Zamknij
Dariusz Rohnka

Czytanie Mackiewicza

11 lutego 2015 |Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/02/11/czytanie-mackiewicza/

W najnowszym, 22 tomie Dzieł Józefa Mackiewicza, o którym już pisałem jakiś czas temu, pośród wybornych, niezwykle interesujących i pobudzających do refleksji tekstów odnalazłem jeden, który od dawna, od kiedy przeczytałem go po raz pierwszy, jakieś pewnie ćwierć wieku temu, wciąż frapuje trafnością zawartych w nim spostrzeżeń. Chodzi o tekst „Błędy, których się nie widzi”, drukowany po raz pierwszy w londyńskich Wiadomościach w styczniu 56 roku.

Mackiewicz wymienia autorów, którzy nie ustrzegli się przed popełnieniem niekiedy poważnych, czasem tylko zabawnych, błędów merytorycznych. Kogóż tam mamy?

Na pierwszym miejscu znajdujemy Adama Mickiewicza, w którego wiekopomnym dziele „Pan Tadeusz” natrafić możemy na zjawiska z dziedziny przyrody na Litwie nigdy nie występujące. Dalej idzie znany i popularny peerelowski autor książek historycznych, Gołubiew, nakazujący swoim bohaterom rozpalać buchające płomieniami ognisko za pomocą świeżo ściętych w lesie gałęzi i wiele innych, zabawnych rzeczy. Są też wielcy literatury rosyjskiej, roztargniony Tołstoj i niedbały o szczegóły Gogol, którego Cziczikow w ciągu ledwie dwóch godzin wykonuje czynności, dla zrobienia których normalny człowiek potrzebowałby z grubsza biorąc całego dnia.

Wszystkie te Mackiewiczowskie próbki przenikliwego czytania skłaniają do postawienia zasadniczego pytania: jak czytać? Na co w tym czytaniu zwracać przede wszystkim uwagę? Czy dać się ponieść kreacji literackiego utworu; rozsmakowywać w jego poetyce, dramaturgii, pięknie; czy przyjąć człowieka stojącego po drugiej stronie dzieła z bogactwem jego talentu, natchnienia, twórczych niekiedy porywów, ale i niedoskonałości jakichś, braku dokładnej wiedzy na dany temat, czy po prostu niedostatku świadomości, że coś jest inaczej aniżeli wydaje się na pierwszy rzut autorskiego oka? Czy może czynić wręcz odwrotnie: śledzić, podpatrywać, przyłapywać, a przyłapawszy ganić i wydrwiwać? A może i tak, i tak? Czytać z natężoną uwagą, prześwietlać każdą frazę, wgryzać się w materię słowa, pojedynczej każdej litery? Nie uronić piękna, ale zachować czujność? Myślę, że każdy, każdy spośród czytających (a nie ma ich zbyt wielu), ma, albo i musi dopiero sobie wypracować, swoją własną czytelniczą metodę.

Po Gogolu dochodzimy do Sienkiewicza i jego nieśmiertelnej „Trylogii”, wielkiej bez wątpienia kreacji, ale i nieszczęsnej. Sienkiewicz pisał dla pieniędzy, dla zarobku, więc warto o tym pamiętać, i jest to niewątpliwie okoliczność zmuszająca do złagodzenia każdej pretensji. Ale fakt, miewał wielkie warsztatowe problemy. Mackiewicz nie szczędzi słów krytyki. Sienkiewicz, wedle jego opinii, szczególnie nie mógł sobie poradzić z anatomią konia, to samo dotyczy broni i jej zastosowania w walce. Niepotrzebne — doprawdy — upokarzanie nieszczęsnego pokrzepiciela serc? Osobiście, nie sądzę. Przeciwnie, wydaje mi się, że im większa wymowa, siła kreacji, tym na surowszych prawidłach powinna opierać się krytyka. W zestawieniu z „Trylogią” trudno o powieść równie „wpływową”. A przy tym wszystkim, Sienkiewiczowskie błędy nie wynikały z nieporadności w operowaniu piórem, ale z braku wiedzy, kompetencji. Wyobrażenia Sienkiewicza o sztuce wojennej były pojęciami „wujaszka z brzuszkiem i w spodniach w paski”, który małym Józiom kupował szabelkę w sklepie z zabawkami jeszcze przed wojną światową. Polska kawaleria po prostu wówczas nie istniała, dlatego Sienkiewicz nie miał skąd czerpać inspiracji.

Zdarzają się też książki bezbłędne, niemal. Za taką w oczach Mackiewicza uchodzi „Dolina Issy” Miłosza. I on jednak nie ustrzegł się błędu, gdy jeden z jego bohaterów bierze na muszkę obiekt, celując przy tym z „obrezu”, a więc popularnego w czasach wielkiej wojny karabinu z obciętą lufą. Czy wolno mieć o to do autora pretensje, zapytuje Mackiewicz? W żadnym wypadku. Nie ma przecież na świecie ludzi nieomylnych, i zasada ta dotyczy również autorów powieści. Niewątpliwie też lepiej już, że zmyślają, że swoje światy kreują, aniżeli nic zgoła nie mieliby pisać, co nie oparte na suchych, zweryfikowanych faktach. Cóż byśmy wówczas mieli, a raczej — czego byśmy nie doświadczyli. Ano, na przykład, nie poznalibyśmy książek Verne’a i światów jego wyobraźni. Lepiej to czy gorzej, że wielki francuski fantasta pisał z błędami?

A jednak są dziedziny literackie, gdzie sprzeniewierzenie faktom urasta do rangi błędu karygodnego — to utwory pamiętnikarsko-dokumentarne. Przedmiotem krytyki, niewymienionym z tytułu, był „Inny Świat” Herlinga-Grudzińskiego i zawarty w tej doskonałej zresztą książce niewytłumaczalny wytwór wyobraźni autora, która nakazywała głównemu bohaterowi rozdeptywać ludzkie głowy… w drodze do toalety. Mackiewicz nie ukrywał zdegustowania tego rodzaju pamiętnikarskimi praktykami. Czy możliwe, że upokorzona ofiara czekała aż 25 lat na możliwość rewanżu, gdy z okazji przyznania Mackiewiczowi Nagrody Literackiej im. Zygmunta Hertza, zaistniała możliwość napisania obraźliwej laudacji? Czy możliwe, że podrażniona wiele lat wcześniej ambicja wciąż krwawiła? W kolejnych wydaniach książki Herling zmienił kontrowersyjny fragment.

Jest i kolejna kategoria błędów, błędów — podobnie jak błąd Herlinga — zamierzonych. Błędów — nie omyłek. To błędy wyrosłe na gruncie naukowym wybitnego rosyjskiego fizjologa, Pawłowa, błędy-prawdy, prawdy bolszewickie.

Wódz bolszewickiej rewolty, sam Lenin osobiście, darzył wielkiego naukowca szczerym [?] szacunkiem i uznaniem. O ile dobrze sobie przypominam, na początku lat dwudziestych w głodującej wówczas śmiertelnie bolszewickiej Moskwie nakazał nawet przyznać wielkiemu Pawłowowi podwójne racje żywnościowe. Biorąc pod uwagę, że wynalazek tego naukowca stał się niejako kołem zamachowym całej bolszewickiej mechaniki, szczodrość to zrozumiała i usprawiedliwiona. Pawłow odkrył był bowiem (przed bolszewickim triumfem) rzecz absolutnie rewolucyjną i straszną — możliwość, niemal nieograniczoną, sterowania ludzkim zachowaniem.

Czy wszyscy, jak tu ślęczymy teraz przy tym tekście, jesteśmy jak psy Pawłowa? — rzecz to pewnie dyskusyjna; reguła jednak — pozostaje regułą: zachowaniem zdecydowanej większości ludzi na świecie sterować można w określonym, pożądanym przez wielkiego sternika kierunku. Będą robić wszystko, cokolwiek im się narzuci, z niewielkim tylko procentem statystycznego błędu.

Zawłaszczywszy to odkrycie, przeszli bolszewicy do praktycznego jego zastosowania, na wielu polach, między innymi w sferze „informacji”, choć słowo to w kontekście bolszewizmu trąci egzotyką. Odkrycie Pawłowa umożliwiło im ostateczną rozprawę z tzw. prawdą obiektywną. Skoro można dowolnie kształtować człowieka, ukierunkowywać jego myślenie, po cóż dłużej wiązać sobie ręce czymś równie niewygodnym? Fakty przestały mieć znaczenie. Dlatego, mimo że ich „błędy rzeczowe” są nieporównanie bardziej jaskrawe niż te, cytowane przez Mackiewicza, w istocie nie można nawet mówić o „błędach”, ponieważ nie wynikają z braku wiedzy, kompetencji, z roztargnienia, stanowią natomiast świadomy proceder manipulowania faktami i stwarzania nowych faktów, „faktów” — bywa jakże często — absurdalnych, ale skutecznych. Czy ktokolwiek w nie wierzy, nie ma w praktyce znaczenia, wystarczy świadomość, że wierzyć trzeba. Tak kształtuje się świat niewolnika doskonałego.

***

Tekst Józefa Mackiewicza wywołał zdumiewająco obfitą falę komentarzy, drukowanych w dziale Korespondencji londyńskich Wiadomości.

Wit Tarnawski wskazywał na błędy samego autora, jakie spostrzegł w powieści „Karierowicz” — „wytykał” Mackiewiczowi nieścisłości w chronologicznym uporządkowaniu powieściowej fabuły. Dodawał przy tym z kurtuazją, że owe błędy w żaden sposób nie zaburzyły przyjemności czerpanej z lektury wyśmienitej powieści.

Kolejny autor listu, Adam Kossowski, zakwestionował trafność wypowiedzi Mackiewicza na temat Gołubiewa, stwierdzając, że — wbrew przekonaniu pisarza — świeżo ścięte gałęzie wielu drzew, w tym sosny i świerku, „płoną szybko, pięknie i natychmiast”.

Edward Gutowski, podważył twierdzenie Mackiewicza na temat „obrezu”, przekonując, że w wielu przypadkach właściciele takiej broni samodzielnie dorabiali do lufy prowizoryczną muszkę.

Kolejny głos, Jerzego Horzelskiego, dotyczył nagrody Nobla, jaką otrzymał profesor Pawłow. Wbrew przekonaniu Mackiewicza nagroda została mu przyznana nie z dziedziny psychologii, a z zakresu fizjologii narządów trawienia. Dopiero obserwacja, że na działanie gruczołu ślinowego mogą wpływać czynniki psychiczne, naprowadziła Pawłowa na trop reakcji warunkowych.

Jeden z następnych numerów „Wiadomości” przyniósł kolejne wypowiedzi. Michał K. Pawlikowski, przyjaciel Józefa Mackiewicza, ale także uznany ekspert z dziedziny łowiectwa, podważył „zarzut” Mackiewicza pod adresem Mickiewicza i jego znajomości przyrody Litwy. Zdaniem Pawlikowskiego nie wiadomo co prawda, czy jelenie występowały na Litwie nadal w 1811 roku, nie ulega jednak wątpliwości, że były tam kiedyś obecne. Można zatem zarzucić Mickiewiczowi co najwyżej skromny anachronizm, nie zaś bulwersujący czytelnicze oko „błąd rzeczowy”. Pawlikowski ustosunkował się krytycznie do wielu innych „zarzutów” Mackiewicza. Między innymi wskazał na błąd z zakresu typologii kornika, będącego głównym, zoologicznym bohaterem „Karierowicza”.

Stefan de Walden, ostatni z krytycznych korespondentów, „wytknął” „apostołowi ścisłości rzeczowej” błąd, który przed kilku zaledwie laty „odkryła” niejako ponownie jedna ze współczesnych czytelniczek „Karierowicza”. Otóż, na jednej ze stron powieści stosuje Mackiewicz wymiennie pojęcia szydełka i drutów, a przecie każdy zaznajomiony z robotą dziewiarską czytelnik pozna w mgnieniu oka, że to dwa całkiem różne narzędzia tego rzemiosła.

Ciężka, doprawdy i niewdzięczna jest czasem robota publicysty, o czym przekonał się Józef Mackiewicz na własnej skórze owe listy czytając. Czy mógł mieć o ich treść do swoich czytelników pretensje? Zostawiając na boku samą otwartość pisarza na rzeczową dyskusję, odpowiedź twierdząca nie jest prawdopodobna także z innego powodu. Żaden z głosów wówczas wydrukowanych nie miał w sobie cienia tak nam dzisiaj dobrze znanej z internetowej sieci (nie mam, broń Boże, na myśli czytelników Wydawnictwa Podziemnego) napastliwości. Przeważał ton wielkiego uznania dla pisarskich dokonań Mackiewicza i zawsze przemożna chęć uściślenia najdrobniejszych nawet faktów. Inne to były czasy, inna kultura.

***

No dobrze, ale skoro mówimy o błędach, czy nie dobra okazja, aby „wytknąć” co nieco autorowi „Drogi donikąd” niejako od siebie. Okazja świetna, bezsprzecznie, bieda jednak w tym, że Mackiewicz wykazuje się istotnie wielką troską o detale, o prawdę, o wiarygodność swojej literackiej kreacji. Sam pisał gdzieś na ten temat przekonująco: romans, z którego treści nie wynika jasno, z czego kochankowie żyją, nie wydaje się wiarygodny, nie przemawia do wyobraźni. To swoje przekonanie stosował w praktyce pisarskiej. Bohaterowie jego powieści i opowiadań to żywi ludzie, nie papierowi tylko — zapisani na kartach powieści — ale istniejący gdzieś, poza wyobraźnią autora. Czerpał ze swojej bogatej biografii? Niewątpliwie tak, ale przecież nie wszystkie jego utwory mają podłoże autobiograficzne. Tak czy inaczej, nie łatwo znaleźć u niego błędy. Może to zresztą tylko kwestia odpowiedniego nastawienia?

Raz, raz jeden wydawało mi się, że pęka oto worek z Mackiewiczowskimi błędami. Był blady świt, późno noc, a może leniwe przedpołudnie (szczegóły pewnej kategorii zostawiam dla siebie) i naszła mnie nagła (o, ja nieszczęsny!) ochota na lekturę „Drogi donikąd”. Biorę książkę i czytam…

Fabuła rozpoczyna się późnym latem 1940 roku, w pewien sierpniowy dzień. Paweł i Karol siedzą na torach w Wilnie i czekają na nie nadjeżdżający pociąg; spóźni się trzy godziny. Marta w tym czasie przygotowuje kluski na obiad, snuje refleksje i spogląda w lustro w poszukiwaniu pierwszych oznak starości. Nie mamy wiedzy ile lat liczy sobie powieściowa Marta, gdyby jednak założyć, że pierwowzorem jest żona Mackiewicza, Barbara Toporska, miałaby wówczas lat 27. Czy szukanie w tym wieku zmarszczek i siwizny na skroniach jest zajęciem wiarygodnym? Hm, trzeba być pewnie trzydziestoletnią niespełna kobietą, żeby coś na ten temat wiedzieć. W zestawieniu z Dostojewskim, u którego tetryczeją zamężne dwudziestopięciolatki, Mackiewicz nie wydaje się niewiarygodny, a jednak… w psychice z lekka zdetonowanego czytelnika rodzi się coś jakby podejrzliwość.

Czytam dalej. Mijają trzy godziny. To znaczy, mijają w powieści, u mnie to zaledwie chwilka. Jest godzina ósma z wieczora i obaj panowie wciskają się do zatłoczonego wagonu. Podróż trwa nie więcej niż pół godziny, potem — krótki odcinek piechotą; nad głowami migające gwiazdy. Biorąc pod uwagę, że nie tak dawno jeszcze deszczyła intensywna mżawka i w wagonie śmierdziało mokrymi ubraniami, nagłe wypogodzenie z rojem gwiazd na niebie może trochę dziwić, ale przecież… pogoda zmienną jest, nieprawdaż? — i takie rzeczy w przyrodzie się zdarzają.

Martwi jednak, dręczy inna okoliczność. Wiadomo skądinąd (czy nie od samego Mackiewicza lub jego żony właśnie), że pośród innych bolszewickich dobrodziejstw, Wileńszczyzna obdarowana została także czasem moskiewskim. Wnosić przy tym wolno, że ciała niebieskie nie podporządkowały się, jako wsteczne, postępowej tej dyrektywie. Jeśli tak, to co się okazuje? Słońce, które — dajmy na to — zachodzi sobie w połowie sierpnia w tej części świata o godzinie 20.50, udaje się teraz na spoczynek z opóźnieniem, dwugodzinnym — o 22.50. Skąd zatem gwiazdy o dziewiątej? Czyżby z wyobraźni autora tylko? Tego wiedzieć nie możemy; czytamy przecież powieść i nie wertujemy akurat gazet z tego okresu w poszukiwaniu stosownych informacji.

Wiedzę mamy skąpą. Formalne przystąpienie Litwy do „socjalistycznej rodziny narodów” nastąpiło dnia 3 sierpnia; tego samego dnia wprowadzono do obiegu bezwartościowe praktycznie ruble; czy także nakazano przestawienie zegarków? I komu? Ich prawowitym właścicielom czy może reprezentantom czerwonej armii, którzy akurat wówczas przejęli obowiązki związane z ich użytkowaniem? Jeśli — powtarzam — jeśli zmiana czasu nastąpiła istotnie już 3 sierpnia, o żadnych gwiazdach nad głowami Pawła i Karola nie może być mowy; także Marta najniepotrzebniej zapalała świece w miejsce nie działającej elektryczności — było jasno. No dobrze, a jeśli zmianę czasu przeprowadzono kiedy indziej, później? Wówczas — klapa, wszystkie wysnute powyżej przypuszczenia funta kłaków nie warte, choć… zaraz, zaraz [tak można w nieskończoność], czy ledwie w kilka minut już po zachodzie słońca, w letni dzień, pojawiają się gwiazdy na nieboskłonie, intensywne, rozświetlające?

Czy na tym koniec męczących dociekań [jestem ledwie na czwartej karcie powieści]? Niestety, coś znowu wpada w oko. Paweł kręci się po oświetlonym świecami pokoju i zrywa kartkę z kalendarza, sowieckiego; czyta informacje podane na rewersie. Jest być może szansa, żeby poznać dokładną datę rozpoczęcia powieściowej fabuły. Niestety, przytaczane w kalendarzu ekstraordynaryjne fakty z historii bolszewizmu nie mówią zbyt wiele. Bez kwerendy, rzetelnej, nie da się ściśle ustalić dokładnej daty. Chyba że, na przykład, pamięta kto z drogich czytelników dzienną datę mowy Lenina na ii zjeździe socjaldemokratycznej partii robotniczej rosji w obronie formuły pierwszego paragrafu? Nikt nie pamięta? — i czy nie skandal?! Raczej ból głowy — na rzeczonym zjeździe dzielny wódz rodzącego się oto bolszewizmu przemawiał ledwie… dwadzieścia trzy razy, pomiędzy 30 lipca a 23 sierpnia 1903 roku — to już coś!

Dociekliwość, dociekliwość krytyczna nie ma granic, dobrze choć, że czasem przynosi odrobinę pożytku. Przyznajmy jednak, że rozkoszy z czytania świetnej powieści nie ma przy tym żadnej. Oby to chwilowe było; na razie nie ustępuje. Bo jakże to? Jest połowa sierpnia (mniej więcej), nuda bolszewicka dookoła i nędza sowieckiej wegetacji (i wówczas i podczas mojej lektury), a główny nasz bohater za pieniądze, których przecież nie ma, kupuje w połowie roku kalendarz, sowiecki, i jeszcze w dodatku… wiesza to paskudztwo na ścianie?! Paweł, jedyny niemal w powieści nonkonformista, zapiekły w nienawiści wróg bolszewizmu? Czy prawdopodobne, możliwe? Czy wyobrażalne, co robi dalej? — Rzuca zmiętą kartkę na podłogę? U siebie w domu rzuca, on, wychowany zapewne w staroświeckiej tradycji, dziennikarz, grzeczny, ułożony człowiek? Czy, poza wszystkim, jako nowy — choć jeszcze dobrze nie ukształtowany — sowiecki obywatel nie powinien był zostawić papieru na „skrętki” (tak dziś modne, z bolszewickiego przymusu, papierosy domowego wyrobu), i czy aby nie jest to jedyny wyobrażalny pretekst, jaki mógł go skłonić do zakupu sowieckiego papieru?

Czy taka interpretacja zdaje się przekonywać? Nawet jeśli, drogi czytelniku niniejszego tekstu, z nadmiaru czytelniczych wrażeń gotów już jesteś przytaknąć wszystkiemu cokolwiek autor tu zasugeruje, przyznasz przecież chętnie, że taka — jak powyżej — wizja wydarzeń, choć prawdopodobna, z pewnością nie jest jedyną.

Przede wszystkim powinien nas zastanowić fakt zacytowania przez głównego bohatera powieści ścisłej — jak się zdaje — treści kalendarza. Oczywiście, nie godzi nam się przypuszczać, że autor miary Józefa Mackiewicza nie mógłby sobie, w przypływie natchnienia, takiej treści wyobrazić, czy jednak nie bardziej prawdopodobna jest inne przypuszczenie — że, mianowicie, kartkę taką trzymał rzeczywiście w ręku? Z jakich to miałby powodów robić, nie będziemy w tej chwili dociekać; od dawna nie chodzi nam już bowiem o przyłapanie zdarzenia na gorącym uczynku faktu, mamy na uwadze jedynie jego wiarygodność.

Kolejna kwestia powyższej — jakże niedoskonałej przecież — interpretacji związana jest z zagadnieniem zmiętej kartki, rzuconej w odrobinę — przyznajmy — niekulturalny sposób na podłogę. Po raz kolejny powinno nam się chyba włączyć światełko ostrzegawcze uznania, jakim cieszył się Józef Mackiewicz jako beletrysta. Czy wolno przypuszczać, że wycyzelowawszy kosztem wielu lat pracy swoją wielką powieść, pozostawił na jej pierwszych kartach detal aż tak chropowaty? Że nakazał swojemu bohaterowi rzucić na podłogę kartkę bez jakiejkolwiek nad tym wypadkiem refleksji?

Zimny dreszcz przechodzi człowiekowi po plecach, gdy sobie w pełni uświadomi kontekst swojego czytelniczego potencjalnego błędu. Jakiego błędu? Ano takiego, mianowicie, że się przez lata całe powieść źle całkiem odczytywało, że się — kto wie — nie spostrzegło może wcale podstawowego autorskiego zamysłu? Że, najnieroztropniej, z myśliwego, tropiącego literackie błędy, samemu stało się nagle czytelniczą zwierzyną!?

Ale cóż znaczy strach o własną nawet skórę wobec niepohamowanego natręctwa dociekań. Kilka zdań tylko dalej natrafiamy na nową wątpliwość:

O świtaniu Paweł z Karolem wychodzą na podwórze w celu dokonania porannych ablucji; studnię obrastają wiśniowe krzewy, purpurowe owoce na nich gotowe są do zerwania… w połowie sierpnia, wiśnie?! Czy znajdzie się może wśród czytających kompetentny jakiś ogrodnik i naświetli nam ów fakt w sposób zrozumiały i fachowy zarazem?

***

Nie, z całą pewnością nie warto tak czytać. W ten sposób zabija się rzecz najcenniejszą — możliwość przeniknięcia wprost do wykreowanego świata, poznania bohaterów od ich strony, powiedzmy, najintymniejszej. Po co rezygnować z czegoś tak cennego?

Co innego, gdy bierzemy do ręki publicystykę. Tu poddanie się czarowi słowa przyniesie nam raczej więcej szkody niż pożytku. Musimy się stale pilnować, analizując najdrobniejszy nawet detal. Efekty takiego podejścia, w przypadku tekstów Józefa Mackiewicza, są raczej mizerne, a jednak nie wolno nam się nigdy poddawać: kto wie, co odkryjemy jutro?

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/02/11/czytanie-mackiewicza/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/02/11/czytanie-mackiewicza/