Powstanie węgierskie i narodziny sowieckiej strategii. Część VIII
Obalić czy ulepszać?
Charles Gati utrzymuje, że Amerykanie nie rozumieli sytuacji na Węgrzech w żadnym momencie rozgrywki. (Kompletną ignorancję Amerykanów obecnych w Budapeszcie, potwierdził nawet ambasador Andropow, ale o tem potem.) Według Gatiego, byli źle poinformowani, ponieważ ufali „faszystowskim emigrantom w Zachodnich Niemczech”, którzy nie rozumieli ewolucji węgierskiego społeczeństwa w latach 50. Innymi słowy, zarówno amerykańscy politycy, jak i ich węgierscy informatorzy, byli antykomunistami, którzy nie przyjmowali do wiadomości procesu sowietyzacji. Te dwie grupy miały pośredni wpływ na przebieg powstania. Relacje między postaciami, które decydowały o kierunkach polityki amerykańskiej w owych czasach, a ludźmi, którzy szczerze pragnęli wyzwolenia Węgier z komunistycznej okupacji (czyli antykomunistycznymi emigrantami) są przedmiotem rozważań Gatiego i Sebestyena. W rzeczywistości jednak, nie było między tymi dwoma grupami prawie żadnych kontaktów, i z pewnością większy wpływ na emigrantów miała amerykańska retoryka wyzwolenia, niż na odwrót. Co powiedziawszy, jakkolwiek szczerze wierzę w typowo amerykańską mieszankę ignorancji z arogancją, to jest mi obojętne czy dzięki węgierskim emigrantom, czy dzięki zdrowemu rozsądkowi, Departament Stanu nie widział w latach pięćdziesiątych (mniej więcej do 1957 roku) powodu, by popierać jednego komunistę, np. Nagy’a, przeciw innym komunistom, np. Rákosiemu, a potem Gerő. Gati uważa to stanowisko Eisenhowera i Dullesa za niemoralne, gdyż ludziom żyłoby się lepiej pod władzą Nagy’a niż Gerő, po czym dodaje, że gdyby tylko zamiast Mindszenty’ego był na Węgrzech kardynał Wyszyński, gdyby przewodził węgierskiej sekcji Radia Wolna Europa ktoś na miarę Jana Nowaka, to może i w Budapeszcie wyłoniłby się przywódca skrojony na miarę wielkiego tow. Wiesława, i nie doszłoby do tragedii powstania. Gati ma oczywiście rację. Gdyby zniszczono antykomunizm wśród Węgrów równie skutecznie, jak to uczyniono w Polsce i wśród polskiej emigracji, to nie byłoby 12 dni wolności. Podczas gdy emigracja polska przyjęła Gomułkę jak zbawcę i świętowała „polski październik”, to węgierscy emigranci nawoływali do walki z komunizmem.
Gati jest przekonany, że Ameryka powinna była poprzeć „reformistę Nagy’a” i wszystko byłoby pięknie, wszystko odbyłoby się tak jak w prlu, bo ludzie pod komunizmem marzą tylko o jego ulepszonej wersji. Dlaczego nikt nie dostrzegł, zapytuje retorycznie, że reforma systemu była możliwa, a obalenie nie? I wreszcie konkluduje swą krytykę amerykańskiej polityki: „Dlaczego coś nie było lepsze niż nic?” Czyli, że sparafrazuję Stefana Kisielewskiego, nie można czegoś jednocześnie obalać i ulepszać, a ulepszanie czyli coś, jest bardziej atrakcyjne niż obalanie – czyli nic. Jednym z wniosków, jakie nasunęły mi studia nad węgierskim powstaniem, jest przekonanie, że Charles Gati się mylił: było odwrotnie. Coś reprezentowane było w Budapeszcie przez grupę Corvin, przez młodych ludzi z karabinami w rękach, przez ich chwalebny opór i postawę, a nic przez Nagy’a, jego pseudo-reformy i mizerne, nieudaczne próby lawirowania między moskiewskimi frakcjami.
Powie mi ktoś, że poglądy amerykańskiego akademika węgierskiego pochodzenia, piszącego w XXI wieku wśród okazałej obfitości wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, w towarzystwach wzajemnej adoracji, jakimi są lewicowe instytuty badawcze – są pozbawione znaczenia. To z pewnością prawda. A jednak paradoks historii sprawił, że są one odzwierciedleniem ewolucji amerykańskiej polityki; zmiany, która doprowadziła do utrzymania i wzmocnienia władzy sowieckiej. Zaiste, wiara w ewolucję komunizmu zwyciężyła bez reszty, ale zmiana ta nie nastąpiła spontanicznie. Była wynikiem skoncentrowanej i długotrwałej kampanii sowieckiej.
Zimna wojna czy Wielka Spółka?
W szczytowym okresie zimnej wojny – tej prawdziwej, zakończonej wkrótce po śmierci Stalina, a nie tej udawanej, która miała rzekomo trwać nieprzerwanie aż do 1989 roku – Specjalna Komisja Kongresu do badania zbrodni katyńskiej zjechała do Londynu dla przesłuchania świadków. Pomimo oczywistych zysków propagandowych, rząd brytyjski nalegał na tajność przewodu. Józef Mackiewicz, który złożył zeznania jako świadek i rzeczoznawca, snuł następnie smutne refleksje na temat moralnego rozbrojenia Zachodu. „Przez ukrywanie zbrodni sowieckich nie przygotowuje się społeczeństwa do psychicznego odparcia czerwonej agresji, która zagraża Europie.” [1] Mackiewicz był przekonany, że „Wielka Spółka trwała” nadal; spółka zwycięzców II wojny, która oddała narody Europy Wschodniej w udzielne władanie sowietów, ale jednocześnie rozbrajała Zachód. Jednak to przekonanie nie powstrzymywało go przed podejmowaniem walki z sowietami na każdym możliwym odcinku.
Opisywałem już zalążki dylematów amerykańskiej polityki na poziomie, nazwijmy to tak, teoretycznym, w II części niniejszej rozprawy. Przyjrzyjmy się teraz, jak to wyglądało na poziomie operacyjnym. Trzeba przede wszystkim przyznać, że Amerykanie, w przeciwieństwie do europejskich aliantów, przynajmniej szukali jakichś rozwiązań vis á vis sowietów. Dzięki wysiłkom Kima Philby, nie udały się próby obalenia siłą reżymu komunistycznego w Albanii; ani dyplomacja, ani sankcje ekonomiczne, nie miały żadnego wpływu na politykę Stalina, a pomimo to Amerykanie zorganizowali most powietrzny dla pokonania blokady Berlina i ruszyli do otwartej wojny w Korei.
Dwie organizacje amerykańskie miały poważny potencjał w walce z sowietami. Pierwszą było Radio Free Europe (i Radio Liberation skierowane na sowiety) założone w latach 1950-51 (i nieoficjalnie finansowane przez CIA); drugą Office of Policy Coordination (OPC, Biuro Koordynacji Politycznej) założone w 1948 roku przez National Security Council (Radę Bezpieczeństwa Narodowego), a od 1951 roku także podległe CIA. Rolą i wpływem Radia Wolna Europa podczas powstania węgierskiego zajmę się osobno.
Zarówno zadania OPC, jak i samo istnienie tej organizacji, były ściśle tajne. O jej istnieniu wiedziało tylko 12 osób. Celem organizacji było przeciwstawienie się aktywności sowieckiej na świecie we wszelkich jej przejawach. Rozmach programu OPC uderzał ambicją. W pięciu grupach funkcjonalnych (które koncentrować się miały m.in. na wojnie psychologicznej, ekonomicznej, politycznej i militarnej), zawierało się 17 programów (w tym tak szczegółowe, jak rozpuszczanie plotek, pomoc dla podziemia i antykomunistów w wolnym świecie, podrabianie pieniędzy, sabotaż i tworzenie organizacji fasadowych, a nawet tzw. stay-behind czyli plany pozostawienia zakonspirowanych jednostek za linią frontu w wypadku ataku sowieckiego). Ojcem chrzestnym przedsięwzięcia był George Kennan, który określił główne cele OPC w następujący sposób: po pierwsze, doprowadzenie do wyjścia państw wschodnioeuropejskich (w tym państw bałtyckich) z orbity sowieckiej jako podmiotów w polityce zagranicznej; drugie, atak na wiarygodność Moskwy przez wojnę psychologiczną i propagandową; i po trzecie, ograniczenie aktywnych działań sowietów na Zachodzie. Jednocześnie OPC było zobowiązane unikać otwartego konfliktu zbrojnego. Muszę podkreślić ten punkt, bo jest on bardzo ważny w kontekście powstania na Węgrzech: Biuro miało wspomagać walkę zbrojną narodów podbitych przez komunizm, ale nie wolno mu było doprowadzić do „gorącej wojny” między Ameryką i sowietami.
Pomimo rozmachu i ambicji tych planów, w realnym świecie tak na ogół bywa, że siła pozbawiona woli jej użycia, równa się impotencji. Jeżeli bowiem nikt nie chciał wojny, to plan OPC był do niczego. Nawoływanie do walki z komunizmem musiało z czasem stać się pustym frazesem, skoro nie stała za nim realna wola użycia siły. Cytowałem w poprzedniej części słowa Barbary Toporskiej o tamtych czasach: „Same nadzieje na pomoc Zachodu mogłyby wystarczyć, sama groźba interwencji.” A zatem nadzieje na pomoc Zachodu musiały być poparte realistyczną groźbą, że taka pomoc nastąpi. Tymczasem OPC było wprawdzie bardzo aktywne podczas wojny koreańskiej, ale największym osiągnięciem Biura pozostaje ekranizacja Folwarku zwierzęcego Orwella. Zimna wojna była do wygrania, jak słusznie pisała Toporska, ale nikt nie chciał jej prowadzić; sowiety mogły się rozpaść wobec realnej groźby interwencji, ale nie wobec kreskówki opartej na arcydziele Orwella. W takim razie, jedynym alternatywnym rozwiązaniem stała się z czasem stawka na nacjonał-komunizm. Już w założycielskim programie OPC, Kennan pisał o nadaniu odrębnego głosu państwom wschodniej Europy i nie był on jedynym proponentem tego kursu, inni rozważali go już w 1948 roku po kłótni Stalina z Tito. „Odrębny głos” nadany został Tito, Gomułce, a z czasem nawet albańskim komunistom i Ceausescu. Dylemat „obalić czy ulepszać?” został rozwiązany dzięki nadrzędności koncepcji Wielkiej Spółki. Skoro wielka spółka jest nienaruszalna, to można zaledwie próbować polepszyć los ludzi pod komunizmem, ale nie wolno walczyć ze Złem immanentnym w komunizmie.
Niestety, sowieci byli doskonale poinformowani zarówno o treści tych dylematów, jak i o istnieniu sekretnego OPC, gdyż jednym z tuzina wybrańców, którym wolno było znać te ściśle tajne plany – był Kim Philby. Wiedząc o wahaniach i debatach wśród zachodnich przywódców, na temat najlepszego podejścia do komunizmu, sowieciarze zdecydowali pod koniec lat 50., pchnąć politykę amerykańską – bo o Amerykę głównie chodziło – na tory wspierania nacjonał-komunizmu. Ale po drodze pojawili się Gomułka i Nagy.
Sebestyen i Gati podkreślają wielokrotnie, że Amerykanie (zarówno poważni komentatorzy, jak Departament Stanu i CIA) uważali Nagy’a za komunistę i nie zamierzali kompromitować się popieraniem go. Departament Stanu nie chciał w owych czasach rozróżniać quasi-titoistów od neo-stalinistów, a wszystkie demoludy były postrzegane jako „niezróżniczkowane przyrostki (undifferentiated appendages) do sowietów”. Ale jakie wyciągnęli z tego wnioski?
Sowiecka pięść z żelaza
12 lipca 1956 roku, podczas obrad Rady Bezpieczeństwa Narodowego w Waszyngtonie, wice-prezydent Richard Nixon wypowiedział znamienne słowa:
Nie byłoby ostatecznym złem, z punktu widzenia interesów USA, gdyby sowiecka żelazna pięść miała spaść ponownie na blok sowiecki. [2]
Nixon określił z niesłychanym cynizmem kamień węgielny amerykańskiej polityki powojennej: Europa Wschodnia należy bez reszty do sowieckiej strefy wpływów i żaden z narodów za żelazną kurtyną nie jest potencjalnym aliantem Ameryki. Retoryka wyzwolenia pozostała niezmieniona, ale za kulisami zwyciężała inna koncepcja. Już w 1953 roku, Eisenhower wypowiedział opinię, że „oderwanie satelitów od sowietów jest możliwe tylko z sowiecką zgodą albo w wyniku wojny”. Zaakceptowano zatem podział Europy, ale nie należało o tym głośno mówić… Hipokryzja tego stanowiska nie umknęła uwagi kierowników administracji. John Foster Dulles mówił (tylko na tajnych posiedzeniach), że należy zachęcać do biernego oporu wśród ludów podbitych, ale niekiedy także „zamieszki mogą odegrać ważną rolę w naszej grze z sowietami”. Nixon ostrzegał, że trzeba zachować na zewnątrz „retorykę wyzwolenia” i „nic nie mogłoby być gorsze, niż przeciek, że na najwyższych szczeblach amerykańskiej administracji zgadzamy się na politykę narodowego komunizmu”. [podkr. moje] A więc już w lipcu 1956 roku, czyli przed pojawieniem się Gomułki i Nagy’a, Amerykanie stawiali po cichu na nacjonał-komunizm, ale gotowi byli głośno nawoływać do krucjaty przeciw bolszewizmowi.
Eisenhower wykazał się kompletną biernością podczas całego kryzysu węgierskiego i nie był to wcale wynik paraliżujących wahań, ale świadomy wybór, ponieważ „wielka spółka nadal trwała”, żeby użyć ponownie określenia Mackiewicza. Nie zamierzał kwestionować podziału Europy i był w rzeczywistości zadowolony ze zdławienia powstania, gdyż dawało mu to zwycięstwo propagandowe, bez potrzeby ponoszenia ryzyka. Mógł wskazywać na niesłychaną brutalność sowietów, a jednocześnie na swą własną przykładną odpowiedzialność wobec prowokacji: Ameryka nie będzie przecież ryzykować trzeciej wojny światowej dla maleńkich Węgier!…
Dnia 26 października, czyli w dzień masakry w Mosonmagyaróvár, którą opisywałem w części V, Eisenhower oznajmił doradcom, że zmienił swą pozycję z „ostrożnego oczekiwania” na „aktywne niezaangażowanie” (sugestie, cóż by taka zmiana mogła oznaczać poza nowomową amerykańskiego Departamentu Stanu, prosimy przysyłać na adres redakcji). Ike był przekonany, że sowieccy przywódcy nie obawiają się interwencji zachodniej na Węgrzech, ale pomimo to uważał, że należy ich w tym utwierdzić. Allen Dulles, szef CIA, próbował namówić prezydenta do wykorzystania oczywistej sowieckiej słabości (wykazanej w szokujący sposób przez małe grupki nastolatków), a w najgorszym razie, zezwolenia na zrzuty broni i innej pomocy dla powstańców. Eisenhower odmówił. William Colby (późniejszy szef CIA) wspominał po latach:
Do takiej właśnie sytuacji przygotowywała się Agencja. Ale Eisenhower powiedział głośno i wyraźnie: nie. Wszelkie wątpliwości, istniejące wewnątrz Agencji, co do polityki Waszyngtonu, znikły w tej sytuacji. Zostało ustalone raz na zawsze, że Stany Zjednoczone (…) nie będą próbowały wyzwolić żadnego kraju w sferze sowieckich wpływów.
Eisenhower interesował się tylko jednym aspektem sytuacji na Węgrzech: żeby sowieciarze nie obawiali się jego interwencji. O siódmej wieczorem tegoż 26 października, Eisenhower i Dulles sformułowali koncepcję polityczną, która do dziś – pomimo rozlicznych zmian kursu i pozornych sprzeczności między polityką Kennedy’ego i Nixona czy Cartera i Reagana, po bolesnych zawijasach Clintonów, Bushów i Obamów, aż do pokracznej postaci rodem z teatru kukiełek, z palcem permanentnie na ikonie „tweet”, zainstalowanej ostatnio w Białym Domu – całkowicie dominuje amerykańskie myślenie o Wschodzie Europy. Dulles zasugerował, że w mowie przedwyborczej wypowie myśl, iż wszystko na czym zależy Ameryce, to autentyczna niezależność państw satelickich, co „zmieniłoby scenerię w Europie, i cały problem bezpieczeństwa Europy uległby przemianie”. Zwróćmy uwagę, ani słowa o strefach wpływów, bo te były niepodważalne – Jałta dominowała myślenie amerykańskie wówczas, tak samo jak je dominuje dziś. Dulles proponował sowieciarzom, by dali podbitym ludom odrobinę wolności, a Ameryka wynagrodzi ich za to sowicie, nie naruszając ustalonych stref wpływów. To ta koncepcja właśnie zaowocowała „upadkiem komunizmu”, ponieważ wschodnia Europa pozostaje do dziś całkowicie w sowieckiej strefie i żaden amerykański prezydent nie zamierza tego aksjomatu podważać.
Dulles rozwinął swą myśl następnego dnia w mowie do teksańskich Republikanów:
Stany Zjednoczone nie mają ukrytych celów w dążeniu do niezależności krajów satelickich. Naszym życzeniem jest, żeby ludy, z których wywodzi się tyle życia narodowego Ameryki, odzyskały swą suwerenność i miały możność wybrania swych własnych rządów. Nie patrzymy na te narody, jako na potencjalnych militarnych aliantów. [podkr. moje] Postrzegamy ich jako przyjaciół, część przyjaznej i zjednoczonej Europy. Jesteśmy przekonani, że ich niezależność (…) przyczyni się do stabilizacji i pokoju w całej Europie, na Zachodzie i na Wschodzie.
Analitycy Pentagonu i CIA informowali prezydenta w czasie trwania powstania, że sowieci mają dwie możliwości: albo zaakceptować węgierską wersję titoizmu-gomułkizmu, albo dokonać inwazji przeważającymi siłami militarnymi. Oba wyjścia odpowiadały celom polityki amerykańskiej, wobec czego jedynym planem akcji była bierność. (Tak się składa, że niestety odpowiadały także celom polityki sowieckiej, a najbardziej na rękę była im bierność Waszyngtonu.) Eisenhower bywał oskarżany w rezultacie o hipokryzję lub wręcz o nieuczciwość, ale jego pasywizm był oczywistą konsekwencją wejścia w spółkę z sowietami. Można by więc usprawiedliwić politykę amerykańską wobec ludów podbitych, gdyby nie ich własna retoryka „wyzwolenia”.
Moralne dylematy zachęcania do walki z komunizmem będą przedmiotem dalszych rozważań, gdy przyjrzymy się uważniej roli Radia Wolna Europa w wydarzeniach. W tym miejscu, pragnę się zatrzymać nad rażącą sprzecznością między retoryką krucjaty antybolszewickiej, a postawą Eisenhowera podczas powstania. Amerykanie mówili otwarcie o „zmuszeniu sowietów do wycofania się” (rollback) i „wyzwoleniu narodów zniewolonych” (liberation), ale gdy wybuchło w Budapeszcie zbrojne powstanie, myśleli wyłącznie, jak zapewnić Chruszczowa, że nie będą interweniować. Zachęcali Węgrów do walki, głównie poprzez Wolną Europę, wiedząc, że żadna materialna pomoc dla powstańców nigdy nie nadejdzie. O ile antykomunistyczni redaktorzy węgierskiej sekcji radia, dawali upust patriotyzmowi i nadziejom na wyzwolenie, nie znając politycznego tła, to ich amerykańscy mocodawcy wiedzieli doskonale, co robią. Hipokryzja i cynizm tego stanowiska przekracza codzienne normy dwulicowości, przewrotności i zakłamania w polityce. Gdy powstańcy oczekiwali zrzutów broni i desantu amerykańskich spadochroniarzy [3], generał Eisenhower wypowiedział złotą myśl:
Musimy wykorzystać tę chwilę. Teraz jest najlepszy moment, żeby rozmawiać z nimi [tj. z sowietami] o redukcji napięcia na świecie.
Czemukolwiek zechcemy przypisać tę cechę amerykańskiej polityki – wrodzonemu izolacjonizmowi i insularyzmowi, który jest stale obecnym, podskórnym prądem w amerykańskiej kulturze, czy też totalnej ignorancji i obojętności na świat poza Ameryką – Amerykanie nie czują się zobowiązani do pomocy komukolwiek ponad pustą retorykę wolności i wyzwolenia. Federalnym rządom tylko z największym trudem udaje się pokonać tę naturalną niechęć do interwencji, i zazwyczaj prędko tego żałują. Jedynym argumentem, który zdolen jest przekonać nieżyczliwą publiczność do zamorskich awantur, są „żywotne interesy Ameryki”. Ponieważ jednak Ameryka nie ma żadnych interesów w środkowej i wschodniej Europie, to nie będzie tam nigdy interweniować. Dlatego właśnie Wielka Spółka trwa nadal. Ta sama spółka, która podpisała umowy jałtańskie, która zgodziła się na haniebny trybunał w Norymberdze, która, choć skłócona, trwała nadal w latach 40. i 50., która powstrzymała Eisenhowera przed interwencją w Budapeszcie i w każdym innym punkcie zapalnym w demoludach – trwa niezmiennie do dziś. Jej fundamentem jest przekonanie, że europejski Wschód leży w naturalnej strefie wpływów i interesów „Rosji” i Ameryce nic do tego. Nawet wówczas, gdy zimnowojenna retoryka stała się bardzo agresywna ze strony Zachodu, alianci czuli się związani umową jałtańską, ponieważ nie mieli żywotnych interesów w tej części Europy. Nie patrzyli nigdy na narody podbite jako na potencjalnych sojuszników, jak powiedział Dulles w 1956 roku, i dziś także nie patrzą na nie w taki sposób.
Charles Gati przywołuje niezwykle interesującą, a mało znaną postać CD Jacksona, osobistego doradcy Eisenhowera, który ostrzegał prezydenta jeszcze w 53 roku, że „byłoby zarówno niemoralne jak nieskuteczne, wywołać masakry, które nie tylko wyniszczą najlepsze jednostki, ale także osłabią naszą pozycję w umysłach ludzi za żelazną kurtyną”. (Mówiąc nawiasem, jako ideowy antykomunista, Jackson był wrogiem senatora McCarthy’ego, uważając słusznie, że nagonki i „polowania na czarownice” mogą tylko osłabić antykomunizm. Och, gdybyż tylko go słuchano.) Ostrzeżenia Jacksona i innych zostały zignorowane.
Amerykańska retoryka wyzwolenia, była paradoksalnym odzwierciedleniem sowieckiej demagogii, rytualnie oskarżającej Amerykę o „imperialistyczne zakusy na Wschodnią Europę”. W istocie rzeczy, obie strony zgodziły się na podział Europy i usankcjonowały go traktatami i umowami, spotkaniami na szczycie i konferencjami pokojowymi, obie strony walczyły tylko w sferze propagandy, czego oczywiście nie mogliśmy nigdy zrozumieć my, gnijący za żelazną kurtyną i wpatrzeni w Zachód jak w obrazek. Ale w wypadku powstańców z pasażu obok kina Corvin, to nie było nieporozumienie, tylko sprawa życia i śmierci.
Jedyną lekcją, jaką wyciągnęli Amerykanie z klęski powstania, było stonowanie propagandy skierowanej na wschodnią Europę. W pierwszym rzędzie, przestali mówić o wyzwoleniu, a następnie odsunęli się od antykomunistycznych emigrantów. W wypadku polskiej emigracji, nie była to zasadnicza zmiana, ale wśród Węgrów oznaczało to poważne przesunięcia. Dalszą historię znamy: koegzystencja, odprężenie i konwergencja.
W rzeczywistości Zachód mógł wyciągnąć wiele lekcji z wydarzeń na Węgrzech. Najważniejszą powinna być konieczność lepszego rozumienia sytuacji. Amerykanie przyznawali, że nie spodziewali się wybuchu, ani nie oczekiwali sukcesów we wczesnej fazie powstania.
Ambasador Jurij Andropow powrócił do Moskwy na zasłużony odpoczynek w grudniu 1956 roku. Wygłosił wówczas wykład na temat „węgierskiej kontrrewolucji” w moskiewskiej szkole dla dyplomatów. Wyłożył swym słuchaczom przyjętą interpretację, że kryzys wywołany został przez amerykańskich imperialistów. Po wykładzie, dociekliwy słuchacz, Wiktor Izraelian, późniejszy dyplomata sowiecki, poprosił Andropowa o dowody podstępnej roli amerykańskich podżegaczy na Węgrzech. Andropow miał się w odpowiedzi głośno roześmiać. „To nonsens! Wydarzenia zaskoczyły Amerykanów. Przyszli do naszej ambasady, pytając, co się dzieje w Budapeszcie. Nie odegrali żadnej roli w wypadkach.” (Nawiasem mówiąc, jest to kolejny dowód, jak dalece nie należy polegać na Notatkach Malina, jako kompletnym źródle. Wedle Malina, politbiuro często debatowało raporty Andropowa, ale nigdy nie dyskutowało ignorancji dyplomatów amerykańskich w kwestii wydarzeń w Budapeszcie, nigdy nie rozważało takiego drobiazgu, że zwrócili się o pomoc do ambasady sowieckiej w zrozumieniu rozwoju wydarzeń.)
Co rzekłszy, wiele wskazuje, że Departament Stanu słusznie ocenił Nagy’a jako „słabego titoistę” i nie zamierzał go popierać. Rzecz w tym, że należało szukać sił antykomunistycznych, których z definicji nie można było znaleźć w domu partii. Należało obalać, a nie ulepszać. Należało grozić interwencją, a nie zapewniać bezpieczeństwo sowieciarzom. Należało wyrzec się wielkiej spółki.
______
- „Zeznania o największej zbrodni zamknięte w pokoju hotelowym”, Wieszać czy nie wieszać?, Londyn 2015
- W oryginale, ten niezwykle ciekawy cytat brzmi tak: It wouldn’t be an unmixed evil, from the point of view of US interest, if the soviet iron fist were to come down hard again on the soviet bloc. Wszystkie następne cytaty z tajnych posiedzeń NSC, podaję za Sebestyenem.
- Kolejnym dowodem ideowej przepaści między powstańcami i Imre Nagy’em jest fakt, że premier komunistycznego rządu, ani nie oczekiwał, ani nie pragnął jakiejkolwiek pomocy z Zachodu. Przyjęcie pomocy z rąk imperialistów byłoby dla niego aktem zdrady wobec sowieckiej ojczyzny.