzeda Polskę Rosji, by wejść w układ przeciw chrl albo – po warszawskich czastuszkach – że będzie walczył o Polskę do ostatniej kropli krwi, bo to jest dusza Europy. Że też się nikomu nie znudzi opowiadać takich niedorzeczności. Sowieci nie będą nigdy walczyć naprawdę z chrlem, mogą co najwyżej kontynuować pozorny konflikt, dla zmylenia czujności tych wszystkich Trumpów i tym skuteczniejszego zniszczenia tzw. Zachodu. Konflikt wyłącznie sino-amerykański wydaje się równie mało prawdopodobny, ale gdyby nawet zaszedł, to prl byłby wówczas co najwyżej pionkiem na szachownicy, a amerykańska pomoc dla Europy Wschodniej w razie takiego konfliktu w najlepszym razie ograniczy się do posyłania listów protestacyjnych. Co rzekłszy, jeżeli Foxmulder et al. pragną zastąpić hura-optymizmem myślenie o wolnej Polsce, to jest oczywiście ich prywatna sprawa.
Główną przyczyną, dla której postanowiłem w ogóle zabrać głos na temat Trumpa jest znakomity cykl Andrzeja Dajewskiego, pt. „Wszystko jest połączone (w cyberprzestrzeni i wokół)”, który zamieściliśmy ostatnio na naszej stronie, a który traktuje o cybernetycznej wojnie prowadzonej po cichu od lat przez sowieciarzy przeciw całemu światu. Pan Andrzej wykazał między innymi, czarno na białym, że sowieci ingerowali w wybory prezydenckie w Ameryce. Doprowadziło mnie to do refleksji, w jakim celu i w jaki sposób mógł Putin chcieć wpłynąć na wynik wyborów. W moim głębokim przekonaniu, sowieci wpływali na wybory amerykańskie wielokrotnie w przeszłości, ale robili to w sposób subtelny i często przeciwny powszechnym oczekiwaniom. Klasycznym tego przykładem jest wybór Ronalda Reagana w roku 1980. Moim zdaniem, Kreml potrzebował wówczas autentycznego antykomunisty w Białym Domu, by móc uwiarygodnić przygotowywane przedstawienie pt. „upadek komunizmu”. Komunizm mógł bowiem przekonująco upaść pod naciskiem wyścigu zbrojeń z Reaganem – jak się do dziś utrzymuje – podczas gdy nawet Adam Michnik nie uwierzyłby, że komunizm upadł wobec retoryki producenta fistaszków, Jimmy Cartera, i jego doradcy, Zbigniewa Brzezińskiego. Pisałem tu obszernie na temat niespodziewanej – niespodziewanej nawet dla Kremla – wojny w Afganistanie, a prowokacja Solidarności jest o wiele zbyt dobrze znana, żeby tu o tym mówić. Jakie więc mogły być motywy interwencji Putina po stronie Trumpa? Czy Trump jest człowiekiem Kremla? Czy wręcz przeciwnie? Może potrzeba im akurat postaci na miarę Reagana (tylko przeliczyli się co do osobowości Trumpa)?
Muszę się z góry zastrzec, że są to z mojej strony wyłącznie niczym nie uzasadnione spekulacje, i że w żadnym wypadku nie mam dowodów na to, co napiszę poniżej.
Wśród możliwych motywów Putina podczas amerykańskich wyborów, umieszczenie „naszego człowieka w Białym Domu” nie wydaje się nawet niedościgłym marzeniem. Paradoksalnie, próbowała czegoś podobnego dokonać amerykańska mafia, wspomagając w latach 30. elekcję Roosevelta. Zakres władzy amerykańskiego prezydenta jest jednak tak ogromny, że Roosevelt prędko uwolnił się od zależności i stał się zaciętym wrogiem kryminalnych syndykatów. Prawdziwy agent w Waszyngtonie byłby zbyt łatwy do skompromitowania, musiałby bowiem jednocześnie i bezustannie wykazywać Amerykanom, że nie jest agentem, gdy Kreml posiadałby w ręku dowody jego agenturalności. Natomiast prezydent, który agentem nie będąc, jest jednocześnie w jakiś niejasny sposób powiązany z Kremlem, jest ideałem dla sowieckich prowokatorów.
Otóż wydaje mi się, że Trump, pomimo swych wszystkich wad, pomimo oczywistej pomocy, jaką uzyskał z Kremla podczas wyborów, nie jest marionetką Putina, jak to sugerują jego lewicowi krytycy, nie jest w szponach kgb. Trump jest zbyt nieprzewidywalny, by być czyjąkolwiek kukiełką. Jest jednak jednocześnie idealnym nośnikiem chaosu. Dodajmy do tego cudaczną osobowość prezydenta i mamy podstawowy składnik klasycznie leninowskiej „sytuacji rewolucyjnej”. Trump staje się nagle prorokiem destabilizacji, agentem niepewności. Swoją idiotyczną arogancją i żenującą chełpliwością, swym buńczucznym wywyższaniem się i butną pyszałkowatością, przygotowuje grunt pod „front jedności wszelkich sił postępowych na planecie”. Trump radykalizuje i jednoczy całą lewicę świata. Osobliwa kombinacja pokraki z arogantem, wsiowego idioty z multimiliarderem, ignoranta z autentyczną potęgą, przywodzi na myśl Alfreda Jarry i jego króla Ubu.
Na pozór mogłoby się wydawać, że dla nas, podziemnych kontrrewolucjonistów, Trump powinien być gwiazdą przewodnią, ale tak byłoby tylko wówczas, gdyby istniała jakakolwiek siła, która mogłaby doprowadzić do realnej kontrrewolucji. Ponieważ jednak taka siła nie istnieje, to jedynym beneficjentem chaosu będzie Putin.
***
Są w tym koszmarze, jaki stworzył Trump, dwa przebłyski nadziei. Pierwszym jest jego nieobliczalność. Wszelkie próby przewidywania, co też on może zrobić, są skazane na niepowodzenie. Powie jedno, a zrobi na odwrót, po czym się wycofa i powie, że się nie wycofał. Nieobliczalność może być wielką siłą w rozgrywce politycznej – ale tylko na krótką metę. Prezydent jest nowoczesnym, postmodernistycznym politykiem: bez żadnego kośćca, nie związany niczym. Wedle jego własnych słów ma „transakcyjne podejście do paktów i sojuszy” (czym zdołał już podminować NATO). Innymi słowy, Trump jest jak Putin i oczywiście z nim mu będzie najłatwiej się dogadać, ale to wcale nie znaczy, że się dogadają, bo tacy ludzie także najłatwiej popadają w konflikt. Hitler i Stalin są tu dobrym przykładem. Obaj nie byli wcale związani ideologią (jak się na ogół twierdzi), tylko byli wolnymi graczami. Trump jest z tego gatunku, ale (chyba) poniżej poziomu nawet Hitlera. A więc pierwszy przebłysk nadziei od razu zgasł.
Drugi wiąże się z osobą generała Mattisa. Zasłużony dowódca piechoty morskiej, który służąc w Afganistanie i Iraku, zyskał miłość i oddanie żołnierzy, James Mattis jest rzadkim w dzisiejszych czasach przykładem zawodowego oficera-intelektualisty. Nie tylko woził ze sobą własną bibliotekę i w kieszeni munduru nosił Rozmyślania Marka Aureliusza, ale także zachęcał swych żołnierzy do czytania historii wojen krzyżowych i historii Talibanu. A jednocześnie walczył z bronią w ręku w obronie zaatakowanego konwoju w Afganistanie, po czym przybył na spotkanie zbryzgany krwią, co między innymi zdobyło mu przezwisko „Mad Dog”. Podczas przesłuchań w Kongresie, Mattis otwarcie skrytykował słowa prezydenta na temat NATO w szczególności, i sojuszy w ogóle: „Narody kwitną, gdy mają potężnych przyjaciół, bez sojuszników więdną.”
Głównym osiągnięciem generała Mattisa w ostatnich miesiącach, jest stworzenie kurdyjskiej enklawy w Syrii przy aktywnej pomocy amerykańskich jednostek specjalnych, a także przekonanie liderów Arabii Saudyjskiej, że muszą bronić swego stanu posiadania. Najważniejszym wyzwaniem są Kim i Putin. Odnoszę wrażenie, że choć Trump skłania się do tezy, iż zagrożenie ze strony Putina jest wyolbrzymiane przez jego wrogów wewnętrznych, by odebrać legitymizację jego prezydenturze, to nawet on sam dostrzega słabość swej pozycji wobec Putina. Czy wszakże James Mattis może zastąpić brak jakiejkolwiek polityki zagranicznej Białego Domu? Szczerze wątpię.
Nadzieje radykalnych centrystów można między bajki włożyć.