Dlaczego jestem pesymistą w kwestii brytyjskiego referendum
Za kilka dni Wielka Brytania będzie głosować w referendum i jest bardzo możliwe, że elektorat opowie się za odejściem z Niuni Europejskiej. Osobiście uważam Niunię za z gruntu sowiecką organizację. Sowiecką nie w sensie agenturalnym, choć bez wątpienia są sowieccy agenci w Brukseli i Strasburgu. Sowiecką w sensie sowietyzującego wpływu na świat, na społeczeństwo i na kulturę. Brukselscy komisarze ludowi nie różnią się zasadniczo od sownarkomu sprzed prawie 100 lat, a nie używają tych samych metod tylko dlatego, że nie ma takiej potrzeby. Z mojego punktu widzenia, dobrowolna przynależność do europejskiego projektu federacyjnego jest kwestią polityczną, jest pytaniem o suwerenność. Tak się wszakże nie mają sprawy w oczach Brytyjczyków.
Suwerenność państwowa nie jest wcale sprawą prostą, jak próbowaliśmy tu rozważać wielokrotnie, zarówno teoretycznie, np. w debacie a p. Adamem Dankiem (zwłaszcza w artykule pt. „Suwerenność Trzeciej Republiki a sprawa polska” ), ale także w zastosowaniu do sytuacji prlu w aspekcie historycznym (w opozycji do p. Jacka Bartyzela w artykule pt. „Polski październik i okrągły stół”, część I ) i do sytuacji dzisiejszego prlu ( w polemice z p. Aleksandrem Ściosem np. w artykule „’Suwerenność i niepodległość’ prlu bis” ), nie będę więc tu rozwijał znanych trudności, które w zastosowaniu do Wielkiej Brytanii stają się zaiste ogromne.
Zjednoczone Królestwo jest związkiem czterech jednostek politycznych i czterech odrębnych wspólnot narodowych (wbrew powszechnemu mniemaniu, dominia koronne, jak choćby wyspy Man czy Jersey, nie są częścią tego samego państwa). Wszystkie najważniejsze (bo są inne!) cztery narodowości tego kraju – Anglicy, Szkoci, Walijczycy i Północni Irlandczycy – w ogromnej większości zgadzają się być jednocześnie Brytyjczykami. Na marginesie, gdyby na tak genialny pomysł „podwójnej narodowości” wpadli byli kiedyś nasi praojcowie, gdyby zamiast mówić o Litwie i Koronie, nadali jednoczącą, odrębną narodowość Polakom, Litwinom i Rusinom zamieszkującym Rzeczpospolitą, to może substancja polityczna tego niezwykłego państwa przetrwałaby narodowe niesnaski. Ale jesteśmy tu gdzie jesteśmy – czyli na wyspach, gdzie generalnie łatwiej odseparować się od innych – więc powróćmy do Wielkiej Brytanii, gdzie Walijczykom wolno nienawidzić Anglików, nie przestając być jednocześnie Brytyjczykami.
Problem suwerenności jest tu problemem powszechnym. Czy suwerenem jest Monarcha? Państwo? Parlament? A może naród? Jeżeli naród, to który? Czy parlament Westminsterski reprezentuje adekwatnie interesy obywateli w Szkocji? Tony Blair próbował zaradzić tym kłopotom przy pomocy lokalnych parlamentów w Edynburgu, Cardiff i Belfaście, przez co stworzył tylko większe trudności. Oddał bowiem zalążek władzy nacjonalistom szkockim i walijskim (Ulster jest dość specyficznym przypadkiem, którego nie mogę tu omawiać). Powszechne jest mniemanie, że źródłem brytyjskich kłopotów i głównym zagrożeniem dla Zjednoczonego Królestwa są nacjonalizmy walijski, szkocki i irlandzki; w moim głębokim przekonaniu jest to niesłuszne. Prawdziwym problemem jest nacjonalizm angielski. Odrębne parlamenty stworzyły anomalię, że Szkoci i Walijczycy mogą debatować i głosować w kwestiach polityki dotyczącej Anglii, a Anglicy nie mają wpływu na politykę wewnętrzną Edynburga czy Cardiff. To z kolei wywołało groźny resentyment w Anglii, który wykorzystują skutecznie angielscy nacjonaliści.
I pod taki kocioł, w którym wrą różne narodowości; kocioł, który od kilkuset lat przyjmował setki tysięcy emigrantów – z rewolucyjnej Francji i z reakcyjnej Rosji, przyjmował rewolucjonistów i kontrrewolucjonistów, z Niemiec i z Hiszpanii, przyjmował Żydów i Polaków, Murzynów z Afryki i Murzynów karaibskich, Hindusów i Włochów, Greków i Chińczyków – pod ten wielonarodowościowy tygiel, podłożono ogień w postaci referendum…
Partia polityczna znana pod nazwą UKIP (UK Independence Party – partia niezależności całego Zjednoczonego Królestwa) jest często określana mianem skrajnej prawicy. Jak zwykle bywa jest to partia lewicowa, populistyczna i nacjonalistyczna, która odwołuje się głównie do poczucia krzywdy wśród Anglików i jest zwłaszcza popularna wśród angielskiej klasy robotniczej, wśród tych, którzy dawniej głosowali na lejburzystów. Ich podstawowe żądanie – żeby Wielka Brytania wystąpiła z Niuni – przerodziło się łatwo w wołanie o zamknięcie granic przeciw hordom obcokrajowców, głównie przeciw napływowi Polaków. Jak to mówił Mackiewicz, „nacjonalizm über alles”.
W debacie przed plebiscytem, zarówno rząd Jej Królewskiej Mości, jak i oficjalna opozycja, zaangażowały się całkowicie po stronie pozostania w unii. Warto podkreślić, że nie jest to wcale tak oczywiste, jak mogłoby się zdawać. David Cameron mógł był pozostać ponad debatą, powtórzyć klasyczną formułkę, w którą nikt nie wierzy: naród wypowie swoją opinię, a my jesteśmy tylko jego sługami. Tak właśnie postąpił premier Wilson podczas referendum w latach 70. Ale Wilson nie miał europejskiej komisji na karku. Tak czy inaczej, podczas wielomiesięcznej, mozolnej kampanii, rząd brytyjski wytoczył armaty argumentów przeciw odejściu: po pierwsze, może to wywołać wojnę światową; po drugie, brytyjska gospodarka upadnie i nędza zawita do drzwi obywateli; i po trzecie, cała Europa stanie się wrogiem Wielkiej Brytanii.
Odpowiedź na takie strachy jest oczywista: po co w takim razie było zwoływać referendum? Jeżeli konsekwencje mogą być aż tak katastrofalne, to jaki rozsądny rząd narażałby swój kraj na takie niebezpieczeństwo? Nikt przecież nie zmuszał Camerona do rozpisania plebiscytu. Brytyjski premier odwołał się do elektoratu po to, żeby mieć dźwignię w Europie; żeby móc powiedzieć eurokratom: dajcie mi więcej swobody, bo inaczej odchodzimy.
Do wczoraj wydawało się, że referendum zostanie wygrane przez przeciwników Niuni. Morderstwo dokonane przez wariata na sympatycznej posłance lejburzystowskiej zachwiało moją pewność co do wyniku plebiscytu, ponieważ konserwatywni Anglicy obawiają się niemiłych konotacji polityki anty-imigracyjnej.
Niestety, nawet ci Anglicy – bo nie np. Szkoci – którzy będą głosować przeciw Niuni, uczynią to nie z powodów, dla których ja bym głosował przeciw, gdybym był demokratą (a demokratą nie jestem i nie biorę udziału w żadnych głosowaniach). Będą tak głosować, ponieważ są nacjonalistami, ponieważ napadła ich fala ksenofobii, równie nieprzyjemna dla obcokrajowca takiego jak ja, co niestety zrozumiała dla każdego myślącego człowieka. Jeżeli w niektórych miastach na północy Anglii więcej niż połowa ludności jest obcego pochodzenia, to można zrozumieć, dlaczego to jest pewien problem. Powinni to zrozumieć zwłaszcza Polacy, którzy uważają za stosowne bronić przedwojennej polityki numerus clausus w Polsce. Ławkowe getto zastosowane było nie wobec obcokrajowców, ale wobec ludzi z dziada pradziada urodzonych i wychowanych w Polsce – w porównaniu, niechęć wobec miliona Polaków w Anglii byłaby drobiazgiem. Byłaby, gdyby rzeczywiście istniała, ale nie istnieje – przynajmniej jak dotąd.
Załóżmy na chwilę, że za kilka dni Brytyjczycy zdecydują opuścić Niunię, ale wtedy co? Czy jest możliwe, żeby Niemcy zgodzili się na nałożenie barier celnych na sprzedaż niemieckich aut? Czy Francuzi zechcą wywołać wojnę celną o szampan? Londyn jest ogromnym rynkiem zbytu dla francuskich win, a wręcz największym dla szampana – 35 milionów butelek szampana jedzie co roku za Kanał La Manche, więcej niż do Niemiec, Japonii i Belgii (czyli trzeciego, czwartego i piątego rynku dla produktu winnic Szampanii) razem wziętych, a niemieckie marki samochodowe, uważane gdzie indziej za znamię luksusu, są tutaj popularnymi pojazdami robotników. Werdykt opuszczenia Niuni spowoduje w najlepszym razie długotrwałe negocjacje i ciąg kompromisów, który albo pozostawi członkostwo Wielkiej Brytanii w stanie zawieszenia, albo zakończy się kolejnym referendum itd. I tak dalej w nieskończoność. Tylko że nieskończoność nie istnieje w polityce. Zanim Zjednoczone Królestwo zrobi cokolwiek, Niunia może się rozpaść.
I tak dochodzę do paradoksalnego powodu mego pesymizmu. Antykomunista nie powinien płakać nad potencjalnym osłabieniem, a najprawdopodobniej rozpadem brukselskiego sownarkomu. Wystąpienie z leninowskiego projektu, jakim jest europejska federacja, musi być widziane jako krok pozytywny. Głównym powodem mego pesymizmu w związku z nadchodzącym referendum jest rosnący nacjonalizm.
Muszę z góry odrzucić potencjalny zarzut, iż to właśnie federacyjne tendencje w Europie są główną siłą antynacjonalistyczną na kontynencie. Nie są. Jest wręcz przeciwnie. Idiotyczne, irytujące mieszanie się eurokratów w najdrobniejsze kwestie, ciągła presja uniformizacyjna, nie osłabiają nacjonalizmu, nie „zbliżają narodów”, a wywołują wybuchy szowinizmu. Mamy tu do czynienia z politycznym prawem dynamiki Newtona, że na każdą akcję jest reakcja: naturalną reakcją na brukselskie szaleństwa jest narodowy partykularyzm. Z mojego punktu widzenia, należy walczyć z brukselskim sownarkomem, ponieważ nie wolno oddawać Europy w ręce nacjonalistów. Tymczasem jedynie nacjonaliści zdają się walczyć.
Mój pesymizm wywodzi się z przekonania, że upadek brukselskiego sownarkomu nie będzie wcale jutrzenką swobody, ale czymś wręcz przeciwnym: nastąpi odrodzenie i wzmocnienie nacjonalizmów. Putin jest rzekomo otwarcie za wystąpieniem Wielkiej Brytanii z Niuni. W moim przekonaniu, wynik referendum jest mu z gruntu obojętny. Równie łatwo będzie mu radzić sobie z jednym słabym głosem z Brukseli, co dzielić i rządzić Europą osłabioną gospodarczym i finansowym kryzysem.
Nie oszukujmy się! Ani komisarze ludowi w Brukseli, ani parlament w Strasburgu, ani poszczególne rządy europejskie, ani partie opozycyjne, ani Nigel Farage, ani Marie Le Pen, ani unioniści, ani secesjoniści – jednym słowem nikt – nie jest gotów opierać się Putinowi.
Co dalej Europo?
Europa jest faktem. Europa jest ideą. Europa jest aspiracją. Ale nie jest ani brukselską radą komisarzy ludowych, ani zbiorem nacjonalistycznych demagogów. I jedno, i drugie jest natomiast łatwym kąskiem dla Putinów.