Zamknij
Michał Bąkowski

Tajemnicza śmierć Aleksandra Litwinienki

25 stycznia 2016 |Dzisiejsza „Rosja”, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2016/01/25/tajemnicza-smierc-aleksandra-litwinienki-2/

Martin Sixsmith jest klasycznym aparatczykiem wedle recepty Gramsciego, zalecającej „lewicowcom” marsz przez instytucje. I Sixsmith posłusznie maszerował. Najpierw przez uniwersytety w Oxford i Harvard, na Sorbonie i w Leningradzie, potem przez BBC – jako korespondent w Moskwie, Warszawie, Brukseli i Waszyngtonie – aż do rządu Blaira jako tak zwany spin doctor. Tym mianem określano za czasów Blaira propagandystów rządowych. Sixsmith napisał scenariusze filmowe przedstawiane do wielu nagród aż do Oscarów włącznie, m.in. antyklerykalną Filomenę. Powróćmy jednak na chwilę do jego pracy dla Blaira. W roku 2001 był szefem agit-prop w brytyjskim ministerstwie transportu, kiedy wybuchł tam straszny skandal: podwładna naszego doktora zasugerowała, iż 11 września 2001 był dobrym dniem, by ogłaszać złe wiadomości, bo i tak nikt ich nie zauważy. Sixsmith został wyrzucony na zbity pysk, po czym cała maszyna rządu i partii lejburzystowskiej obróciła się przeciw niemu. O dziwo, miał dość znajomości wśród dziennikarzy, by przeżyć ataki machiny państwowej.

Jak to się stało, że człowiek tak całkowicie należący do lewackiej elity zajął się dochodzeniem w sprawie tajemniczego zabójstwa Aleksandra Litwinienki? Z jednej strony, asfalt-intelektualiści pokroju Sixsmitha rzadko tylko krytykują sowieciarzy. Z drugiej wszakże strony, rzadki zestaw doświadczeń wyposażył go idealnie dla przeprowadzenia takiego dochodzenia. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać, gdyż poszukiwacz prawdy w zagmatwanej historii morderstwa Litwinienki musiał przebić się przez masy sowieckiej agit-prop, niewinnie zwanej spin. Sixsmith znał machinacje rządowe intymnie z obu stron, jako wykonawca i jako ofiara, co zresztą zbliżało go do sytuacji samego Litwinienki.

Litwinienko został otruty w Londynie w listopadzie 2006 roku przy pomocy radioaktywnego polonu. Polon był prawdopodobnie użyty w przeszłości przez kgb, ale nigdy wcześniej nie został wykryty. Niewiele brakowało, żeby i tym razem udało się mordercom ujść bez szwanku, ale Litwinienko przeżył dłużej niż inne ofiary i promieniowanie alfa, spowodowane izotopem polonu 210, wykryto dopiero w dzień śmierci Litwinienki. Podejrzenie padło prędko na towarzyszy Kowtuna i Ługowoja, „byłych oficerów służb bezpieczeństwa”, którzy spotkali się z Litwinienką kilkakrotnie w Londynie i pozostawili po sobie trwały radioaktywny ślad.

Książka Sixsmitha, pt. The Litvinenko File. The True Story of a Death Foretold, (Teczka Litwinienki czyli prawdziwa historia przepowiedzianej śmierci) Londyn 2007, którą czyta się momentami jak powieść kryminalną, jest zdumiewającą mieszanką rzetelnej dziennikarskiej dociekliwości z naiwnością pensjonarki na wakacjach. Sixsmith jest w swoim żywiole, kiedy śledzi trop polonu zostawiony przez Litwinienkę i jego zabójców w Londynie, w Niemczech i w sowieckich samolotach (tych ostatnich nie pozwolono zbadać); kiedy rozważa możliwe motywy dla morderstwa; zastanawia się nad poszlakami, podważa intencje swych interlokutorów i rozszczepia włos na czworo. Ta podziwu godna detektywistyczna pasja opuszcza go jednak od razu, gdy ma się zająć sowieciarzami. Ścisłość wypowiedzi znika, brak dowodu nazywa się „dowodem”, interlokutorzy tak dalece nie mają nic do powiedzenia, że wywiady są zastąpione reminiscencjami na temat „starych sowieckich czasów”.

Zatrzymajmy się na chwilę nad dziwnie mglistą terminologią używaną w zachodniej prasie. Sixsmith używa często terminu „Kreml” na określenie najrozmaitszych grup w „rosyjskim” aparacie władzy. Za sowieckich czasów, Kreml określał władzę. Kropka. I dziś jest dokładnie tak samo, ale opisując lata dziewięćdziesiąte, Sixsmith mówi często o podziałach, o walce o wpływy, o klikach itp. Mamy zatem słabego Jelcyna na Kremlu, potężnego Berezowskiego… też na Kremlu, a przeciw nim koalicję „sił wstecznych”, które opierają się rzekomo liberalizacji Rosji, z których najważniejsi są kagebiści… też na Kremlu. Berezowski, prawa ręka Jelcyna i wszechpotężna „szara eminencja Kremla”, najpierw umieszcza „swego człowieka” – niejakiego Wołodię Putina – na stołku w fsb (czy kgb? prawdę mówiąc, jak go zwał, tak go zwał, mnie jest obojętne, jakich zestawów liter zechcą używać między sobą bolszewicy), po czym odważnie decyduje się rzucić wyzwanie wrażym siłom i organizuje konferencję prasową, na której Litwinienko oskarża fsb o próbę zabójstwa Berezowskiego. Sixsmith komentuje: „Na Kremlu nie było mowy o przebaczeniu”; „wahanie ze strony Kremla było funkcją ukrytej walki o władzę”. Ale „Kreml” to był w owych czasach tenże wszechobecny i potężny Berezowski!…

Wedle założeń Sixsmitha – które mnie wydają się absurdalne od początku do końca – istniały wówczas najrozmaitsze ośrodki władzy, a Kreml (rozumiany jako siedziba prezydenta) był pewnie najmniej z nich istotnym, ze względu na słabość Jelcyna. Zatem, kiedy Sixsmith mówi „Kreml”, to naprawdę chodzi mu o wierchuszkę fsb, np.: „Nie ulega wątpliwości, że byłoby na rękę fsb mieć agenta w otoczeniu Berezowskiego, kogoś kto mógłby dostarczyć istotnych informacji na temat potężnego wroga, którego Kreml obawiał się i nie znosił.” [podkreślenia moje]. Nie może jednak powiedzieć tego wprost, bo osłabiałby w ten sposób swą własną argumentację i drogą mu wizję Rosji, wedle której fsb to są siłowiki (czyli „beton”) i zaangażowani są w walkę o duszę popularnego Putina z tzw. „liberałami”. Nieścisłość terminologii wskazuje zatem na bardziej fundamentalny problem; wskazuje na fałszywe rozpoznanie rzeczywistości.

Zabawne światło na te niejasności rzuca postać londyńskiej studentki, niejakiej Swietlicznej. Wystąpiła ona z rewelacjami na temat Litwinienki, oskarżając go o przygotowywanie kampanii szantażu wobec grupy oligarchów. Swietlicznaja zwróciła się do Litwinienki, na kilka miesięcy przed zamachem, o wywiad jako „studentka polityki” (niby nic w tym zdrożnego, tylko że studiowała w Londynie historię sztuki). Sixsmith znalazł gdzieś informacje, że Swietlicznaja pracowała dla tajemniczej firmy pod tytułem „Rosyjscy inwestorzy”; jej ojciec był prowincjonalnym kacykiem partyjnym, a jej londyński pomocnik członkiem Rewolucyjnej Partii Komunistycznej w Manchesterze i dziennikarzem pisma Living Marxism. Czy nie zastanawia Sixsmitha udział takich ludzi w rozpowszechnianiu putinowskiej wersji wydarzeń? Nie, nie zastanawia go to w ogóle. Dla niego Putin, Berezowski, Jelcyn i nawet Gorbaczow, są anty-komunistami; to są demokraci, walczący z komunistycznymi dinozaurami, z jakimiś mitycznymi siłowikami. Nie będzie się więc zatrzymywał nad faktem, że te dinozaury propagują wersję wydarzeń wygodną dla Putina i fsb.

W moim mniemaniu, zarówno w latach dziewięćdziesiątych, jak za Gorbaczowa i teraz, istniało „kolektywne kierownictwo”, dla określenia którego wolno użyć nazwy „Kreml”. Przez wiele lat Jelcyn był członkiem tego kierownictwa, wraz z Gorbaczowem i wszystkimi członkami Politbiura posłanymi następnie do „byłych” związkowych republik, dla uwiarygodnienia „rozpadu sowieckiego związku”. Jelcyn tak dobrze wypełnił swoje zadanie, grając rolę „zagrożenia z lewej strony” wobec popularnego na Zachodzie Gorbaczowa, że w nagrodę zaaranżowano dla niego moskiewski pucz, by nadać mu więcej powagi w oczach Zachodu. (Oczywiście to nie był jedyny powód puczu, ale jeden z licznych.) Chaos ekonomiczny i anarchia lat dziewięćdziesiątych nie były przypadkiem, ale metodycznie przeprowadzonym manewrem politycznym. Stworzenie kasty oligarchów było klasycznym stalinowskim posunięciem, bo już Stalin pokazał na przykładzie Armanda Hammera, jak łatwo można kontrolować pojedynczego bogacza, gdyż wiele ma do stracenia. Chaos był podsycany przez kgb i trwał tylko tak długo, jak było potrzeba. Kiedy Putin został premierem, poszedł podziękować swym byłym podwładnym gebistom. Najpierw, ku wielkiej konsternacji zebranych, wzniósł toast za towarzysza Stalina, a potem rzekł: „Grupa agentów, której powierzono zadanie opanowania rządu, raportuje udane zakończenie pierwszej fazy operacji.” Nota bene, Sixsmith uczciwie zdaje sprawę z tych słów Putina, ale twierdzi, że były wypowiedziane żartem…

Wróćmy jednak do historii Litwinienki. Jednym z kluczowych momentów w całej intrydze jest rzekomy rozkaz zabicia Berezowskiego wydany ponoć Litwinience w grudniu 1997 roku. Wiemy bezpośrednio od Litwinienki, że jego kariera w fsb została zahamowana, kiedy jego bezpośrednim zwierzchnikiem w urpo (kolejny dowolny zestaw liter, tym razem na oznaczenie tajnej jaczejki, zajmującej się likwidacją wrogów ludu) został niejaki Chochołkow. Tenże Chochołkow – osobisty wróg Litwinienki – wydał mu następnie polecenie zabicia potężnego doradcy Jelcyna, wiedząc bez wątpienia, że Litwinienko jest „człowiekiem Berezowskiego” i jest z nim zaprzyjaźniony od trzech lat. Sam fakt wydania rozkazu wygląda już na klasyczną prowokację. Tego rodzaju „rozkazy” (o czym zresztą Sixsmith pisze kilkakrotnie) nie są wydawane formalnie, ale raczej zasugerowane podczas miłej pogawędki między przyjaciółmi nad filiżanką herbaty, skąd zatem wziął się „rozkaz” Chochołkowa? Kiedy Litwinienko składa skargę na Chochołkowa, ten oczywiście wszystkiemu zaprzecza, z czego Sixsmith wyciąga wniosek, że taki nieformalny proces jest dla kagebistów zupełnie naturalny (co niestety w żaden sposób nie wynika z powyższego), po czym dodaje:

Krytycy Berezowskiego utrzymują, że Litwinienko był prowokatorem, którego zadaniem było dostarczenie swemu patronowi informacji i osłabienie bądź eliminacja jego wrogów wewnątrz służb bezpieczeństwa. Niektórzy oskarżali ich o celowe zaaranżowanie skandalu w związku z rzekomym spiskiem na życie Berezowskiego, ale nie przedstawili na to żadnego dowodu.

Jaki może być „dowód” w takiej sytuacji? Jakikolwiek dowód byłby tylko kolejną częścią prowokacji. Nie zapominajmy, że istnieją także inne możliwe interpretacje faktu wydania takiego rozkazu, np. że Chochołkow, który miał zatarg z Litwinienką, chciał go skompromitować. Ale najbardziej prawdopodobnym zdaje mi się, że fsb chciało wypróbować lojalność Litwinienki. Jeżeli bowiem podejrzewano, że był w kieszeni Berezowskiego, to gdyby dokonał był mordu, zrobiłby wielką karierę w swojej ukochanej organizacji albo zgniłby w więzieniu, jako przykładowe oblicze wrażych sił (na wzór Piotrowskiego w prlu). Takie możliwości jednak zupełnie nie mącą sumienia Sixsmitha, bo on już zdecydował a priori, i wie, czego chce dowieść (a może po prostu nie ma sumienia).

Wszystkie drogi prowadzą do Moskwy

Przeprowadziwszy wszystkie możliwe dociekania w Londynie, Sixsmith postanawia udać się do Moskwy, aby tam dowiedzieć się z pierwszej ręki, kto zabił Litwinienkę.

Czerwony mur Kremla wyłonił się przede mną z mroku i przeniosłem się w czasie o 20 lat, kiedy przybyłem tu po raz pierwszy. Byłem wtedy młodym reporterem z upragnioną przepustką na przełomowy Kongres Delegatów Ludowych pod wodzą Michaiła Gorbaczowa, gdzie demokraci walczyli z komunistycznymi dinozaurami, a Rosja po raz pierwszy zaangażowała się w prawdziwą debatę polityczną.

Teraz, w 2007 roku, nie mogłem opędzić się myśli, że niewiele się zmieniło.

Z jakiegoś powodu mało się spodziewam po ludziach, którzy z zapartym tchem wsłuchiwali się w debaty na kongresach ludowych delegatów i po latach wspominają to z łezką w oku. Nie dość, że dureń, to jeszcze niczego się nauczył. „Dyskusje” na tych kongresach były tak samo zaaranżowane, jak ściśle dobrani byli „delegaci ludowi”. Skoro Sixsmith i jemu podobni zachodni korespondenci oczekiwali „walki” pomiędzy dinozaurami i demokratami, to dlaczegóż by organizatorzy kongresu nie mieli przygotować debaty pod obstalunek? Nikt nigdy nie wierzył w to, co sam mówił na takim kongresie, co dopiero w to co słyszał – a Sixsmith wierzy nadal w 20 lat później.

Sixsmith rozmawiał z Dmitrim Pieskowem, szefem propagandy – o, pardon! – informacji prezydenta Rosji i nie może się nadziwić, jaki to kulturalny i wytrawny człowiek, jak bardzo różni się od sowieckich aparatczyków. Pieskow wyraził oburzenie, że jego szef został oskarżony o zabójstwo przez brytyjską prasę. Putin czuł się tym osobiście dotknięty.

Miałem dziwne uczucie, siedząc w samym sercu Kremla i dyskutując osobiste odczucia najpotężniejszego człowieka w Rosji. Czy poprzedni mieszkańcy Kremla byliby równie otwarci wobec obcokrajowca?

Być może nie, choć zdaje mi się, że słyszałem coś o kulturze, wdzięku i ogładzie towarzyskiej Trockiego, Litwinowa, Radka, co w niczym nie zmienia faktu, że ręce mieli zbroczone krwią. Towarzysz Gierasimow, rzecznik Gorbaczowa, też był bardzo „otwarty”, kiedy mu to było na rękę. Jedno co się nie zmieniło na pewno, to monumentalna naiwność zachodnich korespondentów. Sixsmith słyszy z różnych źródeł, że Putinowi było bardzo przykro, i że poczuł się dotknięty do żywego, kiedy brukowa prasa brytyjska nazwała go mordercą. Sixsmith wierzy, bo jakże inaczej?

Zważywszy wszystkie zebrane dowody, dochodzić zacząłem do wniosku, że Putin nie miał nic wspólnego z morderstwem.

Ach, ale nasz detektyw nie da się zbyć tak łatwo! „Prezydent Rosji” może być poza podejrzeniem, ale nikt nie zaofiarował mu dowodu, że zabójstwo Litwinienki nie było dziełem niezdyscyplinowanej grupy w łonie fsb, która w zrozumiały sposób wzięła sprawiedliwość w swoje ręce. Postanowił zatem pójść do prokuratora generalnego, któremu Putin polecił zbadanie sprawy. Sixsmith był zachwycony piękną Mariną, która poczęstowała go ciastkami i herbatą. Rozmowa przebiega układnie do czasu, aż brytyjski dziennikarz „postanawia być trochę prowokacyjny” i pyta o prawo z lipca 2006 roku, zezwalające prezydentowi na użycie służb bezpieczeństwa do eliminacji – czyli w normalnym języku: do skrytobójstwa – ekstremistów, nawet gdy przebywają poza granicami Rosji. Piękna Marina wpada w panikę, konsultuje przełożonych – biedaczka, że też Sixsmith nie zastanowi się nad zrujnowaną karierą, doprawdy! – aż wreszcie daje mu wymijającą odpowiedź, która go zupełnie satysfakcjonuje. Zrelaksowana Marina wypowiada wtedy słowa, które nasz Sherlock Holmes uważa za znaczące:

„Słuchaj, Martin, czy ty naprawdę myślisz, że zawracalibyśmy sobie głowę zabijaniem takiego zera jak Litwinienko? Kogoś, kto opuścił kraj Bóg wie jak dawno? Kto nie był dla nas żadnym zagrożeniem i nie znał żadnych tajemnic, które mógł był wydać? … On nie był wystarczająco ważny.” I tak dalej.

Aha! W ten chytry sposób Sixsmith zdołał wydobyć z Mariny, że takie operacje mają miejsce. A skoro tak, spekuluje dalej nasz detektyw, to czyż nie jest możliwe, że ktoś z fsb zaplanował i dokonał zabójstwa bez wiedzy Kremla? I w ten oto sposób Sixsmith zdołał wybrnąć z trudności postawionej przed nim przez pułkownika Zdanowicza: „Nielegalny rozkaz w fsb jest niemożliwy, powiedział rzecznik, a gdyby nawet został wydany, to nikt by go nie wykonał!”

Sixsmith nazywa to formułą godną Orwella, ale jest to naprawdę formuła godna czekisty. Rzecznik prasowy fsb mówi przecież wyraźnie, że sam fakt wydania rozkazu jest warunkiem koniecznym i wystarczającym dla jego prawomocności. Służba bezpieczeństwa jest ramieniem państwa, zatem rozkaz wydany podwładnemu w ramach struktur tejże służby jest z definicji legalny; nielegalny rozkaz nie może być wydany, a nielegalnego rozkazu nikt by nie wykonał, zatem nikt nie wykonałby rozkazu, który nie może być wydany…

Rozliczni rozmówcy Sixsmitha w Londynie ostrzegają go, że nie jest możliwe opuszczenie szeregów kgb; że nie istnieje coś takiego jak „były agent”. Ale, jak już zauważyliśmy wcześniej, zdrowy rozsądek opuszcza zachodniego dziennikarza w Moskwie. Sixsmith jest obwożony po Moskwie przez „byłego oficera wywiadu”, który pokazuje mu Laboratorium 12 (zwane również Kamerą), gdzie czeka produkowało niewykrywalne trucizny od 1921 roku; otrzymuje dostęp do listów przemyconych z więzienia, które oskarżają „grupę wewnątrz fsb” o zamach na Litwinienkę; aż wreszcie próbuje spotkać się Ługowojem.

Sixsmith podkreśla, że „wszystko wskazuje na słuszność jego podejrzeń”, wszystkie ślady prowadzą go do konkluzji, że chuligańskie elementy w fsb podjęły się zamachu na własną rękę – a jemu nawet przez myśl nie przejdzie, że podaje mu się jak przeżutą papkę na tacy dowody na to dokładnie, czego chce dowieść.

Zastanawia się nad intrygującą postacią Ługowoja:

Jest niezależnie bogaty, a pomimo to, wydaje się, że został przekonany – albo zmuszony – do uczestnictwa w nadzwyczaj trudnej misji w obcym kraju. Rosyjski biznesman, właściciel prosperującej fabryki win i wódek, nigdy nie nawiązałby dobrowolnie kontaktu z pogardzanym zdrajcą.

Intrygujące? A nie zaświtało naszemu detektywowi, że nikt nie jest w dzisiejszej Rosji „niezależnie bogaty”? Że bogactwo tak zwanych oligarchów jest wyłącznie koncesją? Że ludzie tacy mają o wiele więcej do stracenia niż zwykli zjadacze chleba? Musi być oczywiste dla każdego, kto nie chce chować głowy w piasek, że „kapitalizm rosyjski” ze swą niesłychaną koncentracją kapitału w rękach bardzo nielicznych, pozwala na kontrolę tych nielicznych, a poprzez nich centralne sterowanie gospodarką przy zachowaniu pozorów „kapitalizmu”. Udziałowców nie można kontrolować z taką samą dezynwolturą, na jaką Kreml pozwala sobie wobec swoich rozlicznych miliarderów. Wystarczy postraszyć jednego miliardera z ambicjami politycznymi i wygnać go na Zachód, drugiego wsadzić do więzienia, a pozostali będą robić, co im się każe.

A więc skąd Ługowoj wziął swój „niezależny majątek”? Sam Sixsmith przyznaje, że fakt uwięzienia Ługowoja w 2001 roku za rzekomą pomoc w nieudanej ucieczce współpracownika Berezowskiego, jest podejrzany. Rychłe zwolnienie i błyskawiczna kariera biznesmena, wydają mu się dziwne i wskazują, że Ługowoj mógł spełniać rolę klasycznego „śpiącego agenta” (sleeper) w otoczeniu Berezowskiego, ale nie wyciąga z tego jedynego oczywistego wniosku, że (zgodnie z ostrzeżeniami, jakie otrzymał w Londynie) rozróżnienie pomiędzy „byłymi” i aktualnymi agentami kgb jest śmieszne od początku do końca, a zatem cała operacja musiała mieć oficjalny stempel czerezwyczajki.

Nie, nawet własne odkrycia nie mogą zmącić jego wiary w rzetelność rzeczników Putina. Usłużnie podsunięto mu istnienie tajnej organizacji „Godność i Honor” złożonej z „byłych” kagebistów i Sixsmith stwierdza z zadowoleniem:

Ciężar zebranego materiału dowodowego jest przytłaczający. Niektórzy z byłych kolegów Litwinienki w fsb, nie przestali spiskować przeciw niemu ani na chwilę, aż wreszcie, 1 listopada, dopadli go.

Nie wiem doprawdy, co zasługuje na większą uwagę: śmieszność takich detektywistycznych dociekań czy raczej swoboda z jaką sowieciarze – o, pardon! rosyjskie służby bezpieczeństwa – wodzą za nos zachodnich dziennikarzy.

Ludzie pokroju Martina Sixsmitha zostawiają w domu cały rozsądek i naturalny sceptycyzm inteligentnych skądinąd dziennikarzy, gdy mają do czynienia z sowietami, ponieważ są dziećmi Gramsciego. W aferze Litwinienki widać jak w soczewce wszystkie elementy obecnego wcielenia bolszewizmu: patriotyczny i bezwzględnie lojalny oficer kgb, zahartowany w ogniu mordów politycznych i tortur (wedle klasycznych wzorów ideowego czekisty), bierze słowa o reformie za dobrą monetę i naraża się w ten sposób swemu idolowi; idol, zostaje prezydentem i oficer jest w tarapatach; zostaje aresztowany, ucieka na Zachód i zostaje wreszcie zlikwidowany (znowu według klasycznych wzorów Feliksa Edmundowicza). Ale mamy też jak na dłoni mafijny charakter kgb czy fsb; kontrolowany charakter rzekomo wolnej, kapitalistycznej gospodarki; i wreszcie, największą siłę komunistów na przestrzeni ostatnich 90 lat – niespożytą łatwowierność zachodnich korespondentów.

Kto wydaje rozkazy

Książka Sixsmitha dotyka jeszcze jednego elementu o szerszym znaczeniu, a mianowicie problemu, z którym wielu borykało się w opisie komunistycznej metody sprawowania władzy: jak wygląda łańcuch wykonawczy? W jaki sposób są wydawane i wykonywane polecenia takie jak rozkaz zabicia Litwinienki? Dlaczego tak niezwykle trudno wskazać na źródło taktycznych posunięć, gdy sam plan wydaje się oczywisty?

Sixsmith cytuje Litwinienkę na temat zabójstwa Anny Politkowskiej:

Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że jest w Rosji tylko jedna osoba, która może wydać rozkaz zabójstwa dziennikarza kalibru Anny Politkowskiej: Putin i nikt inny. Rosja jest całkowicie kontrolowana przez służby specjalne i wiem z doświadczenia, jak ścisła jest to kontrola. Dziennikarka o pozycji Politkowskiej, nie mogła być dotknięta bez zezwolenia prezydenta Rosyjskiej Federacji. Anna była ich politycznym wrogiem i dlatego ją zabili.

Porównajmy tę pewność Litwinienki, z historią rozkazu zabicia Berezowskiego, który Litwinienko otrzymał ustnie od szefa departamentu, swego osobistego wroga. Jak pogodzić sprawność organizacji, koniecznej dla przeprowadzenia tak skomplikowanej operacji jak zabójstwo Litwinienki, z chaosem, anarchią i bezhołowiem na każdym kroku, opisywanym przez wszystkich, począwszy od Berezowskiego i Litwinienki, a na Politkowskiej skończywszy?

Nasuwa mi się tylko jedna odpowiedź: chaos jest zasłoną dymną, za którą prowadzić można sprawne operacje. Skoro nie można wydać rozkazu zabójstwa na piśmie, musi się to odbyć przy pomocy mafijnych metod, rozmów przy herbatce, sugestii, westchnień „czy nie byłoby dobrze, gdyby…” itd. W podobny sposób zasugerowano spiskowcom, by dokonali puczu w sierpniu 1991 roku, nie inaczej „polecono” Piotrowskiemu zabicie księdza Popiełuszki. Tylko dlatego, że byli przyzwyczajeni do takiego modus operandi, prowokacja mogła się była udać. W tego rodzaju organizacjach trzeba przyjąć z góry, że niekiedy przy herbatce będą dyskutowane prywatne porachunki albo przysługi, jakie chciałoby się wyrządzić możnym świata tego, ale zazwyczaj – jak wśród wszystkich gangsterów – każdy wie, kto za kim stoi, a kto pociąga za cyngiel.

Jest wielkim mitem historii komunizmu, że bolszewicy opanowani byli obsesją biurokratyczną. Potworna machina biurokracji stworzona została dla oczywistych powodów roztoczenia najściślejszej kontroli nad społeczeństwem, ale z tego nie wynika wcale, że Lenin czy Dzierżyński, Stalin czy Beria, byli biurokratami. Biurokracja tworzyła także „szum informacyjny”, poza którym ukryć było można to, co musiało pozostać w ukryciu. Najważniejsze elementy jednak były zawsze poza zasięgiem biurokracji. (Z tego nota bene powodu, tajne akta otwierane po latach nie mają wielkiego znaczenia, bo nawet jeśli każdy departament służb bezpieczeństwa musiał wypisywać notatkę, że wziął czyjeś akta do wglądu, to nie musiał tłumaczyć dlaczego ją wziął. A nawet jeżeli musiał, to nie w teczce tegoż delikwenta.)

Nie oczekujmy zatem, że za kolejnym zakrętem historii, ukażą się nam jasne dowody, czarno na białym wskazujące, kto i z czyjego rozkazu, zabił Politkowską i Litwinienkę, ale także setki, jeśli nie tysiące innych. W żadnym archiwum nie znajdziemy dokumentów, które pokazują czarno na białym, że ktoś polecił Jelcynowi przejąć władzę od Gorbaczowa, albo przekazać ją Putinowi. Ich strategia na najbliższych kilka lat jest już zapewne sformułowana, ale wziąwszy pod uwagę dzisiejszy stan rzeczy, wydaje mi się równie możliwe, że stworzą warunki, w których dla ratowania matki-Rosji, prezydent będzie musiał pozostać u władzy dłużej niż osiem lat, co że Putin spokojnie ustąpi, by zamknąć gęby krytykom, a na jego miejsce przyjdzie kolejny członek kolektywnego kierownictwa.

Straszny los Aleksandra Litwinienki niewiele waży na szalach tej wagi.

Post scriptum AD 2016

Tak pisałem o zabójstwie Litwinienki w roku 2007. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, dzięki nieustępliwości wykazanej przez wdowę po zamordowanym, w roku 2016, prawie 10 lat po tym, jak Ługowoj i Kowtun włożyli dawkę polonium do herbaty Litwinienki w londyńskim hotelu, emerytowany sędzia sir Robert Owen napisał raport, który nazwał sprawców mordu po imieniu. Nazwał nie tylko Kowtuna i Ługowoja, ale także Nikołaja Patruszewa i Władymira Putina jako odpowiedzialnych za zabójstwo.

Konkluzje sędziego Owena są świadectwem podziwu godnej niezależności brytyjskiego sądownictwa, a jednocześnie stawiają w jak najgorszym świetle dociekania zawarte w książce Sixsmitha. Ale dość o poputczikach gotowych na każde zawołanie wybielać dobre imię sowieckiej ojczyzny. Czy możemy wiązać jakiekolwiek nadzieje, że tak zdecydowany i jednoznaczny głos brytyjskiego sędziego zmieni atmosferę wobec współpracy z putinowską „Rosją”? Wątpię.

Litwinienko nie był jedynym sowieckim emigrantem, który zginął w Londynie w podejrzanych okolicznościach. W ubiegłych kilku latach śmierć z niewyjaśnionych przyczyn poniósł Aleksander Pereplicznyj, który zmarł w 2012 roku biegając po prywatnym parku; wspomniany w moim dawnym tekście Borys Berezowski, popełnił rzekomo „samobójstwo”. Być może najdziwniejszą z sowieckich afer londyńskich jest historia „trupa w torbie”, oficera MI6 Garetha Williamsa, którego ciało znaleziono w torbie w mieszkaniu oddalonym o kilkaset metrów od kwatery głównej brytyjskiego kontrwywiadu. Williams pracował nad powiązaniami między sowieckimi służbami i międzynarodowym gangsterstwem. We wszystkich tych sprawach, brytyjska policja i organy śledcze wykazały się daleko posuniętą niechęcią do ofiar przy jednoczesnej gotowości zamknięcia dochodzeń przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Natychmiast po publikacji Raportu podniosły się głosy, głównie z londyńskiego City, że nie można pozwolić, żeby sprawa Litwinienki wpłynęła na ochłodzenie stosunków z Rosją. Po pierwsze, twierdzili obrońcy Putina, „Rosja jest ważniejszym partnerem handlowym dla nas, niż my jesteśmy dla niej”. A zatem sankcje „zabolą tylko nas samych”. Dokładnie tych samych argumentów używał Lloyd George w 1918 roku… Po drugie, ogromna ilość bogatych Rosjan wydaje pieniądze w Anglii, kupuje drogie domy, posyła dzieci do szkół itp., a więc ochłodzenie stosunków doprowadzić może do zablokowania źródła dochodów. Po trzecie, jeżeli Wielka Brytania wycofa się z kontraktów rosyjskich, to miejsce brytyjskich firm zajmą ich europejscy i amerykańscy konkurenci – na co rzecz jasna pozwolić nie wolno. Innymi słowy, a ściślej słowami Lenina, „kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”.

I wreszcie Rząd Jej Królewskiej Mości. Naiwnym mogłoby się wydawać, że o ile lewicowy Blair mógł być prosowiecki, to konserwatywny Cameron nie powinien. Ale po pierwsze, żaden z nich nie przyjąłby do wiadomości, że ma do czynienia z sowietami, a po drugie, konserwatyści nigdy nie mieli problemu ze współpracą z bolszewikami. Wernyhora podpowiada mi, że Cameron przywoła niebawem ducha Churchilla i powie, iż niezależnie od niesmaku, jaki wywołał w nim Raport Owena, Putin jest ważnym partnerem w kwestii Syrii i Zachód nie może sobie pozwolić na alienację tak ważnego sojusznika w walce z nadrzędnym wrogiem, jakim jest Isis.

Pełen tekst Raportu sędziego Owena można znaleźć tu:

https://www.litvinenkoinquiry.org/files/Litvinenko-Inquiry-Report-web-version.pdf

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2016/01/25/tajemnicza-smierc-aleksandra-litwinienki-2/
Kategorie: Dzisiejsza „Rosja”, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2016/01/25/tajemnicza-smierc-aleksandra-litwinienki-2/