Zamknij
Dariusz Rohnka

Józef Mackiewicz i agentura

8 stycznia 2015 |Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/01/08/jozef-mackiewicz-agentura/

Gdy pierwszy raz sięgnąłem po publicystykę Józefa Mackiewicza, byłem cokolwiek oczytany w tekstach politycznych i polityczno-historycznych. Znałem Mochnackiego, Piłsudskiego, Stanisława Mackiewicza, Jasienicę, Pragiera, kilku czy kilkunastu innych autorów. Każdy z nich miał do zaoferowania coś od siebie, coś oryginalnego. Stąd być może wydawało mi się, że wiem cokolwiek o tych dziedzinach, o politycznym i historycznym myśleniu. Czy przeczuwałem wówczas, że są całe obszary myśli, o których nie mam wyobrażenia? Spróbujcie zgadnąć.

Trudno jest odkopywać z pamięci wrażenia sprzed lat bardzo wielu, z pierwszego mojego kontaktu z tekstami Józefa Mackiewicza. Nie sądzę zresztą, abym swoje ówczesne doznania racjonalizował jakoś bardzo skrupulatnie i na bieżąco. Nie mam absolutnie wątpliwości, że zostałem przez tę lekturę porwany, że doznałem olśnienia. Pamiętam, że był to zbiór zatytułowany „Fakty, przyroda i ludzie”. Pierwsze pytania dotyczące tej i kolejnych książek przyszły później, niektóre z nich znacznie później, naczelnym pozostało niezmiennie jedno, na które do tej pory nie znajduję zadowalającej odpowiedzi, pytanie o odrębność Józefa Mackiewicza: na czym polega?

Przez lata nagromadziło się wiele sugestii i liczne podpowiedzi: pisarstwo Mackiewicza jest konsekwentne, ukierunkowane w bezwzględnym dążeniu do wymykającej się prawdy, to pisarstwo wewnętrznie szczere, nie skażone tendencjami świata zewnętrznego, tym co modne albo dyktowane, pisarstwo bezkompromisowe, nie dbające ani o zaszczyty, ani o niebezpieczeństwo; to pisarstwo człowieka obdarzonego niezwykłym zupełnie talentem wynajdywania paradoksów oraz związków zachodzących między nimi. Czy istotnie to takie łatwe? Czy wyjątkowość Mackiewicza można zamknąć w formule: świat i pisarz, i kartka papieru?

Gdyby to było takie proste, wiedziałbym być może z góry na czym polega fenomen kolejnego 22 tomu Dzieł Józefa Mackiewicza „Wieszać czy nie wieszać?”*, tomu przygotowanego w oparciu o wieloletnią kwerendę, wydanego przez londyńską „Kontrę”. Dzięki jednak temu, że o istocie tego fenomenu nadal nie mam zielonego pojęcia, przystąpiłem do lektury z wielką ochotą i, zdaje się, znacznym pożytkiem.

Cóż nowego możemy wyczytać w 22 tomie dzieł któregokolwiek autora? Czyżby na przestrzeni dziesięciu tysięcy stron wcześniej udostępnionych, wydanych, nie zdołał nam autor przekazać wszystkiego, co ma nam do powiedzenia? Czy nie znamy go od podszewki i z każdej innej strony jego pisarskiego garnituru, ba – nitki każdej czy niedyskretnego rozprucia – boć takowe każdemu się może przecież w pracy twórczej trafić? Otóż mam dla Państwa, szanownych potencjalnych czytelników (książka ukazała się ledwie kilkanaście dni temu, więc jednak pewnie jeszcze – potencjalnych) wielce obiecującą dla waszych czytelniczych oczu informację – w 22 tomie Dzieł znajdziecie nowego Józefa Mackiewicza; Mackiewicza – drobiazgowego badacza doniesień z tamtej strony; uważnego czytelnika książek i prasy sowieckiej wydawanej i w Moskwie, i w Wilnie, i w Warszawie; znajdziecie sprawy i tematy, o których pisał, a które nigdy jeszcze nie zostały wydane w postaci książkowej, w praktyce zatem – niemal niedostępne; znajdziecie artykuły publikowane w kilkunastu różnych czasopismach i gazetach, niektóre drukowane w tak trudnych do zdobycia tytułach prasowych, jak: „Od A do Z”, „Tygodnik Ilustrowany”, „Dziennik Polski”, „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, „Syrena”, „Dodatek Tygodniowy 'Ostatnich Wiadomości’”, „Ostatnie Wiadomości”; odkryjecie teksty wcześniej niedostępne w języku polskim, drukowane po rosyjsku i niemiecku; teksty do tej pory nie publikowane; tekst, który najprawdopodobniej nigdy nie został wysłany do żadnej redakcji; i jeden – na prośbę Józefa Mackiewicza – wycofany.

Przede wszystkim jednak znajdziecie w tym tomie tematy, które w interpretacji Józefa Mackiewicza, pod lupą jego analizy, w lunecie jego syntezy – nabierają nie tylko całkiem nowego znaczenia, ale też mocno inspirują. Pierwszym jest kwestia – agentury.

Mackiewicz zmienia zdanie

W tekście tytułowym dla całego tomu „Wieszać czy nie wieszać? W obronie… Bieruta!” obok innych, wielce interesujących spraw (o których napiszę innym razem) podejmuje Mackiewicz zagadnienie zdrady i agentury: czy, mianowicie, wolno nam zarzucać Bierutowi zdradę, nielojalność? Czy postępując w ten sposób nie wykrzywiamy rzeczywistości? Bierut – powiada Mackiewicz – ma na imię, co prawda, Bolesław (jak Chrobry), ale czy jest to dostateczny argument, żeby przyznawać mu tytuł „quislinga”? Bierut wypełnia wprawdzie rozkazy Stalina, ale miano zdrajcy można by mu przypisać tylko wówczas, gdyby Stalin był carem dawnego ustroju, a sowiety Rosją. Faktyczna sytuacja przedstawia się przecież całkiem odmiennie: Bierut jest przede wszystkim komunistą, bolszewikiem, a jego ojczyzną – ojczyzna wszystkich „mas pracujących”, czyli związek sowiecki; tego zaś w żadnym razie nie można utożsamiać z pojęciem dawnej Rosji, ponieważ stanowi nie tyle jej kontynuację, lecz zaprzeczenie. Dlatego Bierut w żadnej mierze nie zasługuje na epitet „quislinga”, ani na zarzut nielojalności. Nielojalny byłby dopiero wówczas, gdyby zdradził Stalina i partię komunistyczną z jej centralą w Moskwie, a on jest przecież – pisze Mackiewicz nieco dalej – „agentem swojego ukochanego wodza”.

Łatwo czy niełatwo doszukać się w tej wypowiedzi niekonsekwencji? Przyznam, że rzecz nie wydaje mi się jednoznaczna. Z jednej strony definiuje Mackiewicz precyzyjnie, z jakich powodów nie powinno się używać wobec Bieruta miana zdrajcy (będąc bolszewikiem nikogo nie zdradza), z drugiej przypisuje mu miano agenta. Odpowiedzi należy szukać w definicji słowa agent, jaką w danym przypadku stosował Mackiewicz. Czy używając tego słowa miał na myśli tajnego lub jawnego pracownika obcego mocarstwa, działającego na szkodę własnego państwa czy narodu? Otóż nie. Bierut jako agent jest po prostu: posłuszny, wierny, zdyscyplinowany – duże cnoty prostolinijnego bolszewika. Bierut jest agentem, czyli funkcjonariuszem bolszewizmu oddelegowanym z Moskwy do Warszawy, podobnie jak agent handlowy, skierowany z Centrali do jakiejś filii w terenie.

Inny wymiar agentury

Sprawa niby jasna, ale znowu nie całkiem, ponieważ mijają ledwie trzy lata i sam Mackiewicz w tekście „Agenci przy robocie” dochodzi do wniosku, że tkwił dotąd w błędzie. „Zmieniłem zdanie.” – Powiada. Niesłusznie nazywa się „agentami bolszewickimi” różnych starych komunistów w Polsce, Czechach, gdzie indziej. Nie są to żadni agenci bolszewizmu, ale po prostu bolszewicy.

Drobna zmiana definicji, można by powiedzieć – błaha sprawa, o ile prawie nic nie zmieniła w poglądach Mackiewicza, a jednak nie bez istotnego znaczenia, bo porządkująca, pozwalająca na naszkicowanie wyraźnego schematu, kto jest po prostu wrogiem, kto dwulicowym zdrajcą-agentem, kto (o ile taki istnieje) sprzymierzeńcem. „Wróg z otwartą przyłbicą – pisze Mackiewicz – nie jest 'agentem wroga’.” Agentami są ludzie zwerbowani lub kupieni w danym społeczeństwie, „a występujący zawsze pod pewną… maską”.

Maska nie jest jedna. Jest maska „pisarzy polskich”, maska „katolików”, „uczonych polskich”, nawet „Wallenrodów”, chcących podstępem oszukać bolszewików, zawsze jednak jest to maska „dobrych Polaków”. Celem nadrzędnym wszystkich tych poczynań jest utrwalenie mylnego przekonania, że peerel to normalne państwo, jak inne.

Spotkałem się niedawno z poglądem (o szczegółach może innym razem), nie jest to zresztą pogląd jakoś bardzo oryginalny, że Mackiewicz, gdyby dożył roku 1989 i związanych z nim wydarzeń, mógłby wówczas przeprosić wszystkich „polrealistów”, których przez dziesięciolecia niesłusznie atakował za ich próby wyzwolenia Europy Wschodniej środkami pokojowymi. Jest to przynajmniej stanowisko konsekwentne. Albo – albo. Albo ufa się w „rewolucyjność” „przemian” i wówczas należy konsekwentnie przekreślić publicystyczny dorobek Mackiewicza, albo się owo nieszczęście przezwie tragiczną farsą i wówczas hulaj duszo, można żyć z poglądami Mackiewicza w umiarkowanej przynajmniej zgodzie.

Pogląd na rok 1989 przyznać trzeba także nieoryginalny, ugruntowany dobrze w mentalności wielu milionów Polaków, z którym – powiedzmy sobie szczerze – nie jest łatwo walczyć. Zastanawiam się, czy – biorąc pod uwagę te oczywiste trudności – nie należałoby dzisiaj sięgnąć po Mackiewiczowską typologię agentury z roku 1953? Wykorzystać jego „schemat”? Czy przy użyciu tego „narzędzia” nie moglibyśmy łatwiej zweryfikować popularnych poglądów na rzekome „rewolucyjne przemiany”?

Jak by to mogło wyglądać?

Po pierwsze, definiujemy wroga na samym szczycie peerelu sprzed roku 1989. Żadne jaruzelskie, żadne kiszczaki, kanie, gomułki, cyrankiewicze, bieruty, kto tam jeszcze, nie są jakimiś agentami Moskwy, zdrajcami narodu czy zdrajcami Polski. Nie są też w żadnej mierze stroną, suwerenem własnych decyzji; realizują jedynie zadania, wykonują rozkazy nałożone na nich przez bolszewicką zwierzchność w Moskwie. To, że w warstwie deklaratywnej występują pod innym, autonomicznym szyldem, reprezentantów polskiego komunizmu czy socjalizmu, nie ma znaczenia realnego; jedynie pragmatyczne i propagandowe. To nie oni reprezentują agenturę w Mackiewiczowskim rozumieniu, a więc kto? Czy znajdziemy kogokolwiek, kto na takie Mackiewiczowskie miano „zasługuje”? Czy zadania stawiane przed obu agenturami, tej z 1953 roku, i tej z roku 1989 są identyczne, albo przynajmniej bardzo do siebie zbliżone?

Otóż, wydaje mi się rzeczą nie podlegającą dyskusji, że cele obu agentur różnią się od siebie zasadniczo. Wówczas (pisząc „wówczas”, mam na myśli rok 1953) podstawowym celem agentury, agentury ukierunkowanej wewnętrznie i tej skierowanej na emigrację, było przekonanie wątpiących o jednej zasadniczej kwestii, że mianowicie twór ustanowiony tutaj od 1944 roku począwszy, może i socjalistyczny, może i komunistyczny w dążeniach, jest przede wszystkim i nieodmiennie nadal „państwem polskim”, w dodatku państwem starającym się wybić na niepodległość od moskiewskiego (w domyśle – rosyjskiego) uzależnienia.

Czy podobne cele stawiać by sobie miała agentura z roku 1989? Absolutnie byłoby to zbyteczne, wręcz – przyjąć można – groteskowe. Udowadniać w roku 1989, że peerel to „normalne”, choć socjalistyczne, „państwo polskie” (jakoś tam może jeszcze uzależnione od Moskwy) byłoby oczywistym marnotrawieniem energii. Czy nie licząc paru tuzinów niedowiarków, kogokolwiek trzeba było przekonywać, tu i na emigracji, w Londynie, Nowym Jorku, Paryżu, że peerel jest czymkolwiek innym? Agentura roku 1989 działała na znacznie trudniejszej linii frontu – jej zadaniem było przekonanie tubylczego stada oraz emigracji, że… diabeł nie istnieje, a komunizm, jeśli nawet jeszcze nie upadł, to upadnie… lada moment; upadnie z dwóch oczywistych powodów – braku wiernych oraz braku chęci do dalszego trwania.

Nasz agenturalny worek, jeśli chcemy pozostać konsekwentni, musi być zatem, z konieczności, bardzo pojemny. Musi się w nim bowiem znaleźć miejsce (oj, ciasno będzie, ciasno, i duszno, i mało przyjemnie!) i dla tych wszystkich, którzy w mgnieniu pierestrojkowej wiosny ludów zechcieli przystąpić do rozmów z bolszewikami, tych z Magdalenki z kielichem w ręku, i tych przy okrągłym stole, i wszystkich „duszpasterzy” wzywających do udziału, i tych także co im się trzydziestoprocentowa wolność zamarzyła, a także tych (i może przede wszystkim ich), co na ową wolność pokręciwszy nosem, po upływie ledwie kilku miesięcy stanęli dziarsko w pierestrojkowym szeregu.

Hola! Hola! Czy tu nie ma przesady? Czy na pewno? Czy wolno pomyśleć, że wszyscy oni partycypowali w zmowie ze swoimi szarymi komórkami? A jak inaczej? Czy może istnieć podobny myślowy dziwoląg jak pojęcie agentury nieuświadomionej? Toż dylemat.

Definiować wroga

Rok 1989 przywodzi na myśl czasy już odległe, okres budowania zrębów dzisiejszej pseudorzeczywistości, lata 1945-1947. Wówczas, 70 lat temu, było tak: Ogromne zamieszanie, propagandowe, ideowe. Wszyscy coś udają, przeinaczają, oszukują. Przeciętny mąż stanu nie może się połapać, cóż dopiero laik kawiarniany. Bolszewicy udają dobrych Polaków – większość podejrzewa, że są „Rosjanami”, albo z „Rosjanami” współpracują na szkodę „Kraju”; przedstawiciele podziemia (ci z grona 16-tu) udają, że wierzą w możliwość porozumienia z sowietami, choć muszą zdawać sobie sprawę, że to myśl w stu procentach nierealna – motywem przewodnim niechęć przed kontynuowaniem walki, albo po prostu niewiara w możliwość zwycięstwa; Mikołajczyk z Popielem deklarują chęć współdziałania z komunistami przy budowie demokratycznego państwa – nie miejsce i czas, żeby zajmować się analizowaniem toku ich bezmyślenia. Wszystko, tak czy siak, prowadzi do gwałtownego pogłębienia sowietyzacji, do osłabienia woli oporu, dezorientacji nawet pośród tych, którzy nie myślą o ustalaniu jakiegoś modus vivendi z bolszewikami.

Jeden z nich, Sergiusz Piasecki, pozostający na terenie Polski do kwietnia 1946 roku, pisze przed wyjazdem list otwarty do przedstawicieli prasy komunistycznej „Sto pytań pod adresem 'obecnej’ Warszawy”. W zamyśle miała to być miażdżąca zapewne krytyka peerelowskiej rzeczywistości. Wyszło trochę inaczej. Z jakiegoś powodu nie omieszkał wtrącić do listu kilku zdań na temat swoich przedwojennych około komunistycznych afiliacji: o tym, że w procesie reprezentował go komunistyczny obrońca; że sympatyzował z grupą pisarzy i poetów komunizujących, skupionych wokół „Sygnałów”. Cóż to miało być – próba flirtu z nową władzą? Raczej nie – Piasecki nie liczył na odpowiedź. Pytania zawarte w liście wskazują jednak, że bardzo chciał polemizować, dyskutować; dyskutować z bolszewikami i z ich agenturą.

Wacław Lipiński, którego – zapewne słusznie – uważał Józef Mackiewicz za najwybitniejszego przedstawiciela antykomunistycznego podziemia, także nie zachowywał się konsekwentnie. W styczniu 1947 roku, na kilka dni zaledwie przed swoim aresztowaniem, napisał list do Mikołajczyka z propozycją bojkotu „wyborów”. Zdumiewające! Czyż bojkot „wyborów”, a do tego próba współdziałania w tym procederze z, było nie było, wysokim przedstawicielem władzy, owe „wybory” organizującej, nie jest de facto tejże władzy uznaniem? Drobna tylko niekonsekwencja w myśleniu? Być może. Wyobraźmy sobie tylko jak taka „drobna” sprawa mogła zamieszać w głowach ludziom. Iść na wybory czy nie iść? Strzelać do przedstawicieli komunistycznej władzy czy nie strzelać (jeśli są to jednocześnie działacze polskiego stronnictwa ludowego)? Zachować wierność prawowitym władzom, a może zapisać się do peeselu właśnie? Czy analogia z rokiem 1989 i latami kolejnymi nie nasuwa się przy tej okazji zbyt już natrętnie?

A Mackiewicz? Mackiewicz pisał w w tytułowym tekście całego tomu, w roku 1950:

Osobiście przyznam się skromnie, że nie tylko wierzę, ale jestem głęboko przekonany, że właśnie dobra duchowe są istotnym promotorem wszystkich poczynań ludzkich, a w tej liczbie i polityki. Dlatego czytając i słuchając o tym wszystkim, co się u nas w kraju dziś dzieje, wydaje mi się nieco przesadny ten optymizm wielu, że szkoła, radio, prasa, książki, odczyty, pogadanki i wycinanki, miliony listów na urodziny Stalina… – to wszystko nic!…

Trudno, doprawdy, nie przyznać tym słowom racji. I dziś przecież bolszewizacja, owa duchowa przemiana, postępuje we wszystkich, wymienionych w tym fragmencie, obszarach. I jej owoce niemniej dorodne. Przyznając rację Mackiewiczowi warto jednak pamiętać, że i jemu przyplątywały się niekiedy mniejsze lub większe omyłki. Bo też i pisał na przykład tak:

Onegdaj słyszałem, że polscy żołnierze zaciągali wartę honorową („honorową”, zważmy!) przed pomnikiem „poległych żołnierzy radzieckich”…

I pomyślmy przez chwilę, jakich to żołnierzy mógł mieć Mackiewicz na myśli w styczniu 1950 roku? Czyżby oddziały lwp „służące” w peerelu? A może wcale nie? Może żołnierzy całkiem innej jednostki wojskowej, na przykład Oddziałów Wartowniczych przy armii amerykańskiej, stacjonujących w Niemczech? Trudno dociec.

Problemów z definiowaniem wroga i sojusznika nie miała młodziutka, zaledwie siedemnastoletnia, Święta Podziemia Antykomunistycznego, sanitariuszka w jednym ze szwadronów Zygmunta Szendzielarza, zamordowana w Gdańsku w sierpniu 1946 roku, Danusia Siedzikówna. Nie dlatego, aby rozumiała lepiej niż inni skomplikowane ówczesne zagadnienia polityczne, o których w swoim młodym wieku nie mogła mieć raczej jeszcze ściśle ugruntowanego zdania. Ona nie musiała niczego definiować, nie było to jej niezbędnie potrzebne. Wiedziała natomiast, i pewnie lepiej niż inni, rzecz niebagatelną: jak odróżnić dobro od zła.

______________________

* Józef Mackiewicz, Wieszać czy nie wieszać?, Kontra, Londyn 2015.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/01/08/jozef-mackiewicz-agentura/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2015/01/08/jozef-mackiewicz-agentura/