Zamknij
Michał Bąkowski

Timothy Snyder i paradoksy historii. Nieznana wojna Henryka Józewskiego (część II)

28 grudnia 2014 |Michał Bąkowski, Timothy Snyder – paradoksalny historyk, Ukraina
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/12/28/timothy-snyder-paradoksy-historii-nieznana-wojna-henryka-jozewskiego-czesc-ii/

Mam wrażenie, że Snyder upraszcza co nieco, gdy przedstawia polską literaturę lat 30. jako niemalże monolit o modernistycznych tendencjach, ale darujmy mu. Polscy pisarze przekonani byli rzekomo o dysharmonii między światem wewnętrznym i zewnętrzną naturą, światem faktów. Takt, rozum i wola mogą doprowadzić do harmonii tych światów, ale nawet jeżeli uznać, że taka była dominanta polskiej kultury, to pod koniec lat 30. ta wiara zaczęła zanikać. Wołyń był dobrym przykładem świata, gdzie skrzecząca materialna rzeczywistość, fizyczna choroba i potężne emocje zwyciężały nad taktem i rozumem. Józewski miał czas dla tego, co piękne i wzniosłe, ale był bezsilny wobec rozdźwięku między ideą i życiem. Jego sztuka polityczna na Wołyniu okazała się mistyfikacją, gdy potrzebna była sztuka rządzenia. Józewski widział w wołyńskim eksperymencie dowód, że polsko-ukraińskie współżycie jest możliwe, ale polskie państwo reprezentowane było na Wołyniu przez policjantów i nie było przyjaźnie nastawione do Ukraińców, ani nawet zainteresowane w ukraińskiej kulturze. To niby nic nowego, ale Snyder dodaje kluczową obserwację: polska kultura utraciła atrakcyjność dla wschodnich Słowian. Dlaczego tak się stało? Snyder nie odpowiada, ale zaryzykowałbym twierdzenie, że winę ponosi dominacja polskiej kultury przez endecję. Polska była atrakcyjna tak długo, jak nie była ekskluzywna, tak długo jak Polakiem mógł być Litwin i Rusin, Kozak i Tatar, prawosławny i ewangelik, starozakonny i chasyd.

Ciekawie pisał o Łucku Józewskiego Józef Mackiewicz:

Być może, lepiej trochę znamy odległy od Wilna Wołyń niż pewni panowie z samego Wołynia. Być może jest coś ogólnego w historycznym wczuciu w dzisiejsze tzw. „Ziemie Wschodnie” i to coś ogólnego pozwala nam z większą nieomylnością wyrokować w sprawach Wołynia z Wilna, niż niektórym panom z Łucka. Dlatego z całą świadomością i z całym, niech będzie nazwanym nawet „kresowym”, doświadczeniem – pozwalamy sobie na rozróżnienie idei od… ludzi.

Mackiewicz mówił rzecz jasna o narzucaniu ideologii przywiezionych w walizkach z centralnej Polski. Mówił o etatyzmie i polonizacji, postrzeganych dokładnie tak samo w Łucku jak i w Wilnie, mówił o kompletnej ignorancji w istotnych sprawach „kresów”. Z punktu widzenia Wileńszczyzny, Wołyń widział mu się jako „piękny, zamożny kraj o urodzajnej glebie. Co posiejesz, to rośnie. Czy dlatego mówiło się o nim, że jest ‘ogródkiem doświadczalnym’?” – ironizował na temat „eksperymentu wołyńskiego”.

Jeszcze ciekawsza, zwłaszcza w kontekście bliskiej przyjaźni Józewskiego z Marią Dąbrowską, jest interwencja Mackiewicza w kwestii zamku Lubarta w Łucku. A było tak…

Mackiewicz wybrał się do Łucka w 1937 roku i z reporterskiego przyzwyczajenia zajrzał do imponujących ruin gigantycznego XIV wiecznego zamku Lubarta, a tam znalazł publiczne wychodki na starożytnych murach, pole do gry dla dzieci na dziedzińcu zamkowym, komisję poborową i straż pożarną. Kiedy mu wytłumaczono, że „wojewoda Józefski (sic) jest taki bardzo biedny człowiek, na którego wszystkie kozy skaczą, i że tyle musiał wycierpieć przez ataki wrogów, którzy mu wymyślali, że zaopiekował się zamkiem”, to Mackiewicz odparł:

Nie wiem, czy wojewoda Józefski zmuszony jest do liczenia się z opinią ludzi niekulturalnych, ale to, co się dzieje z zamkiem Lubarta, nie może świadczyć o wysokim poziomie kultury polskiej.

Na pozór, Mackiewicz potwierdza tu obraz zarysowany przez Snydera: z jednej strony Józewski, z dobrymi intencjami i z ograniczonym budżetem, a z drugiej, endecki chór krytyków, pozbawionych skrupułów i gotowych czepiać się w każdej sytuacji. Józewski chciał ratować zamek Lubarta jako relikt znakomitej przeszłości tych ziem, ale się nie udało. A jednak w prawie rok później miała miejsce polemika między ludźmi kulturalnymi, która rzuca odmienne światło na sprawę. Na łamach Wiadomości Literackich spór wiedli Ksawery Pruszyński i Maria Dąbrowska.

Pruszyński pisał o Wołyniu, jako kraju mlekiem i miodem płynącym, żyznym i szczęsnym, a dziś sprowadzonym do poziomu „nędzy, żałoby, mroku i upadku”. Pruszyński pisze wzniośle i naiwnie o świetnej przeszłości wołyńskiej trochę w stylu „bajki o Złotym Wieku”, nie szczędząc jasnych barw w opisie, co mu Maria Dąbrowska ze smakiem – i nie bez słuszności – wytyka. Tam gdzie Pruszyński widział „łacińskość, Zachód i polskość” Dąbrowska dostrzega antypolskie i antykatolickie sentymenty. Dodaje jednak od razu, że szlachta wołyńska, pielęgnująca ruski język i Prawosławie, nie przestawała być lojalna wobec Korony polskiej. Gdybyż tylko IIRP prowadziła równie rozumną politykę wobec Wołynia, co król Zygmunt August! Innymi słowy, Dąbrowska wykładała tu stanowisko Józewskiego, tak jak je prezentuje po latach Snyder. Nieszczęśliwie, zabrała także głos w sprawie zamku Lubarta, pouczając, że Kniaź Lubart Giedyminowicz, stryj Jagiełły, był prawosławny, ożeniony z księżniczką ruską i przeciwny Unii polsko-litewskiej; że zamek przez niego wzniesiony uległ szwankowi już w 1431 roku, gdy Jagiełło oblegał tam Świdrygiełłę, więc nie ma co wylewać łez nad zniszczeniami w 600 lat później. Na takie postawienie rzeczy replikował Józef Mackiewicz w Słowie z nietajonym sarkazmem: Czyżby ustawiono ustępy w murach zamkowych za karę? W odwecie, bo Lubart był prawosławny? Bo syn Giedymina? W formie retorsji politycznej za akcję Świdrygiełły? Ironizował dalej na temat „niebłagonadiożnosti” całej historii tych ziem w ówczesnej Polsce.

Mamy tu więc sytuację zgoła niespodziewaną: Dąbrowska „broni” osiągnięć eksperymentu wołyńskiego przed „napaścią” ze strony konserwatysty (rzekomo, tylko rzekomo, bo Pruszyński był z tych „konserwatystów”, co popierali czerwonych w Hiszpanii), używając przy tym argumentacji wziętej wprost z endeckiej prasy. Maria Dąbrowska należała do tej samej „Góry” przedwojennej Polski, o której pisałem obszerniej przy okazji „sprawy Łukszy”. I już w 1945 roku witać będzie sowiecką okupację jako wyzwolenie.

Ale wróćmy do Snyderowskiej narracji. Józewski zdołał utrzymać swą potiomkinowską wioskę „polskiego Wołynia” tylko tak długo, jak żył Piłsudski. Po jego śmierci „polskiemu systemowi politycznemu zabrakło powietrza”. I nagle okazało się, że polska ludność na Wołyniu jest zagrożona. Komuniści i nacjonaliści nauczyli się terroryzmu, a większość ludności ukraińskiej uważała ich wystąpienia za „początek powstania przeciw Lachom”. Pewien policjant otrzymał ostrzeżenie, żeby uciekał, bo wszyscy Polacy zostaną wymordowani – był zaledwie 14 lutego 1937 roku. OUN brał komunistów za wzór, był wprawdzie spenetrowany przez agentów komunistycznych, ale i nacjonaliści zinfiltrowali ukraińską kompartię. Obie grupy obiecywały rewolucję społeczną i narodową, ale tylko komuniści mówili wówczas o „ostatecznym rozwiązaniu” kwestii narodowej, przez co rozumieli fizyczne zniszczenie Polaków na Wołyniu. Komuniści byli zdziesiątkowani aresztowaniami; niestety polskie więzienie okazało się przechowalnią: czytali Marksa, przygotowywali kadry, a przede wszystkim uniknęli sowieckich czystek. Z polskiego więzienia łatwiej było wierzyć w sowiecki raj niż z celi na Łubiance.

Snyder mówi o fatalnym wpływie endecji na stosunki z Ukraińcami. Józewski przygotował polityczny program dla Cerkwi Prawosławnej w Polsce, jako „przygotowanie gruntu dla Cerkwi w przyszłej Rosji”. Wyłącznie na Wołyniu Msze prawosławne odprawiane były w innym języku niż rosyjski lub starocerkiewny. Ale tak było tylko do wczesnych latach 30. Po 1935 Cerkiew Prawosławna miała stać się narzędziem polonizacji Ukraińców. Był to efekt wpływów endecji, która wygrałaby w cuglach wolne wybory; autorytarna sanacja gotowa była więc zmienić swą politykę, by dostosować się lepiej do nastrojów społecznych. Zaczęto mówić o asymilacji, o ośrodkach polskości. Ukraińscy księża byli widziani jako antypolscy, nie było już mowy o szanowaniu kultury ukraińskiej na Wołyniu. Stosunek polskiego państwa do Ukraińców pod koniec lat 30. nie różnił się wiele od podejścia do Żydów. Dla Józewskiego natomiast, raison d’état polskiego państwa była tolerancja wobec wspólnot religijnych i objęcie wielu narodowości. Niestety! Wołyń był już wówczas przegrany. W 1936 roku prokurator Stawecki z Lublina raportował Warszawie, że „wołyński chłop spokojnie i raczej przyjaźnie ośmiela się antycypować nieuniknioną ekspulsję Lachów; jak refren pojawia się w ich wystąpieniach mowa o ‘rzezi Polaków’”.

Pod koniec lat 30. największym przeciwnikiem polityki Józewskiego było wojsko. Sztabowcy słusznie wskazywali, że ukraińskie instytucje na Wołyniu (bronione uparcie przez Józewskiego) były przesiąknięte nacjonalizmem, zinfiltrowane przez OUN i komunistów, i stały się antypolskie. Lubelski okręg wojskowy pod przywództwem gen. Smorawińskiego, zniszczył 91 cerkwi w rejonie chełmskim. Temu samemu dowództwu podlegał Wołyń. W lecie 1939 wojsko zajmowało się konwersją Ukraińców… Mieli nawet „pięcioletni plan” polonizacji chełmszczyzny i Wołynia. Plan zawierał rewindykację ziemi, masowe osadnictwo polskie, budowę setek kościołów katolickich i masową konwersję pod nazwą „akcji rewindykacyjnej” – Snyder słusznie nazywa to kolonizacją. Wzorując się na hitlerowskich Niemczech, wszystko było zaplanowane na dużą skalę: inwestycje, nowe drogi, rozwój gospodarczy. Wileńskie Słowo pisało w 1938 roku o akcji rewindykacyjnej: „terminem tym określa się masowy powrót – jak mówią jedni – a przejście – jak chcą inni – ludności prawosławnej na łono Kościoła Katolickiego”. Ogromna większość ludności polskiej popierała akcję, tylko „nieliczni zwolennicy Józewskiego” byli przeciwni. Konkluzja artykułu poraża swą krótkowzrocznością. „Jeżeli wolno baptystom, sztundystom i innym werbować sobie zwolenników, to chyba prawo apostolstwa przysługuje też katolikom.” – Prometejska idea umarła, a raczej została zabita w Polsce, przez Polaków. Ciekawostka, że plan Smorawińskiego istniał na pismie, ale Snyder nie znalazł żadnej kopii.

Eksperyment wołyński Józewskiego był elitarnym przedsięwzięciem, które opierało się na poparciu autorytarnego rządu, a precyzyjniej – Piłsudskiego. Nie miało jednak nigdy szerokiego poparcia wśród Polaków, bo w polskiej myśli politycznej rej wiodła endecja. Instytucje założone dla wspierania kultury ukraińskiej w planach ofensywy przeciw sowietom, były teraz użyte dla zwalczania kultury ukraińskiej w przekonaniu, że to wspomoże Polskę podczas nadchodzącej rozprawy z Niemcami lub Rosją. Efekty takiej polityki były przewidywalne: wzmocnienie nacjonalizmu ukraińskiego i podjudzanie antypolskich sentymentów. Typowym komentarzem ze strony młodych Ukraińców było: udekorujemy słupy wami, a drzewa waszymi żonami. Odebranie (czyli „rewindykacja”, jak chcieli autorzy akcji) ostatniej cerkwi w Łucku odbyło się w sierpniu 1939.

Po pacyfikacji Ukraińców, generał Smorawiński był mniej bezwzględny wobec nadchodzącej armii czerwonej, zakazał bowiem swym żołnierzom strzelania do sowieckich najeźdźców. Został wzięty do niewoli i zginął w Katyniu.

Na marginesie, Snyder dokonał ciekawego rozróżnienia, że o ile BBWR z czasów Piłsudskiego był etatystyczny, to sanacyjny Ozon był otwarcie nacjonalistyczny. Hasłami Ozonu były „konsolidacja” i „naprawa”, które tak skutecznie wyśmiewało wileńskie Słowo. O ile jednak publicyści wileńskiego dziennika krytykowali praktykę „konsolidacji w zwierciadle bagiennym” i faktyczne skutki naprawiactwa z punktu widzenia autentycznych interesów państwa polskiego, to Snyder dotyka istotnego problemu ideowego sanacji: bezwstydnego przejęcia haseł endeckich po śmierci Piłsudskiego.

***

Okupację sowiecką nazywa Snyder „doskonałym odwróceniem ról”. Oficerowie i urzędnicy polscy znaleźli się w celach więziennych zajętych do niedawna przez komunistów, a komuniści za biurkami urzędników. Polacy byli dotąd jedyną grupą etniczną godną zaufania władzy na Wołyniu, a teraz poddani zostali rytualnej degradacji. Deportacje objęły kolejno osadników, urzędników, uciekinierów i wreszcie Polaków osiadłych tam od stuleci. Nie trzeba było jednak długo czekać, by zaczęto wysiedlać i ukraińskich nacjonalistów. Wschodnia Polska stała się centrum represji: w latach 39-41 nkwd aresztowała więcej ludzi w Polsce niż w całych sowietach. Pomimo Katynia, obozów, zabijania więźniów, represje były jednak mniej brutalne niż w latach 37-38. Z pół miliona represjonowanych Polaków, 400 tysięcy przeżyło; w latach 37-38 cztery z pięciu osób poddanych represjom zginęło. Snyder tłumaczy to nieprzekonująco: wielki terror niszczył Polaków wtedy, gdy państwo polskie istniało i mogło być zagrożeniem, po wrześniu takiego zagrożenia już nie było – trudno było w milionach Polaków widzieć „agentów Hitlera”. To chyba znowu nieporozumienie. Celem Stalina była sowietyzacja, a nie uniknięcie zagrożenia. Inaczej mówiąc, najlepszym sposobem na usunięcie zagrożenia była sowietyzacja: zsowietyzowana Polska nie jest zagrożeniem, widzimy to do dziś. Polskie elity były nadal poddane fizycznej likwidacji, bo tylko one mogły sowietyzacji przeciwdziałać, nawet jeżeli w latach 39-41 nie istniało już polskie państwo.

Snyder oferuje także ciekawy komentarz do Mackiewiczowskiego „Niemcy robili z nas bohaterów, a sowieci gówno”. Gestapo było bez porównania gorsze w zwalczaniu polskiej konspiracji niż nkwd, ponieważ sowieci mieli „instytucjonalną pokorę” wobec konspiracji. Ojcami czekistów byli profesjonalni konspiratorzy, którzy wiedzieli, że policja może być wykiwana; Gestapo natomiast wierzyło w rasową wyższość Niemców, nie mogło więc doceniać podludzi. Sowieci woleli cierpliwą penetrację niż masowe egzekucje; Niemcy mieli listę ludzi do rozstrzelania, a sowieciarze listę donosicieli. To wszystko wydaje mi się zupełnie nietrafne! Nic dziwnego. Snyder wziął to od Jana Nowaka. Prawdziwa różnica między systemami bierze się z politycznej interpretacji roli tajnej policji – nomen omen: policji politycznej w systemie sowieckim – w przeciwieństwie do czysto policyjnej roli Gestapo. Nawet SS, która niewątpliwie miała rolę polityczną, nie mogła nigdy szukać współpracowników wśród ludności podbitej ze względu na oczywisty idiotyzm polityki Hitlera: ludność podbita taką miała pozostać. Polacy nie mieli wyboru, skoro mieli zostać niewolnikami niemieckich panów, musieli walczyć; ale mieli wybór, kiedy sowieciarze „nieśli im wolność”, bo po co wówczas walczyć?

Snyder zauważa, że klasyczna bolszewicka sekwencja, którą Mackiewicz nazywał „najpierw rozpętać, potem spętać”, powtórzona została na ziemiach polskich w przyspieszonym tempie. Odebrano ziemię Polakom, co było bardzo popularne, ale nie rozdano jej Ukraińcom, tylko z miejsca, bo już w marcu 1940, rozpoczęto kolektywizację na Wołyniu. Deportacje osadników polskich przyjęte były jako znak sprawiedliwości przez niektórych Ukraińców. Jeden sielsowiet domagał się nawet, żeby nie deportować, a rezać na miejscu, ale w wielu wioskach Ukraińcy żegnali wysiedlanych ze łzami w oczach, bo pewnie wiedzieli, co ich samych czeka. Deportacje prędko dotknęły samych Ukraińców i nikt już nie mógł mieć wątpliwości, że sowiecki Wołyń daleki jest od wymarzonej ukraińskiej niepodległości. Najzabawniejsze jest na pewno rozczarowanie komunistów „wyzwolonych”

na Wołyniu, ich hasła ziemi dla chłopów i samostanowienia narodowego, zostały prędko wyrzucone na śmietnik, toteż wielu komunistów przyłączyło się do OUN, który pozostał przy hasłach wyzwolenia społecznego i narodowego. OUN nie był silny na Wołyniu za polskich czasów, ale już w 1941 roku stał się jedyną siłą oporu.

Wśród chaosu wojennego wyróżnia się historia Cygielmana, Żyda z Łodzi, który umknął przed Niemcami na Wołyń; widok jego auta najpierw wystraszył krasnoarmiejców, ale wyzbywszy się pierwszego lęku, odebrali mu limuzynę. Okupacja sowiecka w oczach Żydów da się podsumować krótko: krótkotrwała nadzieja, materialna strata i rozczarowanie dla wszystkich. Kiedy jednak w lecie 1941 na zmianę przyszli Niemcy, cała ludność żydowska obarczona została odpowiedzialnością za sowieckie zbrodnie. Niemcy zapewne nie zdawali sobie z tego sprawy, ale ich propaganda uwalniała od odpowiedzialności lokalnych komunistów, lokalną ludność. Udział Ukraińców w mordach na Żydach był przynajmniej częściowo umotywowany chęcią dowiedzenia, że nie mieli nic wspólnego z sowietami. A przecież liczbowo więcej było Ukraińców wśród komunistów niż Żydów. W Krzemieńcu, uciekający enkawudziści zamordowali 150 więźniów, w odpowiedzi lokalna ludność wymordowała 130 Żydów. W Łucku nkwd pozostawiło 2800 trupów w więzieniu, Sonderkommando 4a zabiło 2000 Żydów jako retrybucję. Paradoks tej sytuacji nie umyka Snyderowi. Ukraińcy mordowali Żydów z zemsty i dla usprawiedliwienia, Niemcy z ideologii i dla zdobycia poparcia ludności. To ostatnie wydaje mi się mało przekonujące. SS robiłoby to samo i bez poparcia; poparcie lokalnej ludności mogło być dla nich ważne w Paryżu, ale nie w Łucku. Ważniejsze dla dalszego rozwoju wypadków jest całkowite rozprężenie spójności społecznej. Za sowieckich czasów Polacy byli niemal wyjęci spod prawa i mordowani na miejscu lub wywożeni. Niemcy traktowali Żydów już nie jako podklasę, ale zupełnie otwarcie jak podludzi. Prędko przyszła kolej i na Ukraińców. Kiedy przywódcy OUN ogłosili powstanie państwa ukraińskiego w sojuszu z Niemcami przeciw bolszewikom – zostali aresztowani. Snyder podkreśla, że Niemcy zachowali sowiecką strukturę posiadania (kołchozy) i sowieckie metody postępowania, prędko więc zostali znienawidzeni i przez Ukraińców.

***

Spór Borowca z Banderą o kierunek polityki ukraińskiej, doprowadził niebezpośrednio do rzezi wołyńskiej. Prowokacja sowiecka na początku 43 roku spowodowała niemieckie represje wobec Ukraińców, i wreszcie AK powróciła na Wołyń. Borowiec, spadkobierca Petlurowskich tradycji, i być może najbliższy przykład ukraińskiego odpowiednika Henryka Józewskiego, był przeciwny narodowym czystkom. Tak jak w wypadku Józewskiego, przeciwnicy polityczni wykorzystali jego własną postawę przeciw niemu. Jednak banderowcy posunęli się dalej niż obrzucanie błotem: porwali jego czeską żonę i zamordowali po torturach. OUN Bandery wchłonął armię Borowca i zachował jej nazwę Ukraińskiej Powstańczej Armii, z tą różnicą, że odtąd UPA obróciła się przeciw Polakom.

Chłopom wołyńskim nie powodziło się za czasów Józewskiego, a po jego dymisji mieli do czynienia ze zwiększonym osadnictwem polskim, nie widzieli więc dla siebie przyszłości pod polskimi rządami; pod sowietami zagnano ich do kołchozów, a pod Niemcami zagłodzono rekwizycjami. Eksterminacja Żydów zlikwidowała odwieczną sieć handlu. UPA wzywała do walki z trzema wrogami – Stalinem, Hitlerem i miejscowymi Polakami – ale oprócz skrajnego nacjonalizmu wznosiła też klasyczne hasła leninowskie: ziemia dla chłopów, władza dla ukraińskich robotników, chłopów i inteligencji pracującej. Polityka wobec Polaków także zapożyczona została od bolszewików: bij polskich panów! O dziwo, prawosławni biskupi na Ukrainie mieli odwagę potępiać UPA jako bolszewików.

Rzeź wołyńska była celową, metodyczną akcją. Miała na celu wykopanie niepokonalnej przepaści między Polakami i Ukraińcami. Ukraińscy nacjonaliści obiecywali Polakom haniebną śmierć, bo nie chcieli zostawiać żadnych mostów dla przyszłego porozumienia. Metody morderców były celowo skrajne, ale już wkrótce zajęła Wołyń armia czerwona i ponownie zabrała się do wysiedlania niedobitków Polaków i Żydów – tym razem nie do Kazachstanu, a do komunistycznej Polski. Przedwojenne obywatelstwo było bez znaczenia, była to akcja etniczna: Polacy i Żydzi na zachód, Ukraińcy zostają. Sowieci ukończyli więc robotę rozpoczętą przez ukraińskich nacjonalistów.

UPA walczyła z sowietami do lat 50. Józewski pragnął przemienić Ukraińców w siłę antykomunistyczną, ale nie w takich okolicznościach i nie w taki sposób. Próbował stworzyć warunki, w których ukraiński patriotyzm mógł zaakceptować lojalność wobec Polski i uniknąć wyborów ideologicznych, ale okazało się to niemożliwe. Polski nacjonalizm, sowiecka okupacja, a potem niemiecka, złożyły się na zwycięstwo skrajnych nacjonalistów na Ukrainie. Borowiec przegrał, bo nie było apetytu na porozumienie z Polską, ale Polacy – z wyjątkiem Józewskiego – też nie chcieli porozumienia. W rezultacie, Józewski był całkowicie odizolowany: Ukraińcy nienawidzili go jako wroga i „polskiego pana”, wołyńscy komuniści jako ciemiężcę, Polacy jako marzyciela oderwanego od polskiego społeczeństwa, ale wedle Snydera Józewski nie miałby nic przeciwko tym etykietkom. Walczył z komunizmem i z nacjonalizmem, więc nie liczył się z opinią publiczną, w czym zresztą najbardziej przypomina Józefa Mackiewicza. Wołyń okazał się tylko wycinkiem Europy, gdzie nacjonalizm ścierał się z komunizmem i prowadził do ludobójstwa. Józewski powstrzymał nacisk historii przez kilka lat, ale kiedy zalała wreszcie Wołyń, to była bardziej straszliwa niż gdzie indziej. Wszelkie ślady polskiej wielowiekowej obecności zostały wyrugowane, Żydzi zostali wyeliminowani, a Ukraińcy pozostali wprawdzie na miejscu, ale ucierpieli może najbardziej.

***

Operacja Burza miała, zdaniem Snydera, sprzeczne cele. Nie można wspomagać czerwonej armii i jednocześnie nie okazać własnej siły. Nie można było „pomagać” nadchodzącej potędze, pozostając w konspiracji, a dekonspiracja oznaczała rozbrojenie. – To prawda, ale Snyder grzeszy tu naiwnością. Jego uwaga byłaby słuszna w określeniu pozycji francuskich maquis wobec lądujących w Normandii Aliantów, gdy w wypadku AK i Burzy podstawowa sprzeczność nie była ani logiczna, ani logistyczna, tylko polityczna: Stalin nikogo nie pragnął wyzwalać tylko sowietyzować, a AK była mu potrzebna tak długo, jak wysadzała w powietrze pociągi niemieckie jadące na front wschodni, albo dostarczała danych wywiadowczych przez Londyn. Nkwd było dobrze poinformowane i oficerowie sowieccy śmiali się, kiedy w Milanówku znaleźli miniaturowy Londyn. „Szesnastu” przywódców i Mikołajczyk nie mogli niczego osiągnąć, bo Polska była dawno przegrana, sprzedana i pogrzebana żywcem. Ale czy Snyder tu nie idzie zbyt daleko w usprawiedliwieniach? Mikołajczyk wiedział o transakcjach teherańskich i jałtańskich, leciał do Moskwy z otwartymi oczami. Generał Okulicki, który w moich oczach był bohaterem tamtej wojny, jednak zgodził się jechać na „spotkanie” z sowieckim okupantem. Dlaczego?

Józewski tymczasem ukrywał się u Żydów, którzy przeżyli wojnę ukrywając się u Polaków. Porównał „wyzwolenie” sowieckie do sytuacji Łazarza, któremu natychmiast po zmartwychwstaniu kazano, by powrócił do grobu. Rzepecki oddelegował Józewskiego do naprawy stosunków z UPA. W swoim pismie Polska Niezawisła twierdził, że sowiecka okupacja jest gorsza od niemieckiej, ale po okupacji niemieckiej potencjał polskiego oporu spadł. Kładł nacisk na przygotowanie moralne i jasność wizji politycznej, w czym oczywiście najbardziej przypomina znowu – Józefa Mackiewicza.

Opis akcji ubeckiej dla schwytania „Profesora” i kontr-akcji grupy skupionej wokół Józewskiego czyta się jak szpiegowski kryminał. Fałszywy WiN, tortury, prowokacje, ciche bohaterstwo i zdrada. Amerykanie przekazali ponad milion dolarów ubekom z WiNu, gdy Wraga ostrzegał, że Trust jest wykładany w szkołach kgb.

„Żyć bez kompromisów i ustępstw, kiedy jesteśmy przekonani o słuszności naszej sprawy, to piękno. A żyć trzeba pięknie, nie wygodnie czy szczęśliwie.” Tak brzmiała dewiza Felicji Wolff, kurierki Tokarzewskiego i Józewskiego. Aresztowana wielokrotnie, była w gułagu, ale wracała zawsze do Polski z instrukcjami, z pieniędzmi, zbierała raporty i listy. Była jedyną zaufaną łączniczką między Józewskim i ośrodkami polskimi w Rzymie i Londynie. Uważała go za najważniejszy kontakt w Polsce, obawiała się tylko jego tendencji do filozofowania. Ubecja także uważała go za najważniejszą osobistość, nazywając go „agentem Międzymorza”! Kolejny związek z Mackiewiczem.

Namawiany do ucieczki na Zachód, Józewski konsekwentnie odmawiał. Wierzył w nadchodzącą wojnę i twierdził, że Polacy na miejscu będą najlepiej przygotowani do rządów. Snyder nazywa to „skrzyżowaniem optymizmu krucjaty z twardym taktycznym rozsądkiem”. W dziwny sposób, to właśnie ukrywając się w komunistycznej Polsce pozostał Józewski wolnym.

Wolff aresztowano w 1949 roku i ponownie w 1951. Poddawana torturom, nic nie powiedziała. Po 56 roku odmówiła podpisania prośby o ułaskawienie.

Snyder mówi, że gdyby to Różański zwerbował Marię Dąbrowską, a nie jego brat Borejsza, to Józewski zostałby aresztowany znacznie wcześniej, bo oto Józewski spotkał się z nią po śmierci Stanisława Stempowskiego w 1952 roku. Dąbrowska opisała w dzienniku „piękną twarz senatora”, a Józewski nazwał jej współpracę zdradą.

Józewski został wydany ubecji przez odległą krewną, która nie wiedziała kogo denuncjuje; zresztą ubecy też nie wiedzieli, kogo dostali w swoje łapy. Aresztowano go 3 marca 1953, na dwa dni przed śmiercią Stalina. Ale Józewski był antykomunistą, a nie antystalinistą, nie spodziewał się więc łaski ze strony swych oprawców, kiedy już został zidentyfikowany. A jednak – nie był torturowany. Po 6 tygodniach intensywnych przesłuchań dano mu spokój na trzy miesiące.

Akt oskarżenia nie powoływał się na autentyczne kontakty z brytyjskim wywiadem, co trudno wytłumaczyć inaczej niż obojętnością bolszewików na prawdę. Snyder podkreśla, że nie ma dowodów na bezpośrednią współpracę Józewskiego z wywiadami zachodnimi, ale akcja prometejska była z definicji wroga bolszewikom. Józewski nie nadawał się na agenta, bo był zawsze z natury powiernikiem a nie funkcjonariuszem, był „zaufanym” a nie agentem. Dlaczego go nie torturowano? Dlaczego nie skazano na śmierć? Snyder nie odpowiada, ale odpowiedź nasuwa się jedna: nie było w tym żadnego politycznego kapitału dla bolszewii. prl zachował „dziwny legalizm przy jednoczesnym bezprawiu”, więc bez tortur skazano Józewskiego na dożywocie, a wypuszczono w listopadzie 1956. Snyder liczy, że jego wojna trwała 17 lat, 2 miesiące i 5 dni, ale mnie się wydaje, że wypuszczenie na prlowską wolność nie było końcem zmagań dla takiego człowieka.

Książka Timothy Snydera o Henryku Józewskim jest swoistym arcydziełem. Z benedyktyńską cierpliwością wyciągnął z archiwów każdy znaczący szczegół, ale wszystkie te wielobarwne liście nigdy nie przesłoniły mu różnorodności drzew i całości lasu. Jego syntetyczne, często apokryficzne uwagi są odkrywcze. Twierdzi np., że Polska i sowiety toczyły mini-zimną wojnę po 1926 roku, z wszystkimi fałszywymi alarmami, propagandą, ideologią, awanturami szpiegowskimi i wzajemnymi oskarżeniami. Ukraina była przedmiotem i teatrem tej zimnej wojny. Waszyngton był po wojnie równie zmęczony porządkiem jałtańskim, co Warszawa porządkiem ryskim w 20 lat wcześniej. Polacy używali Ukraińców dla swoich celów, tak jak Amerykanie używali Polaków. Philby miał swego odpowiednika w Ignacym Dobrzyńskim, a prowokacja WiNu oszukała CIA tak samo skutecznie, jak Trust oszukał Dwójkę. Różnice są jednak poważne. Polska aspirowała do pozycji, której nie mogła utrzymać i dlatego przegrała. Amerykańska potęga była innej natury, bo gospodarczej. Plan Marshalla był bardziej atrakcyjny niż eksperyment wołyński Józewskiego. Powiedziałbym, że różnic jest chyba więcej, ale poprzestańmy na analogiach.

Snyder przypisuje kontynuację idei prometejskiej Kulturze i Giedroyciowi. Jestem tak źle nastawiony do Giedroycia, że początkowo coś się we mnie buntowało przeciw takiemu utożsamieniu, ale chyba jednak Snyder ma rację, z tym wszakże zastrzeżeniem, że Prometeizm był fundamentalnie antykomunistyczny, a Kultura nie była. Odrzucenie endeckiej wersji polskiego nacjonalizmu jest chyba jedynym elementem łączącym.

Życie Józewskiego w prlu „na wolności” określa Snyder trafnie mianem „martwej natury”. Mniej trafne wydają mi się spostrzeżenia, że pogodził się z Dąbrowską, że poznał Lorentza. Może i poznał, może i się pogodził, bo czyż miał inny wybór? Ale domyślał się zapewne, że Lorentz musi na niego donosić, a Dąbrowskiej ufać nie mógł.

Henryk Józewski mieszkał w Warszawie, na Koszykowej. Być może otarłem się o tego niezwykłego człowieka na ulicy, bo umarł w kwietniu 1981 roku, mając niemal 90 lat.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/12/28/timothy-snyder-paradoksy-historii-nieznana-wojna-henryka-jozewskiego-czesc-ii/
Kategorie: Michał Bąkowski, Timothy Snyder – paradoksalny historyk, Ukraina
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/12/28/timothy-snyder-paradoksy-historii-nieznana-wojna-henryka-jozewskiego-czesc-ii/