Uwagi na marginesie uwag
Jestem niezmiernie wdzięczny p. Jaszczurowi za jego artykuł o sowieckiej strategii, w którym podjął i ciekawie rozwinął mój naczelny wątek. Celem mojego tekstu pt. Szpalery autorytetów, było wskazanie, że sowiecka strategia pozostaje niezmienna, że wszystkie elementy działań kliki Putina mają swój pierwowzór w działalności i pismach kliki ojców bolszewizmu. Przytaczałem dla przykładu spór między Leninem i Stalinem w kwestii sowieckich stanów zjednoczonych Europy. Przypadkiem natrafiłem ostatnio na cytat z Trockiego z 1931 roku:
Dla nas, „narodowe wyzwolenie” Niemiec polega nie na wojnie z Zachodem, ale na proletariackiej rewolucji, obejmującej zarówno Środkową jak i Zachodnią Europę, i jednoczącej ją ze Wschodnią Europę w Sowieckie Stany Zjednoczone.
Kłótnie między bolszewickimi tytanami dotyczyły taktyki, metod, a nawet osobowości, ale rzadko strategicznych celów. Wszystkie trzy koncepcje zarysowane przez trzech sławnych bolszewików, rozważały najlepszy sposób zjednoczenia Europy, ale w każdym wypadku nadrzędny cel pozostawał ten sam: sowieckie stany zjednoczone w Europie.
Sam termin „strategia” jest niestety wieloznaczny. Pochodzi z teorii działań militarnych i jest często mylony z „taktyką”. W ogromnym uproszczeniu, stosunek taktyki do strategi, jest taki jak stosunek środków do celów. Strategia jest wyższym planem działania, bez wchodzenia w praktyczne szczegóły. Kiedy mówimy o sowieckiej strategii, to mówimy o politycznym planie, ale jest on w nieunikniony sposób związany z szeroko pojętym planem militarnym. Następujący fragment rozważań p. Jaszczura, jest dobrą ilustracją tej wieloznaczności i trudnej do uniknięcia konfuzji:
Warto w tym miejscu stwierdzić, że „bezpieczniki” w postaci Kaliningradu, Naddniestrza, Abchazji, Osetii Południowej, czy wreszcie Krymu (z elaboracją rakiet zdolnych przenosić głowice nuklearne i dosięgnąć Rumunii czy czarnomorskiego wybrzeża Turcji), Donbabwe i Ługandy mają – póki co – znaczenie nie tyle strategiczne i operacyjne, co psychologiczne. Chodzi przede wszystkim o zastraszenie demoliberalnego i pacyfistycznego Zachodu (zwłaszcza Europy) samą tylko możliwością użycia siły – czy to wywołania konfliktu lokalnego w centrum spokojnej Europy, czy to konfliktu na skalę światową.
Istnienie enklaw w postaci Transdniestrii czy Królewca ma w moim mniemaniu znaczenie strategiczne, w sensie operacyjnym, ale być może ważniejsze jest tu znaczenie polityczne. Przyjrzyjmy się sytuacji militarnej. Kurlandia, Inflanty, Liwonia – różnie nazywano te ziemie – były sceną wielu wojen, ponieważ zależnie od tego w czyich są rękach, wiszą jak wyciągnięta pięść nad przeciwnikiem. Należenie Estonii do NATO mogłoby więc słusznie niepokoić Kreml (nawet przyjąwszy istotnie obronny charakter sojuszu atlantyckiego), gdyby nie Królewiec. Podobnie (z wszelkimi geopolitycznymi wariacjami) ma się sprawa z innymi sowieckimi enklawami.
Posiadając tego rodzaju przyczółki, sowieckie przywództwo mogło sobie pozwolić na względny polityczny chaos na wschód od nich. Kiedy się posiada ogromną koncentrację broni w Królewcu, to państwa Bałtyckie tracą na znaczeniu militarnym, ale pociąga to za sobą konsekwencje polityczne. Można bowiem pozwolić sobie na uczynienie z Estonii „okna wystawowego liberalizacji”, naocznego dowodu, że komunizm upadł. Kontrolując Transdniestrię można sobie pozwolić na chaos na Ukrainie. Psychologia, o której tak trafnie pisze p. Jaszczur, wraz z potencjalnym elementem zastraszenia pacyfistów, wydaje mi się w tym wypadku zajmować odległe trzecie miejsce wobec ogromnych korzyści militarnych i politycznych, płynących z istnienia tych enklaw. W każdym razie ich istnienie jest istotnym czynnikiem w strategii Kremla.
Ukraina
Pan Jaszczur nie zgodził się z moją interpretacją wydarzeń na Ukrainie. W komentarzu z 24 lipca (na niniejszej stronie) napisał:
Moskwa realizuje tam „plan B”. Nie udało się stłumienie Majdanu ani interwencja zewnętrzna – głównie ze względu na próżność Janukowycza, który wolał nawet zostawić złote sracze i własne akty, nie podejmować twardych, czekistowskich decyzji i zrejterować do ojczyzny proletariatu.
Dlatego, w pewnym momencie sowieciarze zdecydowali, że po prostu podłączą się pod Majdan, a sednem planu z jednej strony jest destabilizacja poprzez „rebelię” w Donbasie i Rusi Zakarpackiej, z drugiej – jak piszesz – dalsze trwanie oligarchicznych uwikłań… Ale tam przynajmniej, ochotnicze bataliony ukraińskie realnie walczą z sowieckimi sołdatami…
Mam wrażenie, że autor wpadł tu w pułapkę nadinterpretacji. Dlaczego jest to plan B? Czym różni się on od planów od A do Z? Podstawowym pierwszym zabiegiem w sowieckiej strategii było zawsze wywołanie chaosu, „rozpętanie”, po to by móc następnie tym skuteczniej spętać. „Sednem planu jest destabilizacja”, pisze p. Jaszczur, z czym trudno się nie zgodzić, pamiętając wszakże, że mówimy o sowieckiej Ukrainie, która nigdy stabilna nie była, i w żadnym sensie nie była stabilna od 20 lat. Chaos może zawsze przybrać różne formy, może być nawet amorficzny – taka już natura chaosu. Ktokolwiek zatem pragnie wywołać chaos, z góry musi się zgodzić na to, że „ochotnicze bataliony ukraińskie realnie walczyć będą z sowieckimi sołdatami”. I cóż stąd? A czyż to pierwszy raz coś takiego się dzieje w obrębie sowieckiej prowokacji? Sowieciarze zawsze pragną wykorzystać swych najbardziej zaciętych wrogów dla swoich własnych celów. Najbardziej znanym przykładem takiego postępowania był Hitler, ale na zupełnie innym planie, nie inaczej miała się sprawa z Sołżenicynem.
Wektory strategii
Marksizm-leninizm jest doktryną polityki zagranicznej, ponieważ jego celem nadrzędnym jest zapanowanie komunizmu na całym globie. Wszystko – włącznie z polityką wewnętrzną sowietów – podporządkowane jest temu celowi. Od samego początku polityka Lenina i Trockiego była polityką globalną. Gra polityczna na Ukrainie jest częścią strategicznego planu sowieckiej Europy, a to z kolei częścią pokojowego planu Lenina: Pokój, to panowanie komunizmu na świecie. W takim razie nie ma chyba racji p. Jaszczur, że sowieckie enklawy są „instrumentem wywierania nacisku na Europę”. Nie. Są w zamian polisą ubezpieczeniową na wszelakij pożarnyj słuczaj, a pożary mogą wybuchnąć wszędzie, zwłaszcza gdy pozwala się dzieciom bawić zapałkami i rakietami typu „Buk”.
Co więcej, sowieckie enklawy nie wywierają żadnego nacisku na Europę, ponieważ rzadko kto o nich wie, zresztą nie tylko w Europie. Nazwa Transdniestrii wywołuje co najwyżej wzruszenie ramion albo skojarzenie z fikcyjnymi krainami z filmów Braci Marx.
Polityka globalna musi być wielostronna i wielokierunkowa, inaczej nie byłaby globalna. Pan Jaszczur zarzuca mi, że pominąłem koncepcję „świata wielobiegunowego”, całego mrowia organizacji i stowarzyszeń takich jak brics, cribs czy pricks. Ale po pierwsze, nie to było przedmiotem moich rozważań, a po drugie, nie przywiązywałbym aż tak wielkiej wagi do rozmaitych układów, umów, organizacji współpracy i wielostronnych traktatów uroczyście podpisywanych przez sowieciarzy. Nie są one warte atramentu wylanego na sygnatury sowieckich aparatczyków i ich poputczików. Podpisanie przez Putina układu o wzajemnej pomocy, może równie dobrze oznaczać zbliżenie jak oddalenie; może oznaczać, że Kreml pragnie przykuć uwagę analityków do jednego aspektu swej działalności albo odwrócić ich uwagę od wydarzeń w innej części globu. Pierwsze wrażenia mylą, a w sowieckim świecie są zazwyczaj stworzone z myślą, by zwodzić.
Z tego wszystkiego nie wynika rzecz jasna, że strategia sowiecka nie ma wielu wektorów. Musi je mieć z definicji, ponieważ jest to polityka globalna; z definicji, w globalnej polityce trzeba być globalnym graczem i mieć interesy w różnych częściach świata. Czy wszakże słuszne jest twierdzenie o tworzeniu świata wielobiegunowego jako strategicznego celu sowieciarzy? Tego rodzaju pluralizm biegunów nie jest bolszewickim ideałem. „Świat wielobiegunowy” to po prostu polityczna mapa świata taka, jakim świat jest. W całej historii ludzkości, pluralizm celów i interesów różnych grup ludzkich, stwarzał „wielobiegunowość”, którą wszystkie imperia chciały zawsze zniszczyć. Wielobiegunowa była Hellada walczących ze sobą polis, ale do czasu aż nie zjednoczył jej macedoński but. Wielobiegunowy był basen śródziemnomorski, aż jednostajny krok legionów rzymskich nie położył kresu pluralistycznym mrzonkom. Sowieciarze raczej nie stoją po stronie pluralizmu.
Wielokrotnie przytaczałem tu koncepcję przyszłości naszkicowaną przez Orwella w Roku 1984. Trzy bieguny świata wyznaczone są przez trzy mega-państwa: Eurazję, Azję Wschodnią i Oceanię, które odpowiadają mniej więcej sowietom, chrl i Ameryce. Te trzy państwa są identyczne z natury, równie totalitarne i równie monolityczne. Znajdują się w bezustannym, choć pozornym konflikcie o sporne terytoria w Afryce. Jeśli to ma być wielobiegunowość, to mogę się z tym zgodzić jako strategicznym planem sowieckim Ale czy to właśnie miał na myśli p. Jaszczur? To raz. A po drugie, termin „wielobiegunowość” zastosowany do tak zuniformizowanych imperiów wydaje mi się nadużyciem.
Izolacjonizm
Pan Jaszczur zarzucił mi, jakobym wmawiał amerykańskim środowiskom prawicowym izolacjonizm, który jego zdaniem nie jest w rzeczywistości „głównym problemem elit amerykańskich”. Ale ja nigdzie nie twierdziłem, że jest. W moim przekonaniu, głównym problemem amerykańskich elit jest brak kultury i nieznajomość historii, skoro już o tym mowa, ale to tylko nawiasem. Zresztą ten sam problem mają i inne elity.
Wracając do izolacjonizmu, jest to, jak sama nazwa wskazuje, fenomen typowy dla społeczeństw wyspiarskich, oderwanych, odciętych od reszty świata przez jakieś bariery, bariery zazwyczaj geograficznej natury. Izolacjonistyczna jest np. kultura Szwajcarii, ale taka była także kultura historycznej Litwy, którą w polskiej historiografii określa się mianem Żmudzi. Izolacjonizm najzwyczajniej w świecie dostrzega zalety podtrzymywania tego naturalnego zamknięcia i odcięcia społeczności i proponuje obronę izolacji, w miejsce zaangażowania.
Niezwykle ciekawe wszakże, że ogromna większość wyspiarskich i izolacjonistycznych kultur wytworzyła z czasem przeciwną, ekspansjonistyczną tendencję, domagającą się zaangażowania w sprawy świata zewnętrznego. Zaangażowanie to przybierało dawniej formę budowy Imperium, które opierało się na przekonaniu o własnej wyższości i konieczności niesienia światu swych wzniosłych wartości. Przykładem może służyć Japonia, Anglia i Litwa. Stany Zjednoczone zachowały tylko ideologię – przekonanie o oczywistej wyższości własnej kultury – bez dążeń imperialnych.
W rozdźwięku między izolacjonizmem i ekspansjonizmem, znajdujemy wyraz znanej dialektyki napięcia między tendencją zachowawczą („dobrze jest w jaskini, po co wychodzić na zewnątrz?”) i otwarciem („a może na zewnątrz jest lepiej?”). Klasyczny opis tego napięcia dał – niech mi p. Jaszczur wybaczy przyziemną nienaukowość moich źródeł – JRR Tolkien w swej epopei o hobbitach. Dialektyka reprezentowana w kulturze brytyjskiej przez napięcie między Little Englanders i budowniczymi Imperium Brytyjskiego, u Tolkiena staje się napięciem między hobbitami zamkniętymi w swoim małym kraiku i zaangażowaniem się w sprawy wielkiego świata. Geniusz Tolkiena polegał na dostrzeżeniu, że cechy charakterystyczne Little Englanders (czyli izolacjonizmu) stały się podstawą tworzenia Imperium, że innymi słowy, cechy izolacjonistów predestynują ich do zaangażowania w świecie.
Ta sama dialektyka rozgrywa się na naszych oczach w Ameryce, właściwie bezustannie. Podczas każdych wyborów prezydenckich, podczas debat w Kongresie i na łamach amerykańskiej prasy. Daleki byłem od sugerowania, że izolacjonizm jest problemem elit amerykańskich, bo sam go za problem nie uważam. Jest to raczej podskórny prąd przebiegający przez tę kulturę. Ameryka jest ogromnym, potencjalnie samowystarczalnym semi-kontynentem, który doskonale może sobie poradzić bez angażowania się w sprawy świata. Izolacjonizm pozostaje więc naturalną pozycją dla dużej części tego społeczeństwa; dla ludzi, którzy nigdy świata poza Ameryką nie widzieli, ani widzieć nie chcą, nic o tym świecie nie wiedzą, ani wiedzieć nie chcą.
A na koniec, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że mówiłem o amerykańskim izolacjonizmie w kontekście enuncjacji Aleksandra Ściosa, iż Polska powinna się związać ścisłym sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi poza strukturami NATO. Jest to sugestia z gatunku surrealizmu politycznego. Koncepcja tak zasadniczo rozwiedziona z rzeczywistością polityczną XXI wieku, że moja odpowiedź była żartobliwa: Ameryka jest zawsze gotowa porzucić swą izolację dla wszystkich części świata, ale nigdy nie dla Europy Wschodniej. „Dlaczego więc,” pytałem, „mieliby zrobić wyjątek dla ‘Polski’, która wedle samego Ściosa jest zaledwie ‘hybrydą’ prlu?”