„Śledziki w absolutnie literackim zapędzie” czyli dalszy ciąg przygód Grzegorza Eberhardta z Józefem Mackiewiczem
Książka Eberhardta jest tak ogromna, że zawiera nie tylko inwektywy i niedorzeczności, nie tylko wtrącone w pół zdania pozdrowienia dla Ali Cz. i filozofię z Pacanowa, nie tylko poetykę film noir i detektywistyczne dociekania pacanowskie, o których pisałem w poprzednich częściach. Zawiera także opinie na temat Józefa Mackiewicza i jego dzieła; opinie, które trudno doprawdy pozostawić bez riposty, choć z rzadka tylko zasługują na polemikę. Z ogromu wątków wybieram tylko kilka.
Jedną z najdziwniejszych tez Eberhardta było, że Mackiewicz był wrogiem literatury:
Ale pisać o literaturze…?! Strata czasu! I na pewno – nie na jego temperament.
Po czym obficie cytuje całe strony z licznych wypowiedzi Mackiewicza na tematy literackie. Literatura była życiem pisarza, uważał się za „zawodowego literata”. Pisał w każdych warunkach, w zmiennych sytuacjach życia, pisywał do szuflady i do budki dla ptaków, pisał listy i artykuły, felietony i eseje, powieści i rozprawy. Jakże więc miałby nie pisać o tym, co zajmowało go przez całe życie? Nie dość, że pisał o literaturze, ale pisał także bardzo ciekawie. Być może Eberhardt wziął Mackiewiczowską niechęć do modnych trendów w literaturze i w krytyce literackiej za niechęć do pisania o literaturze, ale nie zmienia to w niczym faktu, że pisywał o literaturze dużo i chętnie; jest to w istocie, obok polityki, główny temat jego publicystyki.
Wielokrotnie stawiałem sobie pytanie, czy śp. Eberhardt czytał tego samego Mackiewicza co ja. Czy nie zaszła tu jakaś pomyłka? W pewnym momencie mówi np., że „czytają go, co najważniejsze dla każdego twórcy, tzw. masy”. Trudno doprawdy wytłumaczyć to inaczej jak przez kolejny „śledzik w zapędzie”, gdyż dla Mackiewicza, masy, masowość, masowa kultura – były anatemą.
Podszedł z brudną w mydlinach wodą w miednicy i pokazał: ledwo widoczne drgnienie ręki i woda chlapie w jedną stronę, ledwo widoczne drgnienie drugiej ręki i woda przelewa się z powrotem.
– To są masy. Rozumiesz? Masy wodne, czy masy ludzkie, na jedno wychodzi. – Chlusnął z obrzydzeniem brudną wodę na klepisko chaty. – I tyle samo warte, co te pomyje po mnie, Janie Wiktorowiczu.
Człowiek jest bytem jednostkowym; sprowadzanie nas do poziomu mas, równa się odbieraniu ludziom jedynej godności, jaka nam jeszcze pozostała. A Józef Mackiewicz z pewnością nie tęsknił do masowego czytelnika.
Spór Mackiewicza z Witoldem Gombrowiczem jest zjawiskiem nadzwyczaj interesującym. Jakież więc było moje rozczarowanie, kiedy śp. Eberhardt skwitował zatarg stwierdzeniem, iż Gombrowicz był „rozwścieczony istnieniem” Mackiewicza. Jak zwykle odsuwam egzystencjalno-ontologiczne konotacje, bo przekraczają moje skromne zdolności intelektualne (nawiasem, w innym miejscu autor ogłosił, że „prawda jest stanem realnym, by jednocześnie być stanem metafizycznym”, co jest przykładem, jak filozofować za pomocą młotka). Niestety dalszy ciąg enuncjacji eberhardtowych nie posuwa nas naprzód. Otóż Gombrowicz miał być rozwścieczony „Mackiewiczem intelektualnym, twórczym, ale także mentalnym”. No, to już niestety jest bełkot.
Mackiewicz nie wdawał się w dyskusje z Gombrowiczem, jak słusznie stwierdza Eberhardt. Jednak jego wyjaśnienie tego fenomenu całkowicie mija się z prawdą: „Dla tego ostatniego [Gombrowicza], dyskusja jest zresztą sztuką dla sztuki. A to akurat sztuka, której J.M. bardzo nie lubi.” Skąd takie przekonanie? Po pierwsze, Mackiewicz nie wdawał się w dyskusje z ludźmi, których nie poważał, a Gombrowicza nie cenił wysoko. Po drugie, Mackiewicz był urodzonym polemistą, który kultywował sztukę prowadzenia dyskusji. W istocie, duża część jego publicystyki jest polemiczna z natury. I wreszcie, nie da się powiedzieć, że dla Gombrowicza dyskusja była sztuką dla sztuki, bo niby na jakiej podstawie? Dziennik pełen jest rzeczowych polemik, zajmujących dyskusji, a że Mackiewicz tego nie doceniał? To i cóż z tego? Ludzie są różni i mnie osobiście w niczym nie przeszkadza, że Józef Mackiewicz nie lubił ani Gombrowicza, ani Nabokowa.
Natomiast wielokrotnie, przez kilkadziesiąt lat, wyrażał swój podziw dla Cichego Donu. Eberhardt uznał „tę atencję dla Szołochowa” za błąd, ponieważ Mackiewicz „nigdy nie zwątpił w osobę autora”. Ależ wątpił, chciałoby się powiedzieć. Wyrażał zdumienie, że w kraju pozbawionym wolnej literatury i wolnej myśli, gdzie „wszystko skażone jest łgarstwem i dyktatorialną tendencją”, możliwe było napisanie książki, która służyć może wolnemu światu „za wzór liberalnego obiektywizmu”. W roku 1969 pisał:
W epoce „stalinizmu” ukazała się drukiem powieść Michała Szołochowa Cichy Don, której bohaterem jest „biały” Kozak, i w której – mimo gruntownej tendencyjności dzieła – z taką obiektywną bezstronnością przedstawieni są wrogowie ustroju sowieckiego, że przez długi czas krążyła legenda, jakoby Szołochow przerobił jedynie rękopis znaleziony u zabitego biało gwardzisty. Cichy Don był pojedynczym fenomenem na tle skamieniałej w komunizmie literatury sowieckiej, bez żadnego wpływu na jej całość lub ewolucję. Dziś, po trzydziestu latach, żaden z pisarzy PRL-u nie mógłby nie tylko wydać, ale nie odważyłby się napisać książki chociażby w przybliżeniu o tej skali stosunkowego obiektywizmu. Gdyby jednak istotnie taki pojedynczy fenomen zaszedł dziś w Warszawie, niechybnie trafiłby do zachodniej kartoteki niezbitych dowodów „ewolucji i liberalizmu literatury polskiej”.
Zarzucano Mackiewiczowi, że „wątpił w istnienie Sołżenicyna”, co nie jest prawdą. Powtarzał tylko hipotezę rosyjskiego publicysty na temat „apostoła nie-walki z komunizmem”. I nie inaczej w wypadku Szołochowa, wyraził wiele wątpliwości, a nawet zdumienie, że książkę tak znakomitą mógł napisać pisarz tak słaby, a ponieważ nie miał żadnych dowodów na autorstwo Kriukowa, to przedstawił je w postaci krążących plotek. Mackiewicz nie popełnił tu żadnego „błędu”, a wykazał się dociekliwością, trafnością analizy i obiektywizmem.
W zdumiewającym rozdziale na temat Stefana Kisielewskiego, Eberhardt usiłował pogodzić ze sobą swoich dwóch idoli: Józefa Mackiewicza i Kisiela. Kisiel, jego zdaniem, nie był wrogiem Mackiewicza, ale jego ideowym przeciwnikiem, partnerem w dyskusji. W moim przekonaniu, takie ujęcie jest możliwe wyłącznie z prlowskiej perspektywy. Kisiel był bohaterem dla Eberhardta, bo skutecznie racjonalizował prlowską fikcję, umożliwiał codzienny kompromis, przydawał pozorów ideowego podłoża i intelektualnego połysku najniższej kolaboracji. Eberhardt irenistą nie był, ale z jakiegoś powodu potrzeba mu było zbliżyć swych bohaterów, więc zauważył nawet „niespotykane u J.M.” złagodzenie jego opinii o Kisielu. Nic takiego nigdy nie zaszło. Mackiewicz uważał Kisiela za poputczika i nic więcej. Kiedy przytaczał jego wypowiedzi na potwierdzenie swych tez, to czynił to w ten sam sposób, jak gdy przywoływał moskiewską Prawdę.
Rozdział pt. „Schody Józefa Mackiewicza” był chyba w zamierzeniu czymś w rodzaju ideowego podsumowania, a jednocześnie osobistego credo. Chyba, bo w tej poetyce nic nie jest nigdy dopowiedziane do końca i oprócz masy sążnistych cytatów (prawie 40 stron) jest też bez liku wykrzykników, wielokropków i sakramentalnych „właśnie!” Niestety nie jest dla mnie jasne, dokąd ten ogrom przytoczeń ma prowadzić, ani co z niego wynika. Lustrzanym odbiciem tego rozdziału jest fragment pt. „Trzeba ich połączyć”, w którym takie np. wypowiadał autor złote myśli: „Właśnie, stworzyć listę tych dbających o logikę”. Oprócz wypisów z lektur, jedyną własną myślą autora jest, że „trzeba ich połączyć”. Coś mi to przypominało podczas lektury, ale przez długi czas nie mogłem umiejscowić, gdzie czytałem o „liście autorów wysokiego brzegu”. Ależ tak! W latach 80. w podziemiu tak pisał nie kto inny, jak Adam Michnik: pisarstwo z gatunku książki telefonicznej (tylko bez adresów i numerów, a więc bezużyteczne).
Eberhardt utrzymywał, że rozmiary klęski wrześniowej spowodowały w Mackiewiczu „załamanie w dotąd nieznanej mu skali”.
Tygodnie jesieni 1939 roku to dla niego stan ciągłej gorączki, a raczej pragnienia, by wszystko, co przeżywa, było tylko nieprawdą maligny, a nie rzeczywistością… Nazwać ten stan szokiem to powiedzieć o wiele za mało!
Obawiam się, że jest to jeden z wielu „śledzików” eberhadtowych, wymyślonych „w jakimś absolutnie literackim zapędzie, ale niewątpliwie i z osobistej skłonności” do chowania głowy w piasek. O ile mi wiadomo, nie ma na to „załamanie” żadnych dowodów. Wręcz odwrotnie, jest wystarczająco wiele dowodów na coś przeciwnego. Klęska wrześniowa wywołała w Mackiewiczu wybuch energii. Znalazł się w Kownie i napisał z miejsca znakomity i ważny artykuł pt. „My, Wilnianie”. Po powrocie do oddanego Litwie Wilna rzucił się w wir wydawania i redagowania Gazety Codziennej. Książka pt. Prawda w oczy nie kole (tom 17 Dzieł) opisuje m.in. owe czasy i jest dowodem niespożytej energii Mackiewicza. Nie widzę doprawdy, jak pogodzić można „załamanie” i tchórzliwą ucieczkę od rzeczywistości z tak żywą działalnością polityczną. Jest to raczej kolejny przykład przypisywania Mackiewiczowi „osobistych skłonności” autora „a raczej pragnienia, by wszystko, co przeżywał, było tylko nieprawdą maligny”. Z tego wszystkiego nie wynika wcale, że Mackiewicz nie przeżył klęski głęboko i boleśnie, ale co innego przeżycie, a co innego załamanie.
Podobnie rzecz się ma z ucieczką przed wywózką w czerwcu 1941 roku. Nie mogę pojąć, dlaczego wielu badaczy kwestionuje oczywisty fakt, że Mackiewiczowie uciekli na furmance do Puszczy Rudnickiej, nad Wisińczę, przed deportacją do Kazachstanu. Nawet czcigodni profesorowie, Lewandowski i Bolecki, pomijają milczeniem ucieczkę do puszczy, jakby to było coś wstydliwego. Z typowym dla siebie infantylizmem, Eberhardt twierdził, że po przesłuchaniu w nkwd, Mackiewicz pił wódkę, a jak mu minął kac, to „wyprowadza się wraz z Barbarą do Czarnego Boru”. Decyzja ta miała uchronić ich przed kontaktami z nkwd i wywózką. Jest to twierdzenie oderwane od rzeczywistości. Mackiewiczowie mieszkali w Czarnym Borze przez prawie cały okres okupacji sowieckiej. Wedle relacji Mackiewicza, został on wezwany z własnego domu w Czarnym Borze do gminy w Rudominie w połowie kwietnia 1941 roku, a stamtąd podstępnie przewieziony do Wilna – bo nie: aresztowany – po czym po kilkudniowych przesłuchaniach, zwolniony, powrócił do domu w Czarnym Borze. Mieszkanie we własnym domu nie uchroniło nikogo przed deportacją, wręcz przeciwnie, dlatego też Mackiewiczowie zdecydowali się opuścić dom i uciekać do puszczy.
Jeżeli Eberhardt był w posiadaniu źródeł przeczących relacji Mackiewicza, to powinien był je podać, bo teraz już pozostanie nam tylko domniemanie, że to kolejny „śledzik”.
Eberhardt przytoczył (chyba w całości) esej pt. „Błędy, których się nie widzi”, w którym Mackiewicz pisał z wdziękiem o rzeczowych błędach w literaturze, które pomijamy zazwyczaj, gdyż wciąga nas magia sztuki. Jego artykuł wywołał dyskusję w Wiadomościach i wielu czytelników wskazywało na błędy także u Mackiewicza (pisał o tym obszernie u nas Dariusz Rohnka tu ). To z kolei dało Eberhardtowi asumpt do tępego wytykania „błędów” Mackiewiczowi (sam nazwał je „małymi złośliwostkami, przez wdzięczną pamięć jego Błędów, których się nie widzi”). Piszę „błędów” w cudzysłowie, bo w ogromnej większości nie są to wcale rzeczowe błędy, ale delikatna kwestia interpretacji i różnych opinii. Mamy więc „błąd”: korsykański gangster nie był postacią pozytywną; błąd: „Azef mógł być prowokatorem… z patriotyzmu!”; błąd: pisząc w 1935 roku, spodziewał się użycia gazów bojowych na nadchodzącym konflikcie (mylne przewidywanie nie jest rzecz jasna błędem).
Kolejnym błędem ma być krytyka polityki Piłsudskiego z lat 1918-21. Zdaniem Eberhardta, Piłsudski miał rację, że „wybrał czerwonych”:
Przecież jeszcze nie był nimi, „czerwonymi”, doświadczony, a „biali” w kwestii naszej niepodległości jedynie coś mamrotali pod nosem – bardzo niewyraźnie, i bardzo niejednoznacznie. Piłsudski walczył o niepodległość Polski, a nie Rosji!!!
A dalej:
Złośliwie mówiąc: Mackiewicz ma pretensje do Piłsudskiego za to, że tamten w 1920 roku nie był prorokiem.
Złośliwie? Nie. Raczej głupio mówiąc. Mackiewiczowska krytyka polityki polskiej z owych lat, jest rzeczowa i poważna, uzasadniona wieloma argumentami, a Eberhardt zbywał ją mianem „ataku nierozsądku”, bo gdyby sowiety zostały zgładzone, to nikt by się nie domyślił, jak straszna siła została zniszczona. Eberhardt dał tu ostateczny dowód, że nie zrozumiał ani słowa z podstawowych tez Józefa Mackiewicza. Podstawową jego tezą było bowiem, że egoizm narodowy jest bezustannie podsycany i wykorzystywany przez sowieciarzy, najpierw dla dzielenia wrogów, a następnie dla utrzymania narodów ujarzmionych w jarzmie. Piłsudski egoistą narodowym nie był, a pomimo to wpadł w tę samą pułapkę, co ludzie pokroju Grabskiego. Wielu krytyków Piłsudskiego wskazywało, iż nie dostrzegł grozy bolszewizmu ze względu na swe socjalistyczne korzenie. Warto jednak zwrócić uwagę, że wielki antykomunista rosyjski, Borys Sawinkow, miał także socjalistyczny i rewolucyjny rodowód, a pomimo to zwrócił się gwałtownie przeciw Leninowi i jego szajce gangsterów. Nie trzeba zaraz być prorokiem, a tylko jasno widzieć rzeczywistość. Nazywanie tak kluczowego dla Mackiewicza punktu „atakiem nierozsądku”, wiele mówi o prlowskiej optyce Eberhardta.
Nic jednak nie przygotowało mnie do kolejnego „błędu” odkrytego przez śp. autora. Będąc wyraźnie pod wrażeniem lektury Suworowa, posunął się aż do obrony Stalina przed niecnymi atakami Józefa Mackiewicza.
Tak, celem Związku Sowieckiego był atak. Hitler jedynie uprzedził atak sowiecki. Można spekulować i twierdzić, że Stalin znał dokładnie informacje o terminie ataku niemieckiego, ale… Ale nie mógł ich przyjąć do wiadomości [podkr. moje – MB]. Po prostu było już za późno. Za późno na zmianę taktyki. Myślę, że Stalinowi w tamtych dniach nic innego nie pozostawało, jak zakładać, że informacje te są właśnie bluffem Hitlera. Bluffem, mającym zakłócić przygotowania Związku Sowieckiego do inwazji.
A że bolszewicy ponieśli wielkie straty…? To naturalne. Byli przecież gotowi do ataku, a nie do obrony.
Przytacza następnie opis deportacji z Drogi donikąd i komentuje:
Brano ich z zaplecza wkrótce mających nastąpić działań frontowych. Brano, ponieważ byli elementem niebezpiecznym. Sowieci mieli prawo domyślać się, że to plemię dopiero co przez nich zagarnięte, jest – w chwili ich ataku na Szkopów – „V kolumną”. Nawet nie potencjalną, a jak najprawdziwszą.
Mackiewiczowi właściwą ocenę tego, co widział, przesłoniła satysfakcja z totalnej klęski jaką ponosiła Armia Czerwona. Szkoda, że wystarczyło mu tej najbardziej widocznej wersji wydarzeń. I szkoda, że pozostała w nim już na zawsze…
Przytaczam tak długie fragmenty nie dlatego, żeby warte były polemiki (choć być może wart polemiki jest Suworow), ale z jednej przyczyny: żeby uniknąć zarzutu, że wmawiam śp. autorowi pozycję, której zająć nie mógł, bo zbyt już doprawdy absurdalna. Co więcej, jak on czytał Mackiewicza? Jeżeli w ogóle czytał.
Podstawowym argumentem przeciw Mackiewiczowi ma być lista oczywistych dowodów, że Stalin przygotowywał już w 1940 roku ludowe wojsko polskie. Wojsko potrzebne mu „nie dla parad, lecz dla wojny – z Niemcami, nie z Chinami”, jak to ze swadą określał Eberhardt. Jest dla mnie oczywiste, że bolszewicy mieli zawsze plany na tysiące możliwości, a wykorzystywali te, którym sprzyjały okoliczności w danej chwili. Przygotowywali kadry wojskowe dla Wietnamu, Korei i Polski, nie tylko w roku 1940. Przygotowywali się do „marszu na Berlin” od października 1917 roku, w roku 1920 mieli gotowy rząd Polski ludowej, ale schowali go do kieszeni, kiedy musieli wiać spod Warszawy. Z całą jednak pewnością polskie kadry ludowego wojska potrzebne były Stalinowi bardziej do sowietyzacji Polski niż do podboju Niemiec.
Deportacje z czerwca 1941 roku z Wilna i Litwy mają być kolejnym dowodem agresywnych przygotowań wojennych. Ale cała historia sowietów wskazuje na coś przeciwnego. Masowa wywózka była narzędziem sowietyzacji, a nie przygotowaniem do wojny. Deportacje nie obejmowały tylko pasa przygranicznego, ale wielkie obszary terenów wschodnich byłej Rzeczypospolitej, które domagały się brutalnej, przyspieszonej sowietyzacji. Wywózki trwały także po wojnie, czy to także było przygotowanie do ataku na Hitlera?
I wreszcie mój ulubiony spośród argumentów Eberhardta: biedny Stalin, mądra głowa, nie mógł inaczej, musiał pojechać do Soczi na wywczasy, musiał zignorować wszelkie raporty wywiadowcze o przygotowaniach Hitlera, bo „było już za późno”. Na takim poziomie, można by „bronić” człowieka, który utopił się na plaży podczas sztormu, bo on od dawna przygotowywał się do opalania, i za późno było słuchać prognozy pogody. A że zginął? To naturalne, przecież przyszedł się opalać, nie był gotów na burzę i 20-metrowe fale.
Rozumowanie Eberhardta opierało się na fałszywym przekonaniu, że przygotowanie do ataku wyklucza gotowość do obrony. Każdy student strategii militarnej wie, że wszyscy wielcy wodzowie od Aleksandra, Hanibala i Cezara, po Napoleona, byli zawsze jednocześnie gotowi do działań zaczepnych i obronnych. Co więcej, wystarczyłoby chyba odwrócić sytuację i zadać sobie pytanie, czy Hitler w czerwcu 1941, będąc przygotowanym do ataku na sowiety, dałby się w taki sam sposób zaskoczyć niespodziewanym atakiem Stalina? Nigdy. Podkreślam raz jeszcze, że nie zamierzam tu dyskutować z koncepcją Suworowa, ale zdumiewa mnie, że czytelnik Mackiewicza mógł stawiać tego rodzaju tezy. Na każde z pytań Eberhardta, można znaleźć niedwuznaczną odpowiedź u Mackiewicza – trzeba tylko czytać uważniej. Jeżeli Eberhardt pragnął skonfrontować Mackiewicza z Suworowem, to mógł chyba na to znaleźć miejsce na prawie tysiącu stron. Nie uczynił tego jednak. Suworow nie został nawet wspomniany, za to Mackiewicz jest wyśmiany poprzez przedstawienie koncepcji przeciwnej jako oczywistej. Oczywiście autor zdołał ośmieszyć tylko siebie.
Generalnie rzecz biorąc, w oczach tego wielbiciela twórczości Mackiewicza, „przesadzał on z krytyką”. Nie doceniał np., że dzięki prowokacjom politycznym ludziom żyło się lepiej, że bełkot Kotarbińskiego o „wolności słowa” był potrzebny jemu, Eberhardtowi. To zresztą z pewnością prawda, jeżeli mowa o zsowietyzowanej społeczności prlu, której potrzeba ładnych słówek, żeby „nie pić wódki albo ćpać”:
Mackiewicz, pomimo wszystko, potrafi być optymistą. Zresztą, gdyby nim nie był, czy w ogóle siadałby do pisania? Czegokolwiek! Piszą tylko optymiści! Pesymista nie pisze, nie maluje, nie komponuje. On tylko pije wódkę albo ćpa. Albo od razu popełnia samobójstwo…
Cytat powyższy nie ma być wcale kolejną próbką infantylizmu stylu z Pacanowa, ale raczej punktem wyjścia do rozważań na temat „optymizmu Józefa Mackiewicza”. Być może w prlu pesymiści „piją wódkę i ćpają”, ale historia twórczości ludzkiej pełna jest wielkich pesymistów. Pesymistą był także Józef Mackiewicz. Mając zaledwie 26 lat pisał:
Do pesymizmu się przyznaję. Ale mojem zdaniem, jest to pesymizm uzasadniony.
Eberhardt był świadom wszechobejmującego pesymizmu Mackiewicza. Mówił o „typowym przecież dla autora Nie trzeba głośno mówić pesymizmie”. A w innym miejscu:
Większości „wystarczała” walka z okupantem, on dociekał, co będzie później. I właśnie ta rozpacz wiedzącego więcej – a co najmniej pytającego – jest główną cechą jego życia, jego książek, esejów.
Niestety, konieczna potrzeba optymizmu – bo inaczej, wódka, ćpanie i samobójstwo – kazała mu przypisywać optymizm także Mackiewiczowi. Zostawienie domu pod opieką sąsiadów, gdy uciekali przed bolszewią w 1944 roku, miało być dowodem ich optymizmu, co jest oczywistym absurdem. Mackiewicz, jak większość ludzi myślących, nie mógł być optymistą. Pesymizm jest uzasadniony przede wszystkim opisem; opisem rzeczywistości ludzkiej. Optymizm, to jest nadzieja pomimo wszystko (nie „nadzieja wbrew nadziei”, bo to określenie jest pozbawione logicznego sensu, powinno być raczej „nadzieja wbrew beznadziejności”); optymizm, bo bez nadziei nie można. Na takiej właśnie, fałszywej nadziei, opiera się triumf bolszewików w 89 roku. Z niej wypłynęły później te idiotyczne komentarze – Nowakowskiego, Orłosia, Odojewskiego – że na to właśnie czekał Mackiewicz, że nikt tego nie przewidywał, a on jeden dostrzegł, iż komunizm się wali i zniknie sam z siebie. To nadzieja i optymizm wydają mi się czarnymi charakterami historii ostatnich trzydziestu lat. Jeżeli czegoś w tej chwili potrzeba, to nie optymizmu, a realizmu, bo optymizm nie zastąpi nam Polski.
Należy tu jednak rozróżnić pesymizm polityczny (opisany powyżej) od antropologicznego czyli równie empirycznie uzasadnionego przekonania, że natura ludzka nie jest jednoznacznie dobra; a wreszcie odróżnić oba od eschatologicznej postawy, którą Mackiewicz z łatwością godził ze swym pesymizmem, a mianowicie optymizmu wiary, że prawda zwycięży. Ten fundamentalny optymizm niekiedy myli badaczy, ale należy w moim przekonaniu, do innego porządku: należy do porządku niemalże apokaliptycznego. Nawiasem mówiąc, ciekawie rozważał ten pozorny paradoks, prof. Goćkowski w swej książce o Mackiewiczu.
Pod koniec roku 2008 odbyła się na forum katowickiej Solidarności Walczącej, nazwijmy to tak, „wymiana zdań”, bo trudno to nobilitować mianem dyskusji. O dziwo, Eberhardt czytał tę wymianę zdań, choć nie znalazł odwagi, by zabrać w niej głos pod własnym imieniem i nazwiskiem. Czytał, bo wspomina o niej w trzecim wydaniu swojej książki. Nie podaje jej adresu (http://swkatowice.forumoteka.pl/viewtopic.php?p=15970&highlight=#15970 ), jak sądzę zupełnie celowo, bo wie, jak dalece zostali wówczas skompromitowani, ludzie pokroju Kruszewskiej i Duszy. Twierdzi za to, że przedmiotem dyskusji była „intensywna kampania przeciwko” jego książce. Tak nie było, jak łatwo się przekonać, zaglądając na forumotekę. Dalej jednak, sugerując jednoznacznie odrębny tekst, cytuje Eberhardt następującą wypowiedź z tejże samej wymiany zdań, znowu bez podania źródła i, zupełnie już skandalicznie, bez podania nazwiska autorki przytaczanych słów, którą była Jadwiga Chmielowska:
Brawo Karsov! Trzymaj się dzielna kobieto, Mackiewicz by się w grobie przewrócił gdyby się dowiedział, że go zdradziłaś i wydawany jest w PRL-bis!!!!! W PRLU-Bis, gdzie bohaterowie są skazani na wegetację a zdrajcy sprawują rządy, gdzie panuje cenzura polityczna (zakaz spotkań z Walentynowicz i Cenckiewiczem), gdzie kłamstwo króluje nad prawem.
Po czym, z typową dezynwolturą, z klapkami na oczach, z głową w piasku, nasz prlowski detektyw, mądra głowa, gotów do końca godzić wszelkie sprzeczności, skomentował to tak:
Psiakrew, niby wszystko to prawda, a jednak słowa ze swej książki nie zmienię! W sprawie p. Niny Karsov-Szechter także.
Innymi słowy, nasz detektyw, zarzucił ostatecznie fakty, bo „w Pacanowie kują kozy, aż furczy!”
*
Na koniec słowo w sprawie osobistej. Pisarz dla dorosłych zawiera kilka akapitów na temat mojego Votum separatum. Książka się śp. Eberhardtowi nie podobała. Jego prawo. Mnie też się nie podoba. Eberhardt przyznaje jednak, że jej nie przeczytał. Znowu, sympatyzuję z nim, bo i ja nie zdołałem przeczytać jego książki za pierwszym razem. Tylko dlaczego w takim razie wypowiada się na podstawie „pobieżnego przejrzenia”?
Jego pogardliwa mini-recenzja zawiera także nie do końca wyartykułowaną sugestię, że słowa w pierwszym zdaniu Votum separatum, nie zostały zaczerpnięte z Józefa Mackiewicza. Brzmią one następująco:
Tytuł tej książki powinien był brzmieć właściwie „Zwycięstwo wszechświatowej kurwy”. Tak nazwana, mogłaby może liczyć na powodzenie u czytelników, ale też udawałaby coś, czym nie jest.
Słowa o „zwycięstwie wszechświatowej kurwy” wypowiada w Nie trzeba głośno mówić Rogożin, tajemniczy Biały Rosjanin, zamieszkały w Wilnie, zakochany beznadziejnie w pięknej Klaudii. Jest to postać duchowo bliska Józefowi Mackiewiczowi. Podczas politycznej dyskusji z Antonem Panisenką, Rogożin wybucha nagle:
Pan wie kto zwycięży w tej wojnie? Niemcy? Anglia? Sowiety? Amerykanie? Nie! Zwycięży wszechświatowa kurwa!
Właśnie!…